Widzianka?

Zwrócono mi uwagę na recenzje w postępowaniu doktorskim. Jedna z tych recenzji jest na niecałą stronę. I powstaje pytanie: jak krótka może być recenzja doktoratu?

 

Ja sam mam dość mieszane uczucie wobec recenzji prof. Falki (nie znam faceta, ale wygląda na dość przyzwoitego fizyka z dość przyzwoitego ośrodka). Z jednej strony, można by powiedzieć, że napisał wszystko, co trzeba napisać. Nie dość, że ocenił pracę, to na dodatek nawet zwrócił uwagę na kluczowe jej elementy. Starczy? No niby starczy. I gdybym dostał taką recenzję od takiego Falki, to bym ze dwa razy podskoczył ze szczęścia. Ale jednak trochę brak mi w tej recenzji krytycznego podejścia do doktoratu. Czy coś można było zrobić inaczej, może lepiej, czy można o czymś jeszcze pomyśleć?

 

Wydaje mi się, że recenzja doktoratu to nie jest tylko krótki komentarz i widzianka pod wypracowaniem doktorskim. To również dyskusja z doktorantem, dzięki której doktorant może popatrzeć na to, co zrobił nie tylko jako na dzieło o skończonym pięknie. Wydaje mi się, że recenzja doktoratu to zaproszenie doktoranta do dyskusji ze starszym kolegą. Nestety recenzent za bardzo podyskutować nie chce.

 

Chciałbym zwrocić przy okazji uwagę, że oto mamy doktorat, w którym obaj recenzenci są zza granicy, obaj działający w nauce międzynardowoej. Okazuje się, że da się  to zrobić. Gratulacje dla doktoranta, promotora, no i pewnie fizyków polskich (choć mogą się zrobić jeszcze bardziej zarozumiali!)

 

Głupota, głupcze

Nie pisałem przez 2 tygodnie – konstytucja nauki znużyła mnie dość szybko. Na argumenty, że potrzebne są donosy habilitacyjne, pardon, anonimowe recenzje, właściwie to szkoda odpowiadać. Podobnie jest z przeflancowaniem CK na Radę Galaktycznej Doskonałości Nauki Polskiej, a i innymi rzeczami. No więc postanowiłem przeczekać.

 

A teraz chcę zwrócić uwagę na artykulik – pochwałę głupoty w nauce. To artykuł o podstawach nauki, o tym, że niewiedza, obezwładniający problem, niemożność jego rozwiązania jest kluczową częścią tego, co robimy. Ciężko jest uprawiać naukę i, mówi autor, powinno być ciężko. A my powinniśmy uświadamiać doktorantom, że właśnie tak jest. Co więcej, jeśli jest łatwo, to robimy coś nie tak. Kiedyś napisałem pochwałę porażki, Schwartz mówi podobnie – porażki są częścią naukowego życia. Dobrze tylko z nich się czegoś nauczyć.

 

Gdy czytałem cytowany artykuł, przypomniał mi się szeroko tweetowany post na blogu profesora lingwisty sprzed dwóch miesięcy. Ten pozornie uprzejmy i konstruktywny tekst jest ostrą krytyką badań humanistycznych, które idą na skróty. Mnie jednak wtedy zastanowiło odwrócenie tradycyjnej krytyki/debaty akademickiej, z oczekiwanego dzisiaj ‚Róbcie to tak’ na krytykowane ‚Robicie to źle’. Mam trochę wrażenie, że wychodzą w nim polskie korzenie profesora, który zamiast chwalić i sugerować, postanowił walić młotkiem po głowie. Wydaje mi się, że nas głównie krytykowano. Trzeba by pedagogów zapytać, co jest bardziej skuteczne, jednak osobiście wolę wiedzieć, co robię źle w zamian ogólnych zasad dobrego postępowania.

 

Niestety, zakończę pesymistycznie. Uprawiamy naukę coraz szybciej, mamy pisać coraz więcej, mamy robić coraz więcej badań, mamy zdobywać coraz więcej pieniędzy (najlepiej tych dobrych pieniędzy). Coraz więcej ludzi i coraz częściej mówi, że mamy za mało czasu na myślenie, bo przecież musimy uzasadnić wydatek pieniędzy Jana Podatnika na nasze pensje. Szybciej, szybciej, szybciej niestety wcale nie oznacza lepiej. To również oznacza, że wyzwania, które sobie stawiamy, sa coraz banalniejsze. Porażka wcale nie jest akceptowana, a my musimy być nieustannie mądrzy.

 

Język to franca?

Zadano mi ciekawe pytanie: „Czy habilitant musi znać język angielski w stopniu umożliwiającym mu wygłoszenie seminarium quasihabilitacyjnego w tym języku?

 

Myślę, że znajomość języka angielskiego jest dzisiaj stanem domniemanym w większości dyscyplin (nie wiem, jak jest w teologii, ale co mi tam). Zdecydowana większość z nas jest posługuje się angielskim na tyle, żeby przeczytać artykuł czy ich kilka w tym języku i to na dodatek, z grubsza, ze zrozumieniem. Jednak bierna znajomość angielszczyzny nie oznacza umiejętności wypowiedzenia się w tym języku, nie mówiąc o tym, by wygłosić referat. O wykładzie zapominając.

 

Klinicznym przykładem takiego stanu rzeczy są uczeni na konferencjach, którzy czytają swoje referaty, jednak nie są w stanie odpowiedzieć na pytanie publiczności. Nawet zakładając, że taki referent jest w stanie zrozumieć zadane pytanie, nie jest on w stanie samodzielnie wypowiedzieć ani słowa odpowiedzi.

 

I tu powstaje pytanie. Zakładając, że spełnione zostają postulaty, by do komisji habilitacyjnych wprowadzać naukowców zza granicy, a komisja zażyczy sobie spotkać się z habilitantem, co jeśli habilitant nie będzie w stanie się z komisją porozumieć? Pytanie, moim zdaniem, nie jest trywialne. Na dodatek wymóg konwersacji po angielsku moim zdaniem wykracza poza kompetencje potrzebne do uprawiania nauki. Innymi słowy, potrafię sobie wyobrazić wybitnego uczonego, który publikuje świetne artykuły, ale który również systematycznie odmawia udziału w konferencjach czy innych spotkaniach ze względu na nieśmiałość.

 

Moje pytanie zatem, dzięki korespondetowi, jest takie: Czy habilitant musi mówić po angielsku. Nie czytać, nie pisać, ale właśnie mówić.

 

Droga przez współpracę

Dzisiaj znów wpis inspirowany; po pierwsze wpisem cytowanego już kilkukrotnie prof. Galasińskiego, po drugi wpisem filozofki, której ‚oświadczenie o współpracy’ (to w Polsce nie brzmi najlepiej)  Profesor cytuje. W obu wpisach zainteresowało mnie to, że oboje blogerzy mówią o współpracy akademickiej przede wszystkim w kategoriach personalnych. Galasiński mówi nawet, że by z kims współpracować, trzeba tego kogoś lubić!

 

Zacząłem się zastanawiać nad tym i rzeczywiście na przestrzeni lat, gdy decyzja o współppracy należała do mnie, współpracowałem przede wszystkim z ludźmi, których lubiłem (choć nigdy nie wybierałem świadomie ‚fajnych ludzi’). Gdy tak nie było, współpraca była ‚małżeństwiem z rozsądku’ i wszyscy czekali aż się skończy. Gdy zapytałem o to kilka osób, wszyscy mówili mniej więcej to samo.

 

I tu pojawia się problem. Mamy coraz mniej wyboru co do tego, czy współpracujemy i z kim. Nauka idzie ku coraz większym zespołom, które dają większe szanse na uzyskanie funduszy badawczych. Coraz mniej mamy wyboru, kogo zapraszamy do zespołu – oskarżenia o faworytyzm i nepotyzm zawsze są za rogiem. I w ten sposób nauka coraz bardziej przestaje być mało płatną oazą wolności, ale staje się drogą przez mękę. Ot, taki wpis optymistyczny.

 

(Nie)fart

Trzy.14 uprzedził mnie zwracając uwagę na najnowszy wpis na blogu, który śledzę.  Autor przedstawia chłodną kalkulację pisania po polsku i po angielsku. I jest to właśnie kalkulacja, a nie okrzyki, dlaczego po angielsku jest lepiej, a po polsku gorzej.

 

Oto prosty przykład: napisałeś książkę po polsku, ale to jednak poźniej napisana, powiedzmy, „tematycznie i „wynikowo” podobna książka po angielsku jest ważniejsza. Problem pierwszeństwa pojawia się bowiem jedynie w Polsce, poza Polską książka po polsku nie istnieje. Najgorsze jest jednak to, że nie mówimy tu moim zdaniem o żadnej nieuczciwości. Autor książki po angielsku przedstawia swoje dane, swoje argumenatcje, tak sie tylko składa, że jego badania dały podobne wyniki, co badacza z Polski. Tyle że polskie wyniki właśnie nie istnieją. Staną się, jak pisze profesor, przypisem w książce po angielsku. Sprawiedliwe? Zapewne nie. No ale czy życie akademickie od razu musi być sprawiedliwe?

 

Jeśli ktokolwiek miał wątpliwości, czy warto publikować w języku międzynarodowej nauki, to linkowany wpis rozwiewa wiele wątpliwości. A to dlatego, że zazwyczaj mówi się o recenzjach, o cytowaniach, o uczciwości. Wpis w ogóle tego nie porusza. Wskazuje bowiem na prostszą i bardziej fundamentalną regułę – nie wchodząc w obieg nauki zrozumiałej międzynarodowo, nie istniejesz (w niej). A konsekwencje tego są takie, że nawet jeśli odkryjesz coś, to jeśli będziesz miał szczęście, nikt o tym nie będzie wiedział. Jeśli będziesz miał pecha, to w glorii chwały będzie chodzil kto, kto odkrył to po tobie.

Potop

Poprzedni wpis był złośliwy, to dzisiaj refleksyjny. Pod jednym z poprzednich postów wywiązała się dyskusja na temat odrzuceń, których ‚doświadczamy’. Jedni mówili o kilku, inni o znacznie większej liczbie odrzuceń. Ja raczej stoję po stronie tych z większą liczbą, licząc każde odrzucenie po drodze jako odrzucenie. Jakiś czas temu jednak przeczytałem na jednym z blogów, które śledzę, wpis zwracający uwagę na dodatkowy aspekt publikacji. Autor mówi o tym, co się dzieje, gdy to, co napisaliśmy już się ukaże.

 

Mam wrażenie, że dzisiejsza nauka (nie tylko polska zresztą) polega głównie na tym pierwszym – na publikacji, a po publikacji to choćby potop. Choć upraszczam, to jednak słaby artykuł, jeśli tylko opublikowany jest za odpowiednie kudryki czy IFy, liczy się tak samo jak ten, który porusza Ziemię, przynajmniej na początku. Nikt nie pisze przecież recenzji artykułów, a cytowanie negatywne liczy się tak samo jak cytowanie pozytywne.

 

Nie pamiętam, kiedy ostatnio martwiłem się, jak zostanie przyjęty mój artykuł. Tak, chciałbym żeby został przyjęty jako przełomowy, jednak nie zastanawiam się w ogóle nad tym, czy ktoś może pomyśleć, że to knot. Jak pomyśli, to szkoda, ale trudno. Bywa. Nie zazdroszczę autorowi bloga jego rozterek i obaw, wcale ich nie chcę. Mam jednak wrażenie, że coś tracimy nie mając ich. Nawet jeśli tracimy „tylko” debatę.

Sztuka pisania

Jakis czas temu dostałem do przeczytania nieopublikowaną jeszcze recenzję habilitacyjną. Dokument jest ciekawy głównie dlatego, że jest to dokument dyplomatyczny. Gołym okiem widać bowiem, że recenzent nie siedzi w działce habilitanta. Recenzja zawiera kilka ogólników wziętych albo z autoreferatu, albo ze streszczeń recenzowanych prac. Prawie dziesięciostronicowa recenzja zawiera dosłownie jeden akapit na temat tego, co zrobił habilitant. Mój korespondent wskazuje na ten fakt zadając pytanie o sens pisania takich recenzji, wskazując jednak, że konkluzja recenzenta jest jak najbardziej uzasadniona.

 

Recenzji, w których widać, że recenzent nie jest specjalistą w tym, co robi habilitant, jest oczywiście wiele. Czy każda jednak jest bez sensu? Otóz nie jestem tego taki pewien. 

 

Po pierwsze dlatego, że myślę, że ważniejsze jest to, by recenzent rozumiał, jak się uprawia naukę, bo to, po drugie, pozwala wyrobić sobie zdanie na temat dorobku habilitanta. A do tego, by wyrobić sobie zdanie na temat dorobku, nie trzeba siedzieć dokładnie w tym, co habilitant robi. I tak, nawiasem mówiąc, czyta się recenzję, którą dostałem. To bardziej recenzja dorobku i jego (tematycznej) pozycji w dyscyplinie.

 

Czy taka recenzja ma sens? Moim zdaniem, tak. Ale z pewnością otwiera ona (po raz kolejny) dyskusję, co oceniamy w recenzjach habilitacyjnych.

 

PS. Właśnie dowiedziałem się, że wpis został odebrany jako pesymistyczny. Nie miał taki być! (PS dedykuję prof. Piotrowi Stecowi).

Autopromocje

Wakacje, więc pozwalam sobie na kolejny off-topic. Przez mojego Twittera przewinął się właśnie link to następującego artykułu. Okazuję się, że, szanse są, że cytuję się częściej i intensywniej od moich koleżanek. Autorzy artykułu sugerują pięc mechanizmów, które mogą być odpowiedzialne za ten stan rzeczy

a. mężczyźni wyżej oceniają swe zdolności

b. kobiety są silniej penalizowane za autopromocję

c. mężczyźni mają węższe specjalizacje

d. mężczyźni publikują więcej

e. publikacje mężczyzn są bardziej różnorodne.

 

Oczywiście odniosłem ten artykuł do tego, co sam robię. Otóż, podejrzewam, że jak wszyscy, cytuję swoje wcześniejsze prace. Kluczowym kryterium jest relewancja. Innymi słowy, cytuję swoje prace, gdy ma to sens. I jest to warunek konieczny autocytowań. Gdy jednak spojrzałem sobie (metaforycznie, gdyż nie udałem się do lustra) w oczy, odkryłem, że w przypadku części autocytowań mógłbym z powodzeniem zacytować co innego. Jednak nie robię tego.

 

Wyszło mi na to, że autocytowanie to również autopromocja. No to zacząłem się zastanawiać, czy to coś złego, coś, co powinieniem zmienić. I tu moja odpowiedź mnie zaskoczyła. Otóż jak bym do tego nie podchodził, wychodziło mi, że nie. Jest OK, niczego zmieniać nie będę. 

 

Postanwowiłem się jednak tym podzielić, na wypadek gdyby moje praktyki były godne potępienia.

 

 

Konferencje

Zainspirowany kolejnym wpisem dotyczącym referatów na konferencjach, postanowiłem dodać swoje 3 i pół grosza z perspektywy nauki polskiej (choć niekoniecznie z własnych doświadczeń konferencyjnych):

 

1. To, że nauka polska nie podjęła jeszcze jakiegoś problemu, wcale nie oznacza, że autor dokonuje odkrycia naukowego.

2. Literatura przedmiotu rzadko ogranicza się do piśmiennictwa w języku polskim.

3. Prezentowanie referatu po angielsku zazwyczaj wymaga podstawowych kompetencji w tym języku (np. rozumienia pytań).

 

A oto jeszcze pół grosza:

 

Tytuł profesorski nie upoważnia do wypowiadania się na dowolny temat po referacie, zazwyczaj uniemożliwiając się wypowiedzenie innym słuchaczom.

 

Tego wpisu by nie było, gdyby nie moja mama i tata (wujowi Ryszardowi również dziękuję), którzy pokazali mi słowo pisane. Dziękuję nauczycielom w szkole podstawowe, którzy nie zniszczyli mojego dociekliwego umysłu. Dziękuję też niezliczonym już habilitantom, a także recenzentom oraz członkom komisji, w tym Komisji Centralnej, których radosna twórczość pozwala mi nadal opisywać ich pracę. To ich niestrudzony trud staje się kamieniem węgielnym zdecydowanej większości moich wpisów.

Koń i ranking

Oto moje trzy grosze na temat (międzynarodowych) rankingów uniwerystetów, o których dyskutowano niedawno na DNU. Czy miejsce w rankingu powinno być cele samym w sobie?

 

Odpowiedź na to pytanie wydaje się oczywista – nie, nie powinno. Ranking to szczególny sposób oceniania uczelni i do pewngo stopnia przynamniej można stworzyć ranking, który spowoduje, że (prawie) dowolna uczelnia stanie na jego czele lub przynajmniej w czołówce. Rankingi uczelni  nie maja znaczenia i są one podobne do setek rankingów ustawiających kolejki piosenek, filmów czy książek. Jednak żaden ranking tudzież ich seria nie przekona mnie do przeczytania Ulissesa Joyce’a.

 

Problem w tym, że moje zdanie, tak jak i podobne zdanie wielu innych osób, nie ma znaczenia. Potencjalni studenci, doktoranci i inne osoby kierują się takimi rankingami w wyborze uczelni. Wspierając ich w wyborze, rankingi dają im poczucie, że ich wybór jest obiektywniejszy. Pracodawcom z kolei dają poczucie, że zatrudniają świetnych pracowników. A jeśli tak, miejsce w rankingu, bez względu na to, czy to sensowne czy nie, staje się ważne i doniosłe. To ono przynajmniej wyznacza wartość uczelni.

 

Pytanie, które zatem warto sobie zadać jest o to, czy warto się kopać z koniem. Odpowiedź jest prosta: nie, nie warto. Warto natomiast walczyć o lepszą pozycję  w rankingach. Tak, pomimo tego, że to raczej bez sensu.