Czołgam, więc jestem

Jakiś czas temu poinformowano o tym, że sąd ukarał Uniwersytet Szczeciński za opóźnienia w postępowaniu habilitacyjnym (tu linka). Moim zdaniem bardzo dobrze się stało.

Po pierwsze, postępowanie pokazało absurdalny stan rzeczy dotyczący opłat za habilitację. On jest absurdalny z dwóch powodów. Po pierwsze, absurdalne jest to, by uczelnia płaciła z własnej kieszeni za prowadzenie postępowania habilitacyjnego osoby niezwiązanej z nią. Nie ma żadnego powodu, by, powiedzmy, Uniwersytet Szczeciński wybulił 20+ tysięcy złotych za to, że ktoś 'z ulicy' ma ochotę zrobić habilitację.

Jednak podobnie absurdalne jest to, by osoba, która chce się rozwijać naukowo, płaciła za tęże habilitację. Jeśli polityka naukowa państwa polega na tym, że państwo oczekuje od delikwenta habilitacji, to niechże państwo za tę habilitację zapłaci. Nawiasem mówiąc, skoro państwo uznało, że uczelnie mają płacić za studia doktoranckie, nie ma, moim zdaniem, powodu, by nie rozciągnąć tego na habilitacje.

To, że w większości przypadków za habilitację płacą uczelnie, nie ma żadnego znaczenia. Skoro muszę mieć habilitację, by np. promować doktoraty, to bariera finansowa w postaci opłaty za stopień jest według mnie niesprawiedliwa.

I mamy pat, w którym obie strony mają rację. Jednak im szybciej sprawa zostanie rozwiązana systemowo, tym lepiej.

Druga, równie ważna sprawa, na którą zwrócił uwagę sąd, to zwlekanie z prowadzeniem postępowania. I omawiana sprawa to tylko jeden z wielu, wielu przypadków, w których określone przepisami terminy traktuje się jako coś w rodzaju luźnej aspiracji. W omawianej sprawie, zwlekanie wynika prawdopodobnie z braku opłaty, jednak uczelnie zwlekają, bo mogą.

Omawiałem na tym blogu wielokrotnie postępowania trwające rok, a nawet i dłużej. Znam dwa przypadki recenzji, które zajęły recenzentowi ponad 2 lata. 2 lata!!! To skandal nad skandale i tak naprawdę recenzowany doktorant czy profesorant (bo chodziło o recenzję doktorską i profesorską) powinien pozwać recenzenta w związku z utraconymi dochodami.

A przy okazji nie chodzi przecież tylko o utracone dochody. Chodzi o to jakże naszopolskie przyzwolenie na przeczołganie osoby w postępowaniu awansowym.

Niestety, wątpię, by uczelnie potraktowały poważnie wyrok, który zapadł. x-anci nadal nie będą pozywać uczelni choćby ze względu na strach przed konsekwencjami. Tym bardziej cieszę się z wyroku w omawianej sprawie. Oby takich spraw więcej.

Epistolografia otwarta

Ludzie listy piszą, tylko nie wiadomo po co. Ostatnio pojawiły się dwa listy otwarte.

Pierwszy, zdecydowanie bardziej irytujący, to list w sprawie szczepionki na Covid19 (nie daję linka, żeby nie popularyzować szkodnictwa). Oczywiście, jak kto chce, nie sobie pisze listy otwarte, zamknięte i uchylone. Jednak drażni mnie bardzo, gdy inicjatorem listu w sprawach czysto medycznych, jest politolog, który nawet nie udaje, że się nie zna.

I teraz tak. Załóżmy przez chwilę, że apelujący koryfeusze mają rację, i szczepionka rzeczywiście zmieni nasze DNA, zaczną nam łuski rosnąć i życie na Ziemi zmieni się nie poznania. Jeśli jednak mają takie podejrzenia, to zakładam, że oni, jako to naukowcy, napisaliby natychmiast do czasopism takich jak Lancet czy NEJM, które publikowały już na ten temat. Jestem przekonany, że taki list zostałby natychmiast opublikowany, a świat przejrzał by na oczy, a my byśmy znów byli centrum (wszech)świata i wszyscy chcieliby polskie habilitacje.

Ba, oni od razu wysłaliby list do rektora Oxfordu, wskazując, że jego współpraca z AstraZeneca jest skandalem nad skandale. Tak by zrobili naukowcy. Aż trudno sobie wyobrazić przecież, że ci naukowcy,  nie chcą ocalić ludzkości całej przed katastrofą.

Ci jednak koryfeusze nauki postanowili napisać do prezydenta. A ja się zacząłem zastanawiać, po co. Prezydent ma napisać do Pfizera? Przecież on nie ma zdania na ten temat. Od tego są badacze, najlepiej ci od wakcynologii, prób klinicznych i epidemiologii. Politologię można w tym wypadku o kant pewnej części ciała roztrzaskać. Przy okazji, to samo można zrobić z medycyną, która zamiast badania prowadzić, listy otwarte pisze.

Nawiasem mówiąc, już kilkoro sygnatariuszy się wycofało z podpisu, bo okazało się, że myśleli, iż podpisują co innego.

Drugi list otwarty zacytowano już w komentarzach. Tym razem jest to list otwarty profesorów i tylko profesów. Jak wiadomo, profesorowie to ludzie ważni i mówią ważne rzeczy. I nie należy rozwadniać, rozmiękczać, tudzież robić innych rzeczy doprowadzających do kontaktu słów profesorskich z werbalnym badziewiem nieprofesorów.

Nie będę się tu pastwił nad samym listem. Moim zdaniem jest, nie wiem, jak to ładnie powiedzieć, głupi. Jak można napisać:

Działania te mają doprowadzić do zmiany wizerunku osoby godnej najwyższego szacunku w kogoś współwinnego odrażających przestępstw.

No przecież najpierw należałoby poczekać z ustaleniem, czy jest czy nie jest współwinny, nie? Ale ja się nie chcę wypowiadać (a przynajmniej nie na tym blogu) na temat JPII, tego, co robił czy nie robił. Bez względu na to jednak, jakie są moje poglądy, takiego listu nie podpisałbym i uważam go, co więcej, za szkodliwy.

Wielokrotnie pisałem tutaj, że uważam zaangażowanie środowiska w politykę, nazwijmy to, pozaakademicką, za błąd. Uważam, że profesor jako profesor nie powinien się wypowiadać na tematy polityczne (wiem, wiem, to czasem jest bardzo rozmyte), wspierać stanowisk politycznych czy partii. Dlatego krytykuję kilku rozpolitykowanych profesorów (sam zresztą politykowania nie uniknąłem w przypadku strajku kobiet – no i git).

Profesorski list w obronie byłego papieża jest listem, który pokazuje, że wbrew deklaracjom, prawda jest obojętna. Papież wielkim papieżem/Polakiem/intelektualistą był. A jak nie był? No jak nie był, skoro był, mówią nam profesorowie świeccy i inni.  Wiecznie żywy Gombrowicz by się uśmiał setnie.

Ten list otwarty pokazuje środowisko akademickie jako silnie zideologizowane. „Swoich”, lubianych przez nas, bronić będziemy nawet listem otwartym. Tych mniej lubianych zawsze możemy uwalić na doktoracie czy habilitacji. Wszak idzie o to, żeby wyszło na nasze.

Na zakończenie dwie mądrości.

  1. Trzymajmy się z dala od polityki. Szczególnie teraz, w czasach, kiedy polityka bierze kilof i idzie walić nas i nasze miejsce pracy. Na oślep.
  2. Nie uważam, by sygnatariuszy tych listów należałoby karać czy napominać. Nie, moim zdaniem, należy ich wyśmiać. 

Koniec i bomba, kto pisze listy otwarte, ten trąba.

 

 

Za daleko od mediany i smaku

Uniwersytet Warszawski nie ma ostatnio dobrej prasy. Niestety, najnowszy cios swojej uczelni zadał jej nowy rektor. Oto doniesiono, że rada uczelni pozwoliła rektorowi kontynuować pracę w radach nadzorczych, konsultacjach i ogólnie być 'blisko biznesu', jak się powiedział rektor Nowak. Jak dla mnie to to trochę za blisko.

Po pierwsze uważam, że miesięczne wynagrodzenie rektora w wysokości 36 tysięcy nie jest wygórowane. Powiedziałbym nawet, że gdyby było i ze dwa razy wyższe, uważałbym je za stosowne. Rektor UW zarządza prestiżową  instytucją o wielomilionowym budżecie, której losy powinny interesować przeciętnie wykształconego podatnika. Jednak uważam również, że z tego powodu Pan Rektor powinien całą swą uwagę poświęcić właśnie zarządzaniu tąże uczelnią. Wyobrażałem sobie również, ze rektor UW po prostu nie ma czasu na inne zajęcia spędzając w pracy przynajmniej kilkanaście godzin dziennie.

No ale, ktoś powie, rektor ukończył kurs zarządzania czasem, ma doskonałych zastępców i innych funkcjonariuszy, którym może przekazywać wiele swych obowiązków, skupiając się na strategii. Argument nie jest głupi, jednak jestem na niego gotowy.

Powiem wprost. Otóż uważam, że to  żenujące, gdy rektor najlepszej polskiej uczelni, dorabia na boku. Co prawda, nie na zmywaku, stacji benzynowej czy podając piwo, jednak, tak po prostu, ma boki. Rektor który prosi o to, by mógł sporządzać opinie i recenzje,  wskazuje moim zdaniem, że jego priorytety są zaskakująco nie tam, gdzie powinny być. Obawy te zresztą zgłosiła również rada uczelni, dając małego prztyczka w rektorski nos.

Chciałbym przy tym zaznaczyć, że ani nie sugeruję, ani nie  implikuję, że rektor Nowak robi coś niezgodnego z prawem (jego duchem czy  literą). Wbrew przeciwnie, wszystko jest cacy. Ja jedynie twierdzę, że to kurde nie wypada.

Rozumiem oczywiście, że nieobca nam wszystkim  jest chęć zarabiania więcej, wszak wszyscy mamy zobowiązania finansowe, z których chcemy się swobodnie wywiązywać. Jednak podjęcie stanowiska rektora niesie i musi nieść pewne konsekwencje. I jedną z tych konsekwencji musi być, moim zdaniem, koniec dorabiania. W zamian dostajemy wielką władzę i możliwość przejścia do historii. Nie życzę rektorowi Nowakowi źle, jednak obecnie ma szansę przejść do historii uczelni jako rektor, co dorabiał. Nie wiem, czy jest czego gratulować.

Ale….nie samą władzą człowiek żyje. Mam więc pewną sugestię. Otóż rozumiejąc dylemat finansowo-rektorski, apeluję do UW, by podniosła rektorską pensję tak, by on nie chciał/nie musiał już dorabiać. Przestańmy myśleć o tym, że jesteśmy na uczelni wypełniać misję. Każdy z nas, gdy przestaną nam płacić, przestanie przychodzić do pracy. Rolą pracodawcy jest to, by zmotywować pracownika, w tym rektora, do wytężonej pracy. Proponowałbym nawet, by skalibrować tę pensję na poziomie szefa firmy o podobnym budżecie. Tak, byłyby to duże pieniądze.

Warto jednak pamiętać, że rektor uczelni brytyjskiej zarabia średnio ze 30 tysięcy funtów miesięcznie. To też oznacza, że zarabia ok 13-krotnie więcej niż brytyjska mediana.  Najlepiej zarabiająca rektor w UK (Imperial College) bierze otrzymuje 45 tysięcy funtów miesięcznie (220 tysięcy PLN), co daje nam ok 18 razy więcej niż mediana. Nasz biedny rektor Nowak zarabia ledwie 9 razy więcej niż mediana ( a ma 4 razy więcej studentów niż Imperial, wiem, wiem…).

Z tego zresztą wynika, moim zdaniem, ciekawy problem profesjonalizacji stanowiska rektora. Czy rzeczywiście rektorzy powinni być kadencyjni i wybierani? Czy nie lepiej byłoby zatrzymać doskonałego rektora, płacąc mu sowicie, jeśli uczelnia pod jego zarządem rozwija się? Ale to inna historia.

 

Bourdieu w województwie

Ze trzy Newsweeki temu pojawił się artykuł pt. Akademia przeciętności. Zajawka artykułu głosi, że system obowiązujący w polskich uczelniach nie pozwala, by wyłonili się nowi wielcy. Muszę przyznać, że mnie takie teksty drażnią. Bo ja tak się rozglądam i rozglądam i nie widzę tych wszystkich wielkich, którzy przebierają nóżkami, by pędzić do wielkości, a  których system sekuje. Ja niw widzę tego nowego polskiego Foucault, Baumana, Wittgensteina, którzy czekają w Kielcach, Gorzowie i Sieradzu, by rozwinąć skrzydła, jak tylko się już zmieni system, który im te skrzydła więzi, jak zła królowe rogatej czarownicy.

O pieniądzach pisać nie będę. Pieniądze w nauce, szczególnie w humanistyce, są słabe na całym cywilizowanym świecie jak ktoś chce zarabiać, nie idzie na uczelnię. Nie ma sensu porównywać się z Niemcami czy Wielką Brytanią, gdzie na uczelniach zarabiają więcej, ale część z nich i tak by się zamieniła, gdy słyszy, że my zarabiamy na grantach, wieloetatowości itd. Tak czy owak, po forsę idzie się do Ernst & Young, a nie do Kazimierza i Wielkiego.

No to przyjrzyjmy się innym strasznościom systemu. Autorzy piszą, że doktoranta można ze studiów doktoranckich wyrzucić, jak postępów nie robi i że to wspiera koniikturalizm. Nie do końca się z tym zgadzam. Dla mnie to raczej umiędzynarodowienie, którego tak bardzo wszyscy chcą. Tak jest na wielu uczelniach na świecie. Nie ma przecież sensu inwestować czasu i pieniędzy w doktoranta, który nie robi postępów….

Chciałbym przy okazji powiedzieć, że znam pewną panią doktor, która doktorat robiła 15 lat. i po tych 15 latach się obroniła jednym głosem….Nie jestem przekonany, że aż tak wspierający powinniśmy być.

O punktozie powiedziano już wszystko, co można by powiedzieć, ma ona bez wątpienia wiele wad. Jednak trochę mnie irytuje prof. Leszczyński, który uważa, że to książka u socjologa czy antropologa wyznacza jego wielkość. Nie jestem przekonany. Tak, książki są ważne, ale nauka przyspieszyła i to wszędzie na świecie. Punkty są głupie, ale w polskiej nauce rzetelne peer review nie istnieje, więc władze się ratują głupimi punktami.

I szlag mnie trafia, gdy słyszę, że każdy polski doktor habilitowany pchnął naukę nowymi tory. A pewnie o poważność książki będzie decydował prof. Leszczyński et consortes.

Argument ad Janion mnie zupełnie nie przekonują. Ja tam myślę, że Janion by się znalazła doskonale w dowolnym systemie, również i dzisiaj. Trochę czekałem na argument, że Kopernik to nawet indeksu h nie ma, a Kant to już w ogóle nie pisał w czasopismach, a żył.

I irytuje mnie to, że trzeba polskim humanistom tłumaczyć, że dzieło, które przeczyta i zacytuje tylko kolega z korytarza, to nie jest jednak to samo, co dzieło, które przeczyta 'cały świat'. I choć dom kultury w Białymstoku jest zacną sceną wystawową dla każdego artysty, to jednak nie jest to to samo, co MOMA w Nowym Jorku. Prawie to samo, ale jednak niuanswo się różni.

Lubię też słuchać doktorantów, jednak doktorant Temkin, który doktorantem był już wtedy, gdy zakładał Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej w 2014 roku, powinien się jednak skupić na doktoracie, a nie na wypowiedziach medialnych. Nie wiem też, o kim mówi p. Temkin, gdy mówi, że 'dopłacamy' do swych książek. Nie znam dzieła p. Temkina., do którego musiał dopłacić.  Może też, na co zwracano uwagę na tym blogu wiele, wiele razy, należy wydać książkę w wydawnictwie, które wydaje dobre książki, bo się sprzedają i nie trzeba za nie płacić. Peter Lang, któremu płaci pół polskiej humanistyki,  nie jest jedyną odpowiedzią na polską strategię umiędzynarodowienia badań.

Wkurzają mnie też argumenty o tym, że nikogo nie interesują polskie sprawy. Pamiętajmy, że taki Bourdieu zaistniał po tym, gdy napisał o Algierii. Nie mam poczucia, ze Algieria jest znacznie ciekawsza niż Polska. On po prostu o tej Algierii napisał coś ciekawego. Warto zresztą dodać, że Bourdieu pisał tylko po francusku. Może warto ciekawe rzeczy pisać również o Polsce. Jeśli jednak, jak  jakiś historyk pisał tutaj już dawno temu, doktorat z historii pisze się o powiecie, a na habilitację, to już trzeba mieć skalę wojewódzką, to mnie osobiście wszystkie kończyny opadają. Ten rozmach wojewódzki po prostu odbiera dech w piersiach! No ale, habilitant wojewódzki znaczny wkład w naukę ustawowo zapewniony co ma, to ma.

Rozumiem dobrze, że są dyscypliny, dla których naturalnym odbiorcą jest odbiorca krajowy. Prawo, historia Polski, być może część polonistyki. Jednak irytuje mnie bardzo używanie takiego rynku odbiorców jako argumentu, że nie da się pisać rzeczy ciekawych. Janion, jak się okazuje, była tak ciekawa, że ją również przetłumaczono. Może by więc doktorant Temkin zaczął się zastanawiać, jak napisać coś, co świat będzie chciał przeczytać. Jak już napisze, coś mi się wydaje, że wtedy i punkty się dla niego znajdą.

 

Słoma

Przekazano mi pismo w sprawie postępowania dyscyplinarnego dr.hab. Macieja Góreckiego z UW. W piśmie tym rzecznik dyscyplinarny najlepszej polskiej uczelni pisze, że obraźliwe wpisy p. Góreckiego, które dotyczyły jego procedury awansowej i osób z nią związanych, mogły, uwaga,

„uwłaczać godności nauczyciela akademickiego”.

Zanim skomentuję, napiszę, że rzecznik dyscyplinujący zapragnął wszcząć postępowanie wręcz kilka godzin po tym, gdy w DGP ukazał się artykuł o dobrej koleżance zainteresowanego, a na dodatek niekorzystny dla odchodzącego rektora. Piszę o tym fakcie oczywiście uprzedzając złośliwe komentarze. Fakt ten jest na pewno wyjątkowo nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, który nie ma nic do czynienia ze sprawą. Co więcej, jestem przekonany święcie, że rzecznik dyscyplinarny, nie dość że DGP nie czyta, to na dodatek gazety tej nie lubi i nigdy nie słucha, gdy się o niej mówi. Tak właśnie uważam.

Wracając jednak do meritum. Mam dwa komentarze dotyczące deliktów nieznośnego politologa. Po pierwsze, biorąc pod uwagę wręcz żałośnie przeprowadzoną procedurę awansową, o której już tu pisałem, Uniwersytet Warszawski powinien nie tyle wszczynać awanturę (w sensie: procedurę) dyscyplinarną, ale najpierw Góreckiego przeprosić. Najlepsza polska uczelnia zachowuje się jak małe księstewko, którego rada książęca rozdaje przywileje i inne fawory, komu i jak ma ochotę. I jak ktoś popadnie w niełaskę, to nie tylko oblicza księcia nie może oglądać, ale można mu pogrozić pręgierzem i dybami.

A skoro już nie ma przeprosin, to jak się taki rycerz herbu Magik wkurzył, wygarnął księciu i dworowi, co myśli, to ja uważam, że należy do tego podejść z dużą wyrozumiałością. Najwyraźniej jednak książę uniwersytetu, pardon, rektor, zasłuchał się w piosenkę It’s hard to say I’m sorry i teraz nie chce mu przez gardło przejść. Może dlatego, że nie chce od razu musieć Góreckiego przytulać.

Mogę w tym miejscu zaoferować usługi mediatorskie i ustalenie, że przytulić Góreckiego będzie można zdalnie. A może tylko trzeba będzie zaśpiewać

Hold me now,

It’s hard for me to say I’m sorry

Drugi komentarz to zarzut. Otóż musze powiedzieć, że ja go nie do końca rozumiem. Zacząłem się zastanawiać, komu tak dokładnie Górecki uwłaczył. Mam trudności bowiem z przyjęciem, że on uwłaczył ogólnemu nauczycielowi akademickiemu, w tym na przykład godności mojej skromnej osoby. Otóż od razu mówię, że nie uwłaczył i choć jest on nieznośny, to powiedziałbym, że Góreckiego raczej podziwiam, a nawet trochę zazdroszczę mu odwagi i zajadłości. I raczej uważam, że UW powinno być dumne z pracownika, który niezmordowanie walczy o to, by politologia warszawska była na międzynarodowym poziomie. Co więcej, nie przyjmuje do wiadomości pieprzenia o tym, jak jest pięknie.

No więc skoro on nie uwłaczył mi, to najbliżej mi do tezy, że on uwłaczył swojej własnej godności. Może jako nauczyciel akademicki (NA), ma on jakąś z góry nadaną, wewnętrzną i niezbywalną godność, której on uwłaczył pisząc prawdę o tym, jak UW go traktuje. I UW postanowił się pochylić nad zbrukaną, a przynajmniej znieważoną tą godnością, która przez to aż zzieleniała ze wkurzenia.

I choć daleki jestem, by doradzać dr. hab. Góreckiemu, to zaproponowałbym, żeby on poprosił UW, by się od jego własnej godności odpieprzyli. Argumentowałbym, że każdy sobie może ze swoją godnością robić, co mu się żywnie podoba. Co więcej, jakoś wątpię, by rektor Pałys interesował się tym, czy jego pracownicy codziennie myją zęby, pachy, nie mówiąc o miejscach intymnych. A przecież, postulowałbym, że takie niedomycie uwłacza godności i to poważnie. Czy UW pilnuje, żeby się żadnemu NA żadne brzydkie słowo się nie wymknęło. Powiedzmy sobie szczerze, maile, które dostałem w sprawie użycia słowa 'dupa' wskazują, że moja godność została przynajmniej wystawiona na trudną próbę i z rozdartą garderobą wracała do domu.

Podsumowując, nie do końca jestem przekonany, że UW powinien się zajmować godnością Góreckiego. Godność Góreckiego należy do niego samego, ba, on może uważać, że ona wcale nie weszła w metaforyczny krowi placek. A nawet jeśli, to to jego prywatna sprawa.

Nie będę tu wskazywał, za co można by Góreckiego dyscyplinować. Trochę zresztą mam nadzieję, że rzecznik sam to wie, tylko gra na czas. Jednak mleko się wylało, Panie Rzeczniku.

Zakończę ten post złotą myślą. Otóż uważam, że UW ma obowiązek świecić przykładem, jak się powinno 'robić uczelnię'. Gdyby to wszystko się działo w szkole wyższej w Pipidówce, nawet przez myśl nie przeszłoby mi, by o tym pisać. Ale wy, do cholery, jesteście najlepsi na tym UW. Powinniście przykładem świecić.Powinniście pokazywać nam wszystkim, jak wygląda uczelnia na światowym poziomie. Niestety, na razie to wam jedynie słoma prowincji z uczelnianych butów wystaje. Wstyd.

 

PS. To kolejny wpis poświęcony dr.hab. MG. Chciałbym więc przy okazji podkreślić, że nie znam go, nigdy z nim nie rozmawiałem, prawdopodobnie nigdy nie przebywaliśmy w tym samym miejscu. Piszę o nim, bo mnie to, co robi UW szczerze wkurza.

Warszawski kapturek

Z radością donoszę, że wiem więcej o nieznośnej profesurze Macieja Góreckiego. Dostałem bowiem  kilka dokumentów.

Pierwsze dwa dokumenty to dwie uchwały Senatu UW. Pierwsze uchwała jest w sprawie 37 (tak, TRZYDZIESTU SIEDMIU) doktorów habilitowanych, których mianowano profesorami UW. Druga uchwała dotyczy jednego doktora habilitowanego – p. Góreckiego. Nie jestem pewien, czy w sprawie 37 świeżo upieczonych profesorów uczelni głosowano en bloc (byłoby to przezabawne), jednak wątpię w to. Wyróżnienie więc Góreckiego do rangi osobnego punktu obrad Senatu wskazuje, że sprawa jest ważna i kolosalna. Od razu wiemy, że nie idzie tu o jakiegoś zwykłego haba. Tu idzie o TEGO Góreckiego. Oczywiście tych 37 otrzymało rekomendację Biura Politycznego UW, Górecki nie.

Drugi dokument, który dostałem, to zestawienie dorobku Góreckiego z 8 politologami, którzy uzyskali rekomendację Politbiura. I tu, przyznam szczerze, spadła mi szczęka. Jeśli ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości co do uczciwości procesu, to ten dokument rozwiewa je w całości. Podam kilka przykładów (choć nie będę podawał nazwisk), żeby uzmysłowić, o co idzie.

Górecki, który nie dostał rekomendacji, ma 14 publikacji na WoS, jedna z osób, która uzyskała rekomendację, nie ma ani jednej. Ani jednej!! Ani na Scopusie, ani na WoS!  Ta osoba nie ma też ani jednego cytowania wg Scopus/WoS, mając przy okazji indeks h=0. Żadna z osób rekomendowanych nie ma więcej publikacji z Scopus/WoS niż Górecki. Indeks Hirscha Góreckiego to h=6 (WoS). Najwyższy h poza Góreckim to h=2 (WoS).  Górecki ma więcej cytowań zarówno wg Scopusa jak i WoS niż pozostali rekomendowani politologowie razem wzięci, ba, wg WoS ma ich czterokrotnie więcej, wg Scopua 2,5 raza więcej. Jeszcze raz: ponad cztery razy więc niż wszyscy pozostali rekomendowani politologowie razem wzięci!

No ale, jak donoszą mi, na Senacie UW nie wypada mówić o bibliometrii. Nie wypada!!! Ja przepraszam, ale nie wypada mówić o bibliometrii na obradach Senatu pierwszej uczelni polskiej. Czy was tam w Warszawie pogięło już doszczętnie?

Z kolei prominentny członek Politbiura (który nie skalał się chyba publikacją nie w naszej pięknej ojczystej mowie, nie sprawdzałem jednak publikacji w językach narodów bratnich) miał stwierdzić, że artykułów opublikowanych w systemie 'online first' nie powinno się wliczać do dorobku, bo przecież nie są jeszcze opublikowane w czasopiśmie. Pod jakim kamieniem uchował się ten niezwykle ważny i wybitny profesor zwyczajny, może lepiej nie wiedzieć.

No i warto dodać, że dorobek dorobkiem, ale inny wybitny i medialny politolog miał stwierdzić, że promowanie licencjatów to jednak sprawa doniosła i nie należy z dorobkiem przesadzać. Pozostało mi się zadumać, czy osoba z samymi zerami w zestawieniu robi jeszcze cokolwiek innego poza promowaniem licencjatów, bo naukowo jakoś się chyba nie wysila.

Wynik głosowania: 38 za, 5 przeciw, 8 wstrzymujących się. Jakikolwiek komentarz jest chyba zbędny. Odnoszę wrażenie, że Uniwersytet Warszawski, a w szczególności jego politologia skompromitowały się. I szkoda, że się tak stało.

Życzę nowemu rektorowi UW pilnego i krytycznego przyjrzenia się systemowi awansów na uczelni. Taka sytuacja jak z prof. Góreckim nie powinna się nigdy więcej powtórzyć. I nikt na uczelni nie powinien myśleć, że nie ma szans na profesurę, bo go taka czy inna osoba nie lubi. Do mnie napisały dwie takie osoby.  Zacząłem się też zastanawiać, czy określenie komisji awansowej Biurem Politycznym nie jest krzywdzące. Dla byłych członków Politbiura, rzecz jasna. Być może należy mówić o sądzie kapturowym.

Otwarty sezon

Pod poprzednim wpisem dyskusja na temat słów niejakiego Czarnka, dr.hab. prawa, który to prawo wykłada i wypowiedział się na temat osób o orientacjach nieheteronormatywnych. Wypowiedział się przy tym profesor podwórkowy, co mnie ucieszyło bardzo. Przyznaje podwórkowy, że słowa Czarnka są obrzydliwie, pisze jednak dalej tak:

trudna sprawa, dla mnie wybitnie graniczna. Kto pamięta, ten pamięta – ale ja zawsze byłem i jestem za maksymalnie szeroką swobodą wypowiedzi w akademii oraz przeciw postępowaniom dyscyplinarnym za zachowania niezwiązane bezpośrednio z akademią (niezależnie od tego, czy dotyczy to studenta czy pracownika naukowego).
Gdyby Pan Czarnek był fizykiem/geologiem/literaturoznawcą/historykiem, byłbym zdecydowanie przeciw wszczynaniu postępowania dyscyplinarnego.
Ale jeśli wykłada on prawo konstytucyjne, gdzie ma przedstawiać interpretacje konstytucyjnych pojęć godności człowieka/równości wobec prawa/wolności osobistej, to istnieje realna wątpliwość, czy on te pojęcia rozumie i czy uczciwie przedstawia je na zajęciach.
Sprawa do przebadania; czy do zwolnienia – tego nie wiem.

A ja nadal nie rozumiem, dlaczego takie sprawy traktować w kategorii wolności słowa. Nie znam się, ale, po raz kolejny, nie o wolność słowa tu chodzi. MOim skromnym i nieprawniczym zdaniem tu idzie o przemoc. Fakt, przemoc niefizyczną, ale przemoc.

Załóżmy, że taki homofob tak bardzo gejów nie lubi, że podchodzi do jednego i daje mu prosto w pysk. Miałbym nadzieję, że homofob czym prędzej zostałby oskarżony ze stosownego paragrafu, bo ludzi bić nie wolno.

I teraz mamy słowa Czarnka, który uważa, że między innymi jego pracowi koledzy niehetero są obywatelami znacznie gorszego sortu niż jego koledzy hetero-poprawni.  I jak dla mnie jego słowa należy traktować jako  przemoc symboliczną wobec tychże pierwszych kolegów. Bo nie dość, że kolegom może być przykro (pal sześć), to na dodatek mogą doznać innych traum psychicznych (w mediach pojawiają się sensowne apele, by zaprzestać jawnej państwowej homofobii również dlatego, że może ona mieć konsekwencje tragiczne). Ba, gorzej jeszcze, mogą się nieheteronormatywni bać, że taki Czarnek będzie dalej ich obrażał, podważał, a konsekwencje tego mogą być nader poważne. Wiele przemocy zaczyna się od tego, że jakaś grupa społeczna jest językowo demonizowana.

A ja z kolei myślę, że wszyscy mamy prawo do tego, by pracować w środowisku, w którym nie obawiamy się o to, że spotka nas w nim delikt w postaci dyskryminacji, szyderstwa, nie mówiąc o przemocy.

Czy bowiem wyobrażamy sobie, że słowa p. Czarnka nie dotyczą ludzi, którzy kochają innych niż uważa się to za moralne, ale osób niepełnosprawnych. Wyobraźmy sobie, że słowa, o których mówimy brzmiały:

skończmy słuchać tych idiotyzmów, o jakichś prawach człowieka czy jakiejś równości. Ludzie kalecy nie są równi ludziom normalnym i skończmy wreszcie z tą dyskusją.

Czy też uznalibyśmy te słowa za wolnościowo dopuszczalne, a p. Czarnka za fajnego kolegę z pracy. Tylko że on ma takie niehalo, że uważa, że ten pokurcz na wózku nie jest normalny i równy takiemu, co na dwóch własnych nogach po korytarzach śmiga.  Nasze wzmożenie moralne, coś mi się zdaje, byłoby znacznie większe.

No i tu dochodzimy do konkluzji, którą już sugerowałem. Moim zdaniem, słowa Czarnka to słowa, których ja się boję. One zmieniają środowisko pracy. Zmieniają tak, że osoby należące do grupy 'nierównych' nie tylko nie mogą się już czuć komfortowo w pracy, oni mogą się nie czuć bezpiecznie. I dlatego uważam, że nie idzie tu o żadną wolność słowa, ale o stosowanie przemocy (symbolicznej).

Rozumiem oczywiście, że niełatwo będzie przeróżne wypowiedzi klasyfikować tak czy owak. Jednak podobnie jest z przemocą fizyczną. O ile podejście do kogoś i danie mu w ryja może być ocenione z pewną łatwością, już wszelkie poszturchiwania wymagają zapewne niuansów, od których najtężsi prawnicy zeza dostają. I podobnie będzie ze słowami. Ale, jak mówił pewien fajny prezydent, Yes, we can. O zgrozo, to był prezydent z czarną skórą. Strach się bać!

I tu jeszcze dwa małe postscriptumy. Czarnek już zapewnia, że słowa wyrwano z kontekstu. Ja cię kręcę,  prawica to strona iście kontekstualna, ciągle coś im ktoś wyrywa. A mi marzy się, przyznam szczerze, taki ktoś, kto powie – tak, ja to powiedziałem, ja tak myślę, jestem gotów ponieść konsekwencje. Niestety, do tego trzeba odwagi i kręgosłupa.

Drugie postscriptum jest takie, że niech sobie Czarnek pieprzy jak potłuczony, ile tylko chce. Niech pisze, mówi, a nawet śpiewa o nierównych prawnie gejach. Jednak to, że wolność słowa mu na to pozwala, nie oznacza, że ja jako pracodawca chcę kogoś takiego zatrudniać. I skoro już pytają mnie o to, czy byłem karany, bo inaczej do rady dyscypliny nie mogę wejść, to mogą mnie pytać również o to, czy ja uważam, że wszyscy pracownicy uczelni są równi wobec prawa i uczelni. I skoro taki Czarnek tak nie uważa, to ja jako pracodawca nie mam przyjemności go zatrudniać. I dlatego zresztą uważam, że należy go z KULu wypieprzyć na zbity pysk. Ba, wydawałoby się, że szczególnie KUL powinien to zrobić. Bo choć teolog ze mnie jak z koziego zadu trąba, to nie mam wielu wątpliwości, że Jezus (bez względu na nasze poglądy na jego świętość) szedłby ręka w rękę z tymiż gejami. Szedłby właśnie dlatego, że  dzisiaj otwarty sezon (symbolicznych) polowań na nich mamy.

 

Jaki jest pana prawdziwy cel?

Nieszczęścia chodzą parami, choć na Uniwersytecie Warszawskim chyba zaczęły tworzyć już zastępy. Sprawy warszawskiej politologii znów zapełniły mi skrzynkę pocztową. Tym razem zwrócono mi uwagę na pozytywnie zakończone niedawno postępowanie habilitacyjne.

Zwrócono mi uwagę na dwie sprawy. Po pierwsze, w postępowaniu mamy ewidentny i oczywisty konflikt interesów i to aż dwu recenzentek. Jedna współpracowała z habilitantem we współnym grancie (żeby było śmieszniej, już tego nie ma na stronach UW), a druga jest współautorką wspólnej publikacji. Jest dla mnie oczywiste, że obie recenzentki miały (mniejszy lub większy) interes w tym, żeby napisać pozytywną recenzję.

Proszę zwrócić uwagę, że ja nie twierdzę, że recenzje są nierzetelne, że powinny być negatywne. Ja jedynie twierdzę, że obie recenzentki nie powinny były być recenzentkami.

Osoby, które do mnie napisały w tej sprawie, twierdzą, że konflikt interesów został zauważony i zgłoszony.  Problem jednak zsotał odrzucony, bo przecież w wypadku tak biegłych osób jak przewodniczący postępowania, żadne kodeksy etyczne się nie stosują.

Tu sprawa się jednak nie kończy. Dostałem również kilka fragmentów publikacji habilitanta, które zestawiono z fragmentami innych publikacji. I nie trzeba być wybitnym (a nawet żadnym) politologiem, żeby stwierdzić, że fragmeny pracy habilitanta są bezpośrednim tłumaczeniem artykułów, z którymi są porównywane.

Ale jest tu pewien myk. Otóż rzeczywiście po, na przykład, długim akapicie, którym jest tłumaczeniem na żywca, jest przypis (tamże, s. xx-xy). Taki przypis wynika z tego, że publikacja jest przywoływana w akapicie poprzednim.  Jednak tekst nie jest w cudzysłowie, czy też nie jest inaczej zaznaczony fakt cytatu. Co ciekawe, następny akapit czy dwa są również takimże tłumaczeniem, A jakże, tu też pojawia się przypis.  I tekst wygląda na przykład tak:

      • Akapit – tłumaczenie (przypis)
      • Akapit – tłumaczenie (przypis)
      • Akapit – coś od siebie
      • Akapit – tłumaczenie (przypis).

I tak to się piszeeeee! Nieocenione, przy okazji, są próby przybliżenia literatury zagranamicznej czytelnikowi lokalnemu, który po zagranamicznemu może ani du du. I jak tu habilitacji nie dać?

Ale zacząłem się zastanawiać nad czym innym. Jawi mi się bowiem przed oczyma duszy pytanie, jaka część publikacji habilitanta może być tak napisana? Bo, tak, habilitant daje przypis, jest (chyba) kryty, jednak pisze książkę nieswoimi słowami, nie wskazując przy okazji na to. Nie ma cudzysłowu, tekst płynie płynnie, a my przecież czytamy książkę habiltanta, a nie tłumaczenie.

I dlatego  ja tu bym chciał zapytać Uniwersytet Warszawski i Wydział Polityczny, ile wkładu oryginalnego we własną książkę wymaga się na habilitacjach na UW? 70 proc? 50 proc? Mniej? Więcej? Albo inaczej – co który akapit musi taki habilitant napisać od siebie? I na przykład, czy jeśli habilitant tak co trzeci  musi, to czy profesorant musi co drugi? A może co czwarty, bo profesorant już znużony bardziej życiem, a i jego akapity doniośnielsze są. I czytelnik mógłby tyle doniosłości nie znieść.

Od razu mówię, że dla kolegów i koleżanek pytam.

Mam zresztą więcej pytań. Czy na uczelni niebadawczej trzeba więcej czy mniej swojego? Czy stosunek włąsnego do niewłasnego liczony jest średnio na tekst, czy też wymagana jest ściśle wrzuta od siebie co trzeci akapit? A może na przykład od serca napisany wstęp to off-set całych stron tłuamczeń w części głównej?

Jak mi doniesiono,  problem tychże, powiedzmy, nieścisłości przypiśnych, zgłoszono w trakcie omawiania opisywanej habilitacji. Zgłaszający te problemy usłyszał szybko: Jaki jest pana prawdziwy cel? I ja, jako bloger zaangażowany w życie akademickie kraju, chciałbym dodać, że warto by również zadać pytania następujące:

      • Kto za panem/panią stoi?
      • Kim był pana/i ojciec/matka?
      • Od kiedy pan/i lubi donosić?
      • Czy przestał pan/i bić żonę/męża?

Być może w komentarzach pojawią się dodatkowe pytania, żeby można było jeszcze ciekawiej prowadzić postępowania habilitacyjne na Uniwersytecie Warszawskim, a może też gdzie indziej.

 

Skomplikowanie cepa

W najnowszym numerze Forum Akademickiego pojawiła się debata na tematy awansowe. Pisula, Galasiński, Stec oraz czwórka Wojtulek, Kamiński, Jarzembska i Jastrzębska dyskutują o tym, jak jeszcze lepiej zrobić habilitację.

Prof. Pisula i czwórka autorów mają propozycje zmian. Ten pierwszy chce tego, co już było – można się habilitować gdzie bądź, ale pod nadzorem Centralnej Komisji, tfu, znaczy Rady, w której tylko doskonałość da radę. Psycholog niestety nie odpowiada na pytanie, kto będzie kontrolował kontrolujących, a czasy minione (czyli dogorywającej CK) wskazują, że nie jest to problem trywialny.

Czwórka autorów chce z kolei fakultatywności habilitacji, żeby nie było wertykalnie. Bo wertykalnie jest źle, a bez habilitacji też można. No można, tylko że czworo autorów nie pochyla się nad szczegółami pytania, jak będzie przebiegał proces awansowy w uczelniach. Piszą, że jak już będziesz miał dorobek, to zostaniesz stanowisko, proste jak budowa cepa. A uczelnie będą teraz bardziej elastyczne. A wszystko zapewne będzie się odbywało zupełnie inaczej niż w habilitacji, która projakościowa nie jest. Wyjątkowej naiwności trzeba, by myśleć, że te procesy awansowe (ale niehabilitacyjne) będą już tylko projakościowe. Trudno się nawet do tego odnieść.

Stec i Galasiński piszą inaczej. Stec mówi, że „wiara, iż zmiana przepisów zmieni ludzi, jest miła, ale naiwna. Ważniejsza jest, według prawnika, 'kultura cechu'. Zajmijmy się kulturą cechu, a dopiero potem reformujmy awanse. Galasinski pisze właściwie to samo, tylko wychodzi od negatywów. Skoro wśród nas zasiadają, piastują, namaszczają osoby nieuczciwe, to nie ma najmniejszego znaczenia, jakie będą awanse. Bo te osoby nadal będą nieuczciwe. Bardzo mi przy okazji miło, że lingwista cytuje tego bloga.

Rzadko, ale zdarza mi się zaglądać do moich wczesnych postów. To były posty, kiedy wierzyłem, że można. Tu trzeba zmienić, troche tu poprawić i habilitacja będzie jak ta lala. Niestety, nie będzie. Jak pisze Galasinski, zmiana przepisów nie spowoduje nagłego objawienia uczciwości akademickiej.

Stec i Galasiński się zgadzają. Są ważniejsze, podstawowsze, sprawy niż gadanie o habilitacji. Warto o tym pomyśleć po raz kolejny reformując akademickie postępowania awansowe.

Akademickie bonsai

Wysłałem właśnie maila, którego zakończyłem zdaniem: „Z pieśnią otwartości i wsparcia na ustach łamiemy ludziom kręgosłupy.”.

Tak się składa, że w ciągu ostatnich kilku miesięcy dostałem kilka maili od ludzi 'wypowiadających się'. Innymi słowy, moimi korespondentami są osoby, które odważyły się mówić więcej niż inni, bardziej wprost, czasem waląc między oczy. Okazuje się, że po chwili przejeżdża po nich walec uczelni. A tu profesura nie wychodzi z komisji, a tu habilitacja utknęła, a tu z chwili na chwilę zmieniamy warunki pracy tak, że delikwent szuka innej.

To, co jest najciekawsze w tych listach, to nie to, że to się dzieje. My wszyscy wiemy, albo podejrzewamy, że to się dzieje. Najciekawsze jest to, że to się dzieje w prestiżowych uczelniach, w uczelniach badawczych. W polskiej elicie akademickiej.

Jakiś czas temu  przysłano mi okólnik z jednego z uniwersytetów badawczych. W okólniku widnieje uprzejme zapytanie, czy odbiorcy mają zamiar składać wnioski o profesurę i kiedy. Odpowiedzi oczekiwano na już. Do jutra proszę się zdecydować w kluczowej sprawie swej kariery akademickiej.  Bo nad czym się tu zastanawiać? Marzec czy maj 2021?

Ja się z kolei zacząłem zastanawiać, po co takiego maila wysyłać. Przecież nie idzie tu o żadne zbieranie informacji. Zobowiązanie, że za rok, nie mówiąc, że za 3 lata złożę wniosek o profesurę nie jest warte nawet papieru, na którym mogłoby zostać wydrukowane. Nikt nie wie, ani czy będzie profesura, ani jakie będą kryteria, ani stu innych rzeczy. To po co pytać? No po to, by nawet tzw. samodzielni nie poczuli się zbyt pewnie.  To takie subtelne przypomnienie, żeby za bardzo kręgosłupa nie prostować. Bo my tu z niego nowym zarządzeniem jeszcze lepsze  bonsai zrobimy.

Smutne są czasy. Nie wiem, czy tylko teraz, czy cały czas takie były. Ale korespondencja, za którą jak zwykle serdecznie dziękuję,  jest ostatnio  dość dołująca.