4N

Dostałem dzisiaj maila w sprawie przygotowań do kolejnej parametryzacji. Mój korespondent pyta, czy komentowano na blogu lobbowanie pewnego profesora nauk ścisłych, który forsuje przyjęcie liczby publikacji 2N. Jego jednostka wypadłaby gorzej przy przyjęciu 3N. Autor listu zwraca uwagę, że dobrym ośrodkom powinno zależeć na liczbie 4N, która oznacza, że 'prawie każdy’ pracownik ma wkład w parametryzację.

 

Dodałbym, że mogłaby być to definicja dobrego ośrodka – wynik parametryzacji to zasługa (prawie) wszystkich, a nie tylko wybranych kilku.

 

Co do dyskusji, jakiś czas temu rozmawialiśmy na temat liczby publikacji. O ile pamiętam, nie bylo rozmowy na temat dyskusji zakulisowych. Może teraz?

Zespół punktacyjny

Dr Kulczycki zapowiada nową listę czasopism, celnie komentując propozycje zmian. Ja jednak o czym innym. A mianowicie o tym, że mam wrażenie, że zdążyliśmy się już przyzwyczaić do tego, że grupa osób ustala punktację czasopism, a przez to jakość naszych publikacji. Zanim to skomentuję: uważam, że czasopisma różnią się od siebie, są czasopisma lepsze i są gorsze. Uważam tak, chociaż publikacja artykułu w lepszym czasopiśmie nie daje gwarancji, że będzie on lepszy od wszystkich artykułów w gorszym czasopiśmie. To i tak nie zmienia tego, że również czasopisma (a nie tylko artykuły) różnią się od siebie jakością.

 

Skoro tak jest, można się zastanawiać, w jaki sposób zoperacjonalizować te różnice. Najczęściej spotkać się można chyba z dwoma sposobami. Pierwszy to bibliometria (oddawana na przykład za pomocą współczynnika wpływu (IF)), drugi to ocena recenzenta, który jako ekspert dokonuje osądu w sprawie jakości czasopisma. W Polsce jednak „przyjęliśmy”, że jakość czasopisma wyznaczana będzie punktacją ustalaną przez zespół do tego powołany, którego członkiem jest zresztą cytowany wcześniej dr Kulczycki. 

 

I ja mam z tym coraz większy problem. Idzie mi o to, że zespół oznacza, że ani nie przyjmuje się 'obiektywnych’ wyznaczników, ani nie opiera się na zdaniu konkretnego recenzenta, który, jako osadzony w dyscyplinie ekspert, będzie potrafił takiej oceny dokonać. A jeśli tak, to przestrzeni do przeróżnych tendencyjności, skrzywień, błędów i wypaczeń aż za dużo i to nawet przy założeniu, że zespół uczciwie i rzetelnie do swej pracy podchodzi (a nie ma powodów sądzić, by było inaczej).

 

Dla mnie ten zespół to (przy pewnych zastrzeżeniach) wieloosobowy odpowiednik  wielokrotnych recenzentów habilitacyjnych, którzy swymi recenzjami mają potężny wpływ na priorytety, trendy, problemy dyscyplin, w których recenzują. Podobnie jest z zespołem punktacyjnym. Wyznacza on przecież nie tylko to, gdzie warto publikować, gdy się uprawia naukę w Polsce, ale również jaka jest relacja między publikacją w czasopiśmie X i Y. Dla przykładu, wielokrotnie podkreślano, że punktacja na listach A i C jest zbyt spłaszczona. I że publikacja przysłowiowym 'Nature’ to nie jest to samo 3-5 publikacji w innych czasopismach.

 

Nie jestem zwolennikiem bibliometrii. Jednak jeszcze bardziej nie odpowiada mi grupa 12 osób, która decydować będzie o tym, jak warto uprawiać w Polsce naukę. W ocenę pojedynczych ekspertów niestety zupełnie nie wierzę. Kółko niestety sie zamyka w ten sposób i poza tym, że nie za bardzo mi odpowiada zespół, to nie mam pomysłu na nowe rozwiązanie. 



Niedobra zmiana

Dr Kulczycki komentuje pierwsze przymiarki do następnej parametryzacji. Zgdzając się z jego ocenami, chciałbym dodać trzy komentarze.

 

1. Spłaszczenie wyników, o których mówi, należy widzieć w kontekście deklaracji o dążeniu ku standardom międzynarodowym. Zmiana z 3N na 2N jest zmianą w odwrotnym kierunku. Podobną zmianą jest zresztą uznaniowość w ocenie monografii.

 

2. Dużo gorszą zmianą jest jednak włączenie oceny eksperckiej. Ocena 'parametryczna’ będzie  uznaniowa. I choć są parametryzacje oparte na ocenie eksperckiej – najoczywistszym przykładem jest parametryzacja brytyjska – to moim zdaniem polska nauka w żadnej mierze nie jest gotowa do takiej oceny. Nawiasem mówiąc, w dzisiejszym klimacie politycznym, ocena ekspercka może być arcyciekawa (szczególnie w naukach prawnych).

 

3. Jakiś czas temu były też propozycje uzależniania najwyższych ocen od wkładu w 'dziedzictwo narodowe’, często widziane jako sposób na niedopuszczenie jednego z wydziałów SWPS na pierwsze miejsce w społ-humach. Ciekawe, co się z tym stało.

 

 

Wszystko przez psychologów

Dzięki prof. Śliwerskiemu zainteresowałem się najnowszym stanowiskiem Komitetu Socjologii PAN. Na ostatnim zebraniu, w lutym 2014 roku, KS PAN podzielił się ze światem opinią na temat stanu polskiej humanistyki. Uderzył mnie jeden zarzut socjologów. Otóż wg nich:

 

W NCN nauki społeczne i humanistyczne zostały zmajoryzowane przez psychologię, ze względu na przyjęte kryteria parametryzacyjne.

 

Musiałem sprawdzić, co to znaczy 'majoryzować’ i wydaje mi się, że idzie o to, że biedni socjologowie są oceniani według wizji nauki proponowanej przez psychologów. Okazuje się, że humanistyka nie tylko sprzeciwia się wizjom nauk 'ścisłych’, ale również sprzeciwia się tej humanistyce, która usiłuje wyjść z powiatu. Już dawno temu napisałem tu, że fizycy piszą po angielsku w świecie, psychologowie też piszą po angielsku, ale w obiegu (przynajmniej) krajowym, historycy z kolei piszą po polsku w powiecie. Jako że socjologowie stoją chyba w rzędzie z historykami, to nie chcą być oceniani podług kryteriów „psychologicznych”. No i protestują.

 

Bez wątpienia też dużo łatwiej zmienić kryteria oceny niż opublikować coś poza Piotrkowem Trybunalskim.

 

Spróbujcie!

Profesorom odpowiedział doktorant. A napisał tak:

 

Nagle okazuje się, że sama habilitacja czy profesura nie są już wyznacznikiem autorytetu, jeśli nie jest się cytowanym w swojej dyscyplinie. Że nie wystarczy już produkować książek, które na pewno zostaną pozytywnie ocenione w wąskim kręgu recenzentów. Że już nie można pomóc lubianemu adiunktowi, dostrzegając nowatorskość jego artykułu opublikowanego w prowincjonalnym wydawnictwie.

 

Już kiedyś zastanawiałem się nad tym, co pomyślą nasi studenci, gdy zaglądną do naszych habilitacji. Jeden właśnie zaglądnął i nam powiedział, co myśli. Niekomfortowa to lektura, szczególnie, że cios wymierzony jest celnie. On mówi właśnie o tych wszystkich powiatach, województwach i innych lokalnościach, w których produkowane są habilitacje i profesury. Mówi o profesorach (uczelnianych i belwederskich), którym nie udało się opublikować w obiegu międzynarodowym. On nas nie chce szanować za to, ile literek mamy przed nazwiskiem. Świetnie podsumowuje utytułowanych krytyków, mówiąc:

 

Jeśli ktoś obśmiewa listę filadelfijską, niech spróbuje opublikować artykuł w zagranicznym czasopiśmie.

 

Pisze to, warto zauważyć, pomimo tego, że jeszcze na tejże liście nic nie opublikował (wyguglowałem go). Może dlatego docenia, że nie tak łatwo się tamże znaleźć. Odrzucony kolejny artykuł uczy pokory.

 

Łukasz Budzicz wypowiada się również o tym, o czym tu dyskutuje się od dłuższego czasu:

 

Jednak mając do wyboru niedoskonały system oparty na ocenie ilościowej (taki jak teraz), system oparty na ocenie jakościowej (która sprowadza się do tego, że ważne szychy oceniają uczelnianych kolegów lub wrogów) albo system bez żadnej oceny (wszyscy dostają po równo), nie mam wątpliwości, który jest najlepszy.

 

Może on po prostu nie chce musieć mieć promotora, sponsora, wspieracza. Chce liczyć na siebie. Co bardzo ciekawe, zgadza się z nim nawet prawnik. Osobiście też wolę punkty od kolesiów, od tych co mówią 'wicie, rozumicie’, którzy sami sobie wyznaczają standardy i stanowią 'komitet kolejkowy’ postępowań habilitacyjnych.

 

Od siebie dodam, że wolałbym też, żeby nie było profesorów, których dorobek jest mizerniejszy od co ambitniejszego adiunkta, a i (widziałem na własne oczy) doktoranta.