Profesorska przysługa

Pojawiła się petycja w sprawie profesury Michała Bilewicza. Gdy to piszę  110 osób ją podpisało, firmuje ją prof. Roland Imhoff.  A ja się nie mogę zdecydować, czy ona mi się nie podoba, czy mi się bardzo nie podoba. Petycja sugeruje, że niepodpisana nominacja profesorska dotyczy wyłącznie dr. Bilewicza, a na dodatek. że prezydent Duda nie podpisuje jej dlatego, bo Bilewicz bada uprzedzenia. A wszystko jest bez precedensu.

No i nie podoba mi się ta petycja, bo tu zapewne wcale nie chodzi tylko o jednego Bilewicza, a sprawa wcale nie jest bezprecedensowa. Wątpię też, by wstrzymywano Bilewicza przez jego badania. Wkurza mnie też, że świat w postaci prof. Imhoffa czy kogoś innego nie stanął w oburzeniu, gdy 10 lat temu mieliśmy pierwszą zamrażarkę profesorską (o czym parę osób i  tutaj i Twitterze już pisali).  Dziesiątki profesorantów czekało wtedy na prezydencki podpis, żaden z nich jednak nie miał tak dobrego kolegi jak prof. Imhoff.

Nie znam Bilewicza, darzę go jednak pewną sympatią jako uczonego o profilu publicznym, z żalem patrzę, jak jest obrzucany błotem szczególnie w mediach społecznościowych. Jednak w tym wszystkim nie o Bilewicza chodzi. Przecież tu nie chodzi o to, żeby Bilewiczowi dali, a inni dalej czekali, teraz czy za chwilę. Bo za innymi nikt się akurat nie wstawił. Jeśli idzie o cokolwiek, to o zasadę, a nie jednego psychologa, z mniejszym lub większym ego.

Zawsze uważałem, że tzw. profesura belwederska, a zatem nominowanie przez prezydenta,  jest czymś miłym. Fajną wisienką na miłym profesorskim torcie. Po raz drugi w niedługim czasie mamy prezydenta, który uznaje, że może sobie nie podpisać. Bo nie. Szkoda, bo zabiera nam tę wisienkę.

I niestety przykład dr. Bilewicza po raz kolejny  pokazuje, że profesura to zbyt poważna sprawa, by oddawać ja w ręce politykom.

Przy okazji jednak uważam, że petycja w sprawie jednej osoby, jakkolwiek sympatycznej, nie ma większego sensu. I stawiam orzechy przeciw migdałom, że jeśli coś ta petycja osiągnie, to to, że profesorant będzie czekał jeszcze dłużej. Bo przecież żaden Imhoff i jego klika nie będzie nam pluć w twarz i dzieci tumanić. Obawiam się, że ta petycja to niedźwiedzia przysługa dla p. Bilewicza.

No, ale zawsze mamy w zanadrzu  list otwarty. To listem uderzymy tam, gdzie naprawdę zaboli.

 

Kompromitacja bez trybu

Profesor Śliwerski postanowił zrecenzować książkę. Smaczku tej ‚recenzji’ dodaje fakt, że jest to książka w postępowaniu habilitacyjnym, któremu Pan Profesor przewodniczy (strony CK nadal nie zawierają dokumentów, które kończą postępowanie). Postanowiłem napisać o tym, bo mnie szlag jasny trafił.

Po pierwsze, uważam, że wypowiedź przewodniczącego komisji habilitacyjnej (a przy okazji członka CK) na temat prowadzonego postępowania, jest skandalem. Tak, rozumiem, że być może postępowanie się już zakończyło, tylko jeszcze dokumenty nie pojawiły się na stosownych stronach internetowych, jednak dla nas, postronnych osób, postępowanie trwa. Postępowanie trwa, a przewodniczący pisze niezwykle negatywną recenzję osiągnięcia w tymże postępowaniu. Ot, tak, se pisze, bez typu.

Po drugie uważam, że przewodniczący komisji habilitacyjnej nie powinien się w ogóle wypowiadać na temat  postępowania, któremu przewodniczył. Pisanie dodatkowej recenzji habilitacyjnej  jest nieprofesjonalne, nieetyczne, skandaliczne. Naczelny Pedagog Kraju postanowił powiedzieć światu, jak jest naprawdę. Może prof. Śliwerski powinien stać się Naczelnym Recenzentem Kraju.

Po trzecie,  to jednak ton tej ‚recenzji’ jest szczególnie skandaliczny. Szlag mnie trafia, gdy czytam o tym, że autorka się skompromitowała. Ba, skompromitowała naukę w ogóle.  Żałosne są takie teksty od profesora tytularnego, którego sława zdaje się nie wychodzić poza granice Słowacji, który, o ile się nie mylę,  po angielsku ani be, ani me, ani kukuryku, który chyba  nie zdołał jeszcze dołączyć do międzynarodowej pedagogiki. I skoro już koniecznie trzeba o kompromitacji, to moim zdaniem, jedyną osobą która się skompromitowała, jest pedagog wszystkich pedagogów.

 

 

 

Nobel za stówę

Na Twitterze pojawił się artykuł, który był podstawą tegorocznej nagrody Nobla z chemii.  Jak wskazuje autor tweetu, impact factor czasopisma Materials Research Bulletin to 3.3. Sprawdziłem z kolei, na ile wyceniło to czasopismo nasze łaskawie i przemądrze panujące nam Ministerstwo. Otóż ministerstwo uznało, że czasopismo zasługuje na 100 pkt.

Te fakty wskazują na dwie wykluczające się konkluzje. Po pierwsze, być może ważniejsze, nauka polska jest tak świetna, że Nobel w polskiej chemii zasługuje co najwyżej na środek stawki. My się nie tylko nie zachwycamy jakimś głupim Noblem, my go widzimy, jak znika we wstecznym lusterku.

I mówię to świadom tego, że w Polsce każdy doktor habilitowany ma udokumentowany znaczny wkład w rozwój dyscypliny. A to przecież nie w kij dmuchał. Co więcej, każdy profesor ma dokumentowane znacznie więcej niż znaczny wkład w rozwój dyscypliny. My mówimy noblistom,  jak Leonidas z filmu 300: This is polska nauka!

I tu dochodzimy do drugiej konkluzji. Może by wreszcie warto, że punktacja czasopism ma sens ograniczony. Tak, są dobre czasopisma i są złe czasopisma. Jedne pozwalają na udział w międzynarodowej debacie, inne nie. W tych pierwszych artykuły oceniane są przez ‚świat’, w tych drugich przez województwo. Jednak o ile warto publikować w tych pierwszych, przypisywanie każdemu artykułowi tej samej punktacji nie ma większego sensu. Bo wychodzi nam dość oczywista bzdura. Wyceniliśmy Nobla na 100 punktów.

 

Pochwała poufności

Parę dni temu przypomniano na Twitterze sprawę zatrudnienia  prof. Hartmanana Uniwersytecie Warszawskim . W tweecie na ten temat wybrzmiewała duma z tego, że Senat UW nie zgodził się na zatrudnienie Hartmana, bo jego dorobek nie licował z tym, czego oczekuje się na tymże uniwersytecie. Postanowiłem to skomentować.

Gdy sprawa pojawiła się w mediach już jakiś czas temu (nie chce mi się szukać doniesień w mediach na ten temat), miałem mieszane uczucia. Teraz moje uczucia się już odmieszały i moje zdanie się wyrobiło. I jest negatywne.

Bardzo mi się nie podoba to, że sprawa zatrudnienia profesora omawiana jest w mediach. Moim zdaniem, to, że prof. Hartman wziął udział w konkursie, złożył podanie o zatrudnienie, jest sprawą Hartmana i uniwersytetu. I publiczne omawianie tej sprawy jest niestosowne.  To przejaw braku profesjonalizmu. Przecież ujawnianie takich informacji może doprowadzić do tego, że Hartmanowi trudniej będzie znaleźć pracę, nie mówiąc o tym, że jego sytuacja na uczelni, na której pracuje, mogła się zmienić na niekorzyść. Muszę też powiedzieć, że pełen dumy tweet profesora UW na temat tego, że Hartmana nie zatrudniono najwięcej mówi o autorze tweeta, a nie o filozofie czy UW.

Ale jest jeszcze druga sprawa. Szokuje mnie to, że senat w ogóle się wypowiada na temat zatrudnienia jednego faceta. Co ma do tego senat? Czy senat ma wgląd w potrzeby wydziału/instytutu, czy też jedynie broni honoru i poziomu UW (tak to było przedstawiane)? Na jakiej podstawie senat anuluje ustalenia komisji konkursowej? Jeszcze bardziej szokuje mnie to, że argumentacja przeciw zatrudnieniu Hartmana opierała się na jego niedostatecznym (wg senatu UW) dorobku badawczym. A przecież, do cholery, pracownik uczelni to nie tylko jego dorobek badawczy. A może Hartman jest dobrym wykładowcą? Jest z pewnością postacią barwną, na kontakcie z którą studenci mogą wiele zyskać. Uniwersytety to nie tylko fabryki publikacji. Może warto by o tym pamiętać. Nawet na UW.

Ze łzą w oku przypominam sobie  opowieści znajomych z ‚Zachodu’, których rekrutacja na profesurę obejmowała jeden czy dwa wykłady dla studentów, którzy poźniej wypowiadali się na temat tego, czy chcieliby chodzić na wykłady kandydata.

Dodam, że nie lubię Hartmana. Nie czytam jego felietonów w ‚Polityce’ – irytują mnie. Nie mam zdania na temat jego dorobku, choć wątpię, by filozofowie na UW byli dramatycznie lepsi od niego. Bez względu na to jednak, uważam, że potraktowano go fatalnie. Ja w każdym razie nie chciałbym, by rzeczniczka UW pisała o mnie na Twitterze (nie jestem osobą publiczną, więc szanse na to są nikłe….) i opowiadała światu, że jednak mnie nie zatrudniono.. Moje podanie o pracę powinno być traktowane z poufnością, bo każdy komentarz na jego temat może  być gwoździem do mojej akademickiej trumny.

Przezroczystość życia akademickiego jest czymś pożądanym. Jestem zwolennikiem otwartości postępowań awansowych, na początku ten blog był oparty na nich! Ale otwartość musi mieć granice. I podania o zatrudnienie nie powinny być upubliczniane. To kwestia podstaw profesjonalizmu, moim zdaniem. Nie wyobrażam sobie zresztą, by jakiś szanujący się uniwersytet z  cywilizowanego  świata ogłaszał, że właśnie nie zatrudnił kogoś. Przecież to byłby skandal!

Mam nadzieję, że nigdy więcej nie dowiemy się o tym, kogo jeszcze nie zatrudnił Uniwersytet Warszawski. Może to będzie znacznie lepszy krok ku umiędzynarodowieniu UW niż sterta publikacji za 500+ punktów.

 

 

O strusiach toruńskich

Okazuje się, że cytowany we wcześniejszym wpisie felieton prof. Nalaskowskiego balansuje na granicy, a le granicy nie przekracza.  Tak donosi Gazeta Wyborcza w Toruniu. Dziennikarz pisze:

Słowa toruńskiego profesora nie mieszczą się w standardach żadnej cywilizowanej dyskusji. Nie przystoją człowiekowi, który jest wychowawcą i nauczycielem młodzieży.

I ja się z tym zgadzam. Gdybym był gejem na UMK (a zapewne, o zgrozo, nawet w Toruniu ich nie brak), to był się czuł opluty przez uniwersytet, który przecież powinien mnie bronić. I dać mi możliwość studiowania w środowisku, które nie uznaje mnie „obcą kulturowo i historycznie tęczową zarazą. ”

Czy należy wyciągnąć konsekwencje dyscyplinarne wobec Nalaskowskiego? Nie wiem, nie do mnie należy taka decyzja. Chodzi o to, żeby uniwersytet w krótkich żołnierskich słowach odciął się od tego, co mówi jego przedstawiciel. Autor linkowanego tekstu przypomina, że  również w wypadku antysemickich wypowiedzi jednego z profesorów UMK zastosował strategię strusia. Warto przypomnieć, że UAM zabrał głos po obrzydliwych słowach biskupa związanego z uniwersytetem. Okazuje się, że można.

Problem z tym, że strusie, chowając głowę w piasek, zapominają, że na powierzchni zostaję wypięte dupsko. I UMK właśnie po tym dupsku zasłużenie dostaje. I oby dostał jak najboleśniej.

Zacząłem się zastanawiać też, co, według cytowanego dziekana Petrykowskiego, byłoby przekroczeniem granicy.  Bojówki na kampusie to już byłoby to? Czy uniwersytet powiedziałby, że nie popiera, ale rozumie? Może ci „chronieni przez policję gwałciciele” powinni po prost zrezygnować ze studiów, żeby profesura UMK nie musiała się z nimi w ogóle spotykać?

Skoro, hasło „dosyć negocjacji” jest zbyt subtelne, co jeszcze trzeba powiedzieć, żeby UMK uznało, że jednak tak nie wypada? Jak daleko UMK się nagnie? Czy może jednak uzna za stosowne znaleźć kręgosłup?

 

Dadzą, nie dadzą?

Kolejna medialna odsłona profesury Andrzeja Zybertowicza. Niby nie rozumiem, ale tak naprawdę doskonale rozumiem, dlaczego gazeta.pl o tym pisze. Podobnie jak w wypadku dr. Migalskiego, z postępowania awansowego zrobiono igrzyska. I ‚cała Polska’ może się się emocjonować tym, czy dadzą, nie dadzą, a może jeszcze co innego wymyślą. Ci, co lubią Zybertowicza klną, na czym świat stoi, ci, którzy go nie lubią, zacierają z radością ręce. Patrzę na to i zanoszę modły, gdzie się da, żeby się ten cyrk skończył.

Ale tak jak historia Migalskiego, tak historia Zybertowicza, to historia, która ma swój morał. A morał jest następujący. Trzymajcie się z dala od polityki. Łączenie nauki i polityki, szczególnie w szerokiej humanistyce, niczym dobrym się nie kończy, a przykładem jest właśnie omawiana profesura. I właśnie dlatego zanim zacznę wylewać łzy krokodyle z żalu na Zybertowiczem, dodam, że uważam, że profesura na urzędzie jest nie na miejscu. Zastanawiam się zresztą, czy z można wrócić z polityki do nauki – jestem sceptyczny.

Warto też poczytać komentarze pod linkowanym wcześniej artykułem. Chyba żaden z komentujących nie ma złudzeń co do uczciwości procesu, co do rzetelności ocen. Nikt nie wierzy w to, że dorobek Zybertowicza zostanie oceniony bezstronnie. Nie – znajdą wreszcie takich recenzentów, żeby przepchnęli. A jak nie przepchną, to przecież to też będzie polityczne. I czy kogoś jeszcze dziwi, że tzw. społeczeństwo nie traktuje nas poważnie? No ale sami sobie to zgotowaliśmy ten los.

I tylko coraz bardziej wstyd jest.

Gra o listę

Odpoczywam od wszystkiego, w tym od blogowania, Jednak liczba komentarzy pod poprzednim wpisem pogania mnie do napisania paru nowych słów. Chcę się odnieść do 2 komentarzy nt listy czasopism.

Pierwszy to komentarz prof. Letki.  Chcę się skupić na ostatnim akapicie. Letki pisze to:

Podsumowując, wykaz nie jest – i chyba nie było oczekiwań, że będzie – doskonały. Mimo pewnych istotnych niedociągnięć zdecydowanie docenia znaczące publikacje międzynarodowe w stosunku do publikacji lokalnych, i taki też był zamysł. Ma on pozwolić odróżnić jednostki, w których publikuje się średnio na poziomie 140-200 pkt. od tych za 100-140, 70-100 i mniej. Czy Teksty Drugie czy Journal of Parapsychology temu przeszkodzą? Moim zdaniem nie.

O ile rozumiem argument, jest on następujący. Nieważne, że lista jest niedoskonała, przecież doskonała i tak nie może być. Ogólnie zrobi to, co ma zrobić. I ogólnie to ja się z tym argumentem zgadzam, tylko że mnie on wkurza. Bo  jest on taki. Co prawda można by jeździć mercedesem, ale przecież nikt tego  nie oczekuje, więc jedziemy trabantem, który przecież, tak ogólnie,  dowiezie nas do celu. O co więc chodzi?

Irytuje mnie ten argument z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, bo po raz kolejny częstuje się nas byle czym, a my (w sensie tzw. środowisko) ma udawać, że wszystko jest w porządku, bo tak ogólnie jest. Po drugie, chciałbym wreszcie, żeby ktoś sie zastanowił, co ta lista będzie oznaczać dla tysięcy poszczególnych osób. Innymi słowy, ilu osobom właśnie powiedziano, że to, gdzie publikują, jest do kitu, ba, ich dorobek jest do kitu, bo jest nowa lista. I jeśli chcą mieć dobry dorobek, muszą zacząć publikować gdzie indziej.

Nie wiem, rzecz jasna, ile takich jest. 10? 100? 10.000? Zadałbym inne pytanie. Ile musi być takich osób, byśmy musieli uznać, że lista jest do kitu. I irytuje mnie założenie, prof. Letki wydaje się to robić, że może w kilku szczegółach są jakieś problemy, ale tak ogólnie, to jest git. I teraz to już będziemy znać prawdziwą wartość publikacji. A to jest bzdura na kółkach.

Drugi komentarz, na który chcę zwrócić uwagę, to blog prof. Jaskułowskiego, który bezlitośnie punktuje myślenie dyscyplinami. Cóż, do cholery z socjologią ma wspólnego agronomia czy nauczanie języka angielskiego jako języka obcego? Wpis Jaskułowskiego po raz kolejny pokazuje, to, na co zwracano uwagę wielokrotnie. Przypisywanie czasopism do dyscyplin jest głupie i nie może zadziałać. I nie działa.

Piotr Stec na swoim blogu wskazuje po raz kolejny to, co pokazują inni. Lista zniechęca do umiędzynarodowiania. Pisze:

Niemal nieopłacalne będzie publikowanie za granicą, bo większość czasopism, których tematyka związana jest z prawem naszej części świata (Europy ogólnie mówiąc) jest nisko punktowana. Czyli dostaniemy skutek odwrotny do zamierzonego.

Na dodatek tego wszystkiego, grupa ekspertów z socjologii oświadczyła, że ich propozycje punktowania różnią się tak znacząco od tego, co opublikowano, że umywają ręce (nie potrafię znaleźć linka). Na Twitterze przedstawiciel MNiSW powiedział, że skoro wiedzieli, że tak może być, to o co im chodzi. I ja się z nim zgadzam. Nie trzeba było pchać do ministerstwa i przykładać do tego masakry ręki. Po tym, co się stało z listą wydawnictw i 80-punktowym Białym Krukiem, czy naprawdę ktoś miał złudzenia, że listę ułożą eksperci?

Niestety, to my (środowisko) będziemy musieli tę żabę zeżreć i jeszcze powiedzieć, że nam smakowało. Wszak, jak twierdzi minister, nigdy nie było tak szeroko zakrojonych konsultacji ze „środowiskiem”. I, jak sądzę, znów ma rację. Szkoda tylko że nie dodaje, jaki był poziom ignorowania tychże konsultacji.

Tańczący z systemem

Od jakiegoś czasu obserwuję, że coraz więcej młodych, średnich a i starszych pracowników nauki publikuje na świecie i to w dobrych i bardzo dobrych czasopismach. Oczywiście w niektórych dyscyplinach tak było „zawsze”, ale w niektórych to coś nowego, wręcz diametralna różnica wobec niedawnej jeszcze przeszłości.

I tu naszła mnie refleksja.  Trudno zakładać, że ćwierć, a może i pół dyscypliny nagle zmądrzało i dojrzało do tego, by zacząć w tymże świecie publikować. Dokonało się olśnienie masowe. Raczej należy przyjąć, że zmieniły się priorytety i praktyki publikacyjne. Ktoś stwierdził, że dobrze jest publikować międzynarodowo, no to ludzie zaczęli międzynarodowo publikować. Części się to nie udało, oczywiście, ale okazuje się, że znacznej części tak.

Jeśli mam rację, to z tego wynika kilka rzeczy. Po pierwsze, należy się zastanowić nad tym, dlaczego ci, który nadal publikują w województwie rzeczywiście nie potrafią inaczej czy może nadal nikt od nich niczego innego nie oczekuje. Po drugie, należy inaczej popatrzeć na naukę polską. A zatem wcale nie jako zaścianek zaścianka, ale jako system, który stwarza pewne oczekiwania, a ludzie w tym systemie je spełniają. Po trzecie, wszelkie gadanie o leśnych dziadkach ma dość ograniczony sens. Również dzisiejsi starsi profesorowie są częścią systemu, który od nich wymaga pewnych działań. Ba, niejednokrotnie słyszałem od humanistów, że publikowanie nie po polsku było niemile widziane w czasach słusznie minionych.

Jest w tym miodzie jednak szczypta dziegciu. Szkoda bowiem, że ci wszyscy podążający za systemem nie wykazali się odrobiną inicjatywy i nie stwierdzili, że jednak chcieli być częścią obiegu naukowego. Z pewnością było to nieporównywalnie trudniejsze niż obecnie, ale przecież nie niemożliwe. Trudno też zakładać, że na tych wszystkich publikujących poza wydawnictwem lokalnej uczelni spadały kary dyscyplinarne za to, że ośmielili się po hamerykańsku coś skrobnąć.

I taka to refleksja i jej cztery  podrefleksje mnie naszły. Sumując – wcale nie jest tak tragicznie, jak czasem mówimy, ale znów tak pięknie jak inni mówią, też nie jest. I po stwierdzeniu tej oczywistej oczywistości,  wracam nad jezioro. Z laptopem.

Jedną maluczką recenzją tak wiele przybyło

Oto dwie recenzje doktoratów z filozofii: recenzja 1 oraz recenzja 2. Zwrócono mi na nie uwagę, bo są zaskakująco podobne. Zacząłem je czytać od konkluzji i trudno nie ulec wrażeniu, że mamy do czynienia z tym sama recenzją, którą recenzentka przerabia na potrzeby  konkretnego przewodu doktorskiego.

Nie mam do końca wyrobionego zdania na ten temat. Z jednej strony, rozumiem dobrze, że pisanie recenzji nuży, czemu więc nie wspomóc sobie wypracowanym przez siebie wzorem recenzji. Z drugiej strony, powstaje pytanie, czy nie mamy do czynienia z gotowcem, którego recenzentowi nie będzie się chciało zmieniać tylko po to, żeby zasugerować niuanse oceny. Co więcej, recenzent dostaje pieniądze za te recenzje, mógłby się więc choć odrobinę postarać, a przecież recenzent doktoratu to zazwyczaj osoba akademicko doświadczona, dla której napisanie recenzji nie powinno stanowić większego problemu.

Mam coraz większe kłopoty z tą praktyką (czy jest to już proceder?), gdy widzę podobne zdania z treści recenzji. Okazuje się, że treść obu doktoratów rozłożona jest na 2 płaszczyznach, obu doktorantów cechuje wnikliwość filozoficzna, obaj tworzą horyzonty odniesień filozoficznych…. Bardzo trudno uznać, że zbieżności między obiema recenzjami to czysty przypadek, a recenzentka po prostu natrafiła na doktoranckie bliźnięta. Raczej trzeba uznać, że recenzentka napisała jedną recenzję i po niewielkich przeróbkach złożyła ja jako drugą. Moje wrodzone lenistwo nie pozwala mi na to, żeby poszukać innych recenzji Pani Profesor….

Ale być może stosowanie gotowca recenzyjnego ma jedną zaletę. Otóż Pani profesor odkryła wielce ją irytującą praktykę stosowania spójnika „iż”. Jest szansa, że gdyby pisała recenzję od nowa, mógłby jej ten naganny proceder umknąć. 

O ułudzie bibliometrii i naukowych brylantach

Ostatnio nie mam czasu na wiele, więc zapuściłem się w blogowaniu. Jednak gdy zobaczyłem, że pod ostatnim wpisie jest już ponad 700 komentarzy, postanowiłem nadrobić zaległości. Przede wszystkim dziękuję za korespondencję, która może nie na co dzień, ale jednak przybywa. Smaczków w niej było kilka, ale skonstatowałem, nie mogę się zdecydować, czy z radością czy z rozczarowaniem, wszystkie zostały zapodane w dyskusji. Ale trzy tematy zostały.

1. Po pierwsze chciałbym zwrócić uwagę na wywiad Forum Akademickiego z prof. Kulczyckim. Wywiad dobry, jednak stwierdzenie, że nikt nie wymyślił niczego lepsze do zarządzania nauką za pomocą bibliometrii, jest co najmniej dyskusyjne (co również wskazano na Twitterze).

Starczy choćby popatrzeć na parametryzację brytyjską, która nigdy nie była ‚metryczna’, a która nadal daje rezultaty w postaci nauki, do której nauka polska ma jeszcze daleko, a może i nawet dalej.  Co więcej, w dyskusji podkreślano, że brytyjskie uniwersytety odchodzą o ‚pomiarów’ jakości zarówno ludzi, jak i instytucji.  Indeks Hirscha wcale nie jest świetną metodą oceny i chciałbym usłyszeć od prof. Kulczyckiego chociaż kilka słów na ten  temat. Jestem bowiem przekonany, ze on zna doskonale wady Hirscha, jednak przedstawia te miarę w wywiadzie tak, jakby dawała wyniki, które jasno i rzetelnie opisują rzeczywistość. Tak nie jest.

2. Zwracam uwagę na artykuł w serii o nieuczciwości akademickiej prof. Wrońskiego. Dopóki nauce polskiej energiczniej ściga się ofiarę niż plagiatora/kę, to właściwie nie ma o czym gadać.

3. Polecam też watek na forum DNU. Po raz kolejny mamy dziennikarza, który bezkrytycznie  mówi o wybitnych osiągnięciach naukowych wszystkich tych, którzy nie uzyskali habilitacji.

Cieszę się, że dziennikarze zajmują się stanem rzetelności w nauce polskiej, jednak warto czasem wziąć głęboki oddech i się zastanowić. Ja nadal nie widziałem uwalonej dobrej habilitacji, odwrotnych sytuacji widziałem z kolei wiele. Jestem również pewien, że zdarzają się habilitacje, które u jednych recenzentów przechodzą, choć u innych nie przeszłyby, podobnie z radami wydziału. Jednak z tego nadal nie wynika, ze wyrzucamy perły badawcze, które na harwardach, jejlach i berklejach byłyby podstawą wybitnych profesur, a w oxbridżu co rusz nowy ‚regius professor’ byłby mianowany. Tylko my nie doceniamy tych diamentów. A mnie szlag  trafia, jak czytam te banialuki.

Przy okazji wracam jednak do tego, że nadal uważam (jak to pisałem już ze 2-3 lata temu), że posiedzenia komisji, szczególnie, jeśli jest na nich habilitant, powinny być rutynowo nagrywane. Nagrania powinny być udostępniane zainteresowanym. A jeśli jakiś wybitny profesor na nagraniu pieprzy jak potłuczony, to niech się za to sam wstydzi. Nagrywanie dyskusji awansowych jest w naszym wspólnym interesie, bo w naszym wspólnym interesie leży to, by  postępowania awansowe były przejrzyste i wiarygodne!

Przy okazji tegoż dziennikarstwa,  donoszę, że niedawno napisał o ‚pseudohabilitacjach’ również prof. Śliwerski. Cytuje w poście on z listu innego koryfeusza pedagogiki polskiej, który napisał do jednej z habilitantek, która pojawiała się już nie raz na tym blogu. Otóż prof. Nalaskowski napisał:

Koleżanko! Kimże Pani jest, że miałaby się przeciwko Pani sprzysiąc cała polska pedagogika!? Na czym ta Pani wielkość, nie do strawienia przez innych, polega? Nienawidzą Pani za Nobla czy wykłady na Harvardzie? Rozpętana akcja pokazuje przede wszystkim u Pani absolutny, patologiczny brak pokory. Sama siebie osądza Pani najwyżej i bezkrytycznie. Wszyscy są głupi, bo się na mnie nie poznali.

Muszę powiedzieć, że czytam takie słowa i wraca do mnie wyrażenie noblesse oblige. Pan Profesor nie skorzystał z okazji, żeby się nie odzywać.

4. I na koniec drugi cytat z innego wpisu prof. Śliwerskiego. Pedagog odnosi się do sprawy dr. Zybertowicza. Pisze o sprawie tak:

Dla mnie nie ulega wątpliwości, że gdyby nie jego (Zybertowicza) zaangażowanie w kontrrewolucję polityczna PiS, nie byłoby problemu z rzetelnym odczytaniem jego osiągnięć naukowych. Całe szczęście, że Aleksander Nalaskowski jest już od dawna profesorem tytularnym, bo gdyby ubiegał się o prrofesurę dzisiaj zapewne zostałby potraktowany podobnie jak toruński socjolog.

I ja mam pytanie. Jeśli tak wpływowy uczony jak prof. Śliwerski, uważa, że Zybertowiczowi nie nadano stopnia z powodów politycznych, to czemu nie protestuje, z hukiem nie ustępuje z CK, nie donosi do prokuratury?! Bo ja sam będę sprzyjał sprawie, jeśli okaże się, że Zybertowicz profesorem zostać powinien, ale PO-recenzenci go uwalili. To byłby skandal.

Ale jeśli prof. Śliwerski tak sobie tylko pieprzy (nie pierwszy raz), bo mu pasuje do tego, by uzasadnić swój  brak  dorobku międzynarodowego, to ja bardzo proszę, niech Pan pieprzyć przestanie. I się Pan zastanów, co Pan mówi, Panie Profesorze. Nauka polska jest w rozsypce, więc dokładanie jej pałką polityczną jest wyjątkowo nieodpowiedzialne, szczególnie gdy robi to ktoś tak wpływowy jak Pan.  A robienie tego w czasach, gdy nauka musi się bronić i to czasem zajadle przeciwko sferze politycznej, jest nie tylko nieodpowiedzialne, jest to również wyjątkowo głupie.