Petycja

Prof. Śliwerski opublikował listę uczelni z prawem nadawania stopni naukowych z pedagogiki. Wpis jak wpis, nie ma za bardzo o czym dyskutować. Ciekawe są jednak komentarze pod tym wpisem. Otóż komentujący uważają, że owe 22 uczelnie mające prawo do nadawania stopni to, jak napisał jeden z komentatorów, liczba patologiczna. Dodaje przy tym, że liczbą pożądaną byłoby 10 uczelni z prawem nadawania doktoratów oraz 3-4 z prawem do nadawania habilitacji. Inny komentujący podbija stawkę, pisząc, że lepiej by było, gdyby uprawnienia do nadawania doktoratu miało 5 uczelni, a do habilitacji 3.

A ja na to powiedziałbym, że może już lepiej będzie, jak stopnie będzie nadawał tylko prof. Śliwerski na czele Komitetu Centralnego Pedagogiki. I może na tym blogu powinna mieć początek petycja o stworzenie stanowiska Naczelnego Pedagoga Kraju, którego głównym obowiązkiem będzie nadawanie stopni naukowych. Niech powstanie Doborowy Urząd Pedagogiki Akademickiej, pod przewodnictwem Naczelnego Pedagoga Kraju, który będzie trzymał piecze jakością polskich stopni pedagogicznych.

Zupełnie nie rozumiem zapędów pedagogów (choć komentujący wcale nie muszą być pedagogami, prof. Śliwerski znany jest z tego, że nie dopuszcza komentarzy, z którymi się nie zgadza) do tego, by centralizować władzę i prawo do nadawania stopni. Przecież taka centralizacja prowadzi jedynie do potężnego wpływu kilkudziesięciu osób na całą dyscyplinę w Polsce.

Tak jak patologią jest to, że jedna osoba pisze kilkadziesiąt, a nawet kilkaset recenzji habilitacyjnych, tak jeszcze większą patologią byłyby, na przykład, 3 uczelnie, które decydowałyby o tym, kto zostanie doktorem habilitowanym w danej dyscyplinie w Polsce. To władza, na którą nie zasługuje żadna uczelnia,  ba, żadna uczelnia takiej władzy nie powinna mieć.

Im więcej uczelni ma prawo do nadawania stopni naukowych, tym, moim zdaniem, lepiej. I jedyne, nad czym powinniśmy się zastanawiać to to, czy te stopnie nadawane są rzetelnie.

Marcepaneria akademicka

Dostałem po głowie na Twitterze. Najpierw od Bilewicza, potem od Jemielniaka, na koniec dołożył mi Galasiński. A wszystko dlatego, że nie doceniłem, nazwijmy to, „skrzywienia inteligenckiego” polskiej nauki/akademii. Jako inteligent, powiedziano mi, nie zauważam nawet wszelkich marcepanów inteligenckich, bo mam je „we krwi”. I dzięki temu jestem swój. A taki student, powiedzmy, spod Rybnika, nie dość, że gwarą fanzoli, to na dodatek myśli, że Pollock to taki  udawany gorol, Rembrandt to dla niego marka dżinsów, a Szekspira zna z bryku. Nie był nigdy w teatrze, sufler kojarzy mu się z Cugowskim,  a opera to dziwne miejsce, gdzie ludzie po ludzku nie gadają.

I mam pytanie. Czy ten student ma mniejsze szanse od, nie bójmy się tego powiedzieć, mnie? Z dużego miasta, z rodziny od pokoleń inteligenckiej, z ojcem, który nie lubił opery, bo ją całą widział, z mieszkania, w którym zamiast farby na ścianach były książki.

Oczywiście, nie mam wątpliwości, że mi moja inteligenckość pomaga, prawie na każdym kroku. Ale czy przez nią łatwiej mi było zrobić doktorat?

Trochę się boję, że dostanę po głowie, ale trudno. Amicus Plato i all that shit.

Okapi

Na stronach Centralnej Komisji opublikowano dobre praktyki recenzowania. Postanowiłem zapoznać się i douczyć. Część wskazówek jest niekontrowersyjna, część jednak budzi zdziwienie.

Centrala pisze:

Recenzent nie powinien podejmować się zadania związanego z oceną wniosku, gdy wykracza on poza zakres jego naukowego doświadczenia i kompetencji;

Zgadzamy się, prawda? Tylko że diabeł tkwi w szczegółach.  Tak, podejrzewam, że fizyk nie powinien oceniać literaturoznawcy i na odwrót. Jednak poza przypadkami oczywistymi, króluje szarość. Granica wykraczania poza doświadczenie i kompetencje jest płynna i nieokreślona. Na przykład, czy ktoś, kto się zna metodologii, ale nigdy nie stosował jej tak jak habilitant, powinien czy nie powinien recenzować? Co jeśli dorobek habilitanta jest po polsku (prawo), a w Polsce nie ma profesora, który się zajmuje tym, co habilitant? Rzeczywistość jak zawsze skrzeczy i sprowadza się do tego, że są  recenzenci, którzy odmawiają na wyrost, są też tacy, którzy znają się na wszystkim. Tak, wolimy tych pierwszych, jednak czy na pewno ich działania są pożądane?

Koryfeusze z CK zaznaczają:

Recenzje powinny być kompletne, rzetelne, dokładne i obiektywne, a oceny odpowiednio uzasadnione.

I właściwie wszystko OK, poza tym, że recenzje, oczywiście, nie mogą być obiektywne. Recenzent wypowiada swoje zdanie w recenzji, ba, niektórzy recenzenci piszą wprost, że ich recenzja to opinia. A opinie siłą rzeczy obiektywne nie są. Może więc koryfeusze z centrali piszą obiektywnie, mam wrażenie, że my, zwykli śmiertelnicy, nie.  Żeby było śmieszniej, załączony na stronie  dokument mówi właśnie o opiniach.

Wydawałoby się, że również przepis:

Recenzent uczestniczył lub uczestniczy wspólnie z wnioskodawcą w zespołach badawczych realizujących projekty finansowane w drodze konkursów krajowych lub zagranicznych;

należałoby poniuansować. Czy uczestnictwo w badaniach raz na zawsze wyklucza możliwość recenzowania czy uznamy, że 20 lat po tym, gdy habilitant, jako młody magister, głównie kawę w projekcie robił, zrecenzować by można?  Nie wiem, jaka powinna być odpowiedź, jednak chciałbym zauważyć, że w małych specjalnościach i tak wszyscy się znają jak łyse okapi, i to, czy współpracowali kiedyś czy nie, nie ma większego znaczenia. I tak pili wódkę razem.

Mam znajomego, niedawno upieczonego doktora habilitowanego, który jest bardzo lubiany w środowisku. Znalezienie przyzwoitego naukowca, z którym habilitant nie był na ty i w koleżeńskich stosunkach, było niemożliwe. Czy w takim razie habilitant nie powinien się habilitować?

Państwu w centrum chciałbym powiedzieć, że badania naukowe można prowadzić poza ‚instytucjami naukowymi’ i przepis:

Recenzent prowadził lub prowadzi wspólnie z wnioskodawcą prace naukowe w instytucjach naukowych

nie ma większego sensu.

I mam podsumowanie. Działalność naukową i recenzyjną dość trudno jest ująć w zerojedynkowe przepisy, które należy stosować z całą surowością. I tak jest też tutaj. Rozczula wiara państwa centralnych w to, że są w stanie uzdrowić etykę recenzowania za pomocą kilkustronicowego dokumentu. Bowiem albo wylewają dziecko z kąpielą, albo nie rozumieją, na czym polega praca naukowa, albo wreszcie wprowadzają reguły na wyrost i spuchliznę.

Nauka nie dlatego będzie działać dobrze, bo CK przygotowała broszurkę o etyce recenzenta. Nauka będzie działać wtedy, gdy recenzent będzie wiedział, że za dętą recenzję spotka go środowiskowe wykluczenie i wstyd. A nie ma (i być nie może) takiego kodeksu etycznego, który mógłby to zrobić. Z ostracyzmem środowisko też się za bardzo nie śpieszy. Dopóty więc, dopóki recenzenci sami nie będą dokonywać rzetelnego osądu swych kompetencji, a rady/komisje nie będą piętnowały zachowań nieetycznych, trud popularyzatorski dzielnych członków Centralnej Komisji spełznie na niczym. Po prostu, miało być pięknie, wyszło jak zwykle.

Klechdy humanistyczne

Nowa odsłona, nowy entuzjazm, trzeci post w tyleż dni. Zanim usiądę i poczekam, aż mi przejdzie, kilka słów na temat wyobrażeń polskiej profesor nadzwyczajnej literaturoznawstwa. O wydawnictwach najlepszych uczelni światowych pisze prof. Magdalena Rabizo-Birek:

A przecież wiadomo, że oficyny te są dostępne wyłącznie dla pracowników tych uniwersytetów, finansowane z dotacji na ich programy badawcze i publikacja w nich nie ma nic wspólnego z wartością tych dzieł, o której decyduje wciąż jakość tego, co napisał autor.

A zatem w takim Oxford University Press, nie mówiąc już Harvard University Press, piszą tylko pracownicy Oxfordu (i Harvarda, odpowiednio), co więcej wydawnictwa te są finansowane z pieniędzy badawczych uniwersytetów, bo przecież bez tego by się nie utrzymały.

Muszę powiedzieć, że wkurzają mnie takie wynurzenia, by nie powiedzieć banialuki. Pani Profesor zapewne dawno nie zaglądała do katalogu OUP, bo gdyby zaglądała, zobaczyłaby, że autorzy OUP pochodzą z całego świata i uniwersytetów na wszystkich kontynentach. Oto strona książek historycznych OUP. Pierwszych trzech autorów pochodzi z Warwick, Idaho, Bard College. Warto też dodać, że OUP to największe wydawnictwo uniwersyteckie na świecie, czy naprawdę ktoś myśli, że utrzymywane jest z grantów, a nie ze sprzedaży książek? Naprawdę?

Muszę powiedzieć, że wiele argumentów na temat oceniania humanistyki mnie przekonuje. Jednak drażni mnie mocno to, gdy do tych argumentów zaprzęga się bzdury i posługuje mitami na temat tej głupiej nauki na świecie, której przeciwstawia się dzielna polska humanistyka, której perły wydaje się w Gorzowie, Kaliszu i w Siedlcach.

Nie wiem, gdzie dokładnie są granice, poza którymi przechodzi ludzkie pojęcie. Mam jednak wrażenie, że Pani Profesor mogłaby się zapoznać z nimi od strony, po której istnieje znany nam wszechświat.

Ale wstyd umarł

Jakiś czas temu napisałem o tym, że droga z akademii do polityki powinna być w jedną stronę.  Jak na zawołanie pojawił się problem wypowiedzi jednego z medialnych i politycznych socjologów na temat uczestników Okrągłego Stołu. Zamieszanie się zrobiło na tyle duże, że zabrała głos małżonka profesora socjologii (którego profesurę również niedawno opisywałem). A wszystko dlatego, że profesorowi zagrożono procesem. A jeśli proces przegra, to będzie musiał zapłacić i to niemało.

Nie mam zamiaru pisać o sprawie, bo to blog akademicki, a nie polityczny i  cieszę się bardzo z tego, że dyskusje tutaj są nadal spokojne i bez hejtu. Odnieść się jednak chcę do tego, co napisał Jacek Żakowski na temat sprawy. Otóż publicysta uważa, że karą dla profesora socjologii powinien być wstyd, a nie ruina finansowa. A ja się z tym nie zgadzam (pomijam to, że wątpię, by do ruiny finansowej doszło).

Wzrusza mnie to, że p. Żakowski nadal uważa, że w akademii jeszcze ktoś zwraca uwagę na wstyd. Otóż, proszę Pana, nie, w akademii wstyd umarł. Okazuje się, że ani doktoraty, ani habilitacje, ani profesury  nie są gwarantem racjonalnych wypowiedzi. Co więcej, ja uważam również, że  jak ktoś chce być elita, to niech się jak elita zachowuje.

Napisałem już kilka postów na temat żenujących i obrzydliwych wypowiedzi przeróżnych doktorów i profesorów; jakiś tydzień temu w komentarzach pojawiła się linka do obrzydliwie antysemickiej wypowiedzi profesora z UMK. I co? I nic. Nic!! Przestaliśmy zwracać uwagę na to, że nasi dostojni koledzy pieprzą jak potłuczeni. Wstyd umarł na śmierć.

Wracając więc do sprawy profesora socjologii, powiedziałbym, że od niego wymagam znacznie więcej niż od dresiarza przebranego w garnitur. I jeśli profesor socjologii uważa, że ma prawo do wypowiadania każdej bzdury, musi też zrozumieć to, że inni również mają się prawo przed jego słowami bronić. I ja bym na miejscu profesora wyjaśnił to koleżance małżonce. A Pana Żakowskiego  odnoszenie się do wolności wypowiedzi za niepoważne.

Podsumowując więc, powiedziałbym, że kto słownym mieczem wojuje, ten  mieczem finansowym może dostać, że zacytuję innego profesora, w ryja. 

Megalomania akademicka (28.02)

Profesor Śliwerski piszeo nowym czasopiśmie pedagogicznym. Mam nadzieję, że Polish Educational Studies dostanie punktów ze dwie kopy, a może nawet jeszcze więcej. Może nawet tysiąc pincet, sto dziewincet!

Ja to najpierw to chciałem się powyzłośliwiać na temat języka. Ale jak już się napatrzyłem na to  „Emeritus Honored Editor”, to sobie pomyślałem, że w radzie są piękne polskie unwersytety. Oto dwa, które zwróciły moją szczególną uwagę:

University of Lower Silesia

Maria Grzegorzewska University

Nie jestem pewny w stu procentach, ale ten pierwszy to chyba wrocławska DSW, a ten drugi uniwersytet to szkoła z Warszawy. Są oczywiście inne. Na przykład, oto uniwersytet (zapewne) z tradycjami:

The University of Dabrowa Gornicza,

nie mówiąc o tak wybitnych instytucjach jak:

University of Social Sciences and Humanities

Kozminski University

Ten drugi brzmi właściwie tak samo jak Harvard University, albo Johns Hopkins University, którego w Polsce zazwyczaj przerabiają na zwykłego Johna.

I piszę te słowa, żałując, że nie ma w języku angielskim słowa, które byłoby jeszcze lepsze niż ‚university’. Bo wszystkie polskie uczelnie tak właśnie by się po angielsku nazywały. Pozostaje mi więc tylko napisać do London School of Economics, że oni takie głupki są, bo mogliby się nazywać, na przykład, The Econonic University of London, a nie chcą. Mógłbym też napisać do SWPS, żeby się nazywali, no, na przykład, Warsaw School of Social Psychology, ale oni to na pewno nie załapią, o co chodzi. Niechże się więc rektor SWPS na księcia, ba, na cesarza, przemianuje. Będzie jeszcze dostojniej.

 

Czerwona kreska (26.02)

Jako że pisałem o nieudanych habilitacjach wcześniej, z kronikarskiego obowiązku postanowiłem odnotować koniec batalii dr. Marka Migalskiego o uzyskanie habilitancji. UKSW (znany w pewnych kręgach jako Uksford) nadał politykowi stopień, kończąc tym samym 10-letnią drogę przez recenzje.

Tak jak poprzednio, nie mam zdania na temat habilitacji dr. Migalskiego. Mam jednak komentarze. Po pierwsze, cytowany w linkowanym artykule Antoni Dudek napisał:

W dniu dzisiejszym Rada Wydziału Nauk Historycznych i Społecznych UKSW po długiej dyskusji zatwierdziła w tajnym głosowaniu habilitacje dra Marka Migalskiego. Za głosowało 36 członków Rady, przeciw 1, zaś 3 wstrzymało się od głosu. W ten sposób po 10 latach habilitacyjna odyseja dra Migalskiego, która niestety wystawia fatalne świadectwo polskiemu środowisku akademickiemu znalazła swój finał.

I rzeczywiście, warto przypomnieć, że w poprzednich postępowaniach, dorobek dr. Migalskiego uzyskiwał pozytywne recenzje. To rady naukowe odrzucały jego wniosek. Gdyby trzymać się osądu recenzentów, habilitant powinien był uzyskać habilitację już dawno temu.

Jednak sprawy nie są aż tak oczywiste. Twitter podrzucił mi ciekawy tweet w którym autor pisze:

Taka była „hipoteza” habilitacji dr. Migalskiego. I tak, startował w „naukach o polityce”, a nie w poezji, publicystyce, zawodach metaforycznych czy opowiadaniu bajek

https://twitter.com/BrzezinskiMich/status/1097938882925088769

.com/Brzezins

Hipoteza była o tym, że rząd PiS z determinacją podjął się „dzieła budowania narodu”. Przyznam, że nie znam się za bardzo, jednak mam duże wątpliwości co do falsyfikowalności takiej hipotezy. Na cytowanym już zresztą tutaj blogu, prof. Jaskułowski zrecenzował dzieło Migalskiego w poście pod znamiennym tytułem:  Jak nie pisać o narodzie.

I teraz uwagi natury ogólnej. Nigdy nie lubiłem Migalskiego-polityka. Nie lubię jego poglądów, nie lubię jego polityki. Jednak mój komentarz dotyczy wszystkich naukowców-polityków, również tych, których (jeśli tacy są) lubię. Wolałbym, żeby naukowiec, który stał się politykiem, został w polityce. I żeby polityk, obojętnie, czy po sukcesach czy po okresie politycznej nędzy i rozpaczy, nie wracał do nauki. Chciałbym, żeby kierunek na linii nauka-polityka odbywał się tylko w jedną stronę i żeby nie było powrotu. Moim zdaniem, jest to szczególnie ważne w naukach społecznych i humanistycznych. Naukowiec polityk niesie ze sobą bagaż polityczny, którego, jak to kiedyś mówił Andrzej Drawicz, nie sposób zostawić w szatni. Nie chciałbym też, żeby mnie uczył profersor-polityk. Bałbym się, czy nie zostanę uwalony, gdy wygłosze poglądy niezgodne z linią partyjną egzaminatora.

Oczywiście, bez żadnych wątpliwości, jest dla polityków miejsce na uczelniach. Ba, były MSZ pracuje obecnie na Harvardzie! Niech jednak (były-)polityk nie udaje, że jest badaczem, naukowcem, niech nie prowadzi doktorantów. Rozdzielmy politykę od nauki. Niech to będzie nasza gruba czerwona kreska.

Rektor to ma klawe życie (15.02)

W komentarzach pojawiła się linka do artykułu prof. prof. Dominika Antonowicza i Tomasza Pietrzykowskiego na temat nowej ustawy, zwanej, nie wiadomo dlaczego i po co, Konstytucją dla nauki. Artykuł jak artykuł, postanowiłem jednak zareagować, bo mnie zwyczajnie wkurzyły peany autorów na temat ‚urealnionej autonomii’ uczelni. Panowie Profesorowie piszą o tym, że teraz będzie ważniejszy rektor, a uczelnie będą mogły sobie statuty same pisać. Autonomia całą gębą!

I zastanawiam się, czy autorzy tak na poważnie, czy może jednak nie rozumieją. Nie rozumieją, że dopóty dopóki MNiSW ustala zasady finansowania dydaktyki, badań, a na dodatek wyznacza ramy parametryzacyjne uczelni, o żadnej autonomii nie może być mowy. Na tym blogu dyskutowano już nie raz zasady parametryzowania dyscyplin, podważanie interdyscyplinarności, zmiany w uprawnieniach do nadawania stopni i wiele innych. One wszystkie w rzeczywistości ograniczają tę wychwalaną autonomię.  Inymi słowy, gdzie tu autonomia, jeśli moi pracownicy nie mogą publikować książek, choć na całym świecie w historii to one się liczą, bo minister sobie tego zażyczył?!

Chciałbym, żebysmy mieli jasność. To minister ustala, co powinniśmy publikować!! I to jest autonomia uczelni? Panowie Profesorowie się ogarną, co?

Nonsensem jest twierdzenie, że badacze teraz będą mogli siebie nawzajem dobierać, a tematy badawcze będą sobie dzielnie sami tworzyć, bo w rzeczywiwstości to MNiSW wyznacza ramy takich działań. A osławiona lista wydawnictw podważa jakiekolwiek działania projakościowe! Zaiste nie rozumiem pomysłu, że to napisanie własnego statutu tworzy tę prawdziwą autonomię. A jak już rektor zostanie królem (na UW i UJ cesarzem), to już będzie naprawdę świetnie.

Nawiasem mówiąc, uważam, że pomysł, iż jednoosobowa władza na uczelni jest lepsza od wspólnego namysłu, jest zwyczajnie głupi. Pomijam już takie rzeczy jak na przykład wybieralność rektora, która moim zdaniem znacznie komplikuje rolę rektora-cysorza.

Nie jestem prawnikiem, ale wydawałoby mi się, że to nie ustawa tworzy autonomię uczelni. I jeśi już, to autonomię stworzyłby BRAK ustawy. I bardzo bym prosił nie pisać już o ‚konstytucji dla nauki’, jako o najlepszej rzeczy, która się przytrafiła polskiej nauce od czasu zejścia ludzkości z drzewa.

Opublikowano łącznie….

Zwrócono mi uwagę na Sprawozdanie 2016 – Polska Akademia Nauk w liczbach. Mój korespondent zachęcił mnie to wyszukania frazy „opublikowano łącznie”, no więc poszukałem. Oto obraz naszej naukowej elity w Wydziale Nauk Humanistycznych i Społecznych:

  • Instytut Archeologii i Etnologii, opublikowano łącznie 336 prac, z czego 75 w recenzowanych czasopismach naukowych o zasięgu międzynarodowym;
  • Instytut Badań Literackich (kategoria A+), odpowiednio, 528 – 36;
  • Instytut Filozofii i Socjologii (kategoria A+), 298 – 23;
  • Instytut Historii (kategoria A+), 684 – 21;
  • Instytut Historii Nauki, 181 – 25;
  • Instytut Języka Polskiego, 104 – 18;
  • Instytut Kultur Śródziemnomorskich i Orientalnych, 59 – 4;
  • Instytut Nauk Ekonomicznych, 70 – 5;
  • Instytut Nauk Prawnych, 277 – 1;
  • Instytut Psychologii, 62 – 30;
  • Instytut Rozwoju Wsi i Rolnictwa, 64 – 4;
  • Instytut Slawistyki, 229 – 11;
  • Instytut Studiów Politycznych, 264 – 18;
  • Instytut Sztuki (kategoria A+), 445 – 68.

Powiedziałbym, że temu palantowi w naukach prawnych, co obraz zaburza, dałbym naganę. Storpedował narrację o tym, że w prawie się nie da. Z drugiej strony wynik Instytutu Nauk Prawnych, który publikuje 276 razy więcej na rynku lokalnym niż międzynarodowym, budzi zachwyt.

Obraz PAN, jaki wyłania się z tej krótkiej listy, jest tyle mizerny, co nierówny. Jak zwykle przewodzą psycholodzy, jak zwykle historyków wena nie opuszcza. Obraz ten pokazuje również, że skala niemożności międzynarodowej dyscyplin jest znacznie szersza niż mogłoby się wydawać. O ile prawnicy zawsze tłumaczą, że w prawie nie ma sensu publikować nie po polsku, o tyle niemiędzynarodowa slawistyka dziwi. Wybitnie lokalny instytut rozwoju rolnictwa, powiedziałbym, zaskakuje, a już politologia, która nie występuje na świecie, szokuje.

A to wszystko w instytucji, która zajmuje się (prawie) tylko badaniami. PAŃstwo nie latają od zajęć do zajęć i nie organizują zaliczeń. Trochę chciałbym, żeby w związku z tym pokazali nam wszystkim, jak się robi naukę.

Na końcu dodałbym jeszcze, że skoro niektóre z powyższych instytutów zdobyły kategorię A+, większość pozostałych ma A, to aż strach pomyśleć, jak wyglądają polskie nauki humanistyczne i społeczne w jednostkach z kategorią B.

Gdzie te kobietyyyyyy?!

Minister Gowin powołał  Zespół ds monitorowania wdrażania reformy>. Oto jego skład:

prof. dr hab. Maciej Żylicz — przewodniczacy
Łukasz Kierznowski
dr hab. prof. nadzw. Marcin Krawczyński
Dominik Leżański
dr hab. n. med. Wojciech Maksymowicz
dr hab. Zbigniew Marciniak
prof. dr hab. inż. Grażyna Ptak
dr hab. Dariusz Surowik
dr inż. Janusz Szczerba
dr Dominik Szczukocki
dr hab. Lech Trzcionkowski
dr hab. inż. Jerzy Woźnicki

I właściwie wszystko fajnie, nie znam ludzi, nie wiem, czy się nadają, ale przypomniał mi sie wpis prof. Galasińskiego, w którym opowiada, dlaczego zapytał na konferencji, czemu w panelu na ogółnorefleksyjny i niespecjalistyczny temat nie ma ani jednej kobiety. Polecam ten wpis do refleksji dla nas wszystkich.

Galasiński pisze:

So why did I challenge the panel? Because I challenge the idea that it is only men who create disciplines, results, ideas that are worth listening to. And the panel was about the discipline and it was constructed by men for men to speak for the discipline….

Nie jestem pewien, do jakiego stopnia zgadzam się z lingwistą. Jednak myślę, że warto zadać pytanie, dlaczego w zespole ministerialnym jest tylko jedna kobieta, tzw. token woman. Nie wierzę, że nie dało się znaleźć ze dwu innych, które mogłyby pomonitorować i dostać za to pieniądze.

I zanim zostanę odsądzony od czci i od wiary za ‚ideologię gender’, na piszę o zdarzeniu, o którym usłyszałem z wiarygodnego źródła już jakiś czas temu. Otóż w sprawie chodziło o to, kto ma być rencezentem w jakimś postępopwaniu awansowym, Były dwie kandydatury, mężczyzny i kobiety. I w pewnym momencie padł argument następujący: dajmy to jemu, bo on musi utrzymywać rodzinę. Argument przeważył, recenzję, a zatem honorarium, dano panu profesorowi, a nie pani profesor. Smaczku historii dodaje to, że o ile małżonka recenzenta pracowała i jego rodzina była dwudochdowa, o tyle kandydatka na recenzentkę była matką samotnie wychowująca dziecko.

Parytet? Raczej nie. Ale przestańmy udawać, że ten okropny gender w polskiej nauce nie ma żadnego znaczenia.