Nauka pod specjalnym nadzorem

Kilka dni temu dowiedzieliśmy się, że brytyjski doktorant został skazany na dożywocie w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Oczywiście wiem tyle, co napisano w mediach (a pisano również w Polsce), nie chcę się więc wypowiadać na temat sprawy. Wydaje mi się jednak, że wiadomościach nie zadano jednego kluczowego pytania. 

 

Gdzie do cholery był promotor? Mamy bowiem brytyjskiego doktoranta, którego doktorat dotyczy spraw, powiedzmy, wrażliwych, a według niektórych doniesień, bardzo wrażliwych. I teraz tenże doktorant jedzie do niedemokratycznego kraju, w którym tzw. ‚due process’ (nie znalazłem polskiego odpowiednika), mówiąc oględnie, szwankuje. Jednak tenże doktorant tak po prostu jedzie sobie, robi sobie badania jakby nigdy nic. Nie znam się za bardzo na studiach o bezpieczeństwie, wydawałoby mi sie, że to nie jest najlepszy pomysł. I gdybym ja był promotorem, to zaprosiłbym doktoranta do stuknięcia się w łeb.

 

I mam trzy refleksje dnia. Pierwsza: świat wcale nie jest taki przyjazny, jak nam, w Europie, się wydaje. I w większości krajów, młynarz, który mówi do cesarza: Są jeszcze sądy w Berlinie, dostałby baty. Gdyby miał dużo szczęścia.

 

Druga: uprawianie nauki wcale nie jest zawsze łatwe, proste i przyjemne. Co więcej, wcale nie jest uznawane za pozytywne lub chociaż neutralne. Warto przypomnieć choćby szykany wobec gender studies na Węgrzech (a i próby tegoż w Polsce, choćby w Szczecinie) czy proces wytoczony prof. Bilewiczowi. O pewnym historyku polskiego pochodzenia z Princeton to się boję pisać z nazwiska, bo zaraz się zlecą masy, które będą chciały dać odpór.

 

Trzecia: nauka była, jest i zawsze będzie polityczna. To jest nieuniknione. Od nas zależy, co z tym robimy. Dzisiaj jeszcze możemy o tym spokojnie porozmawiać. Co będzie jutro?

Akademickie miareczkowanie

Dzisiaj post nieco lżejszy, ale chyba jednak poważny. Oto link do tweeta z fragmentem zabawnego przemówienia Carol Greider, laureatki nagorda Nobla z fizjologii/medycyny. Greider mówi o tym, że w dniu, kiedy została poinformowana o tym, że przyznano jej Nobla, jej wniosek grantowy, dotyczący również badań nad telomerami, został tego samego odrzucony przez NIH. Smaczkiem tego odrzucenia jest to, że komitet grantowy wiedział już o przyznaniu Nobla, uznał jednak nadal, że jej wyniki są zbyt wstępne. Noblistka dodaje, że nawet nagroda Nobla nie jest gwarancją, że ktoś nie powie ci, że i tak nie masz pojęcia o tym, co robisz.

 

Mnie jednak uderzyło co innego. Otóż zastanawiam się nad przyznawaniem grantów. Zastanawiam się na przykład nad tym, za co i po co przyznajemy granty i czy przyznający je eksperci dokonują refleksji nad swoimi uprzedzeniami czy preferencjami. Ba, prof. Śliwerski idzie nawet dalej, gdy tweetuje o ustawkach psychologów, żeby przepchnąć każde badziewie (pisał tu o grancie dla prof. Bilewicza). I choć ja wolę nie mówić o spisku psychologów przeciwko pedagogom i innym, przypominam sobie szeroko podawany tweet jednego z bardzo znanych brytyjskich psychologów, Richarda Bentalla, który napisał, że całościowy czas poświęcony tylko na pisanie grantów to dobrze ponad rok. Grantu nie dostał, bo wychodzi znacznie poza mainstream psychologiczny. 

 

Nie mam dobrego rozwiązania na granty. Jednak chciałbym, żebyśmy pamiętali, że modny na temat, nasze preferencje, ‚mainstream’ nie są dobrymi doradcami, który wniosek powinien zostać finansowany, a który nie.

 

Na koniec wkleję innego tweeta, który zyskał dużą popularność niedawno:

 

Indiana Jones in 2018

  • finds the Ark of the Covenant
  • returns mystical stone
  • successfully finds Holy Grail

 

REF 2021 panel: „So Dr Jones, please could you evidence the reach and significance of your research impact”

 

I gdy czytam ten zabawny tweet, który niebezpiecznie przypomina rzeczywistość, coraz bardziej myślę, że my już zupełnie nie wiemy, co robimy. I chociaż jeszcze pamietamy o prawie Goodharta, nie pamietamy, do czego ono służy. A jeśli pamiętamy, to jesteśmy przekonani, że nas na pewno nie dotyczy.



Głową w ścianę

Postanowiłem zrezygnować z pisania o ustawie i innych sprawach doraźnych i zająć się sprawami nauki! Chcę więc zwrócić uwagę na ostatni post prof. Galasińskiego. Post, jak to często u autora, dotyczy jego własnych doświadczeń, ale przy okazji mówi o sprawach znacznie ogólniejszych. Jak to też często u niego, profesor wali prosto między oczy (choć mi, jak zawsze brakuje, konkretów). Autor mówi przede wszystkim o peer review artykułów, które wychodzą poza utarte szlaki dyscypliny czy pola badawczego, w którym chcą zaisntnieć. Daje przykłady recenzji niekompetentnych, argoanckich, które, jak twierdzi, podważają uczciwość peer review.

 

Ja piszę o tym z kolei, żeby zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze, post lingwisty wskazuje na trudność interdyscyplinarności. To nie tylko trudność „ustawowa”, to również trudność wynikająca z naszych przyzwyczajeń, nie mówiąc o niechęci do popatrzenia na to, co robimy z innej strony. Interdyscyplnarność jest trudna nawet w nauce, która jej chce. Po drugie, ważniejsze, to, o czym pisze autor bloga, pokazuje nasze dyskusje na temat rzetelności recenzenckiej w szerszym świetle. Innymi słowy, to nie tylko nasze problemy.

 

Co z tego wynika? Nie wiem, chyba niewiele. Poza stwierdzeniem, że tak jest i uderzeniem się w piersi w refleksji, chyba niewiele można zrobić. Mam jednak wrażenie, że coraz więcej jest rzeczy, które musimy po prostu zaakceptować i z nimi żyć. A siniaki, których się nabawiamy od walenia głową w mur są po prostu częścią rzeczywistości, w której jesteśmy. Bez sensu trochę.

 

Czas na myślenie?

Na Twitterze dyskusja na temat publikowania po polsku (zauważona przez trzy.14), a prof. Galasiński już napisał na temat na swoim blogu.  I mnie trochę zaskoczył.

 

Profesor zaczyna od tego, że od ‚zawsze’ publikuje tylko po angielsku i nie zamierza tego zmieniać. Mówi jednak, że gdyby napisał to wszystko po polsku, to nie zmieniłaby się przecież jakość tego, co pisze. Wskazuje więc, że dyskusja na temat języka w rzeczywistości jest na temat polskich praktyk publikacyjnych. Wskazuje przy okazji, że nie ma w Polsce debaty na temat publikowania po polsku, na temat standardów edytorskich czy recenzenckich. Polskiego naukowca odsyła się na zachód, a publikacje po polsku są traktowane z uśmiechem wyższości. Czy jednak muszą być?

 

Dodam zresztą, że w argumentach na temat, powiedzmy, nauki niemieckiej, która publikuje po niemiecku, nie ma nigdy argumentów na temat jakości tych publikacji i procesu wydawniczego. Zwraca się uwagę jedynie na język.

 

Galasiński odnosi się również do intensyfikacji pracy akademickiej. Wszystkiego ma być więcej i częściej. I pisze na to:

 

It may well be that preserving an article in Polish means preserving academia which is still thoughtful. Academia which stops to think and consider. 



Bo skoro coraz częściej publikujemy, skoro, jak cytuje, połowę opublikowanych artykułów czytają tylko redaktorzy i recenzenci, to może warto by zwolnić. I nie iść drogą szalonego Zachodu, który publikuje jak szalony.

 

Ja mam jednak znów problem z tym, co napisał lingwista. Jego argumenty znów dają oręż tym, którzy walczą polską naukę dla Polaków i po polsku. Ale być może moja reakcja wskazuje na to, że nam tutaj potrzeba spokojniejszej debaty na temat tego, po co i dla kogo publikujemy. Bo ja rzeczywiście nie mam większych wątpliwości, że publikuję głównie po to, żeby mieć więcej publikacji. Nie jestem z kolei pewien, czy to ma jakikolwiek sens.

Obcy w raju

Dzisiaj, na świeżo, o nowym wpisie na blogu prof. Galasińskiego. Wpisie, który dla jednych będzie rzeczową oceną sytuacji szerokich nauk społecznych i humanistycznych spoza strefy języka angielskiego, dla innych będzie alibi do nienawiązywania kontaktu z nauką międzynarodową. Dodam, że w jednym z tweetów Galasiński odcina się od tej drugiej interpretacji swego wpisu.

 

Co mówi Profesor? No, mówi, że to, że napiszemy dobry tekst po angielsku, nie wystarcza, żeby tekst zaistniał. Że publikowanie z polskimi danymi, z badaniami robionymi w Polsce (Polska jest tu traktowana metonimicznie jako kraj spoza anglosfery) jest trudniejsze. Mówi wprost – dane po angielsku traktowane są jako domyślne, jako mówiące nam o uniwersaliach natury ludzkiej, dane po polsku mówią nam jedynie coś o Polsce. Oczekuje się, że dane polskie zostaną zanalizowane w kontraście do tych nienacechowanych kontekstem kulturowym – danych angielskich.

 

Inspiracją wpisu był list dwóch uczonych, z Białorusi i Ukrainy, którym zwrócono uwagę, że cytują literaturę po rosyjsku. W jednym z tweetów, prof. Stec dopowiedział, że wysyłał wydawnictwu książki, żeby udowodnic, że cytuję z istniejących źródeł. To tak idiotyczne, że trudno skomentować, jednak zdarzyło się.

 

I teraz mój krótki komentarz. Mam ambiwalentny stosunek do tego postu. Ma on zwrócić uwagę na nierówności w traktowaniu nauki. Nauka anglojęzyczna ma fory na polu międzynarodowym, ta nieanglojęzyczna od czasu do czasu musi walczyć o to, żeby nie uznano jej za wielbłąda. Jestem przekonany, że Profesor nie miał tylko pecha i opisuje przynajmniej część rzeczywistości nauki nieanglojęzycznej.

 

Jednak obawiam się również, że prof. Galasiński zrobił nam niedźwiedzią przysługę. Obawiam się, że jego tekst stanie sie manifestem nieudacznictwa i doskonałym źródłem argumentów, dlaczego mi się nie udało. Przecież nie mogło się udać, ja jestem z Polski, a Polaków nie chcą, dyskryminacja jak w pysk strzelił! Warto więc pamiętać, że zarówno autorowi postu, jak i wielu innym, udaje publikować. Nadludzkim wysiłkiem, ale się jednak udaje.

 

Lingwista się wkurzył

Na tweet z nowym wpisem prof. Galasińskiego zareagowałem mówiąc o tym, że większość z nas zna ból niekompetentnego i nieuczciwego peer review, ale niewielu z nas odważyło się na napisanie o tym wprost. Sam autor blogu również zatrzymuje się przed zidentyfikowaniem czasopism i redaktorów, o których jest jego wpis. Podejrzewam, że sam nadal chce publikować.

 

Z doświadczenia znam zjawiska, o których mówi Profesor; gdy zapytałem kilka innych osób, okazało się, że też ich doświadczyli. Powstaje więc pytanie – czy można z tym coś zrobić, a jeśli można, to co. No i pomyślałem, że to o tym będzie mój nowy wpis o uzdrawianiu peer review. Niestety, wpis nie powstanie, bo nie mam pojęcia, jak to zrobić. Nawet gdyby powstało nowe repozytorium durnych recenzji, to i tak przecież nie napiszę na nim pod nazwiskiem, wskazując, że Journal of X and Y własnie przysłał mi głupią recenzją, której nie zakwestionował redaktor dr John Editor.

 

Co zostało? Niewiele. Ale ostatnio natknąłem się na inicjatywę podpisywania recenzji. Tak, tych anonimowych. Podpisując się, biorę odpowiedzialność za to, co się piszę. Wskazuję na to, że moja recenzja jest moją ‚prawdziwą’ oceną. Zadałem sobie więc pytanie, czy zacznę podpisywać się pod recenzjami, które piszę? Niestety, odpowiedziałem sobie, że nie, a może raczej nie, a w najlepszym przypadku, że nie wiem. Jednak uczciwie rozważę to. Za każdym razem mając nadzieję, że nie recenzuję artykułu profesora z Polski.

 

Jeden z pięciu na dwadzieścia

Czytam dyskusję na temat wyższości artykułów nad książkami, a może odwrotnie i przypominam sobie propozycję, żeby ograniczyć liczbę wszystkich publikacji jednej osoby do, powiedzmy, 20 (niestety, nie potrafię znaleźć źródła, z którego się o tym dowiedziałem). Każdy świeżo upieczony doktor dostawałbym 20 oczek na całość kariery. Po opublikowaniu 20. publikacji delikwent nie mógłby dalej publikować. Koniec.

 

Propozycja, rzecz jasna, nie do końca poważna, ale warta uwagi. A to dlatego, że zamiast rozważać, czy warto publikować książkę czy artykuł, ja bym wolał się zastanawiać, czy w ogóle warto opublikować tę książkę czy artykuł.

 

Jakiś czas temu natknąłem się również na stronę Slow science, pochwałę namysłu w nauce. Bardzo podobałoby mi się, gdybym, na przykład, mógł mieć jeden rok na każde pięć (może siedem, nie wiem), w którym mógłbym tylko myśleć. Nie musiałbym pisać wniosków, raportów, artykułów. Mógłbym poczytać, zastanowić się. Wiecie, poszerzyć horyzonty.

 

I mam pytanie do czytelników. Zakładając, że macie do dyspozycji tylko 20 publikacji na całą karierę, ile z Waszych dotychczasowych publikacji weszłoby do tej dwudziestki? Bo jak ja się zastanowiłem, to wyszło mi, że jestem gdzieś w 1/4. Mneij więcej. I że może nie zapełnię moich wszystkich 20 pozycji.

Mów i nie marudź

Na blogu prof. Galasińskiego nowy wpis na temat przepraszania za poziom angielskiego konferencyjnego prelegenta (i nie tylko). Profesor-lingwista staje po stronie przepraszających, ja z kolei mam raczej odwrotne skojarzenia. Mnie zawsze te przeprosiny irytowały i irytuja. Mam też poczucie absurdalności sytuacji. No bo skoro już przyjeżdza delikwent na tę konferencję i zdecydował się na niej coś powiedzieć, to trochę za późno przepraszać, że on po angielsku może me i be, ale już na pewno nie kukuryku. Z kolei nigdy nadmiernie mi nie przeszkadzały nawet szalone przekształcenia słów, o ile tylko dało się domyśleć, o co chodzi mówiącemu. Co więcej, zdarzyło mi się myśleć, że przeprosinami prelegent wymusza na słuchaczach litość dla siebie. 

 

To wszystko jednak małe piwo wobec tego, że niejednokrotnie zdarzyło mi się być na konferencji, na której prelegent wyrecytował wykuty na pamięć referat, a potem nie był w stanie odpowiedzieć na żadne pytanie, bo po prostu nie mówił po angielsku. A ja w nosie mam, że mówi bezokolicznikami, jeśli tylko ma coś ciekawego do powiedzenia. No ale niech chociaż te bezokoliczniki z siebie wydusi.

 

Jadąc na konferencję, podejmujemy zobowiązanie, że jesteśmy w stanie wygłosić referat. Moim zdaniem drugorzędne jest to, jak (nie)pięknym językiem to zrobimy. Zamiast więc przepraszać za to, że Joseph Conrad przewraca się w lingwistycznym grobie, może lepiej zastanowić się nad tym, czy uda się nam zrozumieć i odpowiedzieć na proste pytanie. A potem, sorry Panie Profesorze, nie marudzić, że nam ludzie te ochłapy litości rzucają.

 

Widzianka?

Zwrócono mi uwagę na recenzje w postępowaniu doktorskim. Jedna z tych recenzji jest na niecałą stronę. I powstaje pytanie: jak krótka może być recenzja doktoratu?

 

Ja sam mam dość mieszane uczucie wobec recenzji prof. Falki (nie znam faceta, ale wygląda na dość przyzwoitego fizyka z dość przyzwoitego ośrodka). Z jednej strony, można by powiedzieć, że napisał wszystko, co trzeba napisać. Nie dość, że ocenił pracę, to na dodatek nawet zwrócił uwagę na kluczowe jej elementy. Starczy? No niby starczy. I gdybym dostał taką recenzję od takiego Falki, to bym ze dwa razy podskoczył ze szczęścia. Ale jednak trochę brak mi w tej recenzji krytycznego podejścia do doktoratu. Czy coś można było zrobić inaczej, może lepiej, czy można o czymś jeszcze pomyśleć?

 

Wydaje mi się, że recenzja doktoratu to nie jest tylko krótki komentarz i widzianka pod wypracowaniem doktorskim. To również dyskusja z doktorantem, dzięki której doktorant może popatrzeć na to, co zrobił nie tylko jako na dzieło o skończonym pięknie. Wydaje mi się, że recenzja doktoratu to zaproszenie doktoranta do dyskusji ze starszym kolegą. Nestety recenzent za bardzo podyskutować nie chce.

 

Chciałbym zwrocić przy okazji uwagę, że oto mamy doktorat, w którym obaj recenzenci są zza granicy, obaj działający w nauce międzynardowoej. Okazuje się, że da się  to zrobić. Gratulacje dla doktoranta, promotora, no i pewnie fizyków polskich (choć mogą się zrobić jeszcze bardziej zarozumiali!)

 

Głupota, głupcze

Nie pisałem przez 2 tygodnie – konstytucja nauki znużyła mnie dość szybko. Na argumenty, że potrzebne są donosy habilitacyjne, pardon, anonimowe recenzje, właściwie to szkoda odpowiadać. Podobnie jest z przeflancowaniem CK na Radę Galaktycznej Doskonałości Nauki Polskiej, a i innymi rzeczami. No więc postanowiłem przeczekać.

 

A teraz chcę zwrócić uwagę na artykulik – pochwałę głupoty w nauce. To artykuł o podstawach nauki, o tym, że niewiedza, obezwładniający problem, niemożność jego rozwiązania jest kluczową częścią tego, co robimy. Ciężko jest uprawiać naukę i, mówi autor, powinno być ciężko. A my powinniśmy uświadamiać doktorantom, że właśnie tak jest. Co więcej, jeśli jest łatwo, to robimy coś nie tak. Kiedyś napisałem pochwałę porażki, Schwartz mówi podobnie – porażki są częścią naukowego życia. Dobrze tylko z nich się czegoś nauczyć.

 

Gdy czytałem cytowany artykuł, przypomniał mi się szeroko tweetowany post na blogu profesora lingwisty sprzed dwóch miesięcy. Ten pozornie uprzejmy i konstruktywny tekst jest ostrą krytyką badań humanistycznych, które idą na skróty. Mnie jednak wtedy zastanowiło odwrócenie tradycyjnej krytyki/debaty akademickiej, z oczekiwanego dzisiaj ‚Róbcie to tak’ na krytykowane ‚Robicie to źle’. Mam trochę wrażenie, że wychodzą w nim polskie korzenie profesora, który zamiast chwalić i sugerować, postanowił walić młotkiem po głowie. Wydaje mi się, że nas głównie krytykowano. Trzeba by pedagogów zapytać, co jest bardziej skuteczne, jednak osobiście wolę wiedzieć, co robię źle w zamian ogólnych zasad dobrego postępowania.

 

Niestety, zakończę pesymistycznie. Uprawiamy naukę coraz szybciej, mamy pisać coraz więcej, mamy robić coraz więcej badań, mamy zdobywać coraz więcej pieniędzy (najlepiej tych dobrych pieniędzy). Coraz więcej ludzi i coraz częściej mówi, że mamy za mało czasu na myślenie, bo przecież musimy uzasadnić wydatek pieniędzy Jana Podatnika na nasze pensje. Szybciej, szybciej, szybciej niestety wcale nie oznacza lepiej. To również oznacza, że wyzwania, które sobie stawiamy, sa coraz banalniejsze. Porażka wcale nie jest akceptowana, a my musimy być nieustannie mądrzy.