Kto pyta, nie…uczestniczy

Dostałem dzisiaj maila od anonimowego uczestnika I Kongresu Suicydologicznego, który właśnie odbywa się w Łodzi. Mój korespondent pisze o tym, że konferencja zaczęła się o godzinie 10 i do godziny 14 uczestnikom nie pozwolono zadać ani jednego pytania. Osiem wykładów plenarnych – zero pytań. Potem była przerwa. Mój korespondent napisał z sesji równoległej, w której dyskusja zaczęła się po wszystkich referatach, a więc ponad 6 godzin po rozpoczęciu konferencji.

 

Co ciekawe, to nie jest pierwszy mail tego typu. Kilka tygodni temu dostałem podobny mail (i zignorowałem go), tyle że na tamtej konferencji uczestnikom w ogóle nie pozwolono zadawać pytań. Cała konferencja była ‚plenarna’. A jak pisał mój korespondent, część organizatorów bała się, że uczestnicy będą zadawać pytania, które się prelegentom nie spodobają.

 

Nie rozumiem organizowania konferencji bez debaty. Nie rozumiem szczególnie w przypadku wykładów plenarnych. Wydawałoby mi się, że szczególnie właśnie wykłady plenarne, znacznie dłuższe od zwykłych referatów powinny się kończyć dyskusją. Co więcej, wwydawałoby mi się, że zaproszonym prelegnetom plenarnym powinno zależeć na tym, żeby porozmawiać z widownią, która przecież, powiedzmy to sobie wprost, płaci za ich wystąpienie.

 

Powiedziałbym również, że to właśnie niewygodne pytania warto przede wszystkim zadawać.

O ojcu i synu co streszczenia pisali

Poczta przyszła, poczta przyszła! I przyniosła dwie linki odnoszące się sprawy trzech braci co doktoraty pisali i ojca, co już wcześniej napisał. Oto pierwsza linka do artykułu autorstwa Witolda Głowacza. Zacytuję streszczenie tegoż dzieła:

 

Streszczenie. W pracy przedstawiono wyniki badadiagnostycznych silnika obcowzbud- nego prdu stałego. Zastosowano w diagnostyce metodanalizy opartna szybkiej trans- formacie Fouriera (FFT) i metodrozpoznawania wykorzystujcklasyfikator Bayesa. W procesie uczenia wyznaczano zbiór najistotniejszych czstotliwoci, dla których rónice odpowiadajcych sygnałów w dwóch stanach silnika snajwiksze. W procesie identyfika- cji rozpoznawano dwie kategorie sygnałów: stan bez uszkodzenia i stan zwarcia zezwojów wirnika.

 

Tu z kolei jest linka do artykułu autorstwa Witolda Głowacza oraz Zygfruyda Głowacza. Oto streszczenie tego dzieła:

 

 

Streszczenie: W pracy przedstawiono wyniki badadiagnostycznych silnika obcowzbudnego prdu stałego. Zastosowano w diagnostyce metodanalizy opartna szybkiej transformacie Fouriera (FFT) i metodrozpo- znawania wykorzystujcklasyfikator Bayesa. W procesie uczenia wyznaczano zbiór najistotniejszych czsto- tliwoci, dla których rónice odpowiadajcych sygnałów w dwóch stanach silnika snajwiksze. W procesie identyfikacji rozpoznawano trzy kategorie sygnałów: stan bez uszkodzenia, stan przerwy zezwojów wirnika i stan zwarcia zezwojów wirnika.



I może ja tego nie będę komentował. Tylko tak to zostawię….

 

Napisał recenzję

Oto recenzja w postępowaniu habilitacyjnym w naukach technicznych. Recenzent pisze na stronie pierwszej, że osiągnięcie habilitacyjne jest po części wynikiem pracy doktorskiej. Na stronie 3 z kolei, prof. Wit Grzesik dodaje:

 

habilitant wielokrotnie przedstawia te same lub zbliżone wyniki badań w różnych publikacjach i wykorzystuje stosunkowo krótki okres ich publikacji 2014-2017. Zalecam na przyszłość większą dbałość o standardy etyczne w tym zakresie. 

 

Chwilę później pisze o tym, że nie podoba mu się powielanie publikacji w czasopismach nieindeksowanych. Recenzent mówi o powielaniu m.in. wnioskowania i wyników.

 

Mamy zatem postępowanie habilitacyjne, w którym osiągnięcie jest po części oparte na doktoracie oraz dorobek, który jest powielany z publikacji na publikację. I ja mam pytanie do prof. Grzesika – jak Panu wyszła z tego wszystkiego pozytywna konkluzja recenzji? Co jeszcze musi zrobić habilitant, żeby jednak Pan uznał, że coś jest nie teges i może jednak warto uznać, że habilitacja nie należy się jak psu kość?

 

Mam jeszcze jeden problem z omawianą recenzją. Recenzent pisze, że na własną rękę wyszukiwał informacje na temat habilitanta. Nie podoba mi się to. Recenzje powinny być pisane na podstawie przedstawionej dokumentacji. W przeciwnym razie nie tylko będziemy mieli recenzje pisane na podstawie ‚wywiadu środowiskowego’ (vel plotek), ale również recenzje będą pisane na podstawie różnych informacji. Recenzenckie dochodzenia powinny ograniczać się do weryfikacji podanych przez habilitanta informacji – np. istnienia publikacji. Recenzent to nie detektyw.

 

Co by tu jeszcze spieprzyć, panowie?

Już jakiś czas temu dostałem kolejnego maila od p. Tomasza Burdzika, który pisze mi o kolejnych plagiatach dokonanych na jego tekstach. Trochę mi zajęło napisanie o tym, za co mojego korespondenta przepraszam,  i pojawił się już post na blogu prof. Pluskiewicza, który omawia tę sprawę. Żeby było śmieszniej, o plagiatach tekstów Burdzika pisałem już na początku 2016 roku. Odnotowuję sprawę z obowiązku pręgierzowego, ale mam też dwie refleksje. 

 

Po pierwsze, z całym szacunkiem dla p. Tomasza Burdzika, jego dorobek, jak mi się wydaje, nie jest szczytem możliwości naukowych w jego dyscyplinie czy specjalności (to zdanie to konstatacja trajektorii rozwoju naukowego, a nie ocena możliwości intelektualnych autora). Co takiego zatem powoduje, że  odkrywamy kolejne plagiaty jego tekstów. Czy plagiatorzy uważają, że on nie zauważy tych plagiatów? Czy liczą na to, że nawet jeśli ktoś zauważy, to nikt palcem nie kiwnie?

 

Po drugie, jest również coś tragicznego w tym, ze p. Burdzik pisze do akademickich blogerów z prośbą o to, by upublicznili jego sprawę. Ma jednak rację, prawda? Pamiętacie sprawę habilitacji p. Andrzejaka? Tak, tak, on robił habilitację, jak jeszcze bramy na guziki zamykano! I co? Sprawa jeszcze trwa, jak donosi prof. Wroński w Archiwum nieuczciwości. Mam wrażenie, że gdyby habilitacja była dziedziczna, to jeszcze wnuki Andrzejaka mogłyby sie nią legitymować, bo ktoś znowu coś spier…

 

I na koniec, chciałbym zwrócić uwagę na treść retrakcji artykułu p. Agaty Podosek:

Artykuł został retraktowany na żądanie Tomasza Burdzika poparte przez Komisję do Spraw Etyki w Nauce Polskiej Akademii Nauk.

 

Ja to bym pomyślał, że artykuł powinien zostać retraktowany dlatego, bo jest plagiatem, a nie dlatego, że pokrzywdzony autor się tego domagał! Co więcej, UJa trzeba prosić o to z poparciem, żeby łaskawie zgodził się oznajmić, że artykuł oszustki przestaje być artykułem? Że jest oszustwem i plagiatem! I ja mam pytanie: ładnie trzeba poprosić, czy zwyczajnie starczy?

 

 

Duch stachanowski

Poczta zaćwierkała i dostałem ciekawy mail do czytelnika bloga. Wklejam go, bo nie chcę go ‚opracowywać’, nie mam też a bardzo czasu obecnie wgryzać się w to. List jest o „pewnej dziwnej zależności w naukach ekonomicznych między liczbą członków CK a ich sprawozdaniami w PBN”. Oto co pisze czytelnik:

 

Według modułu sprawozdawczego PBN, UE Poznań, którego 5 wydziałów dostało kategorię A, w ostatnim roku objętym oceną zgłosił 4664 publikacji do PBN, czyli 4 razy więcej niż w 2015. Z tego 3921 to były rozdziały w monografiach, co stanowi dziesięciokrotny przyrost wobec 262 rozdziałów z roku 2015.

 

Z tych ponad 4.5 tysiąca rozdziałów 1.6 tys. zgłosił Wydział Zarządzania, a 1.3 tys. Wydział Ekonomii. Są to 2 jednostki które na UEP osiągnęły najniższą ocenę w kryterium 1, ale za to kosmiczną ocenę w kryterium 2 (o blisko 100 punktów więcej niż lider rankingu, WNE UW). Mało tego, większość rozdziałów dodano do systemu 1 marca 2017 o godzinie 0:39, czyli w ostatniej chwili.



No i tyle listu. Muszę przyznać, że 4-krotny wzrost liczby publikacji na uczelni, za który odpowiadają dwa wydziały, brzmi wyjątkowo nieprawdopodobnie. 1000 procent normy w produkcji rozdziałów z kolei, to wynik, którego nie osiągnął nawet prozodwnik pracy Wincenty Pstrowski. Curioser and curioser, jak mawiał mały tygrys.

Ici Hirsch

Parę dni temu dostałem kolejnego maila w sprawie wykorzystywania argumentów bibliometrycznych przy dyskusji dorobku habilitanta. Z jednej strony takie dyskusje pojawiają się przy otwarciach postępowań, z drugiej podczas obrad rad wydziału przed nadaniem stopnia. Jestem sceptyczny wobec wykorzystywania bibliometrii w ocenach habilitanta.

 

Obok oczywistych i wielokrotnie wałkowanych powodów z bibliometrią ogólnie, mój sceptycyzm ma dodatkowe dwa aspekty (również nie za bardzo oryginalne). Po pierwsze, korzystać z bibliometrii trzeba umieć. Rzucanie indeksem h poza kontekstem dyscyplinarno-specjalizacyjno-indywidualnym nie ma żadnego sensu. Wielokrotnie powtarzam, że h=20 u Iksinskiego może ale zdecydowanie nie musi być nawet średniopodobne do h=20 u Ygrekowskiej. Pierwsze h może składać się z polskich zbiorówek tudzież monografii wydawanych może nie u szwagra, ale w Wydawnictwie Profesorów i Zasłuzonych Docentów. Wydawnictwa WPiZD oczywiście są rozchwytywane, by można było w doktoratach i habilitacjach z pedagogiki i innych dyscyplinach prześcigać sie z wysupływaniem co bardziej cennego diamentu myślowego wybitnych i wielkich. Drugie h może sie składać z dorobku znacznie mniej zasłużonego dla dziedzictwa narodowego, bo habilitant rozmienia się na drobne publikując jedynie niewielkie artykuły na jakiejś licie A. Żeby chociaż to było Z!

 

Po drugie, należy rozumieć, że cytowalność habilitanta może zależeć nie tylko od jakości jego piublikacji, ale również od całej masy mód, nisz, czy wreszcie od tego, jak już długo nasz habilitant publikuje. Oglądając dorobek habilitantów, można bez większej trudności zrozumieć, dlaczego jedne publikacje są cytowane, a dlaczego inne nie. Ja sam moge powiedzieć, że moje cytowania wcale nie układają się ‚po jakości’ i najbardziej cytowany cytowany artykuł wcale nie jest najlepszy.

 

Pisząc ten post, zadałem sobie jednak jeszcze jedno pytanie. Czy wyobrażam sobie napisanie pozytywnej recenzji habilitantowi, który na h=0? I odpowiedziałem na to pytanie pozytywnie. Dość trudno mi sobie to wyobrazić, mówiąc szczerze, ale jednak może się taka niezwykła sytuacja zdarzyć. Co więcej, wyobrażam sobie również (łatwiej mi było) napisanie negatywnej recenzji habilitantowi z wysokim (w danej działce) indeksem h. Przyczynkarstwo, a także przeglądy systematyczne i inne metaanalizy są bardzo cytowalne, jednak nie są bardzo habilitacyjne.

 

Jestem zwolenikiem habilitacji dorobkowej. A zatem ja chciałbym oceniać całość dorobku habilitanta, a w szczególności czasopisma, w jakich publikuje. To nie oznacza, że tematyka czy typ publikacji się nie liczy (jak widać wyżej), jednak to całościowy profil publikacyjny jest dla mnie najważniejszy. Habilitacja dorobkowa jednak nie oznacza habilitacji bibliometrycznej. Tak, indeks Hirscha coś nam mówi, gdy patrzymy na dorobek habilitanta, ale to, co on nam mówi ani nie jest jasne, ani oczywiste. I właśnie dlatego, moim zdaniem, z najwyższą ostrożnością należy podchodzić do bibliometrycznych ocen dorobku, szczególnie w postępowaniach awansowych.

Język to franca?

Zadano mi ciekawe pytanie: „Czy habilitant musi znać język angielski w stopniu umożliwiającym mu wygłoszenie seminarium quasihabilitacyjnego w tym języku?

 

Myślę, że znajomość języka angielskiego jest dzisiaj stanem domniemanym w większości dyscyplin (nie wiem, jak jest w teologii, ale co mi tam). Zdecydowana większość z nas jest posługuje się angielskim na tyle, żeby przeczytać artykuł czy ich kilka w tym języku i to na dodatek, z grubsza, ze zrozumieniem. Jednak bierna znajomość angielszczyzny nie oznacza umiejętności wypowiedzenia się w tym języku, nie mówiąc o tym, by wygłosić referat. O wykładzie zapominając.

 

Klinicznym przykładem takiego stanu rzeczy są uczeni na konferencjach, którzy czytają swoje referaty, jednak nie są w stanie odpowiedzieć na pytanie publiczności. Nawet zakładając, że taki referent jest w stanie zrozumieć zadane pytanie, nie jest on w stanie samodzielnie wypowiedzieć ani słowa odpowiedzi.

 

I tu powstaje pytanie. Zakładając, że spełnione zostają postulaty, by do komisji habilitacyjnych wprowadzać naukowców zza granicy, a komisja zażyczy sobie spotkać się z habilitantem, co jeśli habilitant nie będzie w stanie się z komisją porozumieć? Pytanie, moim zdaniem, nie jest trywialne. Na dodatek wymóg konwersacji po angielsku moim zdaniem wykracza poza kompetencje potrzebne do uprawiania nauki. Innymi słowy, potrafię sobie wyobrazić wybitnego uczonego, który publikuje świetne artykuły, ale który również systematycznie odmawia udziału w konferencjach czy innych spotkaniach ze względu na nieśmiałość.

 

Moje pytanie zatem, dzięki korespondetowi, jest takie: Czy habilitant musi mówić po angielsku. Nie czytać, nie pisać, ale właśnie mówić.

 

Flagowa habilitacja

Oto niedawno zakończone postępowanie z socjologii (na stronach CK nadal nie ma pełni dokumentów) na Uniwersytecie Warszawskim, na które zwrócono mi niedawno uwagę. Podstawą nadania stopnia jest cykl jednotematyczny pięciu pozycji, z których cztery opublikowane są w jednym czasopiśmie. Czasposmo to bliżej mi nieznane „Decyzje”, które, nie, nie, wcale nie jest wydawane na UW. Co więcej, warto odnotować, że czasopismo to przekroczyło barierę jakości 10 pkt. na liście B. A to przecież też jest coś.

 

5 artykułów z osiągnięcia to 1/4 dorobku habilitanta. Jak zauważa jeden z recenzentów (recenzje z jakichś powodów  nie są chyba dostępne publicznie), od uzyskania stopnia doktora (w 2002 r.) habilitant opublikował 13 artykułów oraz 12 rodziałów, prawie po jednym rocznie, a więc można by powiedzieć, że habilitant bardzo się nie nudził, choć, jak się zdaje, komunikował sie tylko ze swoimi kolegami. Recenzent dodaje też, że habilitant napisał jednak różne raporty badawcze, co przecież też się liczy. Inny recenzent zwraca uwagę na to, że osiągnięcie habilitacyjne opublikowane jest w środowisku habilitanta, ale nie przeszkadza mu to wnioskować o nadanie stopnia.

 

Habilitacja przeszła bez mrugnięcia (mrugnęly tylko 4 osoby – 2 przeciw, 2 wstrzymały się), jednośrodowiskowe prace habilitanta to „znaczący wkład w rozwój dyscypliny naukowej socjologia”. Ja co prawda zastanawiam się złośliwie, czy socjologia o tym wie, na szczęście nikt mnie o to nie pytał. I właściwie nie byłoby o czym pisać – nie pierwsza to habilitacja, na której widok zeby bolą. Z całą pewnością też nie ostatnia. Jednak stopień został nadany przez flagowca polskiej socjologii, który w najbliższej parametryzacji liczy na ocene A+.

 

Kiedy my sami zaczniemy traktować się poważnie?

Kup pan cegłę

Dostałem ciekawego maila w sprawie opłat za postępowanie. Napisał do mnie habilitant, od którego oczekuje się, że dobrowolnie pokryje ‚administracyjną’ część postępowania habiitacyjnego. Mój korespondent cytuje niejednokrotnie omawiany komunikat MNiSW w sprawie pobierania opłat za postępowania awansowe.

 Sprawa rozbija się o następujący akapit:

 

Jednocześnie § 5 ust.1 ww. rozporządzenia pozwala na przejęcie obowiązku wypłaty jedynie wynagrodzenia przysługującego wskazanym tam osobom, a nie przejęcie kosztów jakie w związku z tymi postępowaniami faktycznie ponosi jednostka organizacyjna przeprowadzająca daną procedurę.

 

oraz o to, że pracodawca habilitanta chce właśnie pokryć jedynie koszty wymienione w komunikacie, a nie całości postępowania. Z kolei jednostka przeprowadzająca postępowanie nie uważa za stosowne pokrywać koszty, którymi w ogóle nie jest zainteresowana – habilitant nie jest pracownikiem tejże jednostki. A przecież jednostka ponosi koszty: delegacji, materiałów czy wreszcie czasu pracy osób zajmujących się postępowaniem.

 

Mój korespondent napisał, że pokryje koszty. Są niewielką częścią postępowania (choć nie mówimy tu i kilku stówach)  i znacznie ważniejsze jest to, by uzyskać stopień. Habilitant boi się po prostu, że zantagonizuje jednostkę, od której to zależy. Sprawa jest rozwiązana.

 

Jednak problem jest poważny, moim zdaniem. Przerzucenie części kosztów postępowań habilitacyjnych na jednostki je prowadzące jest nieuczciwe, szczególnie w przypadku uczelni prywatnych. Te koszty nie zostaną przecież ‚wchłonięte’, ale zostaną pokryte przez innych ‚klientów’ uczelni, w tym przez studentów. To z kolei wydaje się jeszce bardziej niesprawiedliwe. Dlaczego (hipotetyczy) ja mam pokrywać koszty habilitacji osoby, która ma dla mnie znaczenie zeszłorocznego śniegu? A może i jeszcze mniejsze. Nawet przyjmując, że z punktu widzenia pojedynczego studenta mówimy o groszach, to jednak z zasady uczelnia nie powinna oczekiwać pokrywania kosztów, które ze studentem nie są w jakikolwiek sposób związane.

 

Co więcej, tak naprawdę sprawa mojego korespondenta wcale nie została rozwiązana. Przecież on wcale nie zapłaci dlatego, że chce czy uważa, że powinien, ale dlatego, że się boi. Uczelnia zostaje zmuszona do tego, by zachować się, jak opryszek, który mówi do przechodnia „Kup pan cegłę.”. Chcąc, nie chcąc, kupuję cegłę, bo się boję, że tą cegłą w pysk dostanę. Habilitant też kupuje.

 

Kocha, lubi, szanuje

Z rozważań nad kolejnym postem wyrwał mnie list, za który jak zawsze serdecznie dziękuję. Autor cytuje następującą  recenzję z tego postępowania.  Otóż na stronie 8 autor recenzji wskazuje, że habilitant nie ma w dorobku żadnej publikacji w czasopismach z listy JCR, dodając po chwili, że w związku z tym, nie ma sumarycznego IF. Ale tu następuje coś ciekawego. Otóż recenzent podaje, że habilitanta indeks Hirscha wg Web of Science wynosi 6.

 

I teraz mamy problem. Albo habilitant ma publikacje w czasopismach z JCR, albo nie ma indeksu Hirscha z WoS. Ale problem w rzeczywistości jest poważniejszy. Bo jeśli uznać, że recenzent nie jest wyjątkowo roztargniony, wszak recenzja to poważna sprawa, można przyjąć, że nie ma on zielonego pojęcia, o czym pisze. Faktory, dżejsiary, wosy, hirsze i gugle to wsio ryba, która mieszają się w barszczyku bibliometrii.

 

Wielokrotnie mówiliśmy tu recenzentach, których kompetencje nie pasują do ocenianego dorobku. Jednak do tej pory mówiliśmy o specjalności naukowej. Linkowana powyżej recenzja wskazuje, że brak kompetencji recenzenta może również odnosić się do podstaw formalnej oceny naukowej. Warto dodać, że bez względu na to, czy zgadzamy się z oceną bibliometryczną czy nie, dobrze by było, żeby recenzent rozumiał jej podstawy. A jeśli nie rozumie, to niech przynajmniej się nie wypowiada na ten temat.

 

W przeciwnym razie równie dobrze recenzentowi można by przysyłac paprotkę, której recenzent użyje do wyliczanek typu: zasługuje, dostaje, uwala….