O młotku i kompromitacji

1.  Już miałem pisać o czym innym (mam kilka zaległych listów, o których chcę napisać), jednak wpadła mi w ręce kolejna recenzja habilitacyjna, w której recenzent pisze coś takiego (nie jest to cytat, zbieżność z czymkolwiek jest przypadkowa):

Błędy i niedociągnięcia, o których piszę w tej recenzji, nie wpływają jednak na ogólną jakość rozprawy/dzieła, którą oceniam wysoko.

Niejednokrotnie czytałem zdanie tego typu i za każdym razem wkurza mnie to bardzo. Przecież to oczywista bzdura. Jeśli w pracy są błędy, niedociągnięcia, pomyłki czy inne uchybienia, to w sposób konieczny wpływają one na jakość pracy. W przeciwnym razie, nie warto byłoby się starać, żeby to, co robimy, było bezbłędne, bo nawet jeśli nasza praca jest bliska doskonałej, to nic, bo prace z błędami i uchybieniami, są równie bliskie ideału. Mnie jednak wydaje się, że nie są.

Oczywiście rozumiem, że niedociągnięcia w pracy nie muszą oznaczać, że doktorantowi, habilitantowi czy profesorantowi, stopień czy tytuł się nie należą, ale do cholery, nie udawajmy, że jak ktoś robi błędy w pracy, to to się nie liczy i praca jest jakby bezbłędna. No więc ‚prawie bezbłędna’ czy też ‚tak jakby bezbłędna’ to jednak nie to samo, co bezbłędna i może recenzenci wbili sobie to do głów.

I tak to apeluję do recenzentów, by od czasu do czasu stuknęli się porządnie młotkiem za każdym razem, gdy będą chcieli napisać o tym, że błędy w pracy nie wpływają na jej jakość. Moim zdaniem, jest dokładnie odwrotnie.

2. Skoro już piszę ad hoc, to wspomnę przy okazji, że prof. Śliwerski po raz kolejny uznał za stosowne napisać o kompromitacji dr Gruby (już nie odmienia jej przymiotnikowo, co uznam za swój sukces). Otóż, jak donosi Pan Profesor, dr Gruba poprosiła o to, by podzielono się z nią wydatkami na książki Pana Profesora. Szkoda, że Profesor nie wspomina, iż kwestia finansowania jest tylko częścią wpisu dr Gruby, która wskazuje na przykład, że jego książki nie cieszą się zainteresowaniem czytelników, co wspiera empirią, choć musimy w istnienie tejże empirii wierzyć jej na słowo.

Pedagog uznał prośbę o informację nt finansowania jego dzieł za kompromitację Pani Doktor (nazywając ja przy okazji ignorantką, co raczej świadczy o Panu Profesorze, a nie obiekcie jego ataku) ) i postanowił podzielić się ze światem tymiż wydatkami. Wydatki jak wydatki, jednak  uważam, że jeśli podatnik płaci za wydanie dzieł pedagogicznych nawet najwybitniejszego pedagog kraju, a może i terytorium jeszcze większego to, podatnik ma prawo wiedzieć, na co wydano jego pieniądze. I można by nawet argumentować, że 10 złotych za wydanie każdego z 600 egzemplarzy Pedagogiki ogólnej, to świetny dla podatnika interes. Trzeba jednak przyznać, że fundator tegoż woluminu nie wykazał się zbyt wielką ufnością w sukces dzieła. Trudno bowiem uznać 600 egz. za nakład obfity. Pedagogika ogólna nie znajdzie się na półkach księgarń miast i wsi polskich, z których nie będzie sfruwać jak, nie przymierzając, szybka jak błyskawica jaskółka.

Nawiasem mówiąc,  prof. Śliwerski tak często ‚recenzuje’ książki innych, że nie rozumiem w ogóle, czemu mu tak bardzo przeszkadza mu recenzja jego dzieł. A przecież dr Gruba nie skupia się jedynie na wydatkach (jak implikuje pedagog), a pisze znacznie więcej. Gdzie tu kompromitacja, dalibóg nie wiem. Dodam też, że w swoim wpisie nt książek pedagoga, dr Gruba wskazuje, że nie są to książki badawcze (nie wiem, nie czytałem). Zmartwiło mnie to, bo jeśli recenzentka ma rację,  zastanawiałbym się, czy podatnik powinien finansować publikowanie refleksji pedagoga, czy też pedagog nie powinien zdać się na weryfikację rynkową. Kto wie, być może w przeciwieństwie do podręcznika, inne refleksje sprzedawać się będą jak pączki w tłusty czwartek.

Zakończę nowo utworzoną sentencją: Kto młotkiem wojuje, ten od młotka ginie. I po raz kolejny sugerowałbym Panu Profesorowi zastanowić się o kilka minut dłużej, czy powinien pisać o kompromitacji i o czyjej kompromitacji mu wpis wyjdzie.

W następnym wpisie wrócę do zaległych listów, bo tak czekają i czekają (za co szczerze przepraszam).

Napoleonek

„To nie recenzent ma tłumaczyć się z negatywnej recenzji czyjegoś doktoratu, habilitacji czy wniosku na tytuł naukowy”, pisze w niedawnym wpisie prof. Śliwerski. Po chwili dodaje:

Paradoksem jest to, że ktoś, kto nie zna rzeczywistych osiągnięć naukowych recenzentów swoich rozpraw, ośmiela się kwestionować ich kompetencje naukowe, a nawet brak renomy naukowej, w tym międzynarodowej czy nieizomorficzność specjalizacji do tej, jaką reprezentuje w swoich rozprawach habilitant. Drodzy habilitanci, to wasze osiągnięcia lub ich brak są oceniane, a nie na odwrót. Przydałoby się trochę więcej pokory wobec własnej ignorancji.

Od jakiegoś czasu staram się nie czytać blogu Śliwerskiego. Zbyt mnie irytuje. Od czasu, kiedy  po raz kolejny przeciągnął przez zęby nieudaną habilitację dr Gruby (tu jest ten żałosny wpis), oczywiście odmienianej przymiotnikowo, a nie rzeczownikowo (ale to śmieszne!!!). Po tym wpisie przestałem mieć ochotę na czytanie samouwielbionych wynurzeń naszego Katona polskiej pedagogiki. Ktoś zacytował go dzisiaj czy wczoraj i niestety zaglądnąłem. No i znalazłem kolejne mądrości.

Otóż najwybitniejszy z wybitnych pedagogów najwyraźniej uważa, że recenzenci w postępowaniach awansowych są nieomylni. Nie wolno kwestionować ich recenzji, przecież oni nie mogą nie mieć racji. Recenzent nie musi się tłumaczyć z negatywnej recenzji…

Prof. Śliwerski nierzadko pisze bzdury, jednak czasami sam przechodzi siebie i pisze takie bzdury, że zęby bolą. Otóż wpis, który przytaczam, należy właśnie do takich oto wpisów.

Wbrew temu, co pisze pedagogiczny koryfeusz, recenzent nie tylko powinien się tłumaczyć z negatywnych recenzji, powinien się tłumaczyć z każdej recenzji, którą napisze. Bowiem każdy z nas, kto pisze recenzje, powinien podejmować pełną odpowiedzialność za to, co pisze. A w szczególności za to, że nasze recenzje są rzetelne, uczciwe, nieunikające z konfliktu interesów (w którąkolwiek stronę on by przebiegał), opierające się nie na naszych subiektywnych preferencjach i odczuciach (choć bez wątpienia nie da się tego uniknąć), ale naszej wiedzy i znajomości tematyki recenzowanej pracy. Recenzję ma pisać ekspert głosem eksperta, a nie akademicki woźny latający po szkole z rózgą.

Czynienie z recenzenta nieomylnego papieża pedagogiki i zapewne też innych dyscyplin jest nie tylko głupie, jest też niebezpieczne. Recenzenci i ich recenzje mogą i powinny być poddawani ocenie (co często robi prof. Wroński zresztą). Być może powinna to być jedynie ocena moralno-zawodowa, jednak bez wątpienia należy jej dokonywać. To takiej ocenie właśnie poświęcona jest większość wpisów na tym blogu!

Martwi mnie, ba, przeraża, profesor, który uważa, że jest poza wszelką oceną. Że jego to oceni Bóg i historia, jak, nie przymierzając, jakiegoś Napoleona. Ja powiedziałbym – znaj proporcję, mocium panie. Piedestały się Panu Profesorowi pochrzaniły.

 

Bez wodki nie razbieriosz

Oto pierwszy wpis w roku 2020. Chciałbym przypomnieć, że założyłem tego bloga w 2012 r. W najśmielszych marzeniach nie sądziłem….Ostatnio na blogu odnotowuję ok. 10 tysięcy odsłon tygodniowo. Ostatni rok to 380 tysięcy odsłon przy 15 tysiącach użytkowników. Miesięcznie pojawia się ok. 2-2.5 tysiąca  komentarzy (ale są znaczne różnice między miesiącami).

Blog jest czytany głównie w Polsce, a pierwsza 10 krajów to USA, Niemcy, Wielka Brytania, Hiszpania, Włochy, Kanada, Szwecja i Francja (na 10 miejscu jest kraj nieokreślony). Warto dodać, że w zeszłym roku na bloga weszli użytkownicy z 82 krajów, w tym z Togo, Uzbekistanu czy z Wybrzeża Kości Słoniowej.

A teraz wpis.

Nadrabiam zaległości w czytaniu blogu prof. Śliwerskiego. Piętnuje on ostatnio pseudonaukę i wszelkie inne nieetyczne patologie naukowe. Zastanowił mnie jednak jeden z wcześniejszych wpisów, w którym pedagog recenzuje artykuł, uwaga, zwykłego magistra. Wszak autor nie może być po prostu autorem, autor dla naszego pedagoga musi zostać zidentyfikowany stopniem/tytułem. Tak, żebyśmy mogli od razu wiedzieć, z kim mamy do czynienia.

Śliwerski pisze tak:

W najnowszym numerze kwartalnika Polskiej Akademii Nauk – NAUKA (4/2019) został opublikowany interesujący tekst socjologa – mgr. Łukasza Remisiewicza z Uniwersytetu Gdańskiego, który – choć nie rozumie w pełni procedur w postępowaniach habilitacyjnych, gdyż sam nie przeszedł jeszcze przez pierwszy próg – to jednak, pomimo słabych miejscami analiz i interpretacji przeprowadził niezwykle ważne badanie dokumentacji 196 postępowań habilitacyjnych z socjologii.

Nie napiszę, że nie wierzę własnym oczom, bo na blogu superpedagoga nie takie rzeczy już czytałem, jednak zaskoczyła mnie teza, że ktoś, kto nie ma habilitacji, nie może zrozumieć jej procedur. Usiłuję sobie wyobrazić konsekwencje tej tezy.

Myślę o tych wszystkich  habilitantach, którzy jak dzieci we mgle naiwnie myślą, że pojęli, o co idzie, a przecież, durne pały, nie mogli, bo tejże habilitacji jeszcze nie mają. Tylko doktor habilitowany może w pełni rozkminić habilitację, a i tak nie wiadomo, czy bez wódki to by się udało.

Jednak mój post nie ma być jedynie okazją do nabijania się ze prof. Śliwerskiego. Otóż przyznam szczerze, że mnie wkurza bardzo, jak to człowiek, który trzęsie polską pedagogiką argumentuje ad hominem. Czy naprawdę w rozumieniu argumentacji autora Remisiewicza potrzebna jest ta wrzuta, że on nie rozumie, bo on zwykły magister?

Prof. Śliwerski co rusz pisze o etyce, widząc wszędzie zabrudzone oczy, a może by tak się zastanowił nad belkami w swoich. Na przykład nad wpisami takimi jak ten z dość marną polemiką z dr Grubą. Bo przecież nie da się polemizować bez szafowania kompromitacją, a jeszcze, hahahaha, zamiast odmieniać nazwisko ‚Gruba’ jak nazwisko, lepiej jeszcze przywalić jej odmianą jak przymiotnika. Nie znam się, ale wydaje mi się, że przywalimy dr Grubie, a nie dr Grubej, nie? Ale to drugie jest przecież fajniejsze. Jakiż zabawny ten post…..I jakoś kodeks etyczny niedawno cytowany na blogu nie przeszkadza recenzować członkowi CK a teraz RDN postępowań habilitacyjnych….bo przecież o dobro nauki tylko chodzi!

Kończę wpis,  dedykując znaną balladę Jana Kaczmarka doktorantom i habilitantom, którzy myślą, że rozumieją….Oj naiwni, naiwni…. Może to właśnie o nich śpiewał mistrz Kacz Marek.

 

Kompromitacja bez trybu

Profesor Śliwerski postanowił zrecenzować książkę. Smaczku tej ‚recenzji’ dodaje fakt, że jest to książka w postępowaniu habilitacyjnym, któremu Pan Profesor przewodniczy (strony CK nadal nie zawierają dokumentów, które kończą postępowanie). Postanowiłem napisać o tym, bo mnie szlag jasny trafił.

Po pierwsze, uważam, że wypowiedź przewodniczącego komisji habilitacyjnej (a przy okazji członka CK) na temat prowadzonego postępowania, jest skandalem. Tak, rozumiem, że być może postępowanie się już zakończyło, tylko jeszcze dokumenty nie pojawiły się na stosownych stronach internetowych, jednak dla nas, postronnych osób, postępowanie trwa. Postępowanie trwa, a przewodniczący pisze niezwykle negatywną recenzję osiągnięcia w tymże postępowaniu. Ot, tak, se pisze, bez typu.

Po drugie uważam, że przewodniczący komisji habilitacyjnej nie powinien się w ogóle wypowiadać na temat  postępowania, któremu przewodniczył. Pisanie dodatkowej recenzji habilitacyjnej  jest nieprofesjonalne, nieetyczne, skandaliczne. Naczelny Pedagog Kraju postanowił powiedzieć światu, jak jest naprawdę. Może prof. Śliwerski powinien stać się Naczelnym Recenzentem Kraju.

Po trzecie,  to jednak ton tej ‚recenzji’ jest szczególnie skandaliczny. Szlag mnie trafia, gdy czytam o tym, że autorka się skompromitowała. Ba, skompromitowała naukę w ogóle.  Żałosne są takie teksty od profesora tytularnego, którego sława zdaje się nie wychodzić poza granice Słowacji, który, o ile się nie mylę,  po angielsku ani be, ani me, ani kukuryku, który chyba  nie zdołał jeszcze dołączyć do międzynarodowej pedagogiki. I skoro już koniecznie trzeba o kompromitacji, to moim zdaniem, jedyną osobą która się skompromitowała, jest pedagog wszystkich pedagogów.

 

 

 

Petycja

Prof. Śliwerski opublikował listę uczelni z prawem nadawania stopni naukowych z pedagogiki. Wpis jak wpis, nie ma za bardzo o czym dyskutować. Ciekawe są jednak komentarze pod tym wpisem. Otóż komentujący uważają, że owe 22 uczelnie mające prawo do nadawania stopni to, jak napisał jeden z komentatorów, liczba patologiczna. Dodaje przy tym, że liczbą pożądaną byłoby 10 uczelni z prawem nadawania doktoratów oraz 3-4 z prawem do nadawania habilitacji. Inny komentujący podbija stawkę, pisząc, że lepiej by było, gdyby uprawnienia do nadawania doktoratu miało 5 uczelni, a do habilitacji 3.

A ja na to powiedziałbym, że może już lepiej będzie, jak stopnie będzie nadawał tylko prof. Śliwerski na czele Komitetu Centralnego Pedagogiki. I może na tym blogu powinna mieć początek petycja o stworzenie stanowiska Naczelnego Pedagoga Kraju, którego głównym obowiązkiem będzie nadawanie stopni naukowych. Niech powstanie Doborowy Urząd Pedagogiki Akademickiej, pod przewodnictwem Naczelnego Pedagoga Kraju, który będzie trzymał piecze jakością polskich stopni pedagogicznych.

Zupełnie nie rozumiem zapędów pedagogów (choć komentujący wcale nie muszą być pedagogami, prof. Śliwerski znany jest z tego, że nie dopuszcza komentarzy, z którymi się nie zgadza) do tego, by centralizować władzę i prawo do nadawania stopni. Przecież taka centralizacja prowadzi jedynie do potężnego wpływu kilkudziesięciu osób na całą dyscyplinę w Polsce.

Tak jak patologią jest to, że jedna osoba pisze kilkadziesiąt, a nawet kilkaset recenzji habilitacyjnych, tak jeszcze większą patologią byłyby, na przykład, 3 uczelnie, które decydowałyby o tym, kto zostanie doktorem habilitowanym w danej dyscyplinie w Polsce. To władza, na którą nie zasługuje żadna uczelnia,  ba, żadna uczelnia takiej władzy nie powinna mieć.

Im więcej uczelni ma prawo do nadawania stopni naukowych, tym, moim zdaniem, lepiej. I jedyne, nad czym powinniśmy się zastanawiać to to, czy te stopnie nadawane są rzetelnie.

Perła w zasłonie

Prof. Śliwerski piętnuje. Piętnuje wszystkie dyscypliny po kolei. Spod zasłony hańby wyłania się jedynie pedagogika. Bowiem:

 

Pedagogika jest jedyną dyscypliną naukową w dziedzinie nauk społecznych, której środowisko jest na bieżąco informowane o wszelkich patologiach, dysfunkcjach oraz stanie postępowań awansowych. My publikujemy raporty na ten temat. Pozostałe środowiska okrywają haniebne zjawiska”zasłoną milczenia”, którą od czasu do czasu zrywają albo sami zainteresowani, a skrzywdzeni, albo przedstawiciele mediów.

 

Aż mi się zakręciła łza w oku. Pedagodzy publikują raporty, jednak profesor pedagogiki nie uchyla rąbka tajemnicy i nie mówi nam, co z tych raportów wynika. Przecież pedagogika polska, poza kilkoma chlubnymi wyjątkami, to nauka wojewódzka, która nie dość, że nie bierze udziału w jakiejkolwiek debacie międzynarodowej, to nawet tych debat nie czyta, bo przecież najpierw, jak to kiedyś pisał Pedagog, trzeba te debaty przetłumaczyć na nasze.

 

Ale prof. Śliwerski ma również rację. Habilitacje z nauk społecznych i humanistycznych, w tym z pedagogiki, niejednokrotnie gościły na łamach tego bloga. I była to nierzadko lektura żałosna. Opisana tu wiele miesięcy temu habilitacja z pedagogiki, jak ją Profesor określił, na światowym poziomie, miała jeden (słownie: jeden) artykuł w czasopiśmie średniomiędzynarodowym. Widzieliśmy tu mizerię i miernotę, na widok której nawet ludzkie pojęcie nie chce już przechodzić.

 

I ja mam tutaj pytanie. To co w tej sprawie, do ciężkiej cholery, robi prof. Śliwerski, w poprzedniej kadencji członek Prezydium Centralnej Komisji? Co zrobiła reszta jego kolegów z CK. Ba, co zrobił prof. Śliwerski, który brał udział w wysokich kilkudziesięciu postępowań habilitacyjnych z pedagogiki i jest Przewodniczącym pedagogicznego Komitetu Naukowego PAN? Tak, profesorowi w tym wieku trudno się po angielsku nauczyć, ale może chociaż młodzieży by zasugerować, np. na corocznych szkołach letnich, które Pan Profesor radośnie co roku opisuje?

 

Jojczeć na temat poziomu doktoratów, habilitacji i profesur jest dość łatwo. Zrobić coś w tej sprawie jest znacznie trudniej. I nie, pisanie nieformalnych recenzji habilitacyjnych na blogu nie jest ‚robieniem czegoś’. Jest fochem strzelonym po tym, jak komisja ośmieliła się wbrew Naczelnikowi zagłosować. Pan przestanie gadać, Panie Profesorze, Pan coś zrobi!

 

Nieposłuszność i niewierność

Off-topic. Przesłano mi właśnie maila z zaproszeniem (dla mojego korespondenta) do udziału w konferencji pt. „Sprawności moralne w wychowaniu: odpowiedzialność – wierność – posłuszeństwo”, organizowanej przez Katedrę Pedagogiki i Katechetyki Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Szczecińskiego.

 

Pedadogiem i katechetą, na szczęście, nie jestem, jednak swój rozum mam. I ja wolałbym, żeby dzieci uczono odwrotności wierności i posłuszeństwa. Ja chciałbym, żeby dzieci uczyły się przede wszystkim nieposłuszeństwa, krytycznego myślenia, rzucania wyzwań mądrościom mądrych! Niech to krytyczne myślenie będzie podstawą nauczania, a nie wierność komukolwiek i czemukolwiek.

Władza i obowiązki

Profesor Śliwerski postanowił się podzielić ze swymi czytelnikami wpisem-recenzją. Już sam tytuł wskazuje, co pedagog myśli o opisywanej książce: O kompromitowaniu badań pedagogicznych, które z pedagogiką niewiele mają wspólnego. I już mi było prawie żal pedagogiki, która została skompromitowana przez autorkę książki. 

 

Sam, co prawda, nie pisałbym o kompromitacji autorki, bo takie wyrażenia więcej mówią o ich autorze niż o recenzowanej pracy, jednak nie zwróciłbym uwagi na tę recenzję (pedagogowi może się książka nie podobać), jednak przyszła mi do głowy pewna myśl. Otóż pomyślałem sobie, że książka pedagożki jest jej habilitacją, a wypowiada się o niej pedagogiczny tuz habilitacyjny i członek Centralnej Komisji. Szybko okazało się, że mam rację. Książka nie tylko była częścią postępowania habilitacyjnego, to na dodatek, prof. Śliwerski był przewodniczącym komisji. Na dodatek, żeby było jeszcze śmieszniej, Pan Profesor został nawet wpisany uchwały, że rada nie tylko wysłuchała trzech pozytywnych recenzji, ale również dwu negatywnych opinii, w tym opinii naszego pedagoga.

 

Jestem mocno zniesmaczony wpisem Śliwerskiego. Wypisywanie tak ostrej i personalnej recenzji habilitacji, w której się uczestniczyło, jest moim zdaniem nieprofesjonalne. Nie znam oczywiście motywacji pedagoga, jednak recenzja może wskazywać, że Pan Profesor się po prostu obraził, że komisja i rada zagłosowała wbrew jego opinii. I postanowił przywalić już zupełnie bez trybu. Przecież standardów wspaniałości pedagogiki trzeba bronić, a któż broniłby ich lepiej?

 

Nie mam pojęcia, czy prof. Śliwerski ma rację pisząc swą recenzję, byc może ma. Nie interesuje mnie to. Profesor pedagog miał okazję do tego, żeby przekonać komisję, której przewodniczył oraz radę wydziału, która głosowała. I skoro się mu nie udało, to sprawa powinna być dla niego zamknięta. Wypisywanie o kompromitujących badaniach jest żałosne. Jest to szczególnie żałosne, że pisze to wszystko człowiek, który ma wielką władzę w polskiej pedagogice. Z władzą przychodzą obowiązki, również obowiązki siedzenia cicho.

 

 

Pogadać każdy może

W jednym z niedawnych postów prof. Śliwerski postanowił ponarzekać na coraz gorszy poziom habilitacji. Profesor okrasza swój post kilkunastoma tyle smakowitymi, co oburzającymi fragmentami z recenzji i innych dokumentów z postępowań habilitacyjnych. Śliwerski ma bez wątpienia wiele racji.

 

A jednak jakoś mi się ten post nie podoba. Bowiem pedagog piętnuje socjologię, nauki filologiczne oraz historię, kończąc na małej szpili w nauki o polityce. A ja bym zapytał: a gdzie, do cholery, pedagogika? Znaczna część omawianych na tym blogu koszmarków habilitacyjnych jest z pedagogiki, a w poście pedagoga o pedagogice ani mru mru? No może by tak Pedagog nie zajmował się historią, a popatrzył najpierw na to, co się dzieje wokół niego.

 

Nie podoba mi się jeszcze jedna rzecz. Profesor pisze:

 

Każdy uczony jest odpowiedzialny za rzetelność, uczciwość i wysoką jakość własnego dorobku naukowego. Kiedy ubiega się o stopień doktora habilitowanego, prawda wychodzi na jaw. Nie ma miesiąca, by nie doświadczać żenującego poziomu publikacji niektórych nauczycieli akademickich, którzy uważają, że skoro procedura jest bez ich udziału, to nie muszą wstydzić się za to, co przedkładają komisji habilitacyjnej. Wychodzą zapewne z założenia – NIECH SIĘ WSTYDZI TEN, KTO WIDZI. 

 

Tak, każdy uczony jest odpowiedzialny, ale jakoś mi się wydaje, że prof. Śliwerski, recenzent w 100 postęowaniach doktorskich i habilitacyjnych, na dodatek członek CK i Komitetu Pedagogicznego PAN, jest odpowiedzialny w dwójnasób. Szlag mnie trafia, gdy człowiek, który w co trzecim poście implikuje, jak należy uprawiać pedagogikę, nie poczuwa się do żadnej odpowiedzialności za jakość postępowań awansowych.

 

Gdy zapytałem prof. Śliwerskiego, co robi jako członek CK, zablokował mnie na Twitterze. Ponawiam pytanie: co Pan robi, żeby to, o czym Pan pisze, znikło z nauki polskiej w ogóle, a z pedagogiki w szczególności?

 

Krasula w otchłani

Zebrało się kilka spraw, więc piszę post w odpowiedzi. Po pierwsze, chciałbym zwrócić uwagę na harmonogram (tu linka do strony wydziałowej) przebiegu w postępowaniu habilitanta z poprzedniego wpisu. Moim zdaniem, to skandal, że postępowanie opóźniło się aż o 10 miesięcy przez zmianę recenzenta. Oczywiście zmiana mogła wynikać z choroby czy innych ważnych powodów, jednak prawie rok na to, żeby to załatwić, to cyrk na kółkach!

 

Po drugie, pojawił się zarzut o anonimowym, powiedzmy, sądzie kapturowym. Nie zgadzam się z tym zarzutem. Ani w moim wpisie, ani w dyskusji nie pojawiły się, jak sądzę, żadne wycieczki osobiste. Natomiast autoreferat jest dokumentem publicznym i każdy habilitant musi się liczyć z tym, że może on zostać poddany publicznej ocenie. I tak, ta ocena moze oznaczać wyśmianie. Proszę zwrócić uwagę, że mój post dotyczył jedynie autoreferatu. A ten autoreferat jest, moim zdaniem, żenujący. Jednak ja nie chcę przez to powiedzieć nic o samym uczonym. Mówiąc szczerze, że wystarcza zupełnie to, co on sam mówi. Podobnie zresztą oceniami i czasem wyśmiewamy recenzje habilitacyjne.

 

Po raz kolejny chcę podkreślić, że ten blog nie jest pręgierzem habilitacyjnym, co wiecej, rozumiem potencjalne konsekwencje bycia bohaterem wpisu i dyskusji na tym blogu. Przwyołuję postępowania (najczęściej już zakończone, rzadko trwające), które budzą mój sprzeciw; nigdy też nie podejmuję decyzji lekko. Z ostrożnością też podchodzę do listów, które dostaję – nie będę narzędziem załatwiania porachunków.

 

Po trzecie, nie za bardzo mam ochotę po raz kolejny zastanawiać się nad wyższością treści artykułu nad miejscem jego wydania. Powiedziano na tym blogu na ten temat wszystko, a nawet więcej niż dało się powiedzieć. Moje stanowisko jest następujące. Tak, wydawnictwo „Szwagier i krasula” może wydać niezwykłą i doniosłą książkę, nawet jeśli to bardzo mało prawdopodobne. Jednak ja mam prawo ocenić wybór, którego ów naukowiec dokonuje. I jeśli tenże naukowiec wydaje swą perłę w wydawnictwie z siedzibą za stodołą, to ja mam prawo się zastanawiać nie tylko nad poziomem sądów tejże osoby, ale również nad tym, czy jego wybory pozwalają mu np. na promowanie doktorantów.

 

PS. W najnowszym wpisie prof. Sliwerski wyzłośliwia się na temat poziomu polskiej psychologii i jej mizernych wyników. Nie mnie oceniać polską psychologię w porównaniu z resztą świata – nie znam się. Jednak, Panie Profesorze, znaj Pan proporcję. Bo jeśli psychologia jest mierna, to dla polskiej pedagogiki brakuje miejsca na dowolnej skali miernoty naukowej. To nawet nie jest dno w porównaniu z psychologią – to otchłań bez dna.