Bez wodki nie razbieriosz

Oto pierwszy wpis w roku 2020. Chciałbym przypomnieć, że założyłem tego bloga w 2012 r. W najśmielszych marzeniach nie sądziłem….Ostatnio na blogu odnotowuję ok. 10 tysięcy odsłon tygodniowo. Ostatni rok to 380 tysięcy odsłon przy 15 tysiącach użytkowników. Miesięcznie pojawia się ok. 2-2.5 tysiąca  komentarzy (ale są znaczne różnice między miesiącami).

Blog jest czytany głównie w Polsce, a pierwsza 10 krajów to USA, Niemcy, Wielka Brytania, Hiszpania, Włochy, Kanada, Szwecja i Francja (na 10 miejscu jest kraj nieokreślony). Warto dodać, że w zeszłym roku na bloga weszli użytkownicy z 82 krajów, w tym z Togo, Uzbekistanu czy z Wybrzeża Kości Słoniowej.

A teraz wpis.

Nadrabiam zaległości w czytaniu blogu prof. Śliwerskiego. Piętnuje on ostatnio pseudonaukę i wszelkie inne nieetyczne patologie naukowe. Zastanowił mnie jednak jeden z wcześniejszych wpisów, w którym pedagog recenzuje artykuł, uwaga, zwykłego magistra. Wszak autor nie może być po prostu autorem, autor dla naszego pedagoga musi zostać zidentyfikowany stopniem/tytułem. Tak, żebyśmy mogli od razu wiedzieć, z kim mamy do czynienia.

Śliwerski pisze tak:

W najnowszym numerze kwartalnika Polskiej Akademii Nauk – NAUKA (4/2019) został opublikowany interesujący tekst socjologa – mgr. Łukasza Remisiewicza z Uniwersytetu Gdańskiego, który – choć nie rozumie w pełni procedur w postępowaniach habilitacyjnych, gdyż sam nie przeszedł jeszcze przez pierwszy próg – to jednak, pomimo słabych miejscami analiz i interpretacji przeprowadził niezwykle ważne badanie dokumentacji 196 postępowań habilitacyjnych z socjologii.

Nie napiszę, że nie wierzę własnym oczom, bo na blogu superpedagoga nie takie rzeczy już czytałem, jednak zaskoczyła mnie teza, że ktoś, kto nie ma habilitacji, nie może zrozumieć jej procedur. Usiłuję sobie wyobrazić konsekwencje tej tezy.

Myślę o tych wszystkich  habilitantach, którzy jak dzieci we mgle naiwnie myślą, że pojęli, o co idzie, a przecież, durne pały, nie mogli, bo tejże habilitacji jeszcze nie mają. Tylko doktor habilitowany może w pełni rozkminić habilitację, a i tak nie wiadomo, czy bez wódki to by się udało.

Jednak mój post nie ma być jedynie okazją do nabijania się ze prof. Śliwerskiego. Otóż przyznam szczerze, że mnie wkurza bardzo, jak to człowiek, który trzęsie polską pedagogiką argumentuje ad hominem. Czy naprawdę w rozumieniu argumentacji autora Remisiewicza potrzebna jest ta wrzuta, że on nie rozumie, bo on zwykły magister?

Prof. Śliwerski co rusz pisze o etyce, widząc wszędzie zabrudzone oczy, a może by tak się zastanowił nad belkami w swoich. Na przykład nad wpisami takimi jak ten z dość marną polemiką z dr Grubą. Bo przecież nie da się polemizować bez szafowania kompromitacją, a jeszcze, hahahaha, zamiast odmieniać nazwisko ‚Gruba’ jak nazwisko, lepiej jeszcze przywalić jej odmianą jak przymiotnika. Nie znam się, ale wydaje mi się, że przywalimy dr Grubie, a nie dr Grubej, nie? Ale to drugie jest przecież fajniejsze. Jakiż zabawny ten post…..I jakoś kodeks etyczny niedawno cytowany na blogu nie przeszkadza recenzować członkowi CK a teraz RDN postępowań habilitacyjnych….bo przecież o dobro nauki tylko chodzi!

Kończę wpis,  dedykując znaną balladę Jana Kaczmarka doktorantom i habilitantom, którzy myślą, że rozumieją….Oj naiwni, naiwni…. Może to właśnie o nich śpiewał mistrz Kacz Marek.

 

Kompromitacja bez trybu

Profesor Śliwerski postanowił zrecenzować książkę. Smaczku tej ‚recenzji’ dodaje fakt, że jest to książka w postępowaniu habilitacyjnym, któremu Pan Profesor przewodniczy (strony CK nadal nie zawierają dokumentów, które kończą postępowanie). Postanowiłem napisać o tym, bo mnie szlag jasny trafił.

Po pierwsze, uważam, że wypowiedź przewodniczącego komisji habilitacyjnej (a przy okazji członka CK) na temat prowadzonego postępowania, jest skandalem. Tak, rozumiem, że być może postępowanie się już zakończyło, tylko jeszcze dokumenty nie pojawiły się na stosownych stronach internetowych, jednak dla nas, postronnych osób, postępowanie trwa. Postępowanie trwa, a przewodniczący pisze niezwykle negatywną recenzję osiągnięcia w tymże postępowaniu. Ot, tak, se pisze, bez typu.

Po drugie uważam, że przewodniczący komisji habilitacyjnej nie powinien się w ogóle wypowiadać na temat  postępowania, któremu przewodniczył. Pisanie dodatkowej recenzji habilitacyjnej  jest nieprofesjonalne, nieetyczne, skandaliczne. Naczelny Pedagog Kraju postanowił powiedzieć światu, jak jest naprawdę. Może prof. Śliwerski powinien stać się Naczelnym Recenzentem Kraju.

Po trzecie,  to jednak ton tej ‚recenzji’ jest szczególnie skandaliczny. Szlag mnie trafia, gdy czytam o tym, że autorka się skompromitowała. Ba, skompromitowała naukę w ogóle.  Żałosne są takie teksty od profesora tytularnego, którego sława zdaje się nie wychodzić poza granice Słowacji, który, o ile się nie mylę,  po angielsku ani be, ani me, ani kukuryku, który chyba  nie zdołał jeszcze dołączyć do międzynarodowej pedagogiki. I skoro już koniecznie trzeba o kompromitacji, to moim zdaniem, jedyną osobą która się skompromitowała, jest pedagog wszystkich pedagogów.

 

 

 

Petycja

Prof. Śliwerski opublikował listę uczelni z prawem nadawania stopni naukowych z pedagogiki. Wpis jak wpis, nie ma za bardzo o czym dyskutować. Ciekawe są jednak komentarze pod tym wpisem. Otóż komentujący uważają, że owe 22 uczelnie mające prawo do nadawania stopni to, jak napisał jeden z komentatorów, liczba patologiczna. Dodaje przy tym, że liczbą pożądaną byłoby 10 uczelni z prawem nadawania doktoratów oraz 3-4 z prawem do nadawania habilitacji. Inny komentujący podbija stawkę, pisząc, że lepiej by było, gdyby uprawnienia do nadawania doktoratu miało 5 uczelni, a do habilitacji 3.

A ja na to powiedziałbym, że może już lepiej będzie, jak stopnie będzie nadawał tylko prof. Śliwerski na czele Komitetu Centralnego Pedagogiki. I może na tym blogu powinna mieć początek petycja o stworzenie stanowiska Naczelnego Pedagoga Kraju, którego głównym obowiązkiem będzie nadawanie stopni naukowych. Niech powstanie Doborowy Urząd Pedagogiki Akademickiej, pod przewodnictwem Naczelnego Pedagoga Kraju, który będzie trzymał piecze jakością polskich stopni pedagogicznych.

Zupełnie nie rozumiem zapędów pedagogów (choć komentujący wcale nie muszą być pedagogami, prof. Śliwerski znany jest z tego, że nie dopuszcza komentarzy, z którymi się nie zgadza) do tego, by centralizować władzę i prawo do nadawania stopni. Przecież taka centralizacja prowadzi jedynie do potężnego wpływu kilkudziesięciu osób na całą dyscyplinę w Polsce.

Tak jak patologią jest to, że jedna osoba pisze kilkadziesiąt, a nawet kilkaset recenzji habilitacyjnych, tak jeszcze większą patologią byłyby, na przykład, 3 uczelnie, które decydowałyby o tym, kto zostanie doktorem habilitowanym w danej dyscyplinie w Polsce. To władza, na którą nie zasługuje żadna uczelnia,  ba, żadna uczelnia takiej władzy nie powinna mieć.

Im więcej uczelni ma prawo do nadawania stopni naukowych, tym, moim zdaniem, lepiej. I jedyne, nad czym powinniśmy się zastanawiać to to, czy te stopnie nadawane są rzetelnie.

Perła w zasłonie

Prof. Śliwerski piętnuje. Piętnuje wszystkie dyscypliny po kolei. Spod zasłony hańby wyłania się jedynie pedagogika. Bowiem:

 

Pedagogika jest jedyną dyscypliną naukową w dziedzinie nauk społecznych, której środowisko jest na bieżąco informowane o wszelkich patologiach, dysfunkcjach oraz stanie postępowań awansowych. My publikujemy raporty na ten temat. Pozostałe środowiska okrywają haniebne zjawiska”zasłoną milczenia”, którą od czasu do czasu zrywają albo sami zainteresowani, a skrzywdzeni, albo przedstawiciele mediów.

 

Aż mi się zakręciła łza w oku. Pedagodzy publikują raporty, jednak profesor pedagogiki nie uchyla rąbka tajemnicy i nie mówi nam, co z tych raportów wynika. Przecież pedagogika polska, poza kilkoma chlubnymi wyjątkami, to nauka wojewódzka, która nie dość, że nie bierze udziału w jakiejkolwiek debacie międzynarodowej, to nawet tych debat nie czyta, bo przecież najpierw, jak to kiedyś pisał Pedagog, trzeba te debaty przetłumaczyć na nasze.

 

Ale prof. Śliwerski ma również rację. Habilitacje z nauk społecznych i humanistycznych, w tym z pedagogiki, niejednokrotnie gościły na łamach tego bloga. I była to nierzadko lektura żałosna. Opisana tu wiele miesięcy temu habilitacja z pedagogiki, jak ją Profesor określił, na światowym poziomie, miała jeden (słownie: jeden) artykuł w czasopiśmie średniomiędzynarodowym. Widzieliśmy tu mizerię i miernotę, na widok której nawet ludzkie pojęcie nie chce już przechodzić.

 

I ja mam tutaj pytanie. To co w tej sprawie, do ciężkiej cholery, robi prof. Śliwerski, w poprzedniej kadencji członek Prezydium Centralnej Komisji? Co zrobiła reszta jego kolegów z CK. Ba, co zrobił prof. Śliwerski, który brał udział w wysokich kilkudziesięciu postępowań habilitacyjnych z pedagogiki i jest Przewodniczącym pedagogicznego Komitetu Naukowego PAN? Tak, profesorowi w tym wieku trudno się po angielsku nauczyć, ale może chociaż młodzieży by zasugerować, np. na corocznych szkołach letnich, które Pan Profesor radośnie co roku opisuje?

 

Jojczeć na temat poziomu doktoratów, habilitacji i profesur jest dość łatwo. Zrobić coś w tej sprawie jest znacznie trudniej. I nie, pisanie nieformalnych recenzji habilitacyjnych na blogu nie jest ‚robieniem czegoś’. Jest fochem strzelonym po tym, jak komisja ośmieliła się wbrew Naczelnikowi zagłosować. Pan przestanie gadać, Panie Profesorze, Pan coś zrobi!

 

Nieposłuszność i niewierność

Off-topic. Przesłano mi właśnie maila z zaproszeniem (dla mojego korespondenta) do udziału w konferencji pt. „Sprawności moralne w wychowaniu: odpowiedzialność – wierność – posłuszeństwo”, organizowanej przez Katedrę Pedagogiki i Katechetyki Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Szczecińskiego.

 

Pedadogiem i katechetą, na szczęście, nie jestem, jednak swój rozum mam. I ja wolałbym, żeby dzieci uczono odwrotności wierności i posłuszeństwa. Ja chciałbym, żeby dzieci uczyły się przede wszystkim nieposłuszeństwa, krytycznego myślenia, rzucania wyzwań mądrościom mądrych! Niech to krytyczne myślenie będzie podstawą nauczania, a nie wierność komukolwiek i czemukolwiek.

Władza i obowiązki

Profesor Śliwerski postanowił się podzielić ze swymi czytelnikami wpisem-recenzją. Już sam tytuł wskazuje, co pedagog myśli o opisywanej książce: O kompromitowaniu badań pedagogicznych, które z pedagogiką niewiele mają wspólnego. I już mi było prawie żal pedagogiki, która została skompromitowana przez autorkę książki. 

 

Sam, co prawda, nie pisałbym o kompromitacji autorki, bo takie wyrażenia więcej mówią o ich autorze niż o recenzowanej pracy, jednak nie zwróciłbym uwagi na tę recenzję (pedagogowi może się książka nie podobać), jednak przyszła mi do głowy pewna myśl. Otóż pomyślałem sobie, że książka pedagożki jest jej habilitacją, a wypowiada się o niej pedagogiczny tuz habilitacyjny i członek Centralnej Komisji. Szybko okazało się, że mam rację. Książka nie tylko była częścią postępowania habilitacyjnego, to na dodatek, prof. Śliwerski był przewodniczącym komisji. Na dodatek, żeby było jeszcze śmieszniej, Pan Profesor został nawet wpisany uchwały, że rada nie tylko wysłuchała trzech pozytywnych recenzji, ale również dwu negatywnych opinii, w tym opinii naszego pedagoga.

 

Jestem mocno zniesmaczony wpisem Śliwerskiego. Wypisywanie tak ostrej i personalnej recenzji habilitacji, w której się uczestniczyło, jest moim zdaniem nieprofesjonalne. Nie znam oczywiście motywacji pedagoga, jednak recenzja może wskazywać, że Pan Profesor się po prostu obraził, że komisja i rada zagłosowała wbrew jego opinii. I postanowił przywalić już zupełnie bez trybu. Przecież standardów wspaniałości pedagogiki trzeba bronić, a któż broniłby ich lepiej?

 

Nie mam pojęcia, czy prof. Śliwerski ma rację pisząc swą recenzję, byc może ma. Nie interesuje mnie to. Profesor pedagog miał okazję do tego, żeby przekonać komisję, której przewodniczył oraz radę wydziału, która głosowała. I skoro się mu nie udało, to sprawa powinna być dla niego zamknięta. Wypisywanie o kompromitujących badaniach jest żałosne. Jest to szczególnie żałosne, że pisze to wszystko człowiek, który ma wielką władzę w polskiej pedagogice. Z władzą przychodzą obowiązki, również obowiązki siedzenia cicho.

 

 

Pogadać każdy może

W jednym z niedawnych postów prof. Śliwerski postanowił ponarzekać na coraz gorszy poziom habilitacji. Profesor okrasza swój post kilkunastoma tyle smakowitymi, co oburzającymi fragmentami z recenzji i innych dokumentów z postępowań habilitacyjnych. Śliwerski ma bez wątpienia wiele racji.

 

A jednak jakoś mi się ten post nie podoba. Bowiem pedagog piętnuje socjologię, nauki filologiczne oraz historię, kończąc na małej szpili w nauki o polityce. A ja bym zapytał: a gdzie, do cholery, pedagogika? Znaczna część omawianych na tym blogu koszmarków habilitacyjnych jest z pedagogiki, a w poście pedagoga o pedagogice ani mru mru? No może by tak Pedagog nie zajmował się historią, a popatrzył najpierw na to, co się dzieje wokół niego.

 

Nie podoba mi się jeszcze jedna rzecz. Profesor pisze:

 

Każdy uczony jest odpowiedzialny za rzetelność, uczciwość i wysoką jakość własnego dorobku naukowego. Kiedy ubiega się o stopień doktora habilitowanego, prawda wychodzi na jaw. Nie ma miesiąca, by nie doświadczać żenującego poziomu publikacji niektórych nauczycieli akademickich, którzy uważają, że skoro procedura jest bez ich udziału, to nie muszą wstydzić się za to, co przedkładają komisji habilitacyjnej. Wychodzą zapewne z założenia – NIECH SIĘ WSTYDZI TEN, KTO WIDZI. 

 

Tak, każdy uczony jest odpowiedzialny, ale jakoś mi się wydaje, że prof. Śliwerski, recenzent w 100 postęowaniach doktorskich i habilitacyjnych, na dodatek członek CK i Komitetu Pedagogicznego PAN, jest odpowiedzialny w dwójnasób. Szlag mnie trafia, gdy człowiek, który w co trzecim poście implikuje, jak należy uprawiać pedagogikę, nie poczuwa się do żadnej odpowiedzialności za jakość postępowań awansowych.

 

Gdy zapytałem prof. Śliwerskiego, co robi jako członek CK, zablokował mnie na Twitterze. Ponawiam pytanie: co Pan robi, żeby to, o czym Pan pisze, znikło z nauki polskiej w ogóle, a z pedagogiki w szczególności?

 

Krasula w otchłani

Zebrało się kilka spraw, więc piszę post w odpowiedzi. Po pierwsze, chciałbym zwrócić uwagę na harmonogram (tu linka do strony wydziałowej) przebiegu w postępowaniu habilitanta z poprzedniego wpisu. Moim zdaniem, to skandal, że postępowanie opóźniło się aż o 10 miesięcy przez zmianę recenzenta. Oczywiście zmiana mogła wynikać z choroby czy innych ważnych powodów, jednak prawie rok na to, żeby to załatwić, to cyrk na kółkach!

 

Po drugie, pojawił się zarzut o anonimowym, powiedzmy, sądzie kapturowym. Nie zgadzam się z tym zarzutem. Ani w moim wpisie, ani w dyskusji nie pojawiły się, jak sądzę, żadne wycieczki osobiste. Natomiast autoreferat jest dokumentem publicznym i każdy habilitant musi się liczyć z tym, że może on zostać poddany publicznej ocenie. I tak, ta ocena moze oznaczać wyśmianie. Proszę zwrócić uwagę, że mój post dotyczył jedynie autoreferatu. A ten autoreferat jest, moim zdaniem, żenujący. Jednak ja nie chcę przez to powiedzieć nic o samym uczonym. Mówiąc szczerze, że wystarcza zupełnie to, co on sam mówi. Podobnie zresztą oceniami i czasem wyśmiewamy recenzje habilitacyjne.

 

Po raz kolejny chcę podkreślić, że ten blog nie jest pręgierzem habilitacyjnym, co wiecej, rozumiem potencjalne konsekwencje bycia bohaterem wpisu i dyskusji na tym blogu. Przwyołuję postępowania (najczęściej już zakończone, rzadko trwające), które budzą mój sprzeciw; nigdy też nie podejmuję decyzji lekko. Z ostrożnością też podchodzę do listów, które dostaję – nie będę narzędziem załatwiania porachunków.

 

Po trzecie, nie za bardzo mam ochotę po raz kolejny zastanawiać się nad wyższością treści artykułu nad miejscem jego wydania. Powiedziano na tym blogu na ten temat wszystko, a nawet więcej niż dało się powiedzieć. Moje stanowisko jest następujące. Tak, wydawnictwo „Szwagier i krasula” może wydać niezwykłą i doniosłą książkę, nawet jeśli to bardzo mało prawdopodobne. Jednak ja mam prawo ocenić wybór, którego ów naukowiec dokonuje. I jeśli tenże naukowiec wydaje swą perłę w wydawnictwie z siedzibą za stodołą, to ja mam prawo się zastanawiać nie tylko nad poziomem sądów tejże osoby, ale również nad tym, czy jego wybory pozwalają mu np. na promowanie doktorantów.

 

PS. W najnowszym wpisie prof. Sliwerski wyzłośliwia się na temat poziomu polskiej psychologii i jej mizernych wyników. Nie mnie oceniać polską psychologię w porównaniu z resztą świata – nie znam się. Jednak, Panie Profesorze, znaj Pan proporcję. Bo jeśli psychologia jest mierna, to dla polskiej pedagogiki brakuje miejsca na dowolnej skali miernoty naukowej. To nawet nie jest dno w porównaniu z psychologią – to otchłań bez dna.

Get a life!

Prof. Śliwerski wrócił z urlopu i już się ekscytuje dyscyplinami naukowymi. Tym razem jednak nie protestuje przeciwko nienaturalnemu dla pedagogiki miejscu na Ziemi – w naukach społecznych, ale wytyka ministerialnym ignorantom (to cytat) skandaliczne tłumaczenie fragmentu o pegagogice.

 

Zanim przytoczę obraźliwy dla pedagoga tekst, chciałbym zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze, pedagog chyba przestał liczyć na ministerstwo, bo zaczyna krytykować obecny rząd (choć krytykowanie ministra Gowina jest tu ambiwalentne i może pedagog dopiero teraz tak naprawdę na ministerstwo liczy?), po drugie, być może Profesor nauczył się angielskiego, którym jeszcze niedawno, zdaje się, nie władał. W przypadku sukcesu lingwistycznego, serdecznie Panu Profesorowi gratuluję!

 

Ale oto tekst, który wzbudził emocje pedagoga:

5.3 Educational science.
Education, general; including training, pedagogy, didactics;
Education, special (to gifted persons, those with learning disabilities);

 

„Ignoranci Gowina” przetłumaczyli go tak:

5.3 Pedagogika
5.3.a Pedagogika ogólna, w tym: szkolenia, pedagogika, dydaktyka
5.3.b Pedagogika specjalistyczna (praca z osobami uzdolnionymi, z osobami mającymi trudności w uczeniu się

 

Co prawda na pedagogice się nie znam, ale z angielskim u mnie nieźle, no i zachodzę w głowę, gdzie tu jest ten skandal nad skandalami? Widzę rzeczywiście to, że oryginał nie zawiera pnumeracji 5.3a i 5.3b, ale nie nazwałbym tego od razu skandalem.

 

Niestety, pedagog-lingwista-anglista-translatolog-świeżo-upieczony nie zechciał się podzielić swymi zastrzeżeniami, ale popodkreślał kilka słów, które chyba mu zaszły za skórę. Nie podoboa mu się tłumaczenie ‚pedagogy’ na ‚pedagogika, ale czy to skandal od razu? No może byłoby lepiej tłumaczyć na ‚metodykę’ ale nie jest to wcale takie oczywiste. Może gdyby zamiast ‚pedagogika’ zaczęto używać ‚studia edukacyjne’, byłoby prościej, no ale wtedy pedagog nie mógłby się nazywać pedagogiem. a to dopiero byłby skandal.

 

Zakładam, że słowo ‚special’ chciałby profesor tłumaczyć na ‚specjalna’, ale w kontekście znów nie jest to takie jasne i oczywiste. Nawet jeśli, skandal nad skandalami to znów nie jest. 

 

Zamiast jednak dyskutować na ten temat, chętnie dałbym profesorowi pedagogiki jedną radę. Po angielsku, a jakże:

 

Get a life, man!

 

 

Dwudziestu ośmiu wspaniałych

Zastanawiałem się nad kolejnym wpisem, aż tu nagle @trzy14 przytoczył kąski bardzo smakowite. Otóż pewien profesor lingwista oburzył się, że inny profesor-lingwista nie dostał grantu z NCN.

 

A przecież, wylicza autor listu oburzonego, zawiedziony (ba, wyklęty) lingwista nie dość, że jest wybitny ogólnie, to na dodatek opublikował on 7 książek w ciągu 10 lat, w tym jedną w języku zagranicznym, która, uwaga, liczyła nie mniej, ni więcej a całe, choć nieokrągłe, 612 stron! Sześćset dwanaście stron! To cała kupa stron i się za nią piątka należy! A jednak dostały one (te strony)  ocenę 4, tak jak, uwaga uwaga, dwutomowe dzieło liczące 70 arkuszy. Prof Bańczerowski zastanawia się przy tym, dla kogo eksperci z NCN rezerwują ocenę najwyższą, jeśli nie dla 70 arkuszy. Bo przecież te 70 arkuszy z całą pewnością przekłada się na tyle stron, że głowa boli! 

 

Sprawa jednak stała się na tyle poważna, że 27 innych (chyba) lingwistów postanowiło wesprzeć profesora i wystosować protest do NCN, w którym zgadza się z jego stanowiskie. Nieprzyznanie grantu profesorowi wybitnemu jest skandalem (to moja interpretacja) i basta! Aż żal że ten list nie wymienia dodatkowych stron opublikowanych przez prof. Bogusławskiego. Mam wrażenie, że jego płodność została tu nieco zlekceważona.

 

 

Ja z kolei, zwykły mały akademicki żuczek, po zapoznaniu się z listami 28 lingwistów mam kilka pytań. Oto one:

 

Czy was, lingwistów, już tak zupełnie pogięło? Oczadziło? Urok ktoś na was rzucił i chcecie się stać bardziej komiczni niż pedagogika? Czy was, mówiąc prawie po żołniersku, popieprzyło?

 

Nie oczekując odpowiedzi, chciałbym zakończyć wpis apelem:

 

Lingwistyko, profesorze Bańczerowski, pozostałych dwudziestu siedmiu wspaniałych, nie idźcie tą drogą. Może szklanka wody, mała wódka, ale ogarnijcie się! Wstyd jednak takie bzdury pisać.