O strusiach toruńskich

Okazuje się, że cytowany we wcześniejszym wpisie felieton prof. Nalaskowskiego balansuje na granicy, a le granicy nie przekracza.  Tak donosi Gazeta Wyborcza w Toruniu. Dziennikarz pisze:

Słowa toruńskiego profesora nie mieszczą się w standardach żadnej cywilizowanej dyskusji. Nie przystoją człowiekowi, który jest wychowawcą i nauczycielem młodzieży.

I ja się z tym zgadzam. Gdybym był gejem na UMK (a zapewne, o zgrozo, nawet w Toruniu ich nie brak), to był się czuł opluty przez uniwersytet, który przecież powinien mnie bronić. I dać mi możliwość studiowania w środowisku, które nie uznaje mnie „obcą kulturowo i historycznie tęczową zarazą. ”

Czy należy wyciągnąć konsekwencje dyscyplinarne wobec Nalaskowskiego? Nie wiem, nie do mnie należy taka decyzja. Chodzi o to, żeby uniwersytet w krótkich żołnierskich słowach odciął się od tego, co mówi jego przedstawiciel. Autor linkowanego tekstu przypomina, że  również w wypadku antysemickich wypowiedzi jednego z profesorów UMK zastosował strategię strusia. Warto przypomnieć, że UAM zabrał głos po obrzydliwych słowach biskupa związanego z uniwersytetem. Okazuje się, że można.

Problem z tym, że strusie, chowając głowę w piasek, zapominają, że na powierzchni zostaję wypięte dupsko. I UMK właśnie po tym dupsku zasłużenie dostaje. I oby dostał jak najboleśniej.

Zacząłem się zastanawiać też, co, według cytowanego dziekana Petrykowskiego, byłoby przekroczeniem granicy.  Bojówki na kampusie to już byłoby to? Czy uniwersytet powiedziałby, że nie popiera, ale rozumie? Może ci „chronieni przez policję gwałciciele” powinni po prost zrezygnować ze studiów, żeby profesura UMK nie musiała się z nimi w ogóle spotykać?

Skoro, hasło „dosyć negocjacji” jest zbyt subtelne, co jeszcze trzeba powiedzieć, żeby UMK uznało, że jednak tak nie wypada? Jak daleko UMK się nagnie? Czy może jednak uzna za stosowne znaleźć kręgosłup?

 

Dadzą, nie dadzą?

Kolejna medialna odsłona profesury Andrzeja Zybertowicza. Niby nie rozumiem, ale tak naprawdę doskonale rozumiem, dlaczego gazeta.pl o tym pisze. Podobnie jak w wypadku dr. Migalskiego, z postępowania awansowego zrobiono igrzyska. I ‚cała Polska’ może się się emocjonować tym, czy dadzą, nie dadzą, a może jeszcze co innego wymyślą. Ci, co lubią Zybertowicza klną, na czym świat stoi, ci, którzy go nie lubią, zacierają z radością ręce. Patrzę na to i zanoszę modły, gdzie się da, żeby się ten cyrk skończył.

Ale tak jak historia Migalskiego, tak historia Zybertowicza, to historia, która ma swój morał. A morał jest następujący. Trzymajcie się z dala od polityki. Łączenie nauki i polityki, szczególnie w szerokiej humanistyce, niczym dobrym się nie kończy, a przykładem jest właśnie omawiana profesura. I właśnie dlatego zanim zacznę wylewać łzy krokodyle z żalu na Zybertowiczem, dodam, że uważam, że profesura na urzędzie jest nie na miejscu. Zastanawiam się zresztą, czy z można wrócić z polityki do nauki – jestem sceptyczny.

Warto też poczytać komentarze pod linkowanym wcześniej artykułem. Chyba żaden z komentujących nie ma złudzeń co do uczciwości procesu, co do rzetelności ocen. Nikt nie wierzy w to, że dorobek Zybertowicza zostanie oceniony bezstronnie. Nie – znajdą wreszcie takich recenzentów, żeby przepchnęli. A jak nie przepchną, to przecież to też będzie polityczne. I czy kogoś jeszcze dziwi, że tzw. społeczeństwo nie traktuje nas poważnie? No ale sami sobie to zgotowaliśmy ten los.

I tylko coraz bardziej wstyd jest.

Gra o listę

Odpoczywam od wszystkiego, w tym od blogowania, Jednak liczba komentarzy pod poprzednim wpisem pogania mnie do napisania paru nowych słów. Chcę się odnieść do 2 komentarzy nt listy czasopism.

Pierwszy to komentarz prof. Letki.  Chcę się skupić na ostatnim akapicie. Letki pisze to:

Podsumowując, wykaz nie jest – i chyba nie było oczekiwań, że będzie – doskonały. Mimo pewnych istotnych niedociągnięć zdecydowanie docenia znaczące publikacje międzynarodowe w stosunku do publikacji lokalnych, i taki też był zamysł. Ma on pozwolić odróżnić jednostki, w których publikuje się średnio na poziomie 140-200 pkt. od tych za 100-140, 70-100 i mniej. Czy Teksty Drugie czy Journal of Parapsychology temu przeszkodzą? Moim zdaniem nie.

O ile rozumiem argument, jest on następujący. Nieważne, że lista jest niedoskonała, przecież doskonała i tak nie może być. Ogólnie zrobi to, co ma zrobić. I ogólnie to ja się z tym argumentem zgadzam, tylko że mnie on wkurza. Bo  jest on taki. Co prawda można by jeździć mercedesem, ale przecież nikt tego  nie oczekuje, więc jedziemy trabantem, który przecież, tak ogólnie,  dowiezie nas do celu. O co więc chodzi?

Irytuje mnie ten argument z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, bo po raz kolejny częstuje się nas byle czym, a my (w sensie tzw. środowisko) ma udawać, że wszystko jest w porządku, bo tak ogólnie jest. Po drugie, chciałbym wreszcie, żeby ktoś sie zastanowił, co ta lista będzie oznaczać dla tysięcy poszczególnych osób. Innymi słowy, ilu osobom właśnie powiedziano, że to, gdzie publikują, jest do kitu, ba, ich dorobek jest do kitu, bo jest nowa lista. I jeśli chcą mieć dobry dorobek, muszą zacząć publikować gdzie indziej.

Nie wiem, rzecz jasna, ile takich jest. 10? 100? 10.000? Zadałbym inne pytanie. Ile musi być takich osób, byśmy musieli uznać, że lista jest do kitu. I irytuje mnie założenie, prof. Letki wydaje się to robić, że może w kilku szczegółach są jakieś problemy, ale tak ogólnie, to jest git. I teraz to już będziemy znać prawdziwą wartość publikacji. A to jest bzdura na kółkach.

Drugi komentarz, na który chcę zwrócić uwagę, to blog prof. Jaskułowskiego, który bezlitośnie punktuje myślenie dyscyplinami. Cóż, do cholery z socjologią ma wspólnego agronomia czy nauczanie języka angielskiego jako języka obcego? Wpis Jaskułowskiego po raz kolejny pokazuje, to, na co zwracano uwagę wielokrotnie. Przypisywanie czasopism do dyscyplin jest głupie i nie może zadziałać. I nie działa.

Piotr Stec na swoim blogu wskazuje po raz kolejny to, co pokazują inni. Lista zniechęca do umiędzynarodowiania. Pisze:

Niemal nieopłacalne będzie publikowanie za granicą, bo większość czasopism, których tematyka związana jest z prawem naszej części świata (Europy ogólnie mówiąc) jest nisko punktowana. Czyli dostaniemy skutek odwrotny do zamierzonego.

Na dodatek tego wszystkiego, grupa ekspertów z socjologii oświadczyła, że ich propozycje punktowania różnią się tak znacząco od tego, co opublikowano, że umywają ręce (nie potrafię znaleźć linka). Na Twitterze przedstawiciel MNiSW powiedział, że skoro wiedzieli, że tak może być, to o co im chodzi. I ja się z nim zgadzam. Nie trzeba było pchać do ministerstwa i przykładać do tego masakry ręki. Po tym, co się stało z listą wydawnictw i 80-punktowym Białym Krukiem, czy naprawdę ktoś miał złudzenia, że listę ułożą eksperci?

Niestety, to my (środowisko) będziemy musieli tę żabę zeżreć i jeszcze powiedzieć, że nam smakowało. Wszak, jak twierdzi minister, nigdy nie było tak szeroko zakrojonych konsultacji ze „środowiskiem”. I, jak sądzę, znów ma rację. Szkoda tylko że nie dodaje, jaki był poziom ignorowania tychże konsultacji.

Tańczący z systemem

Od jakiegoś czasu obserwuję, że coraz więcej młodych, średnich a i starszych pracowników nauki publikuje na świecie i to w dobrych i bardzo dobrych czasopismach. Oczywiście w niektórych dyscyplinach tak było „zawsze”, ale w niektórych to coś nowego, wręcz diametralna różnica wobec niedawnej jeszcze przeszłości.

I tu naszła mnie refleksja.  Trudno zakładać, że ćwierć, a może i pół dyscypliny nagle zmądrzało i dojrzało do tego, by zacząć w tymże świecie publikować. Dokonało się olśnienie masowe. Raczej należy przyjąć, że zmieniły się priorytety i praktyki publikacyjne. Ktoś stwierdził, że dobrze jest publikować międzynarodowo, no to ludzie zaczęli międzynarodowo publikować. Części się to nie udało, oczywiście, ale okazuje się, że znacznej części tak.

Jeśli mam rację, to z tego wynika kilka rzeczy. Po pierwsze, należy się zastanowić nad tym, dlaczego ci, który nadal publikują w województwie rzeczywiście nie potrafią inaczej czy może nadal nikt od nich niczego innego nie oczekuje. Po drugie, należy inaczej popatrzeć na naukę polską. A zatem wcale nie jako zaścianek zaścianka, ale jako system, który stwarza pewne oczekiwania, a ludzie w tym systemie je spełniają. Po trzecie, wszelkie gadanie o leśnych dziadkach ma dość ograniczony sens. Również dzisiejsi starsi profesorowie są częścią systemu, który od nich wymaga pewnych działań. Ba, niejednokrotnie słyszałem od humanistów, że publikowanie nie po polsku było niemile widziane w czasach słusznie minionych.

Jest w tym miodzie jednak szczypta dziegciu. Szkoda bowiem, że ci wszyscy podążający za systemem nie wykazali się odrobiną inicjatywy i nie stwierdzili, że jednak chcieli być częścią obiegu naukowego. Z pewnością było to nieporównywalnie trudniejsze niż obecnie, ale przecież nie niemożliwe. Trudno też zakładać, że na tych wszystkich publikujących poza wydawnictwem lokalnej uczelni spadały kary dyscyplinarne za to, że ośmielili się po hamerykańsku coś skrobnąć.

I taka to refleksja i jej cztery  podrefleksje mnie naszły. Sumując – wcale nie jest tak tragicznie, jak czasem mówimy, ale znów tak pięknie jak inni mówią, też nie jest. I po stwierdzeniu tej oczywistej oczywistości,  wracam nad jezioro. Z laptopem.

Jedną maluczką recenzją tak wiele przybyło

Oto dwie recenzje doktoratów z filozofii: recenzja 1 oraz recenzja 2. Zwrócono mi na nie uwagę, bo są zaskakująco podobne. Zacząłem je czytać od konkluzji i trudno nie ulec wrażeniu, że mamy do czynienia z tym sama recenzją, którą recenzentka przerabia na potrzeby  konkretnego przewodu doktorskiego.

Nie mam do końca wyrobionego zdania na ten temat. Z jednej strony, rozumiem dobrze, że pisanie recenzji nuży, czemu więc nie wspomóc sobie wypracowanym przez siebie wzorem recenzji. Z drugiej strony, powstaje pytanie, czy nie mamy do czynienia z gotowcem, którego recenzentowi nie będzie się chciało zmieniać tylko po to, żeby zasugerować niuanse oceny. Co więcej, recenzent dostaje pieniądze za te recenzje, mógłby się więc choć odrobinę postarać, a przecież recenzent doktoratu to zazwyczaj osoba akademicko doświadczona, dla której napisanie recenzji nie powinno stanowić większego problemu.

Mam coraz większe kłopoty z tą praktyką (czy jest to już proceder?), gdy widzę podobne zdania z treści recenzji. Okazuje się, że treść obu doktoratów rozłożona jest na 2 płaszczyznach, obu doktorantów cechuje wnikliwość filozoficzna, obaj tworzą horyzonty odniesień filozoficznych…. Bardzo trudno uznać, że zbieżności między obiema recenzjami to czysty przypadek, a recenzentka po prostu natrafiła na doktoranckie bliźnięta. Raczej trzeba uznać, że recenzentka napisała jedną recenzję i po niewielkich przeróbkach złożyła ja jako drugą. Moje wrodzone lenistwo nie pozwala mi na to, żeby poszukać innych recenzji Pani Profesor….

Ale być może stosowanie gotowca recenzyjnego ma jedną zaletę. Otóż Pani profesor odkryła wielce ją irytującą praktykę stosowania spójnika „iż”. Jest szansa, że gdyby pisała recenzję od nowa, mógłby jej ten naganny proceder umknąć. 

O ułudzie bibliometrii i naukowych brylantach

Ostatnio nie mam czasu na wiele, więc zapuściłem się w blogowaniu. Jednak gdy zobaczyłem, że pod ostatnim wpisie jest już ponad 700 komentarzy, postanowiłem nadrobić zaległości. Przede wszystkim dziękuję za korespondencję, która może nie na co dzień, ale jednak przybywa. Smaczków w niej było kilka, ale skonstatowałem, nie mogę się zdecydować, czy z radością czy z rozczarowaniem, wszystkie zostały zapodane w dyskusji. Ale trzy tematy zostały.

1. Po pierwsze chciałbym zwrócić uwagę na wywiad Forum Akademickiego z prof. Kulczyckim. Wywiad dobry, jednak stwierdzenie, że nikt nie wymyślił niczego lepsze do zarządzania nauką za pomocą bibliometrii, jest co najmniej dyskusyjne (co również wskazano na Twitterze).

Starczy choćby popatrzeć na parametryzację brytyjską, która nigdy nie była ‚metryczna’, a która nadal daje rezultaty w postaci nauki, do której nauka polska ma jeszcze daleko, a może i nawet dalej.  Co więcej, w dyskusji podkreślano, że brytyjskie uniwersytety odchodzą o ‚pomiarów’ jakości zarówno ludzi, jak i instytucji.  Indeks Hirscha wcale nie jest świetną metodą oceny i chciałbym usłyszeć od prof. Kulczyckiego chociaż kilka słów na ten  temat. Jestem bowiem przekonany, ze on zna doskonale wady Hirscha, jednak przedstawia te miarę w wywiadzie tak, jakby dawała wyniki, które jasno i rzetelnie opisują rzeczywistość. Tak nie jest.

2. Zwracam uwagę na artykuł w serii o nieuczciwości akademickiej prof. Wrońskiego. Dopóki nauce polskiej energiczniej ściga się ofiarę niż plagiatora/kę, to właściwie nie ma o czym gadać.

3. Polecam też watek na forum DNU. Po raz kolejny mamy dziennikarza, który bezkrytycznie  mówi o wybitnych osiągnięciach naukowych wszystkich tych, którzy nie uzyskali habilitacji.

Cieszę się, że dziennikarze zajmują się stanem rzetelności w nauce polskiej, jednak warto czasem wziąć głęboki oddech i się zastanowić. Ja nadal nie widziałem uwalonej dobrej habilitacji, odwrotnych sytuacji widziałem z kolei wiele. Jestem również pewien, że zdarzają się habilitacje, które u jednych recenzentów przechodzą, choć u innych nie przeszłyby, podobnie z radami wydziału. Jednak z tego nadal nie wynika, ze wyrzucamy perły badawcze, które na harwardach, jejlach i berklejach byłyby podstawą wybitnych profesur, a w oxbridżu co rusz nowy ‚regius professor’ byłby mianowany. Tylko my nie doceniamy tych diamentów. A mnie szlag  trafia, jak czytam te banialuki.

Przy okazji wracam jednak do tego, że nadal uważam (jak to pisałem już ze 2-3 lata temu), że posiedzenia komisji, szczególnie, jeśli jest na nich habilitant, powinny być rutynowo nagrywane. Nagrania powinny być udostępniane zainteresowanym. A jeśli jakiś wybitny profesor na nagraniu pieprzy jak potłuczony, to niech się za to sam wstydzi. Nagrywanie dyskusji awansowych jest w naszym wspólnym interesie, bo w naszym wspólnym interesie leży to, by  postępowania awansowe były przejrzyste i wiarygodne!

Przy okazji tegoż dziennikarstwa,  donoszę, że niedawno napisał o ‚pseudohabilitacjach’ również prof. Śliwerski. Cytuje w poście on z listu innego koryfeusza pedagogiki polskiej, który napisał do jednej z habilitantek, która pojawiała się już nie raz na tym blogu. Otóż prof. Nalaskowski napisał:

Koleżanko! Kimże Pani jest, że miałaby się przeciwko Pani sprzysiąc cała polska pedagogika!? Na czym ta Pani wielkość, nie do strawienia przez innych, polega? Nienawidzą Pani za Nobla czy wykłady na Harvardzie? Rozpętana akcja pokazuje przede wszystkim u Pani absolutny, patologiczny brak pokory. Sama siebie osądza Pani najwyżej i bezkrytycznie. Wszyscy są głupi, bo się na mnie nie poznali.

Muszę powiedzieć, że czytam takie słowa i wraca do mnie wyrażenie noblesse oblige. Pan Profesor nie skorzystał z okazji, żeby się nie odzywać.

4. I na koniec drugi cytat z innego wpisu prof. Śliwerskiego. Pedagog odnosi się do sprawy dr. Zybertowicza. Pisze o sprawie tak:

Dla mnie nie ulega wątpliwości, że gdyby nie jego (Zybertowicza) zaangażowanie w kontrrewolucję polityczna PiS, nie byłoby problemu z rzetelnym odczytaniem jego osiągnięć naukowych. Całe szczęście, że Aleksander Nalaskowski jest już od dawna profesorem tytularnym, bo gdyby ubiegał się o prrofesurę dzisiaj zapewne zostałby potraktowany podobnie jak toruński socjolog.

I ja mam pytanie. Jeśli tak wpływowy uczony jak prof. Śliwerski, uważa, że Zybertowiczowi nie nadano stopnia z powodów politycznych, to czemu nie protestuje, z hukiem nie ustępuje z CK, nie donosi do prokuratury?! Bo ja sam będę sprzyjał sprawie, jeśli okaże się, że Zybertowicz profesorem zostać powinien, ale PO-recenzenci go uwalili. To byłby skandal.

Ale jeśli prof. Śliwerski tak sobie tylko pieprzy (nie pierwszy raz), bo mu pasuje do tego, by uzasadnić swój  brak  dorobku międzynarodowego, to ja bardzo proszę, niech Pan pieprzyć przestanie. I się Pan zastanów, co Pan mówi, Panie Profesorze. Nauka polska jest w rozsypce, więc dokładanie jej pałką polityczną jest wyjątkowo nieodpowiedzialne, szczególnie gdy robi to ktoś tak wpływowy jak Pan.  A robienie tego w czasach, gdy nauka musi się bronić i to czasem zajadle przeciwko sferze politycznej, jest nie tylko nieodpowiedzialne, jest to również wyjątkowo głupie.

Bezpieczny prof. Pstrowski z Europy wschodniej

Chcę dzisiaj zwrócić uwagę na dwa niedawne posty na blogach, które czytam.

Pierwszy to post prof. Galasińskiego pod znamiennym tytułem Tam są smoki. Galasiński pisze o Europie wschodniej i swoim doświadczeniu wschodniego Europejczyka w Wielkiej Brytanii. Wydaje się, że nie pisze on niczego nowego, jednak pokazuje, jak szkodliwe są z jednej strony nasze przekonania o ‚Zachodzie’, jak i ich przekonania o miejscu gdzie może nie ma smoków, ale są niedźwiedzie polarne. A dzisiejsza romantyzacja Europy wschodniej na zachodniej lewicy jest bardzo podobna do naszych wyobrażeń o zachodzie Europy, gdzie wszyscy się na ulicy uśmiechaja.

To, co mnie uderzyło w tym poście, to jak dalece ja się czuję Wschodnioeuroejczykiem, gdy jadę „na Zachód”.  Jest gdzieś we mnie ten wschodnioeuropejski kompleks, o którym wolę tu nie pisać.

I gdy się zastanawiałem nad tym, czy kiedyś zrzucimy nasze wschodnioeuropejskie kompleksy, odpowiedź (negatywną)  przyniósł  prof. Jaskułowski w swoim komentarzu  na temat intensyfikacji pracy naukowej, która zredukowana zostaje do efektu. Publikować trzeba coraz więcej, najlepiej coraz szybciej. Nasza wartość coraz częściej  ogranicza się do ostatniej oceny okresowej.

W ostatnich kilku tygodniach napisało do mnie kilka osób z pewnego prywatnego polskiego uniwersytetu. To listy pełne goryczy wobec uczelni, w której coraz bardziej strach pracować. Bo przecież publikować trzeba ciągle i ciągle i ciągle. „Publish or perish” coraz bardziej staje się „Publikuj albo spadaj”, bo przejmujemy coraz bardziej ‚amerykańskie’ reguły gry, ani ich do końca nie rozumiejąc, ani nie zastanawiając się nad ich konsekwencjami.  Perspektywa Uniwersytetu w Gandawie (tu jeszcze jeden post z blogu lingwisty)  wydaje się być z innego świata. Bo przecież my musimy punktować.

Nie ma czasu na namysł, nie ma czasu na czas. Coraz bardziej myślimy w kategoriach publikowalności, jak zauważa Jaskułowski, co z kolei zachęca do pisania bezpiecznego. Już jakiś czas temu napisano do mnie o szablonie artykułu, który wypełniają młodzi badacze skupieni wokół bardzo skutecznego profesora, który nie ma czasu na porady. Przecież lepiej po prostu wstawić trzy zdania tu, dwa tu, a osiem do konkluzji. To nie jest już publikowanie, to jest taśmociąg publikacyjny, znany pod wdzięczną nazwą publikacyjnej sraczki.

Na koniec dodam, że na niedawno na Twitterze pojawił się tweet psychologa, który zrezygnował z pracy. On nie chce już pracować na uniwersytecie. Zastanawiam się, ilu z nas podąży za nim.

 

Siekierą w naukę

Pod poprzednim wpisem pojawił się artykuł na temat mobbingu w nauce polskiej. Nie podoba mi się ten artykuł.  Zbyt bezkrytycznie, moim zdaniem, podchodzi dziennikarka do wyników ‚autorskiej ankiety’ założycielki Fundacji Nauka Polska. Jak zwrócono uwagę, nazwa jest niekomfortowo bliska FNP, co bardzo trudno uznać za przypadek.

Bezkrytyczność dziennikarki zaczyna się od tego, że nie dostrzega, że strony internetowej, na której jest ankieta, trudno uznać za bezstronną i nastawioną na dociekanie prawdy. Ba, z pewnym sceptycyzmem podchodzę do tego 1000 osób, które wypełniły ankietę. A nawet jeśli, to jeszcze trudniej mi uznać te osoby za reprezentatywne dla nauki polskiej. I tak naprawdę, to mnie dziwi, że jedynie 50 procent czytelników strony nastawionej na demaskowanie, doświadczyło mobbingu.

I wreszcie z pewnością historie opisane w artykule są prawdziwe, jednak irytuje ekstrapolowanie ich na całą naukę polską.

Komentarz? Moim zdaniem, taki artykuł robi więcej szkód niż przynosi pożytku. Zamiast niuansu i śledztwa dziennikarskiego mamy dziennikarską siekierę, której właścicielka nawet się nie zastanawia nad tym, o czym pisze. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu zaiste nie popisała się sztuką dziennikarską.

Jestem gorącym zwolennikiem podnoszenia dywanów nauki polskiej. Ten blog od ładnych paru lat stara się to robić. Jednak irytuje mnie implikacja, że zrobiłem habilitację, bo miałem plecy. Ba, wypraszam sobie. Ja po prostu wolę przyglądanie się konkretnym przypadkom, a nie uogólnienia, jak to połowa naukowców cierpi, a druga połowa to cierpienie zadaje.

Autorka ankiety złożyła drugi wniosek habilitacyjny. Mam zdanie na jego temat, ale się nie wypowiem. Ciekawy jestem recenzji i wyniku. Muszę powiedzieć, że nie wstrzymuję oddechu.

 

 

Petycja

Prof. Śliwerski opublikował listę uczelni z prawem nadawania stopni naukowych z pedagogiki. Wpis jak wpis, nie ma za bardzo o czym dyskutować. Ciekawe są jednak komentarze pod tym wpisem. Otóż komentujący uważają, że owe 22 uczelnie mające prawo do nadawania stopni to, jak napisał jeden z komentatorów, liczba patologiczna. Dodaje przy tym, że liczbą pożądaną byłoby 10 uczelni z prawem nadawania doktoratów oraz 3-4 z prawem do nadawania habilitacji. Inny komentujący podbija stawkę, pisząc, że lepiej by było, gdyby uprawnienia do nadawania doktoratu miało 5 uczelni, a do habilitacji 3.

A ja na to powiedziałbym, że może już lepiej będzie, jak stopnie będzie nadawał tylko prof. Śliwerski na czele Komitetu Centralnego Pedagogiki. I może na tym blogu powinna mieć początek petycja o stworzenie stanowiska Naczelnego Pedagoga Kraju, którego głównym obowiązkiem będzie nadawanie stopni naukowych. Niech powstanie Doborowy Urząd Pedagogiki Akademickiej, pod przewodnictwem Naczelnego Pedagoga Kraju, który będzie trzymał piecze jakością polskich stopni pedagogicznych.

Zupełnie nie rozumiem zapędów pedagogów (choć komentujący wcale nie muszą być pedagogami, prof. Śliwerski znany jest z tego, że nie dopuszcza komentarzy, z którymi się nie zgadza) do tego, by centralizować władzę i prawo do nadawania stopni. Przecież taka centralizacja prowadzi jedynie do potężnego wpływu kilkudziesięciu osób na całą dyscyplinę w Polsce.

Tak jak patologią jest to, że jedna osoba pisze kilkadziesiąt, a nawet kilkaset recenzji habilitacyjnych, tak jeszcze większą patologią byłyby, na przykład, 3 uczelnie, które decydowałyby o tym, kto zostanie doktorem habilitowanym w danej dyscyplinie w Polsce. To władza, na którą nie zasługuje żadna uczelnia,  ba, żadna uczelnia takiej władzy nie powinna mieć.

Im więcej uczelni ma prawo do nadawania stopni naukowych, tym, moim zdaniem, lepiej. I jedyne, nad czym powinniśmy się zastanawiać to to, czy te stopnie nadawane są rzetelnie.

Marcepaneria akademicka

Dostałem po głowie na Twitterze. Najpierw od Bilewicza, potem od Jemielniaka, na koniec dołożył mi Galasiński. A wszystko dlatego, że nie doceniłem, nazwijmy to, „skrzywienia inteligenckiego” polskiej nauki/akademii. Jako inteligent, powiedziano mi, nie zauważam nawet wszelkich marcepanów inteligenckich, bo mam je „we krwi”. I dzięki temu jestem swój. A taki student, powiedzmy, spod Rybnika, nie dość, że gwarą fanzoli, to na dodatek myśli, że Pollock to taki  udawany gorol, Rembrandt to dla niego marka dżinsów, a Szekspira zna z bryku. Nie był nigdy w teatrze, sufler kojarzy mu się z Cugowskim,  a opera to dziwne miejsce, gdzie ludzie po ludzku nie gadają.

I mam pytanie. Czy ten student ma mniejsze szanse od, nie bójmy się tego powiedzieć, mnie? Z dużego miasta, z rodziny od pokoleń inteligenckiej, z ojcem, który nie lubił opery, bo ją całą widział, z mieszkania, w którym zamiast farby na ścianach były książki.

Oczywiście, nie mam wątpliwości, że mi moja inteligenckość pomaga, prawie na każdym kroku. Ale czy przez nią łatwiej mi było zrobić doktorat?

Trochę się boję, że dostanę po głowie, ale trudno. Amicus Plato i all that shit.