Rzut monetą?

Zwróciło moja uwagę niedawno zakończone postępowanie z językoznawstwa, w którym habilitant w ciekawy sposób  gwararantuje jakość swych publikacji. Czytamy w autoreferacie:

 

Wszystkie teksty, wydane na Ukrainie, zostały opublikowane w czasopismach naukowych, które Komisja ds. Stopni i Tytułów Ministerstwa Oświaty i Nauki Ukrainy określa jako „fachowe” i „pierwszorzędne”

 

Któż mogłby sie oprzeć fachowości czasopism? Prima sort!

 

Jednak pisze o tym postępowaniu przede wszystkim ze względu na trzecią recenzję, w której recenzentka wskazuje na liczne autoplagiaty habilitanta. Tutaj jednak, w przeciwieństwie do postępowania z poprzedniego wpisu, nie wpłynęły one na pozytywne zakończenie. 

 

Ten habilitant może mówić o szczęściu, poprzednia habilitantka o pechu. Wydaje mi się jednak, że to nie łut szczęścia powinien decydować o nadaniu stopnia.

 

Różnice

Po kolejnych komentarzach na temat polskich habilitacji na Słowacji postanowiłem dodać swe trzy grosze. Przede wszystkim rozumiem i w dużej mierze zgadzam się z walką prof. Śliwerskiego z tymi habilitacjami. Cytat przytoczony przez trzy.14 wystarcza, by się ich przestraszyć. Praca magisterska zamieniona w habilitację nie mieści się w głowie.

 

Przyznam jednak, że nie potrafię potępić tych, którzy poszukują sukcesu habilitacyjnego na Słowacji. Rozumiem dobrze tych, którzy chcą uciec przed układami, podlizywaniem się czy wydziałową kolejką. Poza tym nie widzę za bardzo różnicy między polskimi habilitacjami z pedagogiki, którę biją po oczach lokalnością i dorobku, i osiągnięcia habilitacyjnego. Co za więc różnica czy słaba habilitacja przejdzie tu czy na Słowacji?

 

Jakiś czas temu pisałem o zachwycie profesora-pedagoga nad habilitacją ‚w światowym stylu’. Tyle że dorobek habilitantki nie miał nic wspólnego ze światowością, ani nawet z miernym poziomem międzynarodowym. Zamiast piętnować słowackie habilitacje, wolałbym, by Pan Profesor zaczął walczyć o poziom i standardy habilitacji w Polsce.

 

Pół metra na habilitację

Pisałem już o niedawnym niepowodzeniu habilitacji dra Migalskiego. Zwrócono mi uwagę na szerszy opis tego, co się stało. Przyznam, że czytałem ten artykuł i ograniało mnie coraz większe zniesmaczenie wobec wszystkich stron konfliktu. Chociażby to, że habilitant krytykuje obecność osoby, którą oskarżył o agenturę (i zasłonił się immunitetem), jednak sam wskazuje radę, w której osoba ta zasiada.

 

Jednak najbardziej przykuły moją uwagę cytowane przez gazetę, habilitanta  i – wedle jego relacji – recenzenta kryteria oceny dorobku kandydata. Gazeta oburza się pytająć, jak to możliwe, żeby autor aż 17 książek nie dostał habilitacji! Recenzent miał napisać, że habilitant wydawał tylko jedną książkę rocznie, a można kilka. Sam habilitant żali się, że przecież był na urlopie.

 

Czytam to i zastanawiam się, czy gazecie, recenzentowi czy habilitantowi przyszło do głowy zastanowić się nad jakością tych książek. Nawet w politologii nie chodzi chyba  tylko o to, ile książek się wydaje, ale również o to, co to za książki! Jeśli jednak nie, to ja mam sugestię. Skoro ważna jest tylko inwentaryzacja, to może można by te książki jeszcze zważyć, albo zmierzyć, grubość sumaryczną podawać w metrach.

Miara recenzenta

Uderzyła mnie ta recenzja w postępowaniu z filozofii. Recenzentka w konkluzjach pisze o tym, że się z habilitantem nie zgadza, czy też że habilitant jej nie przekonał. No i zacząłem się po raz kolejny zastanawiać nad rolą recenzenta habilitacyjnego. Czy rzeczywiście habilitant powinien przekonać recenzenta? Czy recenzent musi zgadzać się z habilitantem, by napisać pozytywną recenzję?

 

Przypomniałem sobie od razu jedną z recenzji w moim postępowaniu. Recenzent pisał o tym, że on by inaczej przeprowadził moje badania. Tak jak wtedy, tak i teraz uważam, że takie recenzje są nie na miejscu. Recenzent ma ocenić to, co ja zrobiłem i napisałem, ale punktem odniesienia nie jest to, co recenzent myśli, uważa, czy też co by zrobił. Trzeba też dużo samouwielbienia, żeby pisać recenzję habilitacyjną na podstawie tego, czy habilitant przekonał recenzenta czy nie.

 

Chciałbym zaznaczyć, że nie wiem, czy cytowana recenzentka miała rację czy nie. To nie ma znaczenia. Chodzi mi o podejście do poprzeczki, którą ma przeskoczyć habilitant. Według mnie tą poprzeczką nie jest przekonanie recenzenta czy też zgoda recenzenta z habilitantem. Moim zdaniem recenzent powinien być wręcz czujny na to, by nie oceniać habilitanta według swej miary.

 

Rada Młodych Dyplomatów

Rada Młodych Naukowców opublikowała raport na temat habilitacji w nowej procedurze. Dzisiaj napiszę parę słów na temat odpowiedzi na pytania otwarte, a zacznę od cytatu z odpowiedzi jednego z respondentów humanistycznych:

 

monografia jest najlepszą formą wykazania swych zdolności do przedstawienia stanu dociekań nad danym problemem, jego ujęcia teoretycznego, konstrukcji argumentacji i dyskusji z różnymi sposobami rozwiązania danego problemu, wreszcie przedstawienia własnej jego interpretacji i/albo rozwiązania

 

Pozostawiam ten cytat bez komentarza.

 

Odpowiedzi na pytania otwarte kreślą obraz habilitacji bardzo podobny do tego, o którym wielokrotnie pisano na tym blogu. To obraz procedury obdarzonej praktycznie zerowym zaufaniem. Respondenci zwracają uwagę na uznaniowość kryteriów stosowanych przez recenzentów (i różnorodność kryteriów stosowanych przez różne uczelnie). Wskazują, że procedura nie radzi sobie z interdyscyplinarnością rzeczywistości naukowej, a także z rzeczywistością pisania. Wielokrotnie pisano tutaj o tym, że cykl jednotematyczny polegający na zaplanowaniu z góry cyklu publikacji nie odzwierciedla rzeczywistych praktyk naukowych. Nieufność wobec procesu przejawia się też w postulatach kwantyfikacji kryteriów.

 

Co ciekawe, respondenci proponują wprowadzić kryterium ‚widocznego postępu naukowego’, które ma wyprzeć ‚cykliczność’. Niestety, nie zgadzam się z takim kryterium  –  postęp kogoś, kto był zerem naukowym może być ogromny, jednak nie sięgać poziomu przyzwoitości.

 

Najbardziej rozczarowany jestem jednak konkluzjami autorów, którzy widzą problemy zgłaszane przez respondentów jako wynik braku doinformowania na temat nowej procedury habilitacji. To wyjątkowo dyplomatyczne podsumowanie wyjątkowo negatywnych ocen, które wyłaniają się z raportu.

 

Nie

W nowym wpisie dr Kulczycki stawia ciekawe pytanie:

 

czy nasz system awansów naukowych, szczególnie habilitacji, służy rozwojowi nauki? Wśród młodych ludzi powszechne jest zwątpienie, czy stanowi ona skuteczny miernik jakości, pozwalający najlepszym sterować i funkcjonować w nauce. Jeśli moi rówieśnicy się mylą, zostawmy habilitację. Jeśli mogą mieć rację, czas głośno wskazać, co z tym fantem trzeba zrobić.

 

Postanowiłem odpowiedzieć na to pytanie, a moja odpowiedź jest negatywna. A zatem nie, habilitacja nie służy rozwojowi nauki i to z dwóch powodów.

 

Pierwszym powodem są absurdalne kryteria. Wielokrotnie pisałem już o tym, że kryterium znacznego wkładu w rozwój dyscypliny jest niemożliwe do spełnienia przez przytłaczającą większość nie tylko habiltantów, ale również profesorów, nie tylko zresztą polskich. Znaczny wpływ na rzowój dyscypliny mają osoby bardzo wybitne, których jest mało, a może i baaaaardzo mało. Zaporowe kryterium oznacza, że, chcąc, nie chcąc, recenzenci muszą je obchodzić. Bo jeśli rzeczywiście produkujemy w większości makulaturę (zob. dyskusję na DNU), no to jak może ta makulatura mieć znaczący wpływ itd.. Trzeba zatem udawać, że ma, bo habilitację nadawać trzeba. I skoro (praktycznie) nikt nie spełnia kryterium znacznego wkładu, no to właściwie wszystko wolno.

 

Drugim, być może ważniejszym, powodem są praktyki recenzenckie, o których również pisałem wielokrotnie. Rządowe kryterie oceny habilitanta są nagminnie ignorowane, recenzenci nagminnie piszą recenzje kurtuazyjno-towarzyskie, czy wreszcie niekompetentne lub podlane sosem wyobrażeń wielkościowych. Nawet zakładając więc, że usunięte zostanie kryterium znacznego wpływu, nie zmieni się wiele, bo recenzenci będą nadal robić, co im się żywnie podoba, a habilitacja nadal będzie (w znacznie za dużej ilości przypadków) czysto uznaniowa.

 

Powstaje pytanie, co robić. Wielokrotnie pisałem o systemie kontroli. Dzisiaj nie jestem pewien, czy on ma szanse. Musiałby on się opierać na ludziach spoza układów towarzyskich, a takich jak na lekarstwo. Obecna CK jest instytucją nie tylko bez pazura, ale, jak się wydaje, nawet bez uzębienia. Pozostaje więc chyba usiąść i zapłakać, licząc na to, że zmieni się samo.

 

Współpraca

Już w kilku rozmowach z prawie-habilitantami usłyszałem o strategiach habilitacyjnych na długo przed postępowaniem. Otóż niejednokrotnie już usłyszałem o tym, jak prawie-habilitanci umawiają sie ze swymi współautorami zarówno co do kolejności współautorstwa na publikacji, a także co do deklarowanego wkładu. Co ciekawe, proponują to również profesorowie, którzy chcą wspomóc współpracowników, zaniżając swój deklarowany udział w publikacji.

 

Mój komentarz jest zawsze bardzo prosty: i bardzo dobrze! Jeśli oczekuje się od habilitanta informacji, która albo jest pusta informacyjnie (wielokrotnie podkreśla się, ze 10 procent wkładu może być nieważnie, a i może doprowadzić do tego, że artykuł nadaje się do publikacji), albo niemożliwa do ustalenia, to należy podawać informację taką, która najbardziej służy im w uzyskaniu stopnia. A co prawdą – zapytała mnie jedna prawie-habilitantka? Nic – tego typu informacje (prawie) zawsze rzeczywistośc zaciemniają.

 

Już ponad rok minął od mojej habilitacji. Wracam do niej, myśląc o tym, że habilitację trzeba zrobić. Niestety, wcale nie musi ona odzwierciedlać ‚poziomu naukowego’ habilitanta. I jeśli, na przykład, profesor, kolega, wspołpracownik mówi: „ja napiszę sobie mniej niż mógłbym, ty mi się kiedyś odwdzięczysz”, to trzeba to brać i sie cieszyć, że ma się takiego profesora czy kolegę.

 

Dwie perspektywy

Od czasu do czasu dostaję maile od czytelników tego bloga i ten wpis oparty jest na jednym z listów. Jego autor pisze o kolokwium habilitacyjnym, w którym brał udzial i o kuluarowych dyskusjach na temat habilitantki. Szczególnie jeden z aspektów opisywanych dyskusji uderzył mnie i o nim chce tutaj napisac. Piszę o nim również dlatego, że podobne sprawy były już tutaj dyskutowane.

 

Otóż habilitacja przeszła niejednogłośnie i mój korespondent opowiada mi o dyskutowanych powodach głosów pozytywnych i negatywnych. Negatywne głosy oparte były o ocenę ‚bezwzględną’ – dorobek był za słaby, dużo błędów, kolokwium równie słabe itd. itd. Z drugiej strony, głosy pozytywne oparte były o ocenę ‚relatywną’. Dorobek jest bardzo słaby, ale przechodzą gorsze habilitacje, niesprawiedliwe będzie więc uwalenie tejże.

 

A ja z kolei mam problem z jedną i drugą argumentacją. Mam problem z widzeniem czyjegoś dorobku poza dyscypliną, w której występuje. Kryteria oceny habilitanta nie mogą stawiać poprzeczki za wysoko czy za nisko w danym kontekście dyscyplinarnym. Jednak drugi argument równa ocenę w dół do najgorszej habilitacji znanej głosującym. To z kolei prowadzi do tego, że w każdej dyscyplinie jest nieusuwalny ogon bardzo słabych habilitacji, które przechodzą, bo podobne przechodzą. Jak to rozwiązac? Nie wiem. A probem jest poważny, bo zaraz będę pisał recenzję habilitacyjną.

Trans

Zastanowił mnie jeden z nowszych autoreferatów humanistycznych. Tytuł osiągnięcia brzmi:

 

Opis i charakterystyka kluczowych pojęć Karola Wojtyły…..

 

Laikowi trudno krytykować, jednak habilitacja za opis zaskoczyła mnie. Zapewne się czepiam niepotrzebnie, ale opis wydaje mi się strategią badawczą doskonaloną już w szkole średniej, może jeszcze na pierwszym roku studiów. Później staramy się już zrobić więcej niż opisać, co widać. W autoreferacie nie ma żadnych wskazówek do tego, by habilitantka zrobiła coś więcej.

 

Przyznam jednak, że recenzje, z odnośnikami do transdyscyplinarności (to musi być coś znacząco lepszego o zwykłej interdyscyplinarności) i do ponad 1300 przypisów, muszą wskazywać, że habilitantka nie tylko opisała. 

 

 

Suwerenne widzimisię

Ostatnia kwestia, która przyszła mi do głowy w związku z habilitacją z matematyki, to klarowność kryteriów oceny habilitanta. Otóż pomimo tego, że wielu habilitantów z pewnością ma bardzo nierealistyczny obraz swojego dorobku (kończy się to zazwyczaj niepowodzeniem), to jednak dwie pozytywne recenzje wskazują, że habilitant z matematyki całkiem nieźle ocenił swoje szanse. Podobnie jest w wypadku niedawno omawianej habilitacji z psychologii, która co prawda zakończona została pomyślnie, mogła się jednak tak nie zakończyć. Z jednej strony mieliśmy niezwykle  pozytywną recenzję, z drugiej recenzję negatywną, a wszystko przy dorobku (bibliometrycznie przynajmniej) chyba większym niż dorobek całej trójki recenzentów.

 

Oba te przypadki wskazują moim zdaniem, jak rozmyte i nieklarowne są kryteria oceny habilitanta. Oczywiście rozumiem, że ostateczna decyzja oceny dorobku musi należec do recenzenta, jednak habilitant powinien móc ‚wiedzieć, gdzie jest’, innymi słowy, realistycznie ocenić swoje szanse na awans. Choćby po to, żeby stwierdzić, że to jeszcze nie ten czas. Te dwie wspomniane habilitacje (potrafię wymienić inne) wskazują, że jest to dzisiaj przynajmniej bardzo trudne.

 

Niejednokrotnie pisałem o znacznym rozrzucie jakościowym między postępowaniami czy o widzimisię recenzentów. Sprowadza się to, jak mi się wydaje, do tego, że kryterium ‚znacznego wkładu w rozwój dycypliny’ jest albo niedostępne dla przytłaczającej większości habilitantów, albo czysto uznaniowe. Pratyka habilitacyjna wskazuje, że idzie o to drugie. Powstaje więc pytanie – co z tym zrobić? Biorąc pod uwagę, że jest rozporządzenie, które wyłuszcza kryteria oeny w postępowaniach habilitacyjnych i które jest powszechnie ignorowane, niestety, nie da się zrobić wiele. Szczególnie, że w ocenie recenztów dominują głosy takie, jak w niedanym wpisie profesora pedagogiki, który znów broni prawa recenzentów do pisania bzdur. Znaczy się, do suwerenności opinii recenzenta, rzecz jasna.