Jedną maluczką recenzją tak wiele przybyło

Oto dwie recenzje doktoratów z filozofii: recenzja 1 oraz recenzja 2. Zwrócono mi na nie uwagę, bo są zaskakująco podobne. Zacząłem je czytać od konkluzji i trudno nie ulec wrażeniu, że mamy do czynienia z tym sama recenzją, którą recenzentka przerabia na potrzeby  konkretnego przewodu doktorskiego.

Nie mam do końca wyrobionego zdania na ten temat. Z jednej strony, rozumiem dobrze, że pisanie recenzji nuży, czemu więc nie wspomóc sobie wypracowanym przez siebie wzorem recenzji. Z drugiej strony, powstaje pytanie, czy nie mamy do czynienia z gotowcem, którego recenzentowi nie będzie się chciało zmieniać tylko po to, żeby zasugerować niuanse oceny. Co więcej, recenzent dostaje pieniądze za te recenzje, mógłby się więc choć odrobinę postarać, a przecież recenzent doktoratu to zazwyczaj osoba akademicko doświadczona, dla której napisanie recenzji nie powinno stanowić większego problemu.

Mam coraz większe kłopoty z tą praktyką (czy jest to już proceder?), gdy widzę podobne zdania z treści recenzji. Okazuje się, że treść obu doktoratów rozłożona jest na 2 płaszczyznach, obu doktorantów cechuje wnikliwość filozoficzna, obaj tworzą horyzonty odniesień filozoficznych…. Bardzo trudno uznać, że zbieżności między obiema recenzjami to czysty przypadek, a recenzentka po prostu natrafiła na doktoranckie bliźnięta. Raczej trzeba uznać, że recenzentka napisała jedną recenzję i po niewielkich przeróbkach złożyła ja jako drugą. Moje wrodzone lenistwo nie pozwala mi na to, żeby poszukać innych recenzji Pani Profesor….

Ale być może stosowanie gotowca recenzyjnego ma jedną zaletę. Otóż Pani profesor odkryła wielce ją irytującą praktykę stosowania spójnika „iż”. Jest szansa, że gdyby pisała recenzję od nowa, mógłby jej ten naganny proceder umknąć. 

O ułudzie bibliometrii i naukowych brylantach

Ostatnio nie mam czasu na wiele, więc zapuściłem się w blogowaniu. Jednak gdy zobaczyłem, że pod ostatnim wpisie jest już ponad 700 komentarzy, postanowiłem nadrobić zaległości. Przede wszystkim dziękuję za korespondencję, która może nie na co dzień, ale jednak przybywa. Smaczków w niej było kilka, ale skonstatowałem, nie mogę się zdecydować, czy z radością czy z rozczarowaniem, wszystkie zostały zapodane w dyskusji. Ale trzy tematy zostały.

1. Po pierwsze chciałbym zwrócić uwagę na wywiad Forum Akademickiego z prof. Kulczyckim. Wywiad dobry, jednak stwierdzenie, że nikt nie wymyślił niczego lepsze do zarządzania nauką za pomocą bibliometrii, jest co najmniej dyskusyjne (co również wskazano na Twitterze).

Starczy choćby popatrzeć na parametryzację brytyjską, która nigdy nie była ‚metryczna’, a która nadal daje rezultaty w postaci nauki, do której nauka polska ma jeszcze daleko, a może i nawet dalej.  Co więcej, w dyskusji podkreślano, że brytyjskie uniwersytety odchodzą o ‚pomiarów’ jakości zarówno ludzi, jak i instytucji.  Indeks Hirscha wcale nie jest świetną metodą oceny i chciałbym usłyszeć od prof. Kulczyckiego chociaż kilka słów na ten  temat. Jestem bowiem przekonany, ze on zna doskonale wady Hirscha, jednak przedstawia te miarę w wywiadzie tak, jakby dawała wyniki, które jasno i rzetelnie opisują rzeczywistość. Tak nie jest.

2. Zwracam uwagę na artykuł w serii o nieuczciwości akademickiej prof. Wrońskiego. Dopóki nauce polskiej energiczniej ściga się ofiarę niż plagiatora/kę, to właściwie nie ma o czym gadać.

3. Polecam też watek na forum DNU. Po raz kolejny mamy dziennikarza, który bezkrytycznie  mówi o wybitnych osiągnięciach naukowych wszystkich tych, którzy nie uzyskali habilitacji.

Cieszę się, że dziennikarze zajmują się stanem rzetelności w nauce polskiej, jednak warto czasem wziąć głęboki oddech i się zastanowić. Ja nadal nie widziałem uwalonej dobrej habilitacji, odwrotnych sytuacji widziałem z kolei wiele. Jestem również pewien, że zdarzają się habilitacje, które u jednych recenzentów przechodzą, choć u innych nie przeszłyby, podobnie z radami wydziału. Jednak z tego nadal nie wynika, ze wyrzucamy perły badawcze, które na harwardach, jejlach i berklejach byłyby podstawą wybitnych profesur, a w oxbridżu co rusz nowy ‚regius professor’ byłby mianowany. Tylko my nie doceniamy tych diamentów. A mnie szlag  trafia, jak czytam te banialuki.

Przy okazji wracam jednak do tego, że nadal uważam (jak to pisałem już ze 2-3 lata temu), że posiedzenia komisji, szczególnie, jeśli jest na nich habilitant, powinny być rutynowo nagrywane. Nagrania powinny być udostępniane zainteresowanym. A jeśli jakiś wybitny profesor na nagraniu pieprzy jak potłuczony, to niech się za to sam wstydzi. Nagrywanie dyskusji awansowych jest w naszym wspólnym interesie, bo w naszym wspólnym interesie leży to, by  postępowania awansowe były przejrzyste i wiarygodne!

Przy okazji tegoż dziennikarstwa,  donoszę, że niedawno napisał o ‚pseudohabilitacjach’ również prof. Śliwerski. Cytuje w poście on z listu innego koryfeusza pedagogiki polskiej, który napisał do jednej z habilitantek, która pojawiała się już nie raz na tym blogu. Otóż prof. Nalaskowski napisał:

Koleżanko! Kimże Pani jest, że miałaby się przeciwko Pani sprzysiąc cała polska pedagogika!? Na czym ta Pani wielkość, nie do strawienia przez innych, polega? Nienawidzą Pani za Nobla czy wykłady na Harvardzie? Rozpętana akcja pokazuje przede wszystkim u Pani absolutny, patologiczny brak pokory. Sama siebie osądza Pani najwyżej i bezkrytycznie. Wszyscy są głupi, bo się na mnie nie poznali.

Muszę powiedzieć, że czytam takie słowa i wraca do mnie wyrażenie noblesse oblige. Pan Profesor nie skorzystał z okazji, żeby się nie odzywać.

4. I na koniec drugi cytat z innego wpisu prof. Śliwerskiego. Pedagog odnosi się do sprawy dr. Zybertowicza. Pisze o sprawie tak:

Dla mnie nie ulega wątpliwości, że gdyby nie jego (Zybertowicza) zaangażowanie w kontrrewolucję polityczna PiS, nie byłoby problemu z rzetelnym odczytaniem jego osiągnięć naukowych. Całe szczęście, że Aleksander Nalaskowski jest już od dawna profesorem tytularnym, bo gdyby ubiegał się o prrofesurę dzisiaj zapewne zostałby potraktowany podobnie jak toruński socjolog.

I ja mam pytanie. Jeśli tak wpływowy uczony jak prof. Śliwerski, uważa, że Zybertowiczowi nie nadano stopnia z powodów politycznych, to czemu nie protestuje, z hukiem nie ustępuje z CK, nie donosi do prokuratury?! Bo ja sam będę sprzyjał sprawie, jeśli okaże się, że Zybertowicz profesorem zostać powinien, ale PO-recenzenci go uwalili. To byłby skandal.

Ale jeśli prof. Śliwerski tak sobie tylko pieprzy (nie pierwszy raz), bo mu pasuje do tego, by uzasadnić swój  brak  dorobku międzynarodowego, to ja bardzo proszę, niech Pan pieprzyć przestanie. I się Pan zastanów, co Pan mówi, Panie Profesorze. Nauka polska jest w rozsypce, więc dokładanie jej pałką polityczną jest wyjątkowo nieodpowiedzialne, szczególnie gdy robi to ktoś tak wpływowy jak Pan.  A robienie tego w czasach, gdy nauka musi się bronić i to czasem zajadle przeciwko sferze politycznej, jest nie tylko nieodpowiedzialne, jest to również wyjątkowo głupie.

Bezpieczny prof. Pstrowski z Europy wschodniej

Chcę dzisiaj zwrócić uwagę na dwa niedawne posty na blogach, które czytam.

Pierwszy to post prof. Galasińskiego pod znamiennym tytułem Tam są smoki. Galasiński pisze o Europie wschodniej i swoim doświadczeniu wschodniego Europejczyka w Wielkiej Brytanii. Wydaje się, że nie pisze on niczego nowego, jednak pokazuje, jak szkodliwe są z jednej strony nasze przekonania o ‚Zachodzie’, jak i ich przekonania o miejscu gdzie może nie ma smoków, ale są niedźwiedzie polarne. A dzisiejsza romantyzacja Europy wschodniej na zachodniej lewicy jest bardzo podobna do naszych wyobrażeń o zachodzie Europy, gdzie wszyscy się na ulicy uśmiechaja.

To, co mnie uderzyło w tym poście, to jak dalece ja się czuję Wschodnioeuroejczykiem, gdy jadę „na Zachód”.  Jest gdzieś we mnie ten wschodnioeuropejski kompleks, o którym wolę tu nie pisać.

I gdy się zastanawiałem nad tym, czy kiedyś zrzucimy nasze wschodnioeuropejskie kompleksy, odpowiedź (negatywną)  przyniósł  prof. Jaskułowski w swoim komentarzu  na temat intensyfikacji pracy naukowej, która zredukowana zostaje do efektu. Publikować trzeba coraz więcej, najlepiej coraz szybciej. Nasza wartość coraz częściej  ogranicza się do ostatniej oceny okresowej.

W ostatnich kilku tygodniach napisało do mnie kilka osób z pewnego prywatnego polskiego uniwersytetu. To listy pełne goryczy wobec uczelni, w której coraz bardziej strach pracować. Bo przecież publikować trzeba ciągle i ciągle i ciągle. „Publish or perish” coraz bardziej staje się „Publikuj albo spadaj”, bo przejmujemy coraz bardziej ‚amerykańskie’ reguły gry, ani ich do końca nie rozumiejąc, ani nie zastanawiając się nad ich konsekwencjami.  Perspektywa Uniwersytetu w Gandawie (tu jeszcze jeden post z blogu lingwisty)  wydaje się być z innego świata. Bo przecież my musimy punktować.

Nie ma czasu na namysł, nie ma czasu na czas. Coraz bardziej myślimy w kategoriach publikowalności, jak zauważa Jaskułowski, co z kolei zachęca do pisania bezpiecznego. Już jakiś czas temu napisano do mnie o szablonie artykułu, który wypełniają młodzi badacze skupieni wokół bardzo skutecznego profesora, który nie ma czasu na porady. Przecież lepiej po prostu wstawić trzy zdania tu, dwa tu, a osiem do konkluzji. To nie jest już publikowanie, to jest taśmociąg publikacyjny, znany pod wdzięczną nazwą publikacyjnej sraczki.

Na koniec dodam, że na niedawno na Twitterze pojawił się tweet psychologa, który zrezygnował z pracy. On nie chce już pracować na uniwersytecie. Zastanawiam się, ilu z nas podąży za nim.

 

Siekierą w naukę

Pod poprzednim wpisem pojawił się artykuł na temat mobbingu w nauce polskiej. Nie podoba mi się ten artykuł.  Zbyt bezkrytycznie, moim zdaniem, podchodzi dziennikarka do wyników ‚autorskiej ankiety’ założycielki Fundacji Nauka Polska. Jak zwrócono uwagę, nazwa jest niekomfortowo bliska FNP, co bardzo trudno uznać za przypadek.

Bezkrytyczność dziennikarki zaczyna się od tego, że nie dostrzega, że strony internetowej, na której jest ankieta, trudno uznać za bezstronną i nastawioną na dociekanie prawdy. Ba, z pewnym sceptycyzmem podchodzę do tego 1000 osób, które wypełniły ankietę. A nawet jeśli, to jeszcze trudniej mi uznać te osoby za reprezentatywne dla nauki polskiej. I tak naprawdę, to mnie dziwi, że jedynie 50 procent czytelników strony nastawionej na demaskowanie, doświadczyło mobbingu.

I wreszcie z pewnością historie opisane w artykule są prawdziwe, jednak irytuje ekstrapolowanie ich na całą naukę polską.

Komentarz? Moim zdaniem, taki artykuł robi więcej szkód niż przynosi pożytku. Zamiast niuansu i śledztwa dziennikarskiego mamy dziennikarską siekierę, której właścicielka nawet się nie zastanawia nad tym, o czym pisze. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu zaiste nie popisała się sztuką dziennikarską.

Jestem gorącym zwolennikiem podnoszenia dywanów nauki polskiej. Ten blog od ładnych paru lat stara się to robić. Jednak irytuje mnie implikacja, że zrobiłem habilitację, bo miałem plecy. Ba, wypraszam sobie. Ja po prostu wolę przyglądanie się konkretnym przypadkom, a nie uogólnienia, jak to połowa naukowców cierpi, a druga połowa to cierpienie zadaje.

Autorka ankiety złożyła drugi wniosek habilitacyjny. Mam zdanie na jego temat, ale się nie wypowiem. Ciekawy jestem recenzji i wyniku. Muszę powiedzieć, że nie wstrzymuję oddechu.

 

 

Petycja

Prof. Śliwerski opublikował listę uczelni z prawem nadawania stopni naukowych z pedagogiki. Wpis jak wpis, nie ma za bardzo o czym dyskutować. Ciekawe są jednak komentarze pod tym wpisem. Otóż komentujący uważają, że owe 22 uczelnie mające prawo do nadawania stopni to, jak napisał jeden z komentatorów, liczba patologiczna. Dodaje przy tym, że liczbą pożądaną byłoby 10 uczelni z prawem nadawania doktoratów oraz 3-4 z prawem do nadawania habilitacji. Inny komentujący podbija stawkę, pisząc, że lepiej by było, gdyby uprawnienia do nadawania doktoratu miało 5 uczelni, a do habilitacji 3.

A ja na to powiedziałbym, że może już lepiej będzie, jak stopnie będzie nadawał tylko prof. Śliwerski na czele Komitetu Centralnego Pedagogiki. I może na tym blogu powinna mieć początek petycja o stworzenie stanowiska Naczelnego Pedagoga Kraju, którego głównym obowiązkiem będzie nadawanie stopni naukowych. Niech powstanie Doborowy Urząd Pedagogiki Akademickiej, pod przewodnictwem Naczelnego Pedagoga Kraju, który będzie trzymał piecze jakością polskich stopni pedagogicznych.

Zupełnie nie rozumiem zapędów pedagogów (choć komentujący wcale nie muszą być pedagogami, prof. Śliwerski znany jest z tego, że nie dopuszcza komentarzy, z którymi się nie zgadza) do tego, by centralizować władzę i prawo do nadawania stopni. Przecież taka centralizacja prowadzi jedynie do potężnego wpływu kilkudziesięciu osób na całą dyscyplinę w Polsce.

Tak jak patologią jest to, że jedna osoba pisze kilkadziesiąt, a nawet kilkaset recenzji habilitacyjnych, tak jeszcze większą patologią byłyby, na przykład, 3 uczelnie, które decydowałyby o tym, kto zostanie doktorem habilitowanym w danej dyscyplinie w Polsce. To władza, na którą nie zasługuje żadna uczelnia,  ba, żadna uczelnia takiej władzy nie powinna mieć.

Im więcej uczelni ma prawo do nadawania stopni naukowych, tym, moim zdaniem, lepiej. I jedyne, nad czym powinniśmy się zastanawiać to to, czy te stopnie nadawane są rzetelnie.

Marcepaneria akademicka

Dostałem po głowie na Twitterze. Najpierw od Bilewicza, potem od Jemielniaka, na koniec dołożył mi Galasiński. A wszystko dlatego, że nie doceniłem, nazwijmy to, „skrzywienia inteligenckiego” polskiej nauki/akademii. Jako inteligent, powiedziano mi, nie zauważam nawet wszelkich marcepanów inteligenckich, bo mam je „we krwi”. I dzięki temu jestem swój. A taki student, powiedzmy, spod Rybnika, nie dość, że gwarą fanzoli, to na dodatek myśli, że Pollock to taki  udawany gorol, Rembrandt to dla niego marka dżinsów, a Szekspira zna z bryku. Nie był nigdy w teatrze, sufler kojarzy mu się z Cugowskim,  a opera to dziwne miejsce, gdzie ludzie po ludzku nie gadają.

I mam pytanie. Czy ten student ma mniejsze szanse od, nie bójmy się tego powiedzieć, mnie? Z dużego miasta, z rodziny od pokoleń inteligenckiej, z ojcem, który nie lubił opery, bo ją całą widział, z mieszkania, w którym zamiast farby na ścianach były książki.

Oczywiście, nie mam wątpliwości, że mi moja inteligenckość pomaga, prawie na każdym kroku. Ale czy przez nią łatwiej mi było zrobić doktorat?

Trochę się boję, że dostanę po głowie, ale trudno. Amicus Plato i all that shit.

Okapi

Na stronach Centralnej Komisji opublikowano dobre praktyki recenzowania. Postanowiłem zapoznać się i douczyć. Część wskazówek jest niekontrowersyjna, część jednak budzi zdziwienie.

Centrala pisze:

Recenzent nie powinien podejmować się zadania związanego z oceną wniosku, gdy wykracza on poza zakres jego naukowego doświadczenia i kompetencji;

Zgadzamy się, prawda? Tylko że diabeł tkwi w szczegółach.  Tak, podejrzewam, że fizyk nie powinien oceniać literaturoznawcy i na odwrót. Jednak poza przypadkami oczywistymi, króluje szarość. Granica wykraczania poza doświadczenie i kompetencje jest płynna i nieokreślona. Na przykład, czy ktoś, kto się zna metodologii, ale nigdy nie stosował jej tak jak habilitant, powinien czy nie powinien recenzować? Co jeśli dorobek habilitanta jest po polsku (prawo), a w Polsce nie ma profesora, który się zajmuje tym, co habilitant? Rzeczywistość jak zawsze skrzeczy i sprowadza się do tego, że są  recenzenci, którzy odmawiają na wyrost, są też tacy, którzy znają się na wszystkim. Tak, wolimy tych pierwszych, jednak czy na pewno ich działania są pożądane?

Koryfeusze z CK zaznaczają:

Recenzje powinny być kompletne, rzetelne, dokładne i obiektywne, a oceny odpowiednio uzasadnione.

I właściwie wszystko OK, poza tym, że recenzje, oczywiście, nie mogą być obiektywne. Recenzent wypowiada swoje zdanie w recenzji, ba, niektórzy recenzenci piszą wprost, że ich recenzja to opinia. A opinie siłą rzeczy obiektywne nie są. Może więc koryfeusze z centrali piszą obiektywnie, mam wrażenie, że my, zwykli śmiertelnicy, nie.  Żeby było śmieszniej, załączony na stronie  dokument mówi właśnie o opiniach.

Wydawałoby się, że również przepis:

Recenzent uczestniczył lub uczestniczy wspólnie z wnioskodawcą w zespołach badawczych realizujących projekty finansowane w drodze konkursów krajowych lub zagranicznych;

należałoby poniuansować. Czy uczestnictwo w badaniach raz na zawsze wyklucza możliwość recenzowania czy uznamy, że 20 lat po tym, gdy habilitant, jako młody magister, głównie kawę w projekcie robił, zrecenzować by można?  Nie wiem, jaka powinna być odpowiedź, jednak chciałbym zauważyć, że w małych specjalnościach i tak wszyscy się znają jak łyse okapi, i to, czy współpracowali kiedyś czy nie, nie ma większego znaczenia. I tak pili wódkę razem.

Mam znajomego, niedawno upieczonego doktora habilitowanego, który jest bardzo lubiany w środowisku. Znalezienie przyzwoitego naukowca, z którym habilitant nie był na ty i w koleżeńskich stosunkach, było niemożliwe. Czy w takim razie habilitant nie powinien się habilitować?

Państwu w centrum chciałbym powiedzieć, że badania naukowe można prowadzić poza ‚instytucjami naukowymi’ i przepis:

Recenzent prowadził lub prowadzi wspólnie z wnioskodawcą prace naukowe w instytucjach naukowych

nie ma większego sensu.

I mam podsumowanie. Działalność naukową i recenzyjną dość trudno jest ująć w zerojedynkowe przepisy, które należy stosować z całą surowością. I tak jest też tutaj. Rozczula wiara państwa centralnych w to, że są w stanie uzdrowić etykę recenzowania za pomocą kilkustronicowego dokumentu. Bowiem albo wylewają dziecko z kąpielą, albo nie rozumieją, na czym polega praca naukowa, albo wreszcie wprowadzają reguły na wyrost i spuchliznę.

Nauka nie dlatego będzie działać dobrze, bo CK przygotowała broszurkę o etyce recenzenta. Nauka będzie działać wtedy, gdy recenzent będzie wiedział, że za dętą recenzję spotka go środowiskowe wykluczenie i wstyd. A nie ma (i być nie może) takiego kodeksu etycznego, który mógłby to zrobić. Z ostracyzmem środowisko też się za bardzo nie śpieszy. Dopóty więc, dopóki recenzenci sami nie będą dokonywać rzetelnego osądu swych kompetencji, a rady/komisje nie będą piętnowały zachowań nieetycznych, trud popularyzatorski dzielnych członków Centralnej Komisji spełznie na niczym. Po prostu, miało być pięknie, wyszło jak zwykle.

Klechdy humanistyczne

Nowa odsłona, nowy entuzjazm, trzeci post w tyleż dni. Zanim usiądę i poczekam, aż mi przejdzie, kilka słów na temat wyobrażeń polskiej profesor nadzwyczajnej literaturoznawstwa. O wydawnictwach najlepszych uczelni światowych pisze prof. Magdalena Rabizo-Birek:

A przecież wiadomo, że oficyny te są dostępne wyłącznie dla pracowników tych uniwersytetów, finansowane z dotacji na ich programy badawcze i publikacja w nich nie ma nic wspólnego z wartością tych dzieł, o której decyduje wciąż jakość tego, co napisał autor.

A zatem w takim Oxford University Press, nie mówiąc już Harvard University Press, piszą tylko pracownicy Oxfordu (i Harvarda, odpowiednio), co więcej wydawnictwa te są finansowane z pieniędzy badawczych uniwersytetów, bo przecież bez tego by się nie utrzymały.

Muszę powiedzieć, że wkurzają mnie takie wynurzenia, by nie powiedzieć banialuki. Pani Profesor zapewne dawno nie zaglądała do katalogu OUP, bo gdyby zaglądała, zobaczyłaby, że autorzy OUP pochodzą z całego świata i uniwersytetów na wszystkich kontynentach. Oto strona książek historycznych OUP. Pierwszych trzech autorów pochodzi z Warwick, Idaho, Bard College. Warto też dodać, że OUP to największe wydawnictwo uniwersyteckie na świecie, czy naprawdę ktoś myśli, że utrzymywane jest z grantów, a nie ze sprzedaży książek? Naprawdę?

Muszę powiedzieć, że wiele argumentów na temat oceniania humanistyki mnie przekonuje. Jednak drażni mnie mocno to, gdy do tych argumentów zaprzęga się bzdury i posługuje mitami na temat tej głupiej nauki na świecie, której przeciwstawia się dzielna polska humanistyka, której perły wydaje się w Gorzowie, Kaliszu i w Siedlcach.

Nie wiem, gdzie dokładnie są granice, poza którymi przechodzi ludzkie pojęcie. Mam jednak wrażenie, że Pani Profesor mogłaby się zapoznać z nimi od strony, po której istnieje znany nam wszechświat.

Ale wstyd umarł

Jakiś czas temu napisałem o tym, że droga z akademii do polityki powinna być w jedną stronę.  Jak na zawołanie pojawił się problem wypowiedzi jednego z medialnych i politycznych socjologów na temat uczestników Okrągłego Stołu. Zamieszanie się zrobiło na tyle duże, że zabrała głos małżonka profesora socjologii (którego profesurę również niedawno opisywałem). A wszystko dlatego, że profesorowi zagrożono procesem. A jeśli proces przegra, to będzie musiał zapłacić i to niemało.

Nie mam zamiaru pisać o sprawie, bo to blog akademicki, a nie polityczny i  cieszę się bardzo z tego, że dyskusje tutaj są nadal spokojne i bez hejtu. Odnieść się jednak chcę do tego, co napisał Jacek Żakowski na temat sprawy. Otóż publicysta uważa, że karą dla profesora socjologii powinien być wstyd, a nie ruina finansowa. A ja się z tym nie zgadzam (pomijam to, że wątpię, by do ruiny finansowej doszło).

Wzrusza mnie to, że p. Żakowski nadal uważa, że w akademii jeszcze ktoś zwraca uwagę na wstyd. Otóż, proszę Pana, nie, w akademii wstyd umarł. Okazuje się, że ani doktoraty, ani habilitacje, ani profesury  nie są gwarantem racjonalnych wypowiedzi. Co więcej, ja uważam również, że  jak ktoś chce być elita, to niech się jak elita zachowuje.

Napisałem już kilka postów na temat żenujących i obrzydliwych wypowiedzi przeróżnych doktorów i profesorów; jakiś tydzień temu w komentarzach pojawiła się linka do obrzydliwie antysemickiej wypowiedzi profesora z UMK. I co? I nic. Nic!! Przestaliśmy zwracać uwagę na to, że nasi dostojni koledzy pieprzą jak potłuczeni. Wstyd umarł na śmierć.

Wracając więc do sprawy profesora socjologii, powiedziałbym, że od niego wymagam znacznie więcej niż od dresiarza przebranego w garnitur. I jeśli profesor socjologii uważa, że ma prawo do wypowiadania każdej bzdury, musi też zrozumieć to, że inni również mają się prawo przed jego słowami bronić. I ja bym na miejscu profesora wyjaśnił to koleżance małżonce. A Pana Żakowskiego  odnoszenie się do wolności wypowiedzi za niepoważne.

Podsumowując więc, powiedziałbym, że kto słownym mieczem wojuje, ten  mieczem finansowym może dostać, że zacytuję innego profesora, w ryja. 

Megalomania akademicka (28.02)

Profesor Śliwerski piszeo nowym czasopiśmie pedagogicznym. Mam nadzieję, że Polish Educational Studies dostanie punktów ze dwie kopy, a może nawet jeszcze więcej. Może nawet tysiąc pincet, sto dziewincet!

Ja to najpierw to chciałem się powyzłośliwiać na temat języka. Ale jak już się napatrzyłem na to  „Emeritus Honored Editor”, to sobie pomyślałem, że w radzie są piękne polskie unwersytety. Oto dwa, które zwróciły moją szczególną uwagę:

University of Lower Silesia

Maria Grzegorzewska University

Nie jestem pewny w stu procentach, ale ten pierwszy to chyba wrocławska DSW, a ten drugi uniwersytet to szkoła z Warszawy. Są oczywiście inne. Na przykład, oto uniwersytet (zapewne) z tradycjami:

The University of Dabrowa Gornicza,

nie mówiąc o tak wybitnych instytucjach jak:

University of Social Sciences and Humanities

Kozminski University

Ten drugi brzmi właściwie tak samo jak Harvard University, albo Johns Hopkins University, którego w Polsce zazwyczaj przerabiają na zwykłego Johna.

I piszę te słowa, żałując, że nie ma w języku angielskim słowa, które byłoby jeszcze lepsze niż ‚university’. Bo wszystkie polskie uczelnie tak właśnie by się po angielsku nazywały. Pozostaje mi więc tylko napisać do London School of Economics, że oni takie głupki są, bo mogliby się nazywać, na przykład, The Econonic University of London, a nie chcą. Mógłbym też napisać do SWPS, żeby się nazywali, no, na przykład, Warsaw School of Social Psychology, ale oni to na pewno nie załapią, o co chodzi. Niechże się więc rektor SWPS na księcia, ba, na cesarza, przemianuje. Będzie jeszcze dostojniej.