Wolność pieprzenia?

Prof. Śliwerski opublikował list otwarty  prof. Ewy Budzyńskiej w sprawie jej odejścia z Uniwersytetu Śląskiego. List mi się nie podoba, odniesienia do Gestapo i ZMSu uważam za niesmaczne.  No ale Pani Profesor zrezygnowała, a pedagog wszystkich pedagogów się oburza, a nawet dopuścił komentarz pod swym wpisem (nie pamiętam, kiedy ostatni raz pojawia się komentarz na blogu prof. Śliwerskiego). Komentarz (podejrzewam, że dęty), a jakże, od matki trójki dzieci w bardzo tradycyjnej rodzinie. Tak na nawiasem mówiąc, nigdy do końca nie wiem, co to jest ta ‚bardzo tradycyjna rodzina’.  Taka, w której mąż napieprza szlauchem żonę? Bo wiadomo, jak się baby nie obije, to jej wątroba gnije….

Wróćmy jednak do Pani Profesor, która, oburzona naganą, uniosła się honorem i z pracy zrezygnowała. Ja mam dwa pytania. Po pierwsze, czy zasługiwała na naganę, po drugie, czy to, co była łaskawa na wykładzie powiedzieć, powinno podpaść pod argument o wolności akademickiej.

Co więc powiedziała Pani Profesor. Oko.press donosi, że między innymi mówiła takie rzeczy:

  • stosowanie antykoncepcji jest „zachowaniem aspołecznym”;
  • „aborcja to morderstwo”, bez względu na przyczynę;
  • stosowanie wkładki domacicznej to aborcja;
  • „normalna rodzina zawsze składa się z mężczyzny i kobiety”;
  • „osoby homoseksualne to coś gorszego”;
  • „ideologia gender” jest jak komunizm;
  • wysyłanie dziecka do żłobka to robienie mu krzywdy.

Moim zdaniem, są to słowa żenujące i dyskwalifikujące Panią Profesor jako profesora. Ręki bym nie uścisnął, ale podejrzewam, że ona mojej też nie. I git.

Czy Pani Profesor ma prawo tak myśleć i mówić? Jest dla mnie oczywiste, że tak. Czy jednak Pani Profesor ma prawo takie rzeczy przekazywać studentom jako wiedzę. Moim zdaniem nie. Moim zdaniem, to, co co mówi Pani Profesor. to nie jest żadna uprawniona ‚interpretacja rzeczywistości’, tylko silnie  zideologizowane opinie i należy je traktować jako takie. Mówienie tutaj o jakiejś wolności akademickiej jest kompletnym nieporozumieniem, moim zdaniem.

Czy za te opinie jednak Pani Profesor powinna dostać naganę? Moim zdaniem, nie. Nieporozumieniem jest nagana za to, że ktoś ma jakąś opinię. Ja się fundamentalnie nie zgadzam z takimi opiniami, uważam, je za skandaliczne, jednak p. Budzyńska ma do nich prawo.

To co należało zrobić? Otóż moim zdaniem, uczelnia ma prawo określić podstawowy zbiór wartości, którymi się chce kierować. I na przykład, jedną z takich wartości powinien być bezwarunkowy szacunek dla wszystkich pracowników i studentów. W związku z tym, stwierdzenie, że osoby o orientacji homoseksualnej są ‚gorsze’ jest niewypowiadalna na tej uczelni. Nawiasem mówiąc, ciekawy jestem, czy gdyby ktoś chciał powiedzieć, że osoby czarnoskóre są gorsze, czy prof. Śliwerski również broniłby prawa do wolności akademickiej.

I następuje konflikt. Pani Profesor ma prawo do tego, żeby pieprzyć swoje bzdury, ile tylko chce. Ale uczelnia ma również prawo stwierdzić, że jej pieprzenie jest w sprzeczności z wartościami, którymi kieruje się uczelnia. I Pani Profesor ma wybór. Albo przestanie pieprzyć, albo zapraszamy ją do odejścia z pracy. Widzę też scenariusz, że uczelnia może powiedzieć, że docenia wkład naukowy Pani Profesor (gdyby ona zajmowała się np. fizyką) i zostawia ją na uczelni, ale odbiera prawo do nauczania.

I na koniec. Ja nadal nie mogę zrozumieć profesora pedagogiki, który broni słów, które w sposób oczywisty są dyskryminujące. Nie rozumiem tego. Przecież student-gej, który słyszy to, co mówi profesor uniwersytetu, musi się czuć koszmarnie. Może kilka samobójstw gejów po słowach dyskryminujących  by pomogło naczelnemu pedagogowi? Często rozczarowuje mnie to, co pisze profesor pedagogiki. Czasem jednak przechodzi siebie. W tym przypadku też tak było.

 

O młotku i kompromitacji

1.  Już miałem pisać o czym innym (mam kilka zaległych listów, o których chcę napisać), jednak wpadła mi w ręce kolejna recenzja habilitacyjna, w której recenzent pisze coś takiego (nie jest to cytat, zbieżność z czymkolwiek jest przypadkowa):

Błędy i niedociągnięcia, o których piszę w tej recenzji, nie wpływają jednak na ogólną jakość rozprawy/dzieła, którą oceniam wysoko.

Niejednokrotnie czytałem zdanie tego typu i za każdym razem wkurza mnie to bardzo. Przecież to oczywista bzdura. Jeśli w pracy są błędy, niedociągnięcia, pomyłki czy inne uchybienia, to w sposób konieczny wpływają one na jakość pracy. W przeciwnym razie, nie warto byłoby się starać, żeby to, co robimy, było bezbłędne, bo nawet jeśli nasza praca jest bliska doskonałej, to nic, bo prace z błędami i uchybieniami, są równie bliskie ideału. Mnie jednak wydaje się, że nie są.

Oczywiście rozumiem, że niedociągnięcia w pracy nie muszą oznaczać, że doktorantowi, habilitantowi czy profesorantowi, stopień czy tytuł się nie należą, ale do cholery, nie udawajmy, że jak ktoś robi błędy w pracy, to to się nie liczy i praca jest jakby bezbłędna. No więc ‚prawie bezbłędna’ czy też ‚tak jakby bezbłędna’ to jednak nie to samo, co bezbłędna i może recenzenci wbili sobie to do głów.

I tak to apeluję do recenzentów, by od czasu do czasu stuknęli się porządnie młotkiem za każdym razem, gdy będą chcieli napisać o tym, że błędy w pracy nie wpływają na jej jakość. Moim zdaniem, jest dokładnie odwrotnie.

2. Skoro już piszę ad hoc, to wspomnę przy okazji, że prof. Śliwerski po raz kolejny uznał za stosowne napisać o kompromitacji dr Gruby (już nie odmienia jej przymiotnikowo, co uznam za swój sukces). Otóż, jak donosi Pan Profesor, dr Gruba poprosiła o to, by podzielono się z nią wydatkami na książki Pana Profesora. Szkoda, że Profesor nie wspomina, iż kwestia finansowania jest tylko częścią wpisu dr Gruby, która wskazuje na przykład, że jego książki nie cieszą się zainteresowaniem czytelników, co wspiera empirią, choć musimy w istnienie tejże empirii wierzyć jej na słowo.

Pedagog uznał prośbę o informację nt finansowania jego dzieł za kompromitację Pani Doktor (nazywając ja przy okazji ignorantką, co raczej świadczy o Panu Profesorze, a nie obiekcie jego ataku) ) i postanowił podzielić się ze światem tymiż wydatkami. Wydatki jak wydatki, jednak  uważam, że jeśli podatnik płaci za wydanie dzieł pedagogicznych nawet najwybitniejszego pedagog kraju, a może i terytorium jeszcze większego to, podatnik ma prawo wiedzieć, na co wydano jego pieniądze. I można by nawet argumentować, że 10 złotych za wydanie każdego z 600 egzemplarzy Pedagogiki ogólnej, to świetny dla podatnika interes. Trzeba jednak przyznać, że fundator tegoż woluminu nie wykazał się zbyt wielką ufnością w sukces dzieła. Trudno bowiem uznać 600 egz. za nakład obfity. Pedagogika ogólna nie znajdzie się na półkach księgarń miast i wsi polskich, z których nie będzie sfruwać jak, nie przymierzając, szybka jak błyskawica jaskółka.

Nawiasem mówiąc,  prof. Śliwerski tak często ‚recenzuje’ książki innych, że nie rozumiem w ogóle, czemu mu tak bardzo przeszkadza mu recenzja jego dzieł. A przecież dr Gruba nie skupia się jedynie na wydatkach (jak implikuje pedagog), a pisze znacznie więcej. Gdzie tu kompromitacja, dalibóg nie wiem. Dodam też, że w swoim wpisie nt książek pedagoga, dr Gruba wskazuje, że nie są to książki badawcze (nie wiem, nie czytałem). Zmartwiło mnie to, bo jeśli recenzentka ma rację,  zastanawiałbym się, czy podatnik powinien finansować publikowanie refleksji pedagoga, czy też pedagog nie powinien zdać się na weryfikację rynkową. Kto wie, być może w przeciwieństwie do podręcznika, inne refleksje sprzedawać się będą jak pączki w tłusty czwartek.

Zakończę nowo utworzoną sentencją: Kto młotkiem wojuje, ten od młotka ginie. I po raz kolejny sugerowałbym Panu Profesorowi zastanowić się o kilka minut dłużej, czy powinien pisać o kompromitacji i o czyjej kompromitacji mu wpis wyjdzie.

W następnym wpisie wrócę do zaległych listów, bo tak czekają i czekają (za co szczerze przepraszam).

Bez wodki nie razbieriosz

Oto pierwszy wpis w roku 2020. Chciałbym przypomnieć, że założyłem tego bloga w 2012 r. W najśmielszych marzeniach nie sądziłem….Ostatnio na blogu odnotowuję ok. 10 tysięcy odsłon tygodniowo. Ostatni rok to 380 tysięcy odsłon przy 15 tysiącach użytkowników. Miesięcznie pojawia się ok. 2-2.5 tysiąca  komentarzy (ale są znaczne różnice między miesiącami).

Blog jest czytany głównie w Polsce, a pierwsza 10 krajów to USA, Niemcy, Wielka Brytania, Hiszpania, Włochy, Kanada, Szwecja i Francja (na 10 miejscu jest kraj nieokreślony). Warto dodać, że w zeszłym roku na bloga weszli użytkownicy z 82 krajów, w tym z Togo, Uzbekistanu czy z Wybrzeża Kości Słoniowej.

A teraz wpis.

Nadrabiam zaległości w czytaniu blogu prof. Śliwerskiego. Piętnuje on ostatnio pseudonaukę i wszelkie inne nieetyczne patologie naukowe. Zastanowił mnie jednak jeden z wcześniejszych wpisów, w którym pedagog recenzuje artykuł, uwaga, zwykłego magistra. Wszak autor nie może być po prostu autorem, autor dla naszego pedagoga musi zostać zidentyfikowany stopniem/tytułem. Tak, żebyśmy mogli od razu wiedzieć, z kim mamy do czynienia.

Śliwerski pisze tak:

W najnowszym numerze kwartalnika Polskiej Akademii Nauk – NAUKA (4/2019) został opublikowany interesujący tekst socjologa – mgr. Łukasza Remisiewicza z Uniwersytetu Gdańskiego, który – choć nie rozumie w pełni procedur w postępowaniach habilitacyjnych, gdyż sam nie przeszedł jeszcze przez pierwszy próg – to jednak, pomimo słabych miejscami analiz i interpretacji przeprowadził niezwykle ważne badanie dokumentacji 196 postępowań habilitacyjnych z socjologii.

Nie napiszę, że nie wierzę własnym oczom, bo na blogu superpedagoga nie takie rzeczy już czytałem, jednak zaskoczyła mnie teza, że ktoś, kto nie ma habilitacji, nie może zrozumieć jej procedur. Usiłuję sobie wyobrazić konsekwencje tej tezy.

Myślę o tych wszystkich  habilitantach, którzy jak dzieci we mgle naiwnie myślą, że pojęli, o co idzie, a przecież, durne pały, nie mogli, bo tejże habilitacji jeszcze nie mają. Tylko doktor habilitowany może w pełni rozkminić habilitację, a i tak nie wiadomo, czy bez wódki to by się udało.

Jednak mój post nie ma być jedynie okazją do nabijania się ze prof. Śliwerskiego. Otóż przyznam szczerze, że mnie wkurza bardzo, jak to człowiek, który trzęsie polską pedagogiką argumentuje ad hominem. Czy naprawdę w rozumieniu argumentacji autora Remisiewicza potrzebna jest ta wrzuta, że on nie rozumie, bo on zwykły magister?

Prof. Śliwerski co rusz pisze o etyce, widząc wszędzie zabrudzone oczy, a może by tak się zastanowił nad belkami w swoich. Na przykład nad wpisami takimi jak ten z dość marną polemiką z dr Grubą. Bo przecież nie da się polemizować bez szafowania kompromitacją, a jeszcze, hahahaha, zamiast odmieniać nazwisko ‚Gruba’ jak nazwisko, lepiej jeszcze przywalić jej odmianą jak przymiotnika. Nie znam się, ale wydaje mi się, że przywalimy dr Grubie, a nie dr Grubej, nie? Ale to drugie jest przecież fajniejsze. Jakiż zabawny ten post…..I jakoś kodeks etyczny niedawno cytowany na blogu nie przeszkadza recenzować członkowi CK a teraz RDN postępowań habilitacyjnych….bo przecież o dobro nauki tylko chodzi!

Kończę wpis,  dedykując znaną balladę Jana Kaczmarka doktorantom i habilitantom, którzy myślą, że rozumieją….Oj naiwni, naiwni…. Może to właśnie o nich śpiewał mistrz Kacz Marek.

 

Temat zastępczy

Pod poprzednim wpisem rozpoczęła się dyskusja na temat zniesienia habilitacji. Pomyślałem sobie, że warto by ten temat przenieść do nowego wpisu. Zacznę od kilku uwag na temat zniesienia habilitacji, które robiłem przez ileś tam lat. Jestem raczej przeciwny zniesieniu habilitacji, a przynajmniej przeciwny dzisiaj. Taki ruch należałoby przygotować. Oto kilka argumentów.

  1. Myślę, że niekontrowersyjne jest stwierdzenie, że każdy system ma jakąś formę awansu podoktorskiego. Czy nazwiemy to tenure czy habilitacją, nie jest to kluczowe. Różnica jest taka, że w Polsce stopień jest państwowy, a w USA jest uczelniany.  Warto jednak pamiętać, że w rzeczywistości, na większości uniwersytetów awans jest międzynarodowy (przynajmniej jeśli idzie o standardy i recenzentów), a poziom, który się osiąga jest w dużej mierze uznawany. Niewiele osób osiągając stanowisko podoktorskie – habilitację, associate professora czy readera, wraca w następnej pracy na stanowisko niższe. Choć formalnie nie ma stopnia, w praktyce stanowisko jest quasi-stopniem.
  2. Dużo większym problemem jest jakość postępowań. Nie rozumiem, jak zniesienie habilitacji zmieni ją. Moim zdaniem, jeśli stanie się cokolwiek, to raczej obniżenie jakości. Bo nic nie będzie transparentne. Co prawda, czytający ten blog prorektor UW nie wypowiedział się, jednak mam nadzieję, że UW poszło w pięty. To porządna uczelnia dbająca o wizerunek, a ten blog czytany jest nie tylko w Polsce. Zniesienie habilitacji będzie oznaczało, że takie postępowania będzie można ukryć dużo łatwiej.
  3. Nie ma żadnych powodów, żeby dzisiaj habilitacje i profesury nie miały recenzentów i standardów międzynarodowych. Jeśli nie mają, to znaczy, że środowisko tego nie chce. Dlaczego miałoby się to zmienić po zniesieniu habilitacji?
  4. Przypadek umarzania postępowań habilitacyjnych jest, moim zdaniem, argumentem za ich utrzymaniem. Zniesienie habilitacji będzie oznaczało jeszcze więcej przysiadów i przykuców po to, by ci co mają dostać stanowisko, dostali je. Działamy w systemie, który jest wysoko skorumpowany (akademicko). Rzetelność recenzji jest niska, towarzyskość postępowań wysoka. Ja już brałem udział w debatach nad doktoratami, jak i habilitacjami, w których argumentem było: Ale przecież on jest nasz, to jest Zenek, a nie jakiś obcy. Jak zmieni to zniesienie habilitacji?
  5. Wreszcie, ja się zgadzam z poglądem, że zniesienie habilitacji powinno być poprzedzone okresem przygotowawczym. Okresem, w czasie którego uczelnie zaczną stosować swoje własne reguły gry, będzie to poddane audytowi (kto to będzie robił – nie mam pojęcia). I jak już dojdziemy do momentu, że szanujemy samych siebie, można by znieść habilitacje. Zniesienie habilitacji z dnia na dzień pogrąży nas w jeszcze większym chaosie.
  6. Warto też skończyć z mitami, że ‚na zachodzie’  w dzień po obronie doktor staje się promotorem doktoratu.  To nieprawda. Przede wszystkim w systemie anglosaskim rzadko występują pojedynczy promotorzy. zazwyczaj doktorat promuje kilka osób. Wśród tych kilku osób są również świeżo upieczeni doktorzy, ale nie mają oni roli głównego promotora. Skoro w Polsce nadal najczęściej jest  jeden promotor, to nie, nie powinien być to ktoś świeżo po doktoracie To powinien być ktoś znacznie bardziej doświadczony.
  7. Na koniec. Temat zniesienia habilitacji jest tematem zastępczym. Wraca regularnie, żebyśmy się wykrzyczeli na jego temat. Gdyby jutro znieść habilitację, zapanuje chaos. Polska nauka przejdzie przez ten chaos. Czy będzie przez to lepsza? Nie, nie będzie.

Słoma habilitacyjna

Oto postępowanie habilitacyjne z geologii na, uwaga, uczelni zacnej, badawczej, a jakże, bo na samym Uniwersytecie Warszawskim. Aż piszący te słowa czuje presję wielkości.

W postępowaniu tym znajdujemy trzy recenzje, z których jedna jest negatywna, druga jest pozytywna ‚w stopniu minimalnym’, a trzecia jest pozytywna. Przyznam szczerze, że recenzji nie czytałem (nie chciało mi się) – zaglądnąłem jedynie do konkluzji. Pomimo tego, że recenzenci napisali (być może nawet dostali za to honoraria), postępowanie umorzono.

Smaczku dodaje to, że, jak się dowiadujemy z recenzji w postępowaniu poniższym, komisja habilitacyjna zebrała się i negatywnie zaopiniowała dorobek habilitanta. I jak już zaopiniowała, to wtedy rada wydziału umorzyła postępowanie. I ja bym powiedział, że to są kompletne i całkowite jaja.

Uważam, że rzeczone umorzenie jest skandaliczne. Recenzenci się wypowiedzieli, komisja habilitacyjna się wypowiedziała. jaki to więc ważny interes społeczny przemawia za tym, żeby powiedzieć, że to wszystko się nie liczy.

Mówiąc ogólniej, ja nie rozumiem umorzeń z zasady. Tak się składa, że jakieś pół roku temu głosowałem w sprawie umorzenia postępowania. Podnoszono dwie kwestie. Po pierwsze, to, że umarzamy, nie może oznaczać tego, że nie ponosimy kosztów. Po drugie, ważniejsze, nie możemy sobie robić sami z siebie jaj. Habilitacja to zbyt poważna sprawa, żeby sobie składać wniosek, a potem się rozmyślić. I ja się z tym zgadzam. Nie można się wycofywać z postępowania habilitacyjnego dlatego, bo grozi nam nienadanie stopnia. Jedynym sensownym powodem umorzenia mogłoby być to, że habilitant nie chce już pracować naukowo, dostał objawienia, idzie do klasztoru. Albo słonie ratować na Serengeti. Jeśli nie, to procedujemy do końca. Szanujmy się nawzajem, do cholery!

Jak już wskazałem, sprawa tej habilitacji jednak nie skończyła się wtedy. Otóż pół roku temu habilitant wnioskuje o wszczęcie nowego postępowania habilitacyjnego. Choć muszę powiedzieć, że nie jestem pewien, czy postępowanie jest nowe. Habilitant składa ten sam autoreferat (co uczciwie zaznacza). Powołuje się tę samą komisję, a recenzenci piszą te same recenzje. Jedna jest pozytywna, druga jest pozytywna w stopniu minimalnym, trzecia jest negatywna. Podobieństwo  postępowań jest na tyle duże, że recenzent negatywny pisze to wprost – nic się nie zmieniło, więc nie zmieniła się też jego ocena. Aż człek by się chciał dowiedzieć, czy posiedzenia w tych samych salach o tych samych porach się odbywały.

Niestety, nie dowiadujemy się, jaka była decyzja komisji habilitacyjnej, dokument nie jest zawieszony na stronach habilitacyjnych Wydziału Geologii UW (trzeba jednak przyznać, że to nie tylko w przypadku tego habilitanta nie ma tego dokumentu). Habilitacja jednak przeszła.

A ja mam kilka pytań. Co takiego się zmieniło w ocenie dorobku, że tym razem ta habilitacja przeszła? Czy każdy habilitant na UW może „sobie  umorzyć” postępowanie habilitacyjne, bo mu się decyzja komisji habilitacyjnej nie podoba? I wreszcie: czy u państwa, na Uniwersytecie Warszawskim, tak ogólnie takie jaja się robi? Bo ta nieustanna wyższość, z jaką mówią przedstawiciele UW, pół biedy, że irytuje, ale naprawdę nie licuje z  takim postępowaniem.

Podobno ten blog czyta prorektor UW. Może zechciałby odpowiedzieć na moje pytania. Bo wy, do ciężkiej cholery, macie świecić przykładem. A jeśli takie jaja są na UW, to czego tu oczekiwać w jakiejś Pipidówie? UW jest (podobno) polską czołówką, chce się gonić międzynarodowo. A okazuje się, że wam habilitacyjna słoma wychodzi z postępowań.

 

Wygraliśmy

Po turbulencjach, na który napotkał poprzedni wpis, postanowiłem napisać coś bardziej pozytywnego. I jest to więc wpis o zwycięstwie.  Wygraliśmy bitwę o tytanki! Rada Języka Polskiego wydała oświadczenie, że wręcz brakuje im żeńskich form językowych.

Nie podejmuję się skomentowania najnowszego oświadczenia RJP. Zrobił to jednak wczoraj prof. Galasinski, który na swym blogu trochę wyśmiewa się ze zwrotu o 180 stopni dokonanego przez Radę. Jeszcze parę lat temu, końcówki żeńskie były ósmą plagą egipską zesłaną na język, psuły go w stopniu wysokim. Kilka dni temu zaszła dobra zmiana. Rada stwierdziła, że nie dość, że feminatywy niczego nie psują, to na dodatek szkoda, że nie ma ich więcej.

Przyznam, że chciałbym być na tym posiedzeniu Rady, gdzie ktoś musiał wcześniej rozdać młotki, którymi szanowne grono się stuknęło i zobaczyło może nie tyle jasność, ale przynajmniej feminatywy. Może również zobaczyło swą przyszłość w charakterze językowej dinozaurii. Wiem, że są członkowie Rady, którzy zaglądają tutaj (nie powiem, kto i nie powiem, skąd wiem), mam więc bardzo cichą nadzieję, że usłyszymy jakąś ploteczkę czy dwie z tegoż posiedzenia.  Tak czy owak, profesory, ministry, dziekany i inne panie zostają. Wygraliśmy!

Mam też komentarz. Wielokrotnie pisałem o tym, że nauka nie powinna się mieszać do polityki. Powinna jednak być platformą rozwoju społeczeństwa. Nie mam  wątpliwości, że nauka powinna promować społeczną równość, jakakolwiek byłaby to równość.

I tu się miał post zakończyć. Dodam jeszcze, że bardzo się cieszę, że Śląski Uniwersytet Medyczny zaprzestał współpracy (tu linka)  z wykładowcą, który głosi opinie homofobiczne podając je, jak można wnioskować ze slajdu w artykule, jako naukowe (tu linka do kolejnych slajdów – polecam szczególnie bibliografię). Nauka wcale nie mówi o tym do ‚pasują do siebie’ tylko mężczyzna i kobieta. To zwykłe nadużycie. Podobnie jak nadużyciem jest twierdzenie o stabilności związków (tu linka do artykułu, który znalazłem w ciągu 5 sekund, tu drugi, tym razem blog, pokazujący bardziej skomplikowany obraz). To właśnie za takie przekłamania należało rozwiązać umowę z wykładowcą. I dobrze, że rozwiązano.

Profesorska przysługa

Pojawiła się petycja w sprawie profesury Michała Bilewicza. Gdy to piszę  110 osób ją podpisało, firmuje ją prof. Roland Imhoff.  A ja się nie mogę zdecydować, czy ona mi się nie podoba, czy mi się bardzo nie podoba. Petycja sugeruje, że niepodpisana nominacja profesorska dotyczy wyłącznie dr. Bilewicza, a na dodatek. że prezydent Duda nie podpisuje jej dlatego, bo Bilewicz bada uprzedzenia. A wszystko jest bez precedensu.

No i nie podoba mi się ta petycja, bo tu zapewne wcale nie chodzi tylko o jednego Bilewicza, a sprawa wcale nie jest bezprecedensowa. Wątpię też, by wstrzymywano Bilewicza przez jego badania. Wkurza mnie też, że świat w postaci prof. Imhoffa czy kogoś innego nie stanął w oburzeniu, gdy 10 lat temu mieliśmy pierwszą zamrażarkę profesorską (o czym parę osób i  tutaj i Twitterze już pisali).  Dziesiątki profesorantów czekało wtedy na prezydencki podpis, żaden z nich jednak nie miał tak dobrego kolegi jak prof. Imhoff.

Nie znam Bilewicza, darzę go jednak pewną sympatią jako uczonego o profilu publicznym, z żalem patrzę, jak jest obrzucany błotem szczególnie w mediach społecznościowych. Jednak w tym wszystkim nie o Bilewicza chodzi. Przecież tu nie chodzi o to, żeby Bilewiczowi dali, a inni dalej czekali, teraz czy za chwilę. Bo za innymi nikt się akurat nie wstawił. Jeśli idzie o cokolwiek, to o zasadę, a nie jednego psychologa, z mniejszym lub większym ego.

Zawsze uważałem, że tzw. profesura belwederska, a zatem nominowanie przez prezydenta,  jest czymś miłym. Fajną wisienką na miłym profesorskim torcie. Po raz drugi w niedługim czasie mamy prezydenta, który uznaje, że może sobie nie podpisać. Bo nie. Szkoda, bo zabiera nam tę wisienkę.

I niestety przykład dr. Bilewicza po raz kolejny  pokazuje, że profesura to zbyt poważna sprawa, by oddawać ja w ręce politykom.

Przy okazji jednak uważam, że petycja w sprawie jednej osoby, jakkolwiek sympatycznej, nie ma większego sensu. I stawiam orzechy przeciw migdałom, że jeśli coś ta petycja osiągnie, to to, że profesorant będzie czekał jeszcze dłużej. Bo przecież żaden Imhoff i jego klika nie będzie nam pluć w twarz i dzieci tumanić. Obawiam się, że ta petycja to niedźwiedzia przysługa dla p. Bilewicza.

No, ale zawsze mamy w zanadrzu  list otwarty. To listem uderzymy tam, gdzie naprawdę zaboli.

 

Kompromitacja bez trybu

Profesor Śliwerski postanowił zrecenzować książkę. Smaczku tej ‚recenzji’ dodaje fakt, że jest to książka w postępowaniu habilitacyjnym, któremu Pan Profesor przewodniczy (strony CK nadal nie zawierają dokumentów, które kończą postępowanie). Postanowiłem napisać o tym, bo mnie szlag jasny trafił.

Po pierwsze, uważam, że wypowiedź przewodniczącego komisji habilitacyjnej (a przy okazji członka CK) na temat prowadzonego postępowania, jest skandalem. Tak, rozumiem, że być może postępowanie się już zakończyło, tylko jeszcze dokumenty nie pojawiły się na stosownych stronach internetowych, jednak dla nas, postronnych osób, postępowanie trwa. Postępowanie trwa, a przewodniczący pisze niezwykle negatywną recenzję osiągnięcia w tymże postępowaniu. Ot, tak, se pisze, bez typu.

Po drugie uważam, że przewodniczący komisji habilitacyjnej nie powinien się w ogóle wypowiadać na temat  postępowania, któremu przewodniczył. Pisanie dodatkowej recenzji habilitacyjnej  jest nieprofesjonalne, nieetyczne, skandaliczne. Naczelny Pedagog Kraju postanowił powiedzieć światu, jak jest naprawdę. Może prof. Śliwerski powinien stać się Naczelnym Recenzentem Kraju.

Po trzecie,  to jednak ton tej ‚recenzji’ jest szczególnie skandaliczny. Szlag mnie trafia, gdy czytam o tym, że autorka się skompromitowała. Ba, skompromitowała naukę w ogóle.  Żałosne są takie teksty od profesora tytularnego, którego sława zdaje się nie wychodzić poza granice Słowacji, który, o ile się nie mylę,  po angielsku ani be, ani me, ani kukuryku, który chyba  nie zdołał jeszcze dołączyć do międzynarodowej pedagogiki. I skoro już koniecznie trzeba o kompromitacji, to moim zdaniem, jedyną osobą która się skompromitowała, jest pedagog wszystkich pedagogów.

 

 

 

Nobel za stówę

Na Twitterze pojawił się artykuł, który był podstawą tegorocznej nagrody Nobla z chemii.  Jak wskazuje autor tweetu, impact factor czasopisma Materials Research Bulletin to 3.3. Sprawdziłem z kolei, na ile wyceniło to czasopismo nasze łaskawie i przemądrze panujące nam Ministerstwo. Otóż ministerstwo uznało, że czasopismo zasługuje na 100 pkt.

Te fakty wskazują na dwie wykluczające się konkluzje. Po pierwsze, być może ważniejsze, nauka polska jest tak świetna, że Nobel w polskiej chemii zasługuje co najwyżej na środek stawki. My się nie tylko nie zachwycamy jakimś głupim Noblem, my go widzimy, jak znika we wstecznym lusterku.

I mówię to świadom tego, że w Polsce każdy doktor habilitowany ma udokumentowany znaczny wkład w rozwój dyscypliny. A to przecież nie w kij dmuchał. Co więcej, każdy profesor ma dokumentowane znacznie więcej niż znaczny wkład w rozwój dyscypliny. My mówimy noblistom,  jak Leonidas z filmu 300: This is polska nauka!

I tu dochodzimy do drugiej konkluzji. Może by wreszcie warto, że punktacja czasopism ma sens ograniczony. Tak, są dobre czasopisma i są złe czasopisma. Jedne pozwalają na udział w międzynarodowej debacie, inne nie. W tych pierwszych artykuły oceniane są przez ‚świat’, w tych drugich przez województwo. Jednak o ile warto publikować w tych pierwszych, przypisywanie każdemu artykułowi tej samej punktacji nie ma większego sensu. Bo wychodzi nam dość oczywista bzdura. Wyceniliśmy Nobla na 100 punktów.

 

Pochwała poufności

Parę dni temu przypomniano na Twitterze sprawę zatrudnienia  prof. Hartmanana Uniwersytecie Warszawskim . W tweecie na ten temat wybrzmiewała duma z tego, że Senat UW nie zgodził się na zatrudnienie Hartmana, bo jego dorobek nie licował z tym, czego oczekuje się na tymże uniwersytecie. Postanowiłem to skomentować.

Gdy sprawa pojawiła się w mediach już jakiś czas temu (nie chce mi się szukać doniesień w mediach na ten temat), miałem mieszane uczucia. Teraz moje uczucia się już odmieszały i moje zdanie się wyrobiło. I jest negatywne.

Bardzo mi się nie podoba to, że sprawa zatrudnienia profesora omawiana jest w mediach. Moim zdaniem, to, że prof. Hartman wziął udział w konkursie, złożył podanie o zatrudnienie, jest sprawą Hartmana i uniwersytetu. I publiczne omawianie tej sprawy jest niestosowne.  To przejaw braku profesjonalizmu. Przecież ujawnianie takich informacji może doprowadzić do tego, że Hartmanowi trudniej będzie znaleźć pracę, nie mówiąc o tym, że jego sytuacja na uczelni, na której pracuje, mogła się zmienić na niekorzyść. Muszę też powiedzieć, że pełen dumy tweet profesora UW na temat tego, że Hartmana nie zatrudniono najwięcej mówi o autorze tweeta, a nie o filozofie czy UW.

Ale jest jeszcze druga sprawa. Szokuje mnie to, że senat w ogóle się wypowiada na temat zatrudnienia jednego faceta. Co ma do tego senat? Czy senat ma wgląd w potrzeby wydziału/instytutu, czy też jedynie broni honoru i poziomu UW (tak to było przedstawiane)? Na jakiej podstawie senat anuluje ustalenia komisji konkursowej? Jeszcze bardziej szokuje mnie to, że argumentacja przeciw zatrudnieniu Hartmana opierała się na jego niedostatecznym (wg senatu UW) dorobku badawczym. A przecież, do cholery, pracownik uczelni to nie tylko jego dorobek badawczy. A może Hartman jest dobrym wykładowcą? Jest z pewnością postacią barwną, na kontakcie z którą studenci mogą wiele zyskać. Uniwersytety to nie tylko fabryki publikacji. Może warto by o tym pamiętać. Nawet na UW.

Ze łzą w oku przypominam sobie  opowieści znajomych z ‚Zachodu’, których rekrutacja na profesurę obejmowała jeden czy dwa wykłady dla studentów, którzy poźniej wypowiadali się na temat tego, czy chcieliby chodzić na wykłady kandydata.

Dodam, że nie lubię Hartmana. Nie czytam jego felietonów w ‚Polityce’ – irytują mnie. Nie mam zdania na temat jego dorobku, choć wątpię, by filozofowie na UW byli dramatycznie lepsi od niego. Bez względu na to jednak, uważam, że potraktowano go fatalnie. Ja w każdym razie nie chciałbym, by rzeczniczka UW pisała o mnie na Twitterze (nie jestem osobą publiczną, więc szanse na to są nikłe….) i opowiadała światu, że jednak mnie nie zatrudniono.. Moje podanie o pracę powinno być traktowane z poufnością, bo każdy komentarz na jego temat może  być gwoździem do mojej akademickiej trumny.

Przezroczystość życia akademickiego jest czymś pożądanym. Jestem zwolennikiem otwartości postępowań awansowych, na początku ten blog był oparty na nich! Ale otwartość musi mieć granice. I podania o zatrudnienie nie powinny być upubliczniane. To kwestia podstaw profesjonalizmu, moim zdaniem. Nie wyobrażam sobie zresztą, by jakiś szanujący się uniwersytet z  cywilizowanego  świata ogłaszał, że właśnie nie zatrudnił kogoś. Przecież to byłby skandal!

Mam nadzieję, że nigdy więcej nie dowiemy się o tym, kogo jeszcze nie zatrudnił Uniwersytet Warszawski. Może to będzie znacznie lepszy krok ku umiędzynarodowieniu UW niż sterta publikacji za 500+ punktów.