Żartownisie

W niedawnej dyskusji tu podniesiono problem recenzji ‚kurtuazyjnych’, czy tez może recenzji, które są pozytywne wbrew tekstowi recenzji. Dyskutanci opisali je jako jeden najpoważniejszy problem polskiej habilitacji. Rzeczywiście czytałem wiele recenzji, które rozbierały dorobek habilitanta na czynniki pierwsze, jednak kończyły się konkluzją pozytywną. Rzeczywiście, tak jakby, jak napisał pfg, negatywna konkluzja była jakimś strasznym faux pas, puszczeniem bąka w towarzystwie. Ten typ recenzji wydaje się rzeczywiście najczęściej występującym typem recenzji nierzetelnej.

 

Skąd się one biorą? Dlaczego recenzenci mają opory, by napisać ‚nie’. Powodów jest najprawdopodobniej wiele. Ilość czasu włożona w habilitację, ‚układy’ (przyjacielskie, koleżeńskie, zależności), robienie na złość ‚systemowi’, a może  oczekiwanie, że publiczne zawstydzanie habilitanta wystarczy. Czy wreszcie to, że habilitant wyrwie okropnemu państwu, pracodawcy czy komuś więcej forsy, która mu się należy jak psu buda.

 

Co z tego wynika? No wynika to, o czym mówiłem wielokrotnie. Gdy czytam te recenzje, za każdym razem moje zaufanie do systemu oceny habilitanta sięga zera. Za każdym razem, gdy czytam taką recenzję, myślę, że recenzent robi sobie z habilitanta, ze mnie, z nauki żarty.

 

 

 

Konsekwencje

Kolejna „ciekawa” habilitacja – ciekawa na tyle, że omówiona w prasie. Otóż od decyzji o nienadaniu stopnia doktora habilitowanego skutecznie odwołała się już kilkukrotnie występująca w mediach, dr Sabina Bober. Nawiasem mówiąc, jej habilitacja została dość negatywnie omówiona na DNU jakiś czas temu. Centralna Komisja uchyliła decyzję Wydziału KUL, który w uzasadnieniu dość jednak kuriozalnie podaje, że jedna z pozytywnych recenzji, tak naprawdę, była negatywna. 

 

Nie chcę i nie mogę się wypowiadać na temat meritum postępowania. Mam jednak kilka uwag co do procesu. Po pierwsze, chciałbym zobaczyć argumetację dr Bober jak i decyzję CK. Po drugie, według doniesienia prasowego, argumentacja CK odnosi się do decyzji Rady Wydziału, a przecież to komisja habilitacyjna prowadzi postępowanie, a składa się ona w większości z przedstawicieli CK. Czy Rada Wydziału podjęła inną decyzję niż komisja? Po trzecie, jeśli CK ma rację i Rada Wydziału kierowała się względami pozamerytorycznymi, to jakie konsekwencje poniesie Wydział i uczelnia? Po czwarte, ad usrandum, takie kontrole i decyzje powinny być systematycznie przeprowadzane w wypadku losowo wybranej próby postępowań habilitacyjnych.

 

I na koniec, to wszystko, o czym tu piszę, jeśli tylko pozwala na to prawo, powinno być jawne i przezroczyste. Od odwołania do decyzji. Niech się wsytdzą ci, którzy powinni się wstydzić, niech się cieszą ci, którzy mają się z czego cieszyć.

 

Stopnie trudności

I znów odniosę się do wpisu na blogu Doktrynalia. Zainteresowało mnie, choć nie zaskoczyło, to, co autor napisał na końcu:

 

Wydaje mi się, że powyższy przypadek więcej mówi o stopniu trudności habilitacji na WPiA UMCS, niż o tym, jakie cechy powinien spełniać cykl publikacji, by być podstawą udanej habilitacji z nauk prawnych.

 

Myślę, że wszyscy ‚wiemy’, że na niektórych wydziałach jest łatwiej, na niektórych jest trudniej. Niektórzy recenzenci maja opinię rotweilerów, inni z kolei, że są łagodni.

 

Oczywiście, w jakimś stopniu takich różnic nie da się uniknąć, jednak powinno się do tego dążyć. Habilitacja, skoro jest stopniem państwowym, powinna być porównywalna, gdziekolwiek się ją uzyska. Kłania się kontrola jakości.

 

Pełna krasa

Zaglądam do kolejnego zakończonego postępowania, otwieram plik z decyzją, okazuje się, że pozytywną, a tu niespodzianka. Decyzja nadania stopnia dr Dudek zawiera uzasadnienie nadania stopnia dr Bińczyk. Urzędnik zastosował strategię kopiuj-wklej, nazwisk nie poprawił, dziekan podpisał, nawet nie przeczytał. Podobnie zresztą jak i urzędnik CK. A ja swoje, ad usrandum, nadanie stopnia doktora habilitowanego to nie jest lista zakupów! To ważny dokument, na który habilitant pracuje przez lata. I ta nonszalancja urzędnicza i dziekańska doprowadza mnie do szewskiej pasji.

 

Nie wiem, czy taki dokument zawiera wadę prawną, która go dyskwalifikuje i mnie to nie interesuje. Interesuje mnie jednak ten kompletny brak szacunku, który dokument ten reprezentuje. I o ile jestem w stanie zrozumieć pracownika administracji, oczekiwałbym tego szacunku od dziekana. Pan dziekan powinien chyba pamiętać swą habilitację, ile nerwów go to kosztowało, ulgę, którą odczuwał, radość, a także poczucie osiągnięcia. I nagle się okazuje, że Pan Dziekan nie jest nawet w stanie zmusić się do przeczytania dokumentu poświadczającego decyzję nadania stopnia. Widać śpieszno mu było. Na pewno do innych arcyważnych obowiązków, podczas których nauka polska nie pokaże sie w całej swej reprezentowanej przez niego krasie.

 

Z kronikarskiego obowiązku donoszę, że wspominany przeze mnie dr Agnieszk został przemianowany na Agnieszkę. Miałem trochę złośliwą nadzieję, że Agnieszk zostanie nawet po zakończeniu postępowania. Nie udało się.

 

 

Niespójność recenzji

W komentarzach pojawiło się ciekawe pytanie – skąd niespójności w recenzjach? To ważna kwestia i chciałbym swoje trzy grosze w ten sposób dorzucić. Zakładam przy tym oczywiście, że nie ma jednej prostej i łatwej odpowiedzi. Co więcej, chce w tym wypadku podkreślić szczególnie, że będę tu mówił tylko o swoich wrażeniach

 

Nie wiem, ile wykluczających się recenzji czytałem, myślę, że kilkanaście, może nawet więcej. Te problematyczne były pozytywne, podważane były zazwyczaj dobrze uargumentowanymi recenzjami negatywnymi.  Mam wrażenie, że niespójność wynikała z dwóch powodów. Po pierwsze, była to niekompetencja recenzenta. ‚Ta druga’ recenzja często wykazywała drastyczne niedostatki w dorobku lub publikacjach habilitanta. Niedostatki, których kompetentny recenzent nie mógł nie zauważyć. Po drugie, była to kwestia rzetelności. A zatem chodziło o to, by napisać pozytywną recenzję, czasem kurtuazyjnie pozytywną, czasem po prostu pozytywną. Mam w pamięci postępowanie, gdzie wewnętrzna recenzentka piała z zachwytu nad dorobkiem habilitantki. Dorobkiem, który pozostali recenzenci potraktowali recenzjami miażdzącymi. Podejrzewam, że oba powody mieszają się z sobą i przenikają.

 

Skąd takie recenzje się biorą? Na to pytanie nie ma odpowiedzi. Słabość naukowa recenzenta maskowana jest lepiej recenzją pozytwyną. Personalność polskiej nauki, owe wszelkie układy i układziki, uzupełniają ten obraz. Co z tym zrobić? Bez rozwiązań systemowych i ocen recenzji nic się nie da zrobić.

 

I na koniec. Jak powiedziałem, wątpliwe recenzje są zazwyczaj pozytywne. To recenzje przepychające a nie uwalające. Ona raczej wpsijuą się w habilitowanie się za pomocą dorobków miernych.

Jakość dyskusji

Moje ostatnie dwa wpisy wywołały największą do tej pory dyskusję na tym blogu. Nie chcę podbijać bębenka, ale chciałbym zwrócić uwagę na to, co przewija się w dyskusji. A przewija się kwestia jakości dyskusji. Nawet z założeniem, że protokół nie jest (bo nie może być) pełnym zapisem przebiegu dyskusji (nawiasem mówiąc wiem, że są rady wydziału, na których kolokwia habilitacyjne i dyskusje po nich nagrywano), to jednak oddaje przebieg dyskusji i kwestie, które poruszano. Protokół omawiany we wcześniejszym wpisie wskazuje, że dyskusja, którą przeprowadzono nie odnosiła się do meritum sprawy. Omówiliśmy go już jednak.

 

Skupię się więc na tym drugim przytoczonym przez trzy.14. Ten z kolei wskazuje, że dyskusji w ogóle nie było! Pytania zadali recenzenci, nikt więcej nie miał ochoty pytać habilitantki. Dyskusja polegała na tym, że recenzenci ocenili odpowiedzi habilitantki (jedna z recenzentek nawet wystawiła habilitantce ocenę dostateczny z minusem – i właściwie nie wiem, jak się do tego odnieść, bo postanowiłem, że na tym blogu nie będę używał słów powszechnie uważanych za wulgarne). Po owych ocenach, nikt nie zabrał głosu, nikt nie miał komentarza. Nie było dyskusji na temat dorobku, nie było dyskusji na temat recenzji. To po jaką cholerę (to chyba nie jest już brzydkie słowo) jest ta rada?

 

Mam wrażenie, że kolokwium habilitacyjne polegało na tym, żeby zadać habilitantce kilka pytań podręcznikowych/przeglądowych – podejrzewam, że autorzy tych pytań zadają je na egzaminach doktorskich. Habilitantka się nie wykazała, dostała 3 z minusem, i oblała egzamin. To był taki egzamin magisterski, tyle że na egzaminach magisterskich chyba dyskutuje się więcej.

 

Nie mam zdania, rzecz jasna, czy habilitantka powinna była dostać stopień, czy nie. Mam jednak zdanie na temat tego, co się stało. Nikt poza recenzentami nie zabrał głosu. Nikt nie otworzył habilitantce przestrzeni, by mogła opowiedzieć o swoich badaniach. Co więcej, nikomu się nie chciało podyskutować na temat tego, co się wydarzyło, na temat recenzji, dorobku, nie wiem, czego jeszcze. Jakość dyskusji? Dyskusji nie było!! No a przecież jest o czym dyskutować, prawda? Mówimy o latach pracy, mówimy o karierze, o losie habilitantki. No przecież, do ciężkiej cholery, warto przynajmniej pro forma pogadać. Jak na filmach amerykańskich, ława przysięgłych musi przedyskutować materiał dowodowy, nawet jeśli wszyscy się zgadzają!

 

Wiem, że trudno zmierzyć jakość dyskusji. Wiem również, że gdy widzę te dyskusje, to wiem, że są bardzo niskiej jakości. I bardzo proszę o niepisanie, że nic się nie stało, bo wszędzie tak jest!

 

 

Kwestia szacunku

Obecnych 49, głosów na tak: 52, głosów na nie: 0, wstrzymujących się: 3. I właściwie nic więcej można nie pisać o tym wyniku głosowania w sprawie nienadania stopnia habilitantce w naukach humanistycznych (nawiasem mówiąc to o tym postępowaniu pisałem, wpis z 31 maja, wytykając recenzentom dziwne rozumienie cyklu jednotematycznego). Przytoczony bowiem w komentarzach pod poprzednim wpisem link odebrał mi mowę. Takiej nonszalancji, braku szacunku, takiej otwartej pogardy dla procedury nie spodziewałem się. Nie spodziewałem się na tyle, że nie przyszło mi do głowy sprawdzać, czy protokoły głosowań wskazują na odpowiednią do obecnych liczbę głosów. Jednak Wydział Nauk Historycznych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika przekroczył granice, wydawałoby się, nieprzekraczalne. Im się nie chciało nawet policzyć obecnych na posiedzeniu Rady Wydziału jej członków. 

 

Gdy przechodziłem przez ten nieszczęsny proces, zawsze gdzieś w głowie siedziała myśl, że może się to skończyć źle. I zastanawiałem się, jak to będzie. Miałem jednak nadzieję, że moje niepowodzenie będę mógł podsumować hasłem Gloria victis. Tak, nie powiodło się, ale to nie znaczy przecież, że to przekreśla mnie, mój dorobek. Przecież coś tam osiągnąłem i to coś, jakkolwiek niewielkie, zasługuje na jakiś tam szacunek. Wydawało mi się też, że jeśli tego szacunku nie dostanę od osób wokół mnie, to dostanę go od uczelni. Zostanie mi przekazana informacja, w minorowym nastroju, bez przytyków, bez triumfu. Może nawet zasłużę na uścisk dłoni i praę słów otuchy. Nie przyszło mi do głowy, że ta jakże dla mnie ważna procedura, procedura w dużej mierze decydująca o moim przyszłym życiu naukowym, mogłaby zostać potraktowana z nonszalancją.

 

Wielokrotnie pisałem tu o kontroli jakości, pisałem też kilkukrotnie o należytej staranności w postępowaniu. Ale to wszystko nie ma znaczenia. Ja powinienem zacząć pisać o okazaniu habilitantowi podstawowego szacunku.

Łaska?

Zaglądnąłem do ustawy. Otóż ustawa nakłada na Centralną Komisję (art. 9)  obowiązek oceny

 

spełniania warunków do nadawania stopni doktora i doktora habilitowanego, wykonywania uprawnień przez jednostkę organizacyjną uprawnioną do nadawania stopni, a także zasadności uchwał, o których mowa w art. 14 ust. 2 pkt 5 i art. 18a ust. 11, w sprawie nadawania tych stopni.

 

Taki system oceny jest do pewnego stopnia systemem, o którym mówię. Jest jednak kilka problemów. Po pierwsze, nie znalazłem żadnych wytycznych, w jaki sposób oceny są dokonywane. Wiszący na ich stronach raport z działalności Centralnej Komisji w roku 2012 nie zawiera wzmianki o takich ocenach, choć przecież wydaje się, że musiały one się odbywać. Mówiąc wprost: Centralna Komisja nie robi łaski.  Po drugie, ocena wydaje sie dotyczyć jedynie wyników postępowania, a nie procesu. Po trzecie, dotyczy jedynie ‚instytucji’, a nie poszczególnych recenzentów.

 

Warto tu ustawodawcy zwrócić uwagę, że procedura to nie tylko jej wynik. Na stronach CK nadal wiszą postępowania wszczęte ponad rok temu. Po drugie, nie ma sensu oceniać zasadności uchwały, jeśli nie ocenia się informacji, na podstawie której uchwała została podjęta. Uchwała podjęta na podstawie ‚głupich’ recenzji może być w pełni zasadna, choć w rzeczywistości nie jest. Nie ma zatem sensu nieocenianie również recenzji.

 

I na koniec tego tematu chyba: proponowany przeze mnie system kontroli jakości nie jest czymś strasznym i niezwykłym. Jest tranparentnym procesem wzmacniania procesu nadawania stopnia doktora habilitowanego. Wydaje się, że wszystkim zainteresowanym powinno na tym zależeć.

Jakość po raz kolejny

W komentarzach przewija się kwestia kontroli jakości. Już kiedyś o niej pisałem, postanowiłem jednak napisać szczegółowiej. Wyobrażam sobie to następująco.

 

Postępowania powinny być sprawdzane pod względem formalnym i merytorycznym.

1. Formalnie powinny być sprawdzane wszystkie postępowania i powinno się sprawdzać ‚jakość’ dokumentów (np. czy zawierają wszystkie wymagane elementy), terminowość oraz zgodność ze wszelkimi innymi procedurami. Robiłby to urzędnik, więc nie stanowiłoby to wielkiego obciążenia. 

 

2. Wszystkie oficjalne dyskusje na temat habilitacji (np. komisja, ale również fragment debaty na radzie wydziału)  powinny być rutynowo nagrywane. Za ‚jakość’ nagrania, a zatem na przykład za to, że zawiera zapis całości dyskusji powinien odpowiadać przewodniczący komisji oraz, na radzie wydziału, prowadzący ją. Nagrania powinny być deponowane w CK, razem z dokumentacją.

 

3. Wybrane postępowania powinny być sprawdzane merytorycznie. A zatem należy ocenić merytoryczną jakość dyskusji oraz recenzji. Co to znaczy? No na przykład, na ile oceniający posługują się kryteriami zawartymi w rozporządzeniu, na ile argumenty są rzeczowe (wskazywany tu argument ‚ad pamięciam’ nie jest argumentem rzeczowym). Rozumiem oczywiście skomplikowanie i trudność takich ocen.  Jednak przy odrobinie dobrej woli, to jest do przeprowadzenia.

 

4. Które postępowania powinny być oceniane ‚urzędu’. Można by powiedzieć, że losuje się 5-10 postępowań rocznie, na dodatek automatycznie ocenia się wszystkie te postępowania, które zawierają sprzeczne recenzje.

 

5. Kto powinien to robić? To jest najtrudniejszy element układanki. Wcześniej napisałem, że mógłby to robić NCN, można by też wykorzystać do tego PAN, można by wykorzystać polskich uczonych za granicą (teoretycznie poza układem), podejrzewam, że są też inne sposoby.

 

Po co nam kontrola jakości? Z 2 powodów. Po pierwsze po to, żeby wzbudzić zaufanie do systemu. Nie znam nikogo, kto nie ma żadnych zastrzeżeń do procedury habilitacyjnej, kto by powiedział: jestem głęboko przekonany, że system działa, a moje recenzje z całą pewnością będą rzetelne. Po drugie, tzw. środowisko powinno dokonować refleksji nad swymi praktykami tak, by stawały się coraz lepsze, szczególnie że zastrzeżeń do nich jest co niemiara. 

 

Czy taki system kontroli jest możliwy? Nie wiem, powiedziałbym, że istnieje szansa, że nie zostałby szybko skorumpowany układami, układzikami, wzajemnymi powiązaniami. Polak potrafi!  Chcę też myśleć, że jest w Polsce wystarczająco dużo uczonych, którym zależy na dobrych i rzetelnych procedurach.

 

Zakończę jednak pesymistycznie: jestem głęboko przekonany, że jeszcze przez długi czas takiego systemu kontroli nie będzie. Profesorskie przekonanie, że z profesorskiej głowy spadnie profesorska korona, gdy się złe słowo powie na profesora, jest wystarczająco silne, żeby próby wprowadzenia takiego systemu skutecznie torpedować.

Wpis jedynie słuszny

Ostatnie dyskusje coraz wyrażniej rysują wizję habilitacji, którą mam od jakiegoś czasu. Otóż coraz częściej myślę o habilitcji jako o formie quasi-polityki naukowej, w której (sposób zupełnie niekontrolowany) tworzy się kształt dyscyplin naukowych i nauki. Obraz habilitacji, który się wyłania na podstawie przeprowadzonych postepowań i dyskusji, jest następujący.

 

Po pierwsze recenzenci decydują nie tylko o tym, jaki dorobek należy mieć w celach habilitacyjnych, ale również jaką karierę. Zupełnie na początku mieliśmy do czynienia z habilitantem, który miał ‚prawidłową’ karierę, ostatnio kilkukrotnie kramka zgłaszała niekonwencjonalność swej kariery, rozmawialiśmy też tu o tym, kto jest ‚czyj’. Po drugie, recenzenci wedle uznania (podejrzewam, że jednak bez gruntownej refleksji nad konsekwencjami) decydują o granicach dyscypliny, uznając, że są badania, które do dyscypliny pasują, a są takie, które nie pasują. Takie działania to oczywiście, mniej lub bardziej strategiczne, kształtowanie tego, jak w Polsce wygląda dyscyplina naukowa oraz tak kluczowe jej elementy, jakie badania można (warto, da się)  w jej ramach robić. Decyzje recenzentów nakręcają obraz dyscypliny przez nich akceptowany. Z tego wynika, po trzecie, przynajmniej w jakimś stopniu odrzucenie badań interdyscyplinarnych. Podnoszona przeze mnie czystośc dyscyplinarna habilitanta to obraz nauki, która mieści się w szufladkach. Te działania recenzentów wspierane są rzecz jasna przez działania prawodawców, którzy silnie sytuują habilitację w ramach dyscyplinarnych (mało jest wyjątków, gdzie postępowania przekraczają je).

 

Po czwarte i ostatnie, brak  jakiejkolwiek kontroli jakości, powoduje wielką niespójność ‚jakościową’ dorobków habilitacyjnych (kliniczny wręcz przypadek nauk o zdrowiu). Jest to obraz nauki, w której ‚anything goes’, a podstawy do planowania habilitacji praktycznie nie istnieją. Wszystko zależy do widzimisię recenzyjnego, choć trzeba przyznać, że nadal wygląda na to, że dobry dorobek (szczególnie jeśli wygodnie siedzący w ‚mainstreamie’ dyscyplinarnym) jest w dużym stopniu gwarancją powodzenia habilitacyjnego.

 

Obraz habilitacji to obraz nieskoordynowanego i myślę, że w dużym stopniu bezrefleksyjnego, wpływu na obraz dyscyplin i praktyki nich zawarte. Każda recenzja, czy recenzent chce czy nie, czy zdaję sobie sprawę czy nie, rzeźbi dycyplinę naukową. Niestety, mam wrażenie, że recenzenci w dużym stopniu rzeźbią dyscyplinę na wzór własnych, jedynie słusznych, poglądów. Nasza habilitacja, a przez to i nauka jest (raczej) konwerwatywna, zamknięta. Piszę te słowa zdając sobie sprawę, że występują różnice dyscyplinarne i że opieram się na swoich wrażeniach. Jednak kierunek ‚diagnozy’ wydaje się mi (jedynie) słuszny.