Petenci

No to dzisiaj wpis (być może) mniej kontrowersyjny, choć również oparty na liście, który dostałem. A dostałem o list o opóźnieniach. Długi wywód, a właściwie to wyżalenie się, na temat opóźniającej się procedury. W liście czytam: 

 

ja nie traktuję tego personalnie, tylko że przez taki stosunek go proceudur terminowości mam poczuie, że ktoś mi odbiera znaczenie tej procedury. Że ona dla mnie staje sie mało ważna, bo z każdym miesiącem okazuje się, że komisja nie podchodzi do niej poważnie (w pewnym sensie oczywiście).

 

Oprócz tego czytałem o recenzentach, których recenzje opóźnine były o kilka miesięcy, jednak nikt nie kwinął palcem w bucie.

 

Wielokrotnie pisałem na temat tego, że terminowość procedury jest kluczową jej częścią. Nie można opóźniać postępowania tak ważnego dla życia zawodowego (i nie tylko) habilitanta. To nieetyczne i nieprofesjonalne. A jednak nie przypominam sobie postępowania, które by przebiegło terminowo. Co więcej, prof. Śliwerski wielokrotnie twierdził, że ustawowe terminy to tylko wskazówka, której nie trzeba się trzymać. Habilitant-petent może czekać. A przecież wymóg terminowości postępowania wydaje się najprostszy do zrealizowania. Przecież starczy przypomnieć recenzentowi. Okazuje się, że tak nie jest. Dlaczego? Bo można.

 

Uprzedzając ewentualne kontrargumenty, nie uważam, by teminy recenzji były szczególnie trudne do utrzymania, nawet przy wielu obowiązkach recenzenta (i recenzenckich). Skoro recenzent podejmuje się recenzji, musi wykonać ją w stosownym czasie. I może po prostu zamiast o dodatkowej kasie, należy zacząć myśleć o terminowym wywiązywaniu się ze swoich zobowiązań.

Dobre samopoczucie

Na forum dyskusja na temat habilitacji. Wstępna diagnoza jest następująca. Habilitują się wszyscy, co chcą, przepycha się habilitacje bardzo słabe, trzeba zatem zrobić coś, co zastopuje tę tamę barachła. Argumenty padające w dyskusji są tradycyjne. Albo należy znieść habilitację, albo należy wprowadzić kolokwium habilitacyjne.

 

Zanim dodam moje trzy grosze na ten temat, chciałbym zauważyć, że poziom habilitacji różni się znacznie zarówno między dyscyplinami w różnych dziedzinach, jak i wewnątrz ich. Nie da się porównać poziomu habilitacji z fizyki z habilitacjami z socjologii, tak jak sie nie sa porównać habilitacji z psychologii z habilitacjami z pedagogiki. Są dyscypliny, które sobie radzą nieźle z utrzymywaniem poziomu postępowań, są też takie, w których poziom jest niski, czasem dochodzący do kompromitującego.

 

Wbrew mojemu wcześniejszemu optymizmowi, nie uważam, by były proste sposoby na naprawę. Zniesienie habilitacji oznacza usunięcie przewodów habilitacyjnych z widoku publicznego, niestety nie wiem, co miałoby zmienić kolokwium habilitacyjne. Warto bowiem pamiętać, że za czasów obowiązywania kolokwium habilitacyjnego nauka polska nie kwitła, a zniesienie go nie spowodowało dramatycznej zapaści. Jak wielokrotnie pisałem, kolokwium habilitacyjne to igrzyska dla tych, którzy już przeszli habilitacyjne bęcki.

 

Czy opisywane często na blogu profesroa pedagogiki habilitacje (czasem z dorobkiem nie wychodzącym poza uczelnię) staną się lepsze dzięki kolokwium? A wewnątrzuczelniane postępowania awansowe podniosą poprzeczkę dla pedagogów? Wątpię.  Co więc zrobić? Instytucjonalnie chyba nic. Mówię to z bólem zawiedzionych nadziei, że nowa habilitacja przyniesie bardziej widoczne zmiany. Nie przyniosła – jednak przynajmniej ujawniła skalę problemu. Kontrola jakości nie istnieje i nie będzie istnieć. Wszystko, co można robić, to zwracać uwagę na te habilitacje, które są żenujące, w sferze pulicznej, a przy okazji robić swoje.

 

Zmiany nastąpią (mam nadzieję), ale bardzo powoli. Na razie możemy jedynie psuć dobre samopoczucie przypychającym i przepchniętym.

 

Sztuczna szczęka

Na stronach Centalnej Komisji pojawiła się zakładka z informacjami o ograniczeniu uprawnień. Przez parę dni była pusta, ale właśnie pojawiły się dwa pliki. W jednym z nich, dobrze ponad pół roku po podjęciu decyzji, Prezydium CK donosi, że ograniczyło uprawnienia do nadawnia stopnia doktora habilitowanego Wydziałowi Nauk Pedagogicznych UMK. Rada Wydziału będzie musiała przedstawiać do akceptacji CK wszytkie uchwały nadania habilitacji.

 

Członkowie CK dokonali oceny pięciu postępowań habilitacyjnych i uznali, że

 

– jedna z kandydatek nie powinna była zostać dopuszczona do postępowania (zawyżona ilość publikacji)

– inna nie powinna była uzyskać stopnia (niespójności w liczbie głosujących)

– recenzentem nie powinien być promotor doktoratu

– przyjęcie ogólnikowych recenzji (dostało się dziekanowi)

– niski udział członków rady w posiedzeniach ‚habilitacyjnych’

– pobłażliwe kolokwia

– niezatwierdzanie protokołów

 

Trudno nie odczuwać pewnej satysfakcji po wielokrotnych apelach o takie kontrole (chociaż oczywiście nie sądzę, by CK działała pod wpływem wpisów czy dyskusji na tym blogu). Wreszcie instytucja zajmująca się nadzorem jakości habilitacji przyznała, że nie należało nadać wszystkich  habilitacji. Jak na ironię na dodatek, nie tak dawno profesor-pedagog z oburzeniem żądał wskazania takich habiitacji z pedagogiki. Chciałem napisać, że się wreszcie dowiedział, ale przecież podpisał się pod dokumentem w listopadzie zeszłego roku.

 

Niestety, gdy zobaczyłem te dwa dokumenty, pomyślałem o tym, że CK chce pokazać zęby, a wszytko, a zobaczyliśmy tylko bezębne dziąsła instytucji, która walczy o odzyskanie odrobiny szacunku środowiska (i mediów). Co chwilę omawiamy dęte recenzje i postępowania, a do tego niemerytoryczne interwencje, nie mówiąc już o rozpuszczaniu wici o naukowej zakale, a tu się dowiadujemy o pięciu skontrolowanych przewodach! Żeby się tylko nasza Komisja nie przepracowała!

 

A co by było, gdyby oceny dokonali niezależni ludzie, którym zależy na jakości postępowań awansowych w polskiej nauce.

 

Bezradność?

Od czasu, gdy apeluję o kontrolę jakości, jestem znacznie bardziej pesymistyczny co do tego, czy taka kontrola jest możliwa. Dawno temu na kontrolerów proponowałem członków CK i coż mogę powiedzieć….O święta naiwności. Proponowałem też NCN, jednak doniesienia o spółdzielniach ochłodziły mój zapał.

 

Czy zatem rzeczywiście nie da się nic zrobić? Dyskusje, jak te tutaj, prowadzę z innymi, są przecież ludzie, którym zależy na rzetelności recenzji, na uczciwości procesu, na tym wreszcie, by habilitacja była czymś znaczącym. Trudno mi zaakceptować, że jesteśmy skazani na to, co dziś obserwujemy.

 

Mówiąc szczerze, nie potrafię jednak teraz zaproponować sensownego systemu oceny jakości postępowań. System taki MUSI opeirać się na rzetelności i uczciwości, no ale o te same wartości musi być oparty system postępowań habilitacyjnych. I co? No, nic.

No i nic

Ponownie pojawia się w dyskusjach kwestia standardów recenzyjnych. Rzeczywiście, przykład podany przez podwórkowego można by określić paroma dosadnymi zdaniami. Mnie jednak najbardziej uderza nie tylko rażąca niespójność standardów, jak to dyplomatycznie ujął podwórkowy, ale zwykłe głupoty pisane w recenzji. To, co napisał przytoczony recenent, jest nielogiczne, pozbawione sensu, po prostu głupie.

 

I teraz następuje sakramentalne pytanie: i co? I po raz kolejny następuje ta sama odpowiedź: no i nic. Poza tym, że podwórkowy o tym opowiedział, czytający się oburzyli, inni roześmiali, jeszcze inni pokiwali głową z politowaniem, nic więcej nie wynika. Recenzja zapewne krąży w ‚legendach prawniczych’, podwórkowy i inni uczestnicy kolokwium nie raz o niej opowiadali, a recenzenci jak pisali głupoty w recenzjach, tak piszą. Recenzent może zarzucić habilitantowi to, że w ogóle korzysta teorii, a  co gorsza dodatek nowych i nikt nie mrugnie okiem. Recenzent może też przyznawać się, że napisał recenzję kierując się zasadą życzliwości. I co? I nic.

 

Uważam, że bez rzetelnego systemu kontroli jakości jeszcze wiele lat będziemy sobie mogli utyskiwać na głupie recenzje, podśmiewać się z recenzentów piszących je. I co? No i nic.

 

 

Protokoły

Na forum kolejna debata na temat postępowania, w którym nadano stopień wbrew recenzjom. Tym razem habilitacja w naukach humanistycznych przeszła pomimo dwu bardzo krytycznych recenzji. Moją główną refleksją jest, do znudzenia, potrzeba systemu kontroli jakości przebiegu postępowań. Szczególnie takie postępowania, jak to omawiane, powinny być brane pod lupę ‚kontrolerów’. Bez wątpienia przecież albo recenzenci zawalili, albo komisja odrzuciła ich zdanie bezpodstawnie. I tu moja druga refleksja. Chciałbym się dowiedzieć, dlaczego odrzucono zdanie recenzentów! Jak przebiegała dyskusja w komisji habilitacyjnej, jak przebiegało głosowanie? Czy recenzenci tym razem uznali, że zabrakło im życzliwości, a może się pomylili?

 

Mam zatem kolejny postulat, kolejny najprawdopodobniej niespełnialny. Otóż uważam, że należy publikować protokoły obrad komisji habilitacyjnej oraz rady wydziału (oczywiście w tym drugim wypadku przedmiotowy fragment). W ten sposób nie tylko będzie można sobie wyrobić zdanie na temat konkretnego postępowania, ale również habilitacja (może) będzie w mniejszym stopniu postrzegana jako oparta na życzliwości czy innych czynnikach.

 

Mój postulat to nie jest jednak postulatem do ministra. To postulat do każdego wydziału, który może to robić we własnym zakresie. Przecież to, że nie trzeba, nie znaczy, że nie można.

 

Zasada życzliwości

Recenzenci po raz kolejny piszą recenzje, z których się wycofują. I tak w uzasadnieniu odmowy nadania stopnia czytamy o recenzencie, który postanowił zmienić zdanie. A wszystko dlatego, że pisząc recenzję, recenzent:

 

„kierował się zasadą życzliwości – widział wiele wad, ale próbował też dostrzec zalety i dlatego konkluzja recenzji jest pozytywna, ale po wysłuchaniu opinii pozostałych członków Komisji, zmienił zdanie. „

 

Życzliwość tegoż recenzenta musi być przeogromna, jako że inny recenzent stwierdził, że ‚w warstwie filozoficznej’ książka jest na poziomie liceum. A habilitacja z filozofii….

 

Po raz pierwszy chyba czytamy o recenzencie, który przyznaje wprost, że w recenzji nie kierował się jakością dorobku czy też publikacji, ale chciał być miły. Na dodatek uważa, że nie idzie o jakieś jego widzimisię, ale o zasadę. Zasadę, którą, jak można podejrzewać, kieruje się nie tylko on, ale również inni recenzenci.

 

Okazuje się, że recenzent może tak po prostu przyznać, że był nierzetelny, protokolant to zaprotokołował, a dziekan uznał, że warto poinformować o tym świat. I to chyba jest dla mnie to najbardziej zaskakujące. Nikt się chyba nie przejął tym, że do wiadomości publicznej podano informację, że recenzent nie kieruję się ‚zasadą merytoryczności’, ale ‚zasadą  życzliwości’. I nikomu nie jest wstyd.

 

Z kronikarskiego obowiązku donoszę, że jeden z profesorów uznał, że dyskusja na temat nadania stopnia jest odpowiednim miejscem, by oświadczyć, że ‚obecna polityka ministerialna zmierza świadomie do obniżenia poziomu habilitacji’. Przyznam, że od filozofa oczekiwałbym wypowiedzi, nawet tych nie na miejscu, który byłyby chociaż logiczne.

 

Idealny świat

W reakcji na moją odpowiedź autor Doktrynalii zwraca uwage na ‚praktyki ośrodkowe’, a zatem na to, że są ośrodki, w których stopień nadawany jest przy recenzjach negatywnych. I rzeczywiście, można zauważyć pewne prawidłowości w nadawaniu stopni i są ośrodki, które chętniej niż inne robią to  przy recenzjach negatywnych.

 

Mam dwie uwagi w tej sprawie. Po pierwsze, do znudzenia, potrzebny jest system kontroli jakości i będę to mówił, choć on prawie na pewno nigdy nie powstanie. Po drugie, jest kwestia negatywnych recenzji. Problem w tym, że są różne recenzje, a wśród nich różne recenzje negatywne, a wiem to z doświadczenia. W idealnym świecie powinniśmy sie móc oprzeć na recenzji, uznając ją za rzetelny, sine ira et studio, obraz dorobku habilitanta. Niestety, recenzje nie zawsze takie są; recenzent (nawet i przy intencji rzetelności) mógł nie zrozumieć, mieć inne poglądy, nie mieć wystarczających kompetencji, nie mówiąc o takich, którzy chcą habilitantowi dołożyć. Niestety, świat idealny nie jest, a z tym wszystkim muszą  sobie radzić komisje habilitacyjne, a później rady wydziału. Jak sobie radzą, każdy widzi. Oczywiście, nie twierdzę, że decyzje wbrew negatywnym recenzjom były wszystkie akcjami naprawczymi przeciwko nierzetenym recenzjom. Czy jednak można to z całą pewnością wykluczyć? Niestety, moim zdaniem, nie.

 

Postawię problem inaczej: czy z negatywnych recenzji wynika koniecznie mierność dorobku czy habilitanta? Ponownie: według mnie nie (staram się bardzo być tu bezstronny). Z całą pewnością często, a może i bardzo często tak jest. Nietety, nie zawsze.

 

Na pytanie autora Doktrynalii o to, kto podejmuje decyzję, odpowiem przewrotnie. To członek CK zasiadający w komisji. Gdy członka nie ma, to trudno powiedzieć. Ekonomiści jednak oddychają z ulgą, bo u nich praktycznie zawsze jest.

 

Pozwólmy odpocząć profesorom?

Na blogu Doktrynalia wpis na temat odrzuconej habilitacji na UW, która pomyślnie zakończyła się w Białymstoku. Autor podnosi dwie ważne rzeczy we wpisie, do których odniosę sie tu. Po pierwsze, kwestię ‚wydziałowości’ habilitacji. Autor pisze:

 

No bo co ma zrobić rada wydziału, która uznała, że dana osoba nie spełnia kryteriów dla nadania stopnia doktora habilitowanego, a później inna rada wydziału nadała mu stopień? Zatrudnić na stanowisku profesora uczelnianego, przyznając, że ta inna rada wydziału ma rację? To może najuczciwiej by było, gdyby taka rada wydziału od razu zrezygnowała z uprawnień habilitacyjnych?

 

Nie odpowiada mi takie postawienie sprawy. Nie odpowiada dlatego, że zakłada ono nieomylność rady, a odwołanie od jej decyzji wręcz za kapryśne. Zadałbym więc inne pytanie: co ma zrobić habilitant, którego Rada Wydziału potraktowała nieuczciwie? Ma po prostu zrezygnować z habilitacji, uznając, że Roma locuta, causa finita? Habilitant powinien mieć prawo odwołania, jeśli uważa, że potraktowano go nieuczciwie. Jeśli jego odwołanie uznano za zasadne, to tak, rada wydziału musi zaufać innej radzie, a przynajmniej przyjąć jej decyzję. A przy okazji zastanowić się nad sobą i swym postępowaniem (wiem, mogę sobie pomarzyć), a jeszcze lepiej, żey to zrobiono w ramach systemu kontroli jakości! I tak, jeśli się okaże, ze rada nie radzi sobie z odpowiedzialnością nadawania stopni, nie powinna ich nadawać!

 

Pisze dalej autor Doktrynaliów:

I kolejna kwestia – jeśli ktoś przez 8 lat uzbierał niewielki dorobek, mimo, że wisiał nad nim miecz habilitacji, jaka jest szansa, że po habilitacji zacznie prowadzić więcej badań naukowych i więcej publikować? Moim zdaniem – niewielka. To zaś prowadzi mnie do drugiego wniosku – habilitacja powinna być odnawialna – mianowanie na stanowisko profesora uczelnianego powinno mieć charakter czasowy i po upływie kilku lat powinien się odbywać nowy konkurs na dane stanowisko.

 

Mam pytanie: czy w takim razie, odnawialny będzie też doktorat? Znam niejednego doktora bowiem, który po doktoracie spoczął na laurach, potem stał się starszym wykładowcą, potem wszystko zapomniał, ale nauczał dalej). Zarówno doktorat jak i habilitacja nie są nadawane za to, co będzie, ale są stopniami za to, co się stało.

 

Od pracodawcy z kolei zależy wprowadzenie takich mechanizmów oceny pracownika, które będą motywować/zmuszać go do pracy. Podnoszenie tej kwestii jedynie wobec doktorów habilitowanych, czy też profesorów uczelnianych, jest według mnie nieporozumieniem. Ocena pracownika oraz wymóg, by uczciwie pracował, powinien dotyczyć wszystkich pracowników. Od laboranta do rektora. Profesor uczelniany nie jest jakimś szczególnym typem pracownika, który powinien być wyróżniony szczególną uwagą. Wymóg pracowania dotyczy wszystkich innych grup zatrudnionych na uczelni. Czyżby bowiem profesor tytularny już nie musiał prowadzić badań? Napracował się już?

 

Perspektywa

Już kilka razy zarzucono mi, że po habilitacji zmieniła mi się perspektywa. Miałem się stać bardziej ‚profesorski’, mniej rozumiejący, a na dodatek ociekać neofickim prozelityzmem. Chciałbym się do tego odnieść.

 

Bez wątpienia zmieniło się jedno: mam habilitację. Spadł mi kamień z serca, wypełniłem swój naukowy obowiązek, nikt się do mnie już nie przyczepi. Zniknęły obawy, stres, trzęsienie portkami, że może być źle. To się zmieniło. Czy jednak zmieniło się coś jeszcze? Przyznaję szczerze: nie zauważyłem. Po pierwsze, tak się złożyło, że nie miałem okazji jeszcze uczestniczyć w Radzie Wydziału, nie miałem okazji napisać jeszcze recenzji habilitacyjnej, nie brałem udziału w żadnym postępowaniu habilitacyjnym, nie zauważyłem też różnicy w odnoszeniu się do mnie przez studentów, których ani grzeje, ani ziębi moja habilitacja. Moja habilitacja nie została jeszcze ‚skonsumowana’.

 

Po drugie, wielokrotnie pisałem o tym, że chcę, by habilitacja coś znaczyła. Nie chcę się wstydzić za doktorów habilitowanych, których dorobek jest gorszy od dobrego brytyjskiego czy amerykańskiego doktoranta (rzadko, jednak tak naprawdę bywa). To nie prozelityzm – to chęć obrony również mojego własnego wizerunku jako doktora habilitowanego. Nie chcę stać w szeregu obok miernoty habilitacyjnej, której się udało, bo miała pod górkę do uczelni.

 

Nowa procedura habilitacyjna w dużym stopniu obnażyła jakość postępowań habilitacyjnych, jakość recenzji i procesu decyzyjnego. Jako kogoś ze świeżą habilitacją boli mnie to. Ja nie chcę, żeby ktoś pomyślał, że ja jestem jednym z tych, którego przepchano, bo trzeba, bo była moja kolej, bo…..Od samego początku pisałem tu, że zależy mi na tym, żeby mnie oceniono rygorystycznie, ale uczciwie. I chcę, żeby to dotyczyło wszystkich. Chciałbym, żeby dorobek przeciętnego doktora habilitowanego był porównywalny z dorobkiem brytyjskiego Readera czy amerykańskiego Associate Professora w odpowiedniej dyscyplinie. Bardzo daleko na do tego.

 

Moje poglądy na temat jakości procedury, jakości dorobku habilitanta, jakości recenzji nie zmieniły się.