Młot na doktorantkę

W najnowszym numerze Forum Akademckiego ukazał się kolejny artykuł red. Wrońskiego. Chciałbym skomentować pierwszą jego część. 

 

Otóż pisze prof. Wroński o tym, że na plagiacie przyłapano doktorantkę. Co więcej, rzecznik dyscyplinarny, niczym Zorro, nie czekał ani chwili i już dzień po wszczęciu postępowania wezwał doktorantkę na dywanik i przesłuchał. Równie szybko doktorantkę ukarano, skreślono i aż jestem zdumiony, że nie wybatożono. Sprawiedliwość okazała się rychliwa i skuteczna. A mnie szlag jasny trafił.

 

A  szlag mnie trafił nie dlatego, że ukarano plagiatorkę – ona na to zasługiwała. Szlag mnie trafił, bo co rusz czytam w rubryce Wrońskiego o tym, jak uczelnie ociągają się z postępowaniami dyscyplinarnymi i wymierzaniem kary za plagiaty. Jest jednak jedna ważna różnica między omawianym wyżej postępowaniem a tymi innymi. Otóż tutaj mamy do czynienia z doktorantką, z akademickim nikim, którego ukaranie nie narusza żadnych układów, układzików, ani innych akademickich ‚szarych sieci’. Ukaranie doktorantki jest łatwe, a uczelnia sama sobie przyzna order za standardy, którym hołduje.

 

A już w następnej części artykułu autor pisze:

 

Instytuty PAN są dość hermetyczne, a środowisko naukowe niechętnie „pierze brudy” na oczach opinii publicznej. Bez jawności tych spraw nie ma publicznej kontroli, stad sprawy bywają „niedoprane”. 

 

I gdy czytam to, to nie mam wątpliwości, że doktorantkę należało ukarać. Jednak zastanawiam się, czy rzeczywiście należało ją pozbawić możliwości robienia doktoratu. Zastanawiam się również, czy  jej plagiat wynikł z środowiskowego przyzwolenia na nieuczciwość. Chciałbym na przykład, by rzecznik dyscyplinarny zbadał, czy plagiat doktorantki był wyłącznie jej pomysłem i nie wynikł ze środowiska, w jakim była. I czy po prostu ta doktorantka po prostu miała pecha. A jak się już okazało, że miała pecha, to się wszyscy wokół unieśli moralnie oraz stosownie oburzyli.

 

A doktorankta? Doktorantka jest na samym końcu akademickiego łańcucha żywieniowego. Ją, powiedzmy oględniej, da się wypluć z łatwością i rozmachem.

 

Szacunek też?

Nie pamiętam, kiedy ostatnio usłyszałem powiedzenie: Zdarzyła się gratka, pijanego pobić dziadka. Przypomniało mi się jednak, gdy czytałem najnowszy artykuł Marka Wrońskiego. Opisuje on plagiat pracy magisterkiej dokonany przez promotorkę i recenzentkę pracy. Promotorka ma stopień doktora, recenzentka ma tytuł profesorski. Obie Panie nie pogradziły jednak ustaleniami magistrantki i opublikowały je jako swoje.

 

Jak pisze prof. Wroński, takich sytuacji jest wiele. Za każdym razem uważam je za szczególnie żenujące i uwłaczające nam wszystkim. Jest coś wyjątkowo obrzydliwego w kradzieży własności intelektualnej osoby, której pracę się promuje, szczególnie gdy ta osoba jest na samym dole hierarchii akademickiej/badawczej. Profesor, który kradnie pomysły magistranta, staje poza nawiasem środowiska akademickiego. Uważam też, że taka osoba powinna przestać być profesorem.

 

Warto też podkreślić, że taki plagiat to nie tylko kradzież – to również podważenie jednej z najważniejszych relacji akademickich, relacji uczeń-mentor. Jest to przecież relacja, w której uczeń musi móc zaufać mentorowi, bez zawahań! To również dlatego plagiat pracy ucznia jest tak naganny.

 

Bez żadnych wątpliwości, każdy plagiat zasługuje na potępienie. Uważam jednak, że to właśnie plagiat pracy magistranta czy doktoranta zasługuje na szczególną sankcję zarówno ze strony instytucji, jak i ze strony środowiska. Bo to własnie takie intelektualne ‚pobicie’ osoby, nad którą plagiator ma potężną przewagę.

 

Jest jednak jeszcze jeden wymiar całej tej sprawy. Otóż zupełnie nie rozumiem, jak osobie  zaawanowanej badawczo nie wstyd posługiwać się pracą małego akademickiego żuczka? Rozumiem, że wstyd umarł, ale czy umarł również szacunek do siebie?

 

Co by tu jeszcze spieprzyć, panowie?

Już jakiś czas temu dostałem kolejnego maila od p. Tomasza Burdzika, który pisze mi o kolejnych plagiatach dokonanych na jego tekstach. Trochę mi zajęło napisanie o tym, za co mojego korespondenta przepraszam,  i pojawił się już post na blogu prof. Pluskiewicza, który omawia tę sprawę. Żeby było śmieszniej, o plagiatach tekstów Burdzika pisałem już na początku 2016 roku. Odnotowuję sprawę z obowiązku pręgierzowego, ale mam też dwie refleksje. 

 

Po pierwsze, z całym szacunkiem dla p. Tomasza Burdzika, jego dorobek, jak mi się wydaje, nie jest szczytem możliwości naukowych w jego dyscyplinie czy specjalności (to zdanie to konstatacja trajektorii rozwoju naukowego, a nie ocena możliwości intelektualnych autora). Co takiego zatem powoduje, że  odkrywamy kolejne plagiaty jego tekstów. Czy plagiatorzy uważają, że on nie zauważy tych plagiatów? Czy liczą na to, że nawet jeśli ktoś zauważy, to nikt palcem nie kiwnie?

 

Po drugie, jest również coś tragicznego w tym, ze p. Burdzik pisze do akademickich blogerów z prośbą o to, by upublicznili jego sprawę. Ma jednak rację, prawda? Pamiętacie sprawę habilitacji p. Andrzejaka? Tak, tak, on robił habilitację, jak jeszcze bramy na guziki zamykano! I co? Sprawa jeszcze trwa, jak donosi prof. Wroński w Archiwum nieuczciwości. Mam wrażenie, że gdyby habilitacja była dziedziczna, to jeszcze wnuki Andrzejaka mogłyby sie nią legitymować, bo ktoś znowu coś spier…

 

I na koniec, chciałbym zwrócić uwagę na treść retrakcji artykułu p. Agaty Podosek:

Artykuł został retraktowany na żądanie Tomasza Burdzika poparte przez Komisję do Spraw Etyki w Nauce Polskiej Akademii Nauk.

 

Ja to bym pomyślał, że artykuł powinien zostać retraktowany dlatego, bo jest plagiatem, a nie dlatego, że pokrzywdzony autor się tego domagał! Co więcej, UJa trzeba prosić o to z poparciem, żeby łaskawie zgodził się oznajmić, że artykuł oszustki przestaje być artykułem? Że jest oszustwem i plagiatem! I ja mam pytanie: ładnie trzeba poprosić, czy zwyczajnie starczy?

 

 

Non possumus

W najnowszym numerze Forum akademickiego prof. Marek Wroński napisał artykuł pt. Jawność zabroniona. Pisze w nim o tym, że nowa ustawa ukróci jego działalność. Oto cytat z ustawy:

 

Akta postępowania wyjaśniającego i dyscyplinarnego nie stanowią informacji publicznej i nie podlegają udostępnieniu w trybie ustawy z dnia 26 stycznia 1984 r. – Prawo prasowe”.  

 

A właściwie to powinienem napisać: oto knebel Wronskiego.

 

Nie mam żadnych wątpliwości, że to, co pisze prof. Wroński w rubryce o nierzetelności naukowej na łamach FA, to niezwykle ważny, jeśli nie najważniejszy obecnie w Polsce, bat na naszych kolegów i koleżanki dopuszczających się plagiatów. Zapewne z przesadą, jednak powiedziałbym, że działalność Wrońskiego powinna być chroniona prawem. Pozwolenie na ukrywanie informacji o nierzetelności naukowej przez uczelnie i rady wydziału to pozwolenie na to, by sprawy zamiatać pod dywan.

 

Zupełnie nie rozumiem intencji ministra. Tak, w dużej mierze nie zgadzam się z propozycjami p. Gowina (np. anonimowi recenzenci), jednak rozumiem argumenty, dlaczego takie czy inne rozwiązania chce wprowadzić. Nie rozumiem jednak ukrywania postępowań, szczególnie że znaczna część działalności Wrońskiego to właśnie piętnowanie uczelni za opieszałość czy bierność w podejmowaniu działań przeciwko plagiatorom.

 

Ministrze Gowinie, do ciężkiej cholery, plagiaty toczą (znaczącą) część polskiej nauki. Nawet Panu powinno zależeć na tym, by je piętnować. Ba, nawet gdy dotyczą Pana kolegów i politycznych sprzymierzeńców partyjnych. Choć wiem, że Panu na tym nie zależy, to poparłbym (prawie) dowolną ustawę, która przykłada rozżarzone żelazo i wypala nieuczciwość akademicką. Niestety, Pan woli chronić ludzi, którzy podważąją podstawy działalności akademickiej. I powinien się Pan z tego powodu wstydzić.

 

Wiem, wstyd umarł.

Wolność jak źrenica

Marek Wroński pisze o kolejnym żenującym spektaklu habilitacyjnym. Wreszcie uznano, że habilitacja była plagiatem. Wroński pisze:

 

To właśnie on z powodu tego, że jego uwagi wskazujące na bezprawne zapożyczenia zostały zlekceważone zarówno przez Radę Wydziału, rzecznika dyscyplinarnego, jak i ówczesnych, pierwotnych recenzentów, przeprowadził wieloletnią walkę o przestrzeganie zasad rzetelności naukowej i o to, aby sprawiedliwości stało się zadość

 

No właśnie. Jak jest możliwe to, że recenzenci habilitacji ks. Zowczaka nie zauważyli, że

„jawnie naruszono prawa autorskie ponad 10 osób. Fakt ten sam w sobie można by uznać za w pełni dyskwalifikujący dla przyznania stopnia doktora habilitowanego dr. Zowczakowi”?

 

Nikt nie zauważył, łącznie z rzecznikiem dyscyplinarnym. I ja mam pytanie, rzecz jasna, retoryczne. Czy naprawdę nikt nie poniesie żadnych konsekwencji, uznamy, że sprawy nie ma? Bo wolność recenzenta, pardon, akademicka. I będziem jej bronić jak źrenicy oka, Częstochowy i może jeszcze innych rzeczy i wartości, które narodowo bronimy. Szlag mnie trafia, bo sami tniemy gałąź, na której siedzimy. Skoro sami nie traktujemy się poważnie, jak możemy oczekiwać poważnego traktowania przez innych?

Nieuprawnione zapożyczenia

Z obowiązku kronikarskiego odnotowuje kolejną habilitację z ‚nieuprawnionymi zapożyczeniami’. Wszystko właściwie zakończyło się dobrze – habilitacji nie nadano, dodać można, że to znów pedagogika. Jednak na odnotowanie zasługuje to, jak sprawa jest badana.

 

Ironiczne jest bowiem, że w roli obrońcy habilitantki występuje…ofiara domniemanego plagiatu, bo do niego zwrócił się o opnię jej pracodawca. Ofiara, a przy okazji mentor habilitantki, pisze: 

 

W związku z powyższymi uwagami recenzenta Sekretarz Komisji Kwalifikacyjnej wystąpił o zajęcie stanowiska w tej sprawie przez autora prac, z których miały pochodzić owe „nieuprawnione zapożyczenia”. W obszernych pisemnych wyjaśnieniach przedstawionych Komisji autor szczegółowo ustosunkował się do wszystkich zastrzeżeń sformułowanych przez recenzenta. W konkluzji stwierdził jednoznacznie, iż dr Aneta Niewęgłowska w swej pracy nie dopuściła się żadnych „nieuprawnionych zapożyczeń”, a wykorzystanie badań i ustaleń autora było każdorazowo udokumentowane licznymi przypisami

 

Ofiara zatem rzuca się do obrony habilitantki, nie ma pretensji i ogólnie nie wie, o co chodzi. Mamy więc do czynienia z dramatyczną wręcz rozbieżnością w oglądzie rzeczywistości. Jeden profesor mówi – plagiat, pardon, nieuprawnione zapożyczenia, drugi, że przypisów jak mrówków. Ktoś tu, przepraszam za wyrażenie, rżnie głupa, co jakby nie przystoi profesorom.

 

I tak to zaczyna się kolejny smutny spektakl posthabilitacyjny. Niestety, na stronach UWM nie zamiescza się recenzji, nie można więc sobie wyrobić zdania co do tego, co napisał recenzent-oskarżyciel. Mam nadzieję, że sprawą zainteresuje się prof. Wroński i dowiemy się o niej więcej.

 

PS. Prof. Wroński poinformował w komentarzu, że ‚zawieruszone’ recenzje znalazły się na stronach Centralnej Komisji. Co ciekawe, pojawiają się dopiero po wejściu w postępowanie. W innych postępowaniach widać je na poziomie strony ze wszystkimi przewodami.

 

Miłość niejedno ma imię

5 stycznia napisałem o badaczu, który popełnił plagiat. Napisałem o kompromitacji i takie tam inne rzeczy. Właśnie dostałem plik z konkordancją zapożyczeń tegoż domniemanego plagiatora wobec tej samej ofiary. Na pierwszy, a może i drugi rzut oka, sprawa wygląda poważnie. Wbrew zapewnieniom, prawdopodobnie dokonano kolejnego plagiatu.

 

Przyznam szczerze, że przeczytałem maila z pewnym niedowierzaniem. Jak napisałem w styczniu, gdybym chciał popełnić plagiat, przepisałbym jakiś artykuł z Namibii. Plagiat artykułu z Polski raczej nie wchodziłby w rachubę. Plagiat dwóch tekstów tego samego autora uznałbym za szaleństwo! Powiem więc wprost: trzeba być kompletnym kretynem, żeby dokonać plagiatu (przynajmniej) dwóch artykułów tego samego autora!

 

Współczując ofierze, chciałbym zwrócić uwagę, że może trzeba popatrzeć na te plagiaty inaczej. Autorze plagiatowany, masz wielbiciela! Może nie chcesz, ale masz. Może by warto plagiatorowi ze dwa artykuły zadedykować?

Aspiracje naukowe

Każdy plagiat jest kompromitacją, jednak gdy plagiat dotyczy pracy osoby młodszej wiekiem i stażem kompromitacja jest, mam wrażenie, pełniejsza. Dostałem list w sprawie takiego właśnie plagiatu, którego ślady można znaleźć na tej stronie.

 

Sprawa niby już załatwiona, jednak pewien niesmak zostaje. Autor listu pisze, że redaktor pisma ociągał się z usunięciem artykułu ze strony (wszak pierwszy raz mu się to zdarzyło i nie wiedział, co, biedny, robić!). I przez półtora miesiąca od powiadomienia redakcji artykuł można było jeszcze ze stron czasopisma ściągać. Co ciekawe, w repozytorium Uniwersytetu w Białymstoku artykul nadal widnieje, a linki pod nim nie działają. Najwyraźniej UoB za bardzo nie ma ochoty dzielić się przeprosinami i retrakcją. Na ślady postepowania dyscyplinarnego wobec autora nie natrafiłem.

 

Oto komentarze. Przepisany artykuł ukazał się w 2013 roku, plagiator musiał się za niego zabrać niedługo po publikacji. I mi się to w głowie nie mieści. Czy pedagodzy nie czytają nawet siebie nawzajem? No przecież plagiat świeżynki nie ma żadnego sensu! Gdybym chciał ukraść artykuł, to wziąłbym coś napisane po niemiecku w Namibii i to parę lat temu! Na proces recenzyjny w czasopiśmie „Pogranicze” spuśćmy zasłonę milczenia – zaiste ekspercka to ocena! I wreszcie, moim zdaniem to bardzo ironiczne, że autor nieuczciwego artykułu naukowo zajmuje się m.in. aspiracjami młodzieży. Oby ta młodzież miała inne aspiracje.

Wymagania

Przeczytałem ostatni artykuł prof. Wrońskiego w Forum Akademickim, gdzie opisane są plagiaty prawnika, pedagoga i księdza, i się gorzko roześmiałem. Plagiaty te są bowiem dla mnie głęboko ironiczne. Prawnik nie jest oczywiście ulepiony z innej gliny, jednak plagiat prawnika-wykładowcy obarczony jest właśnie dodatkową ironią. Podobnie jest w przypadku plagiatów wykładowcy-pedaogoga, który uczy nowe pokolenie wychowawców, nie mówiąc już o ksiądzu, który, można by rzec, moralnością zajmuje się z zawodu, a może i nawet z powołania.

 

Plagiaty prawnika, pedagoga czy księdza są dodatkowo niesmaczne. Łamanie prawa przez ludzi, którzy oceniają lub uczą oceniać innych, oprócz podważania zasad uprawiania nauki, moim zdaniem szkodzą również ich zawodom. Nie wartościując samych plagiatów, ich konsekwencje moim zdaniem wychodzą poza sprawy uczciwości w nauce i odbijają się szerzej na tych profesjach. Innymi słowy, chciałbym od prawnika, wychowawcy czy księdza wymagać więcej, bo przedstawiciele tychże zawodów często wiele wymagają ode mnie.

 

Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?

W największym skrócie: nic. Profesor Politechniki Krakowskiej nie straci profesury, nie straci posady. Czy powinien? Tak, według mnie, powinien.

 

Mamy oto profesora, którego dorobek profesorski zawierał plagiat, a żeby sprawa była już całkowicie żenująca, pan profesor podebrał doktorat. Komisja dyscyplinarna dała profesorowi po paluszkach, jednak włos mu z głowy nie spadł. Nadal pracuje, wykłada, a może też ściga studenckie plagiaty.

 

A ja mam dwa pytania. Po pierwsze, jaka uczelnia chciałaby zatrudniać profesora kto popełnił plagiat? To musi być uczelnia, która nie szanuje ani siebie, ani swych pracowników, ani swoich studentów. Nie chciałbym na takiej uczelni pracować, nie chciałbym na takiej uczelni studiować. Po drugie,  jak to możliwe, że przez tyle lat nikomu nie przyszło do głowy wnioskować o rozpatrzenie postępowania awansowego? W deklaracjach rwiemy włosy na myśl o plagiatach, jednak nasze działania nie wskazują na traktowanie ich z przesadna surowością. Czasem odnoszę wrażenie, że największą winą plagiatroa jest to, że dał się złapać!

 

I co? No nic, profesor może się trochę wstydu naje, ale nadal będzie profesorzył. A zatwardziały cynik we mnie podpowiada mi, że jedyną rzeczywistą ofarą tej niesmacznej sprawy może być osoba, która plagiat ujawniła.