Nie daruję ci tej nocy!

Tym razem prof. Śliwerski dzieli się poglądem, że nowa habilitacja jest łatwiejsza, twierdząc nawet, że 'generalnie panuje taka opinia’. W niedawnym wpisie łączy łatwość nowej habilitacji z brakiem kolokwium i wykładu habilitacyjnego.

 

Iście profesorski punkt widzenia. Nie zgadzam się z taką opinią (nie sądzę też, by panowała 'generalnie’) i uważam, że jest ona wynikiem chęci przywrócenia części władzy profesorskiej. Ileż prościej byłoby, gdyby komisja i rada mogły nie opierać się jedynie na publicznie dostępnych recenzjach! Jakże przyjemnie byłoby znów móc popatrzeć na habilitanta, który się wije odpowiadając na pytania z czwartego roku studiów. A potem, ludzcy państwo, jednak nadać stopień. Bo przecież nie wiedział, ale ksiażkę Pana Profesora czytał, a może nawet i kupił.

 

Ale może to Pana Profesora boli najbardziej. Pisze pedagog: 

 

Każdy sam wybiera sobie jednostkę i nie musi o to pytać dziekana czy dyrektora instytutu, tak własnego, jak i obcego. Nie trzeba być zatrudnionym w uczelni czy instytucie naukowym, by ubiegać się o habilitację czy tytuł naukowy. Wszystko zatem, a w każdym razie bardzo dużo jest w rękach tej osoby, która wnioskuje o nadane jej stopnia czy tytułu naukowego. 

 

A to przecież jakże wyraźnie naruszyło relacje poddaństwa, przypisania do ziemi, a może i pierwszej nocy! Jak tak można?!

 

Godzina

W niedawnym wpisie prof. Śliwerski pochyla się nad losem habilitantów idących jeszcze starą ścieżką habilitacyjną o tym. Profesor pisze:

 

Wymagane jest bowiem – w wygaszanym już trybie – pozytywne przyjęcie przez członków rady naukowej kolokwium habilitacyjnego, a następnie wygłoszenie wykładu habilitacyjnego przed tym gremium. Zrozumiałe wydaje się rozczarowanie, poczucie porażki, kiedy po dopuszczeniu do kolokwium nie każdemu się powiedzie. Różne mogą być tego przyczyny. Nie tylko natury zmniejszonej odporności psychicznej na stres, ale i być może także niewiedzy, gorszego stanu zdrowia, niezrozumienia pytania czy nietrafnego sformułowania na nie odpowiedzi. Bywają też w czasie kolokwium zakłócenia natury zewnętrznej, środowiskowe, na które habilitant nie ma wpływu. 

 

Wszystkim zwolennikom powrotu kolokwium habilitacyjnego polecam wielokrotne przeczytanie tego fragmentu. Lata pracy nad dorobkiem naukowym, nad osiągnięciem habilitacyjnym mogą zostać zaprzepaszczone przez to, że habilitant nie zrozumiał pytania czy nietrafnie sformułował na nie odpowiedzi. Żałuję, że Panu Profesorowi nie przychodzi do głowy, że może to pytanie było głupie, a odpowiedź źle zrozumiana….

 

 Godzina, może dwie decydują o latach pracy. Nie wiem, gdzie w tym sens.

Pytanie o obecność recenzenta

Pod wpisem z 5. listopada pojawiło się pytanie o obecność recenzenta na kolokwium habilitacyjnym. Pytanie najprawdopodobniej nie uzyska odpowiedzi, jeśli nie zwrócę na nie uwagi wpisem, bo tamten wpis zniknął już z pierwszej strony, a dyskusje pod nim wygasły. I tu uwaga organizacyjna – ewentualne pytania proszę zadawać pod najnowszymi wpisami, nikt do starszych nie zagląda. Co do pytania swallow27, pojawiało się ono już tu i/lub na forum.

 

Po co się więc upierać, by recenzent przyjeżdżał? Nie musi przyjechać, kolokwium się może odbyć bez niego, szczególnie że recenzję napisał pozytywną. Może rzeczywiście ma ważne powody, dla których nie może przyjechać? Chyba warto, byś zasugerowała dziekanowi, by kolokwium odbyło się w obecności jedynie trzech recenzentów.

Pomroczność ateoretyczna?

Trzy.14 podał linka do zapisu kolokwium habilitacyjnego  dr. Marka Migalskiego. Przeczytałem z zainteresowanem, ponieważ wszystkie cztery recenzje były pozytywne, podobnie jak głosowanie nad kolokwium. Jendak habilitacja padła po wykładzie. W dyskusji, wydaje się, że spokojnej i merytorycznej, przewija się jeden zarzut wobec habilitanta. Dyskutanci raz za razem podkreślają, że odpowiedzi habilitanta były ateoretyczne, opierające się jedynie na opisie, bez zakorzenienia w teorii. Przyjmując te zarzuty za dobrą monetę, mam jedno pytanie.Co się takiego stało na kolokwium, że habilitant nagle stracił zdolność mówienia o teorii i osadzania w niej swych wypowiedzi?

 

To, czego nie rozumiem, to jak to się stało, że dorobek habilitanta uzyskał jednogłośnie pozytywną ocenę od recenzentów. Nie wyobrażam sobie bowiem, by ktoś, kto systematycznie nie potrafi osadzić swych rozwazań w teorii na kolokwium habilitacyjnym, potrafi to zrobić w swych publikacjach. Nie wydaje mi się możliwe, żeby autor nasyconych teorią artykułów i ksiażek nagle tracił możliwość mówienia o teorii na kolokwium. Co zatem oceniali recenzenci? Czy dla nich owa ateroetyczność nie stanowiła problemu, uznali, że co innego jest ważne w piśmiennictwie habilitanta? Uznali, że politologia opisowa (nazywana inaczej chyba dziennikarstwem) to nauka na poziomie habilitacji?

 

Ta niespójność po raz kolejny pokazuje, że 'coś jest nie tak’. Albo recenzenci napisali kurtyuazyjne, nierzetelne, niekompetenetne recenzje, albo habilitant stracił nagle pamięć teroetyczną. O co tu chodzi?

 

 

Rozmowa

Jak było na 'kolokwium’? Chyba przede wszystkim powiedziałbym, że zaskakująco. Wbrew temu, czego się spodziewałem, było całkowicie profesjonalnie. Moje obawy, które to w dużych szczegółach opisywałem, szybko zostały rozwiane. Oczywiście nie było miło i przyjemnie (ale też to nie jest okazja miła i przyjemna). Była rzeczowa rozmowa na temat tego, co robię, z niewielkimi wycieczkami poza. Wyszedłem zmęczony, ale z poczuciem, że wszyscy wypełniliśmy swój obowiązek. Chyba dość szybko miałem poczucie, że nie polegnę na tej rozmowie. Okazało się, że miałem rację – zaakceptowano moje odpowiedzi.

 

Więcej jednak nie napiszę. Jednak mogę szczerze powiedzieć, że to ja się myliłem co do obaw wobec 'rozmowy’ i wszystkim życzę takich rozmów. Co więcej, cieszę się, że się myliłem.

 

To oczywiście nie zmienia mojego stosunku do całej idei 'kolokwium’. Nie mam pojęcia, co dało pytającym przepytanie mnie.

Blisko, coraz bliżej

Rozwala mnie ten finisz – im bliżej końca, tym bardziej chciałbym, żeby to się skończyło. Moje scenariusze 'rozmowy’ osiągają coraz radykalniejsze ekstrema. Z jednej strony jestem przygotowany, z drugiej wiem, że każdy z recenzentów może mnie załatwić jednym pytaniem.

 

Zastanawiałem się, jak chciałbym, żeby ta rozmowa wyglądała. Mówiąc najogólniej, chciałbym, żeby to była rozmowa na temat moich badań, oczywiście zahaczająca o kwestie ogólniejsze, np. metodologiczne. Mam nadzieję, że przynajmniej w dużej mierze taka będzie. I nie chodzi mi o to, żeby było łatwo i przyjemnie, chciałbym, żeby było w miarę uczciwie.A zatem komisja ma pełne prawo zadawać jak najkrytyczniejsze pytania związane z moimi badaniami, przetestować mnie do granic testowania w związku z wszelkimi aspektami moich badań – od teorię, przez metodologię, do wyników, ich znaczenia. Jak wyjdę spocony, zmietolony i przeżuty w ten sposób, pomyślę, że odwalili kawał solidnej roboty. I jeśli polegnę w takim boju, to uznam, że za cienki jestem. Gloria victis.

 

To, czego bym nie chciał i co uważałbym za nieuczciwe, to pytania kompletnie niezwiązane z działką, w której siedzę. Chciałbym móc powiedzieć komisji, ze przyjmuję, że jeśli myślą, że na jakieś pytanie nie odpowiem, to znaczy, że nie odpowiem. I nie warto go zadawać, szkoda czasu. Ta rozmowa nie powinna być egzaminem przeglądowym ze studiów.

 

Bardzo staram się myśleć, że będzie to uczciwa konfrontacja. Że nawet negatywny recenzent nie przyjedzie po to, żeby mnie uwalić, ale zachowa otwartość, która pozwoli mu ocenić to, co mówię bez uprzedzeń. Ale staram się również myśleć o tym, że jeśli polegnę, to nie będzie to koniec świata.

 

Głównie jednak chciałbym mieć to już za sobą.

Zobaczyć habilitanta

Dwa słowa o plotkach/nieplotkach, które do mnie dochodzą. Otóż już kilka razy słyszałem, że na radach wydziału (słyszałem o różnych dziedzinach, raczej niescjentystycznych, choć nie tylko)  pojawiają się głosy o niechęci do głosowania 'zaocznie’, by tak rzec. Niektórzy członkowie chcą 'zobaczyć habilitanta’, by zagłosować nad nadaniem mu stopnia. Głosy, które dochodzą do mnie, to głosy typu: 'Ja chcę zobaczyć habilitanta, bo chcę.’, bo mi się nie podoba nieoglądanie habilitanta.

 

Szczerze mówiąc, nie wiem tak do końca, co członek rady chce zobaczyć. Biust i nogi habilitantek? Brzuszek i łysiejące głowy habilitantów? Nerwowo wykręcane dłonie? Wypieki na twarzy? Spocone pachy, przerażenie, ukrywane irytacje, zdenerwowanie? Co jest takiego przyjemnego w tym igrzysku przewagi totalnej władzy nad kompletną bezsilnością?

 

I po raz kolejny: odrzucam całkowicie argumenty, że 'zobaczenie habilitanta’, rozmowa, której długość mierzy się w minutach, może mieć jakiekolwiek przełożenie na dorobek, który się zbiera latami. Te argumenty odrzucam też w wypadku 'poznawania habilitanta’ przed samą procedurą, a i o takich praktykach również słyszałem.

O czym (roz)mowa?

Zacząłem się przygotowywać do 'rozmowy’. Mówiąc inaczej, zacząłem się uczyć. I mam poczucie kompletnego bezsensu. No, kurde, no! Pomijam to, że ja już chyba nie za bardzo umiem się uczyć, jednak ta bezsensowność głównie wynika z absurdalności zestawienia: uczę się na egzamin na profesora. No przecież to jest absurd, nie? Ja naprawdę nie rozumiem, jak tych ileś pytań pozwoli ustalić, czy się nadaję czy nie.

 

W dużym stopniu nie ma znaczenia, jakie to będą pytania. Ja po prostu odrzucam pomysł, że odpowiedź na kilka pytań jest ważniejsza niż ileś lat pracy na dorobkiem. Jest dla mnie kompletnym absurdem, że decyzja o moim przyszlym życiu profesjonalnym zostanie podjęta na podstawie odpowiedzi na kilka pytań. Odpowiedzi w dużym stresie, odpowiedzi w dużym stopniu warunkowanych tym, czy pytający zechcą mi zadać pytanie, na które odpowiem czy nie. Jestem bowiem przekonany, że każdemu habilitantowi można zadać pytanie, na które wiadomo, że nie odpowie.

 

Kolokwium sprowadza się do dobrej woli zadających pytania. A każda procedura, która się sprowadza do dobrej woli, jest złą procedurą. Nawet jeśli znakomita większość ludzi przez nią przechodzi. Zupełnie nie rozumiem, co się osiąga taką rozmową.

Obyś żył w ciekawych czasach!

Dowiedziałem się 'nieoficjalnie’, że będzie 'kolokwium’, pardon, teraz przecież nie ma kolokwium, jest 'rozmowa o osiągnięciach i planach naukowych’. Ja w każdym razie usłyszałem o kolokwium. Jako że jeszcze nic nie wiem oficjalnie, nie wiem nawet, kiedy się odbędzie. Chyba mnie to nie zdziwiło, ba, w jakimś stopniu oczekiwałem tego. Zamieszanie wokół mej habilitacji w ostatnim czasie (z oczywistych względów nie o wszystkim tu piszę) coraz bardziej utwierdzało mnie w przekonaniu, że 'jest problem’. Ta 'nieoficjalna’ informacja potwierdza moje przypuszczenia.

 

Trochę jestem w kropce. Nie wiem, czy zacząć się uczyć, obczytywać, przygotowywać. Nie do końca nawet wiem, co miałoby znaczyć to przygotowanie. Z jednej strony ma to być rozmowa o moim dorobku i planach. Z drugiej za cholerę nie wierzę, że będzie rozmowa o moich 'osiągnięciach i planach naukowych’. Myślę, że to będzie rozmowa na temat tego, czy na pewno pasuję tu czy tam, a może jeszcze gdzie indziej. Właściwie to czekam już tylko na negatywną recenzję. I wtedy już naprawdę zaczną się dla mnie 'ciekawe czasy’.

 

Nawiasem już mówiąc, to pomimo tego, że rozmowa wedle ustawy jest o osiągnięciach i planach naukowych, rozporządzenie mówi, że zostanę poinformowany o przedmiocie rozmowy. I tu trochę nie rozumiem, bo albo jest to rozmowa o osiagnięciach i planach, albo jest o czymś zupełnie innym i dopiero zostanę poinformowany o czym. Oczywiście rozumiem, że komisja może chcieć rozmawiać tylko o planach na trzeci kwartał 2014 roku, albo tylko o osiągnięciu czwartym, nie sądzę jednak, by to o to szło w rozporządzeniu. O co chodzi? A cholera wie…..

 

Jak pierwszy raz, jako nastolatek, usłyszałem tę, podobno, chińską klątwę, pomyślałem, nie rozumiałem, dlaczego to ma niby być klątwa….Się człowiek zmienia…

 

Kolokwium kontratakuje

Dowiedziałem się dzisiaj o planach przywrócenia kolokwium habilitacyjnego. Szeptem, za węgłem, rzecz jasna. Nowelizacja ustawy o stopniach ma zawierać, coś, co nie będzie się nazywało kolokwium,  ale, powiedzmy, prezentacją dorobku czy seminarium habilitacyjnym. Funkcja tegoż wydarzenia będzie oczywiście podobna do starego kolokwium. 

 

Czy to przejdzie, czy nie, nie wiem, jednak zastanawiam się, po co. Warto bowiem pamiętać, że  ustawa oczekuje, iż recenzenci mają zadać sobie pytanie, czy dorobek habilitanta miał znaczny wkład w rozwój dyscypliny. Nie mam pojęcia, w jaki sposób takie seminarium pomoże odpowiedzieć recenzentom i komisji na takie pytanie. Może jednak mi się rozjaśni po habilitacji?

 

Widzę jednak dwie główne zalety przywrócenia kolokwium. Po pierwsze, recenzenci nie będą musieli sami syntetyzować dorobku kandydata, nawet autoreferatu nie trzeba będzie czytać, zrobi to on sam, recenzenci będą musieli tylko zanotować. Po drugie, kolokwium przywróci obrzędową część rytuału przejścia, jakim jest habilitacja. A zatem dzięki kolokwium habilitanta będzie można publicznie przeczołgać (oczywiście, nie trzeba będzie, tylko można). Można też dodać, że członkowie komisji nie znający habilitanta będą mogli go zobaczyć na własne oczy i ocenić, czy fajny/a, ciacho/pasztet, miły/a itd. Nie żebym myślał, rzecz jasna, że takie rzeczy odgrywają rolę (psychologia się myli!!).

 

I tak to historia zatoczy może nie wielkie koło, ale małe kółko. Radom się nudzi, igrzyska wracają. Kolokwium to przecież igrzyska i nie ma powodu, by koledzy samodzielni tejże czasem uświęconej rozrywki się pozbawiali.