Umiar

Zatoczyło się koło. Gdy zaczynałem pisać ten blog, parę razy wspomniałem o roli mentor i o tym, że ja nigdy nie miałem mistrza i że brakowało mi osoby, która pomaga wejść w życie akademickie. Fajnie mieć mistrza, pisałem 2 lata temu. A pod poprzednim wpisem pojawiły się komentarze właśnie na temat mistrza. Jego pomoc to czasem komentarze, czasem rada, a czasem ‚wsparcie’.

 

No i zadałem sobie pytanie, czy osoba taka, jak profesor, o którym napisałem poprzednio, może być takim mistrzem, czy też jest pasożytem, krętaczem, ułudą w oczach latwowiernych. A zatem czy mistrzem może być osoba bez znaczącego dorobku? Odpowiedź z kolei jest dla mnie oczywista, tak, oczywiście, że taka osoba może być mistrzem. Nie uważam, że brak dorobku automatycznie dyskwalifikuje profesora z mentorstwa. Co więcej, powiedziałbym, że duży dorobek badawczy wcale nie oznacza, że tak badacz może, chce i potrafi być mentorem. Bez wątpienia taki dorobek pomaga, ułatwia, a przed wszystkim uwiarygodnia mentora, jednak niczego nie gwarantuje.

 

Nie chciałbym, żeby mój wpis zabrzmiał jak pochwała nieróbstwa i profesury bezdorobkowej. Chciałbym jednak, właśnie ze względu na profesora z poprzedniego wpisu, zachować umiar w potępianiu i odrzucaniu. Na koniec dodam, że najciekawsze pytanie w mojej karierze naukowej zadał mi profesor bez większego dorobku międzynarodowego.  Jednak to słowa tego profesora zmieniły sposób, w jaki patrzyłem na całość subdyscypliny.

Uprzedszkolnienie

Ciągnę temat mentorski. Na blogu dr. Kulczyckiego pojawiają się ostatnio poradniki. Najbardziej zaciekawił mnie poradnik pisania abstraktów. Niby to cenna inicjatywa – mnie nigdy nie uczono pisać abstraktów, musiałem się nauczyć tego sam. Jednak mam wrażenie, że należy pamiętać, by nie przekroczyć granic uprzedszkolnienia młodych naukowców.

 

Mam tu dwa komentarze. Po pierwsze i ważniejsze, gdy zaczynałem pisać, nie wiedziałem, jak napisać abstrakt. Wziąłem więc do ręki czasopismo, do którego chciałem napisać i przeczytałem kilka abstraktów. O dziwo, w tenże sposób nauczyłem się je pisać. I to bez poradnika! Dodam jeszcze, po drugie, że nie chce mi się wierzyć, że można udzielić jednego zestawu rad wszystkim. Nie tylko są różne badania, są różne artykuły, ale są nawet artykuły, które nie donoszą o badaniach (poradnik Kulczyckiego nie zakłada takiej możliwości).

 

A tak w ogóle, to zamiast poradnika wolałbym mentora, który wie, jak to zrobić.

 

Mentor

Od kilku dni toczy się dyskusja na temat nauczania doktorantów oraz mentorów. Parę słów ode mnie.  Pisałem jakiś czas temu o tym, że brakowało (brakuje) mi w moim życiu naukowym mistrza. Że to ktoś, kto na zawsze, ktoś, na kim będzie się można oprzeć nawet gdy formalne relacje ustaną. To, o czym nie napisałem, to właśnie o mistrzu jako mentorze. Mistrzu, który wprowadzi w świat nauki (jak ktoś to napisał w dyskusji).

 

Mówiąc metaforycznie, dla mnie taki mentor to ktoś, kto potrafi dostrzec diament i go oszlifować. Tak sobie kogoś takiego wyobrażam. I są chyba sfery takiego ‚szlifowania’. Po pierwsze, mentor to ktoś, kto wspomoże w pisaniu pracy doktorskiej. Będzie potrafił dawać wskazówki, które pozwolą doktorantowi osiągnąć swój potencjał intelektualny. Bo mentor to nie jest ktoś, kto powie, jak ma być, mentor to ktoś, kto umożliwi doktorantowi na dojście do tego. Po drugie, mentor to ktoś, kto pomoże młodemu magistrowi, a później doktorowi stawiać pierwsze kroki publikacyjne. Ta koszmarna strata czasu, bo się promotorowi nie chciało, bo nie umiał, nie wiedział, albo wiedział lepiej. Albo to, co dla niego było osiągnięciem, osiągnięciem tak naprawdę nie było. Niewielu spotkałem mentorów, ale może się nie rozglądałem….

 

Ale w dyskusjach brakuje jednego według mnie. Żeby móc wejść w taką relację z doktorantem, ten doktorant musi mieć potencjał. Nie każdy doktorant taki potencjał ma.

 

I jeszcze jedno. Od wielu lat zaskakuje mnie to, że idąc do biblioteki uniwersytetów na świecie,  szczególnie anglosaskich, widzę masę przeróżnych podręczników z ‚research methods’, z przeróżnych dziedzin i dyscyplin. W Polsce ich nie ma (poza wyjątkami), a jeśli są, są tłumaczeniami tych podręczników po angielsku, niekoniecznie tych, które warto przetłumaczyć. Ot, ciekawostka.

Fajnie mieć mistrza

Gdy czytam autoreferaty, często, a może i bardzo często, natrafiam na informacje na temat prac magisterskich i doktoratów habilitantów. Znaczna ich część podaje nazwiska swych promotorów. Zastanawiam się zawsze, czy habilitanci podają te informacje

a. ‚dla porządku’;

b. chcą się pochwalić, z jakiej ‚stajni’ pochodzą;

c. mówią o swoich mistrzach.

 

Najbardziej interestuje mnie  właśnie ta trzecia opcja. Opcja mistrza. Interesuje mnie, bo ja takowegoż nie miałem. Oczywiście miałem promotorów, ale nasze relacje nigdy nie wyszły poza relacje ‚biznesowe’. Ja pisałem, promotorzy konsultowali, komentowali, nic więcej. Po skończonym ‚potępowaniu’ kontakt się urywał natychmiast. 

 

Brakuje mi mistrza  w moim życiu zawodowym. Nie wiem do końca, kim miałaby być ta osoba, jaka miałaby być nasza relacja, ale wyobrażam sobie, że byłaby to relacja ‚na zawsze’. Wyobrażam sobie, że byłaby to relacja z kimś, do kogo zawsze się można udać po poradę, kto zawsze będzie się cieszył z moich osiągnięć, a jak (jeśli) go/ją  już wyprzedzę, to będzie dumny. Ja więc miałbym kogoś, na kim mógłbym się oprzeć, mistrz miałby kogoś, kto niósłby jego sztandar. Wiem, wiem, trochę to patetyczne, ale brak mi kogoś takiego i zazdroszczę tym, którzy mają takie osoby!