Autorecenzja

Ludzie listy piszą, czasem również do mnie. Dostałem właśnie przepiękną recenzję przedstawioną w postępowaniu z matematyki (tutaj można znaleźć to postępowanie). Otóż recenzent wyznacza nowe horyzonty dla gatunku recenzji habilitacyjnej. Pisze bowiem głównie o sobie.

 

Z dużym zainteresowaniem więc przeczytałem o wkładzie recenzenta w zagadnienia kohomologii, ba, dowiedziałem się, że w roku 1996 nastąpiła dramatyczna wręcz zmiana dzięki recenzentowi. Nie mówiąc już o tym, że w roku 2000 recenzent znów wykazał się błyskotliwym dowodem, podobnie zresztą jak i w 2003. Dowiedziłem się również wielu rzeczy z historii matematyki oraz wpływu na nią walk ulicznych w Paryżu. Niestety, niewiele się dowiedziałem o samym osiągnięciu habilitanta, ale może i dobrze, bo i tak bym nic nie zrozumiał.

 

Przypisując temu postowi kategorię galerii habilitacyjnej, mam wrażenie, że nie oddaję recenzji  sprawiedliwości. Myślę, że jest dużą sztuką pisać w recenzji hablitacyjnej przede wszystkim o sobie samym. I ja szczerze prof. Andrzejowi Żukowi tego gratuluję!

Zbiegi okoliczności

Dostałem maila w sprawie pewnego postępowania. Niestety, część dokumentów znikła i z oczwyistych względów nie mogę tego postępowania zidentyfikować. Jako że z autorem listu już korespondowałem, nie mam powodów, by nie ufać jej listowi (celowo ukrywam płeć nadawcy).

 

Sprawa dzieje się na SGH. Postępowanie habilitacyjne odbywa się z udziałem ekonomicznych 'gwiazd postępowań habilitacyjnych’. Habilitantowi zarzucono liczne 'zapożyczenia’ i w rezultacie habilitację uwalono. Habilitant, którego dorobek określono w mailu jako „żenujący nawet w ekonomii” zakwestionował formalne aspekty postępowania, co sąd uznał za zasadne (nie rozpatrując akademickiej części decyzji) i zażądał poprawnego formalnie procesu.

 

I tu wydawało się, że sprawa jest prosta. Wystarczy 'poprawnie’ podjąć tę samą decyzję. Jednak tak się niesamowicie złożyło, że głosowanie odbywa się na radzie wydziału, którą zwołano, gdy część członków  znajdowała się na konferencji naukowej jednego z największych instytutów na SGH. Niebywałym zbiegiem okoliczności na konferencję nie pojechali 'przyjaciele’ habilitanta. Niewątpliwie zupełnie niezależnym zbiegiem okoliczności głosowanie nad nadaniem stopnia weszło na tę radę w ostatniej chwili. Autonomiczna i niezależna rada w takim składzie, tak się akurat złożyło, zagłosowała nadać stopień doktora habilitowanego. 

 

Niestety, drugiej decyzji rady nie ma obecnie na stronach SGH.

Odpowiedzialność

Zadano mi pytanie o postępowania, które często przytaczam na blogu. Czy nie mam wyrzutów sumienia wobec piętnowanych recenzentów, a szczególnie habilitantów, którzy nagle stają się nie tyle sławnie, co sławetni? Przyznam szczerze, że niejednokrotnie o tym myślę. Za każdym razem wychodzi mi jednak, że 'piętnująca’ rola tego bloga jest ważna i potrzebna. Inaczej też traktuję pisanie o recenzentach, a inaczej o całych postępowaniach.

 

Wynika to z tego, że nie mam żadnych skrupułów, gdy piszę o recenzentach i, prawdę powiedziawszy, chciałbym móc pisać więcej o nieuczciwych i dętych recenzjach. Uważam, że recenzentów piszących takie recenzje należy wytykać palcami i bardzo się cieszę, gdy blog ten staje się recenzenckim pręgierzem. To właśnie przez dęte recenzje nieustannie toczy się debata na temat istnienia habilitacji. Podobnie nie mam skrupułów, gdy piszę o plagiatorach i innych oszustach.

 

Czym innym jest pisanie o postępowaniach, autoreferatach, szczególnie o tych słabych, ale również o tych dobrych. Jak podejrzewam, niewielu z opisywanych habilitantów chciało się znaleźć w którymś z moich postów czy komentarzy pod nimi. Co więcej, często mam poczucie, że piszę o nich dlatego, bo zawiódł 'system’. Kazali habilitantowi 'robić habilitację’, no to robi, nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Z kolei blog ten przejmuje role, które nigdy nie były przeze mnie zamierzone. Myślę jednak, że im więcej mówi się i pisze o tych koszmarkach habilitacyjnych, tym lepiej dla nauki.

 

Ale jest coś, co mnie utwierdza w moim przekonaniu. Otóż kilka, może kilkanaście razy usłyszałem o tym blogu od jego czytelników. Pytano mnie na przykład, czy czytam ten (tu z reguły pada jakiś pozytywny przymiotnik) blog o habilitacji. I czy widziałem, jak bloger napisał o tej czy innej habilitacji. Za każdym razem moi rozmówcy (nie zdając sobie sprawy z tego, że rozmawiają z autorem bloga) mówią o tym, że chcieliby znaleźć na blogu więcej postępowań i recenzji habilitacyjnych. Nigdy też nie słyszałem jeszcze negatywnych opinii (co z pewnością nie oznacza, że ich nie ma).

 

I to jest moja odpowiedź na pytanie, czy czuje ciężar odpowiedzialności. Tak, czuję. Ale to odpowiedzialość, której ja nigdy nie chciałem i która do mnie sama przyszła. A w następnym poście będzie o kolejnym postępowaniu.

 

Logistyka

Dostałem maila w sprawie terminowości recenzji. Habilitant/ka od jakiegoś czasu czeka już na trzecia recenzję. Kontakty z recenzentem/ką spotykają się ze zrozumieniem i ogólną życzliwością, jednak co recenzent czasu nie znajduje, to nie znajduje. Co ciekawe, recenzenta (lub recenzentki) zupełnie nie interesuje ustawowy termin. Przejmuje się raczej tym, że habilitant czeka, a recenzent opóźnia postępowanie. Wskazuje jednak, że z niezrozumiałych dla niego powodów, Centralna Komisja co rusz przysyła mu nowe postępowanie i on nie nadąża.

 

Mam dwa komentarze. Po pierwsze, irytuje mnie zmiana relacji z habilitantem z profesjonalnej na moralną. Co prawda, jest termin, ale co mi to tam. Ważniejsze jest to, że biedny habilitant czeka. I choć ciesze się, że serce u recenzenta jeszcze bije i nie jest z kamienia, wolałbym, żeby zamiast je okazywać, wywiązywał się ze swych obowiązków.

 

Po drugie, przyjmując wyjaśnienia recenzenta za dobrą monetę, mamy sytuację odwrotną od tej na przykład w naukach ekonomicznych, gdzie mała grupa profesorów recenzuje wszystko, co się rusza (a być może również to, co ruszać się przestało). Nie dość, że nie narzekają oni, to nie dopuszczają innych do recenzji. Można się zastanawiać oczywiście, jakiej jakości są te recenzje, ale kto by się tam zastanawiał. Być może więc również w działce mojego korespondenta zakładają, że każdy chce więcej (zarobić) i chcą zrobić recenzentowi przysługę. Ten z kolei narzeka na to, że mu za dużo przysyłają.

 

Nie wiem, rzecz jasna, czy jakiś członek CK czyta ten blog, jednak chcę zasugerować rewolucyjne rozwiązanie. Otóż, uwaga, idzie nowe, można by zadzwonić do recenzenta i zapytać, czy zgodziłby się na napisanie recenzji. Wiem, mogłoby to oznaczać, że kilka osób mogłoby odmówić, no ale, jak mówią Anglosasi, shit happens. Sugerowałbym też podanie telefonującemu urzędnikowi listy kilku nazwisk (np. 10 ułożonych wg preferencji), żeby nie musiał za każdą odmową czekać na następne posiedzenie i deliberacje uczonych osób.

 

Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że logistycznie może to być nie do wdrożenia. System ten wymaga kolosalnych nakładów myślowych i telekomunikacyjnych.

Sztuka pisania

Jakis czas temu dostałem do przeczytania nieopublikowaną jeszcze recenzję habilitacyjną. Dokument jest ciekawy głównie dlatego, że jest to dokument dyplomatyczny. Gołym okiem widać bowiem, że recenzent nie siedzi w działce habilitanta. Recenzja zawiera kilka ogólników wziętych albo z autoreferatu, albo ze streszczeń recenzowanych prac. Prawie dziesięciostronicowa recenzja zawiera dosłownie jeden akapit na temat tego, co zrobił habilitant. Mój korespondent wskazuje na ten fakt zadając pytanie o sens pisania takich recenzji, wskazując jednak, że konkluzja recenzenta jest jak najbardziej uzasadniona.

 

Recenzji, w których widać, że recenzent nie jest specjalistą w tym, co robi habilitant, jest oczywiście wiele. Czy każda jednak jest bez sensu? Otóz nie jestem tego taki pewien. 

 

Po pierwsze dlatego, że myślę, że ważniejsze jest to, by recenzent rozumiał, jak się uprawia naukę, bo to, po drugie, pozwala wyrobić sobie zdanie na temat dorobku habilitanta. A do tego, by wyrobić sobie zdanie na temat dorobku, nie trzeba siedzieć dokładnie w tym, co habilitant robi. I tak, nawiasem mówiąc, czyta się recenzję, którą dostałem. To bardziej recenzja dorobku i jego (tematycznej) pozycji w dyscyplinie.

 

Czy taka recenzja ma sens? Moim zdaniem, tak. Ale z pewnością otwiera ona (po raz kolejny) dyskusję, co oceniamy w recenzjach habilitacyjnych.

 

PS. Właśnie dowiedziałem się, że wpis został odebrany jako pesymistyczny. Nie miał taki być! (PS dedykuję prof. Piotrowi Stecowi).

Słodycz

Po poprzednim wpisie dostałem 'wsparcie’ od jednego z czytelników. Zwrócono mi uwagę na następujący post. Autor opisuje debatę akademickiej jako coraz słodszą i bez, powiedzmy, 'przyjaznej wrogości’. Zacząłem się zastanawiać nad dyskusjami, w których biorę udział. Czy zawsze jest słodko? Nie jest. Czy zawsze jest merytorycznie? Też nie. Oto więc jak ja to widzę.

 

Przede wszystkim myślę, że są różnice między dyskusjami polskimi i w gronie międzynarodowym. W Polsce rzadko widuję poważne czy ostre dyskusje na temat wypowiedzi profesorskich (choć są wyjątki), słodycz leje się wiadrami bez względu na poziom bzdurności tego, co profesor mówi. Mówiąc szczerze, myślę, że wielu profesorom nie przychodzi do głowy, że ktoś, szczególnie młodszy, mógłby im dowalić. Z kolei, widuję profesorów wymądrzających się (na dowolny temat), bez zawahań dowalając młodszym kolegom.

 

Inaczej jest 'na świecie’. Tam z kolei słodycz leje się częściej w wypadku młodszych adeptów nauki, ostra dyskusja, jeśli już, to zdarza się częściej w wypadku bardziej doświadczonych pracowników (niekoniecznie  profesorów). To oni głównie ryzykują (najczęściej merytoryczny) atak. Do tego zdarza się, że kogoś nie wypada zaatakować (np. z powodu zaawansowanego wieku), że są alianse ludzi z tej samej instytucji, czy też alianse płci.

 

Zgadzam się jednak z podstawową tezą: słodycz zabija debatę.

Nieofermy

Dostałem maila w sprawie wyborów do Centralnej Komisji. Mój korespondent (z dyscypliny szerokohumanistycznej) brał udział w dyskusjach, kogo zgłosić na kandydata na nową kandencję. Wszak wybór jest nieoczywisty i wcale nie polega na wybraniu 'tych najlepszych’. Problemów jest bowiem kilka. 

 

Po pierwsze, jest grupa profesorów, którą wiele osób chciałoby wybrać do CK, ale oni systematycznie odmawiają. Dlaczego? No dlatego, że nie chce im się bawić w te klocki. Po co, pisze mój korespondent, mieliby użerać się z polonistami i pedagogami, których wizja nauki osadzona w jednym z równoległych wszechświatów. Są to zazwyczaj profesorowie z dużym dorobkiem, którzy nic nie muszą nikomu udowodnić. Ich odmowa powoduje jednak, że większość 'śmietanki dyscyplinarnej’ jest niedostępna.

 

Kłopoty, po drugie,  jednak tu się nie kończą. A to dlatego, że rada wydziału autora listu zaczyna się zastanawiać dalej. Bo pozostaje jeszcze mniejszość śmietanki, więc może można by wybrać z niej. I tu sprawy okazują się dalece nieproste. A to dlatego, że część tej grupy profesorów będzie nie do zaakceptowania dla reszty środowiska (na przykład ze względu na to, że są 'za ostrzy’), a nie ma sensu wybierać wolnego strzelca, bo i tak się nie dostanie.

 

A zatem, po trzecie, rada wybiera kandydatów, których środowisko raczej nie odrzuci, a którzy nie są kompletnymi ofermami. Przynajmniej w dyscyplinie mojego korespondenta.

 

Mam dwa komentarze. Jeśli ktoś chciał zobaczyć, jak wygląda równanie w dół, to ma okazję. No i, że ja właściwie to się cieszę, że Centralna Komisja (przynajmniej w jednej z dyscyplin) składa się z nieoferm. To jest już coś – okazuje się, że mogłoby być gorzej.

Załatwić

Jakiś czas temu dostałem maila od pewnego profesora ze znacznym dorobkiem międzynarodowym. Profesor był na konferencji, na której podeszła do niego osoba, która poprosła go o 'załatwienie’ publikacji w międzynarodowym czasopiśmie. Nie dla siebie, rzecz jasna, ale dla kolegi. Kolega, pracownik polskiego (dobrego) uniwersytetu, musi (dodajmy: niestety) publikować za punkty i potrzebuje chociaż jednej dobrej publikacji. Profesor, który publikuje 'na świecie’, mógłby przecież załatwić jakiś mały jeden artykulik. Profesor usiłował uświadomić swemu rozmówcy, że to jednak tak nie działa. Nie uwierzono mu.

 

Nie mogę się zdecydować, jak to skomentować.

Patriotyz

Właśnie dostałem list w sprawie następującego protokołu. Jest to zapis posiedzenia komisji habilitacyjnej w postępowaniu, które zakończyło się powodzeniem. Osoba, która przysłała mi list, zwraca uwagę na rozważania przewodniczącego komisji. Otóż przewodniczący zaniepokojony jest tym, że habilitantka nie upowszechniła wyników swoich badań w języku polskim. Co prawda, niepokój profesora nie przełożył się na chęć uwalenia habilitantki, jednak był na tyle silny, że chciałby on zmienić prawo. Na stronie 3 zaprotokołowano wypowiedź przewodniczącego, który uważa, że należy rozważyć ustawowe zmuszenie habilitantów do pisania po polsku!

 

I teraz sobie pospekuluję. Słowa przewodniczącego komisji być może wskazują na zatroskanie o stan polskiej ekonomii – habilitantka, nie pisząc po polsku, pozbawia naszych ekonomistów szybkiego dostępu do wyników swoich badań. A może, a to już spekulacje nie tylko z sufitu, ale z księżyca wręcz, habilitantka, która regularnie publikuje w czasopismach za 30 punktów, zawyża poziom? Każmy jej publikować po polsku, to jej dorobek nie będzie kontrastował na przykład z dorobkiem profesorów ekonomii, weźmy pierwszy lepszy z rzędu – choćby z dorobkiem przewodniczącego komisji. A może wreszcie tu chodzi o troskę o polskiego podatnika, który będzie musiał się nadwerężyc czytając prace habilitantki po angielsku. Tak, coś czuję, że to właśnie o to chodzi, a nie żadne dorobki profesorskie.

 

Proponuję zatem, by ustawa nie tylko określała, że należy publikować w języku ojczystym. Proponuję też ustalić, że, powiedzmy, 20 procent publikacji musi zostać opublikowane w mieście pracy habilitanta (nie wiem, czy nie warto by określić, że tematyka tych prac powinna dotyczyć miasta!), kolejne 20 powinny mieć zasięg wojewódzki. Następne 20 niech będą ogólnopolskie – niech habilitant pisze dla całej ojczyzny! I niech to będzie 40 procent! A co!

Teraz, dodajmy: niestety,  wychodzimy poza nazą polską ziemię. 10 procent publikacji musi mieć zasięg regionalny. Czechy, Słowacja, Litwa – te kilmaty. Wspomożemy braci Słowian (i sąsiadów też). Jeśli starczy czasu, niech ostatnie 10 procent będą międzynarodowe.Niech się nażrą naszą krwawicą, naszym potem i łzami, niech mają, te wszystkie Niemcy, Anglicy i Amerykanie. Niech się dowiedzą, jaka jest polska nauka! Niech zazdroszczą.

 

Ale pamiętajmy. Prawdziwy patriota pisze dla swoich rodaków. Ja, osobiście, dziekuję Panu Profesorowi. Czekam na ustawę!

Cytujmy cyklistów!

Jakiś czas temu dostałem maila w sprawie trwająceego jescze postępowania w jednej z dyscyplin międzynarodowych. Postępowanie wyróżnia jedną recenzją, któa zresztą zidentyfikuję, gdy tylko zostanie udostępniona publicznie.

 

Recenzja została napisana przez świeżo upieczonego i młodego doktora habilitowanego, którego główny zarzut wobec habilitanta polega na tym, że habilitant nie udziela się na polskich konferencjach, a na dodatek nie za bardzo cytuje swych polskich kolegów i koleżanki. Podobnie jak mój korespondent zaskoczony jestem nie tym, że taka recenzja powstała, ale tym, że napisał ją młody profesor, któremu powinny już zaświtać międzynarodowe standardy. Być może warto przypomnieć: cytuje się to, co jest warte zacytowania, a jeździ się na konferencje, na które warto pojechać.

 

Piszę o tym teraz właśnie, bo pod poprzednim wpisem jeden z komentarzy brzmiał:

 

Najsmutniejszy efekt to demoralizujący wpływ na doktorantów. To mocno demoralizuje, gdy widzi się habilitantów, w swojej dziedzinie.

 

Czy recenzent został zdemoralizowany czy nie, tego nie wiem, jednak najwyraźniej uczył się innych standardów nauki. I domaga się cytowań nie dlatego, że ma coś do powiedzenia, ale dlatego, że jest Polakiem. A może na dodatek jest przystojny, wysoki i pachnie paco rabanne? A może cytujmy go, bo jest z Koszalina?

 

Gdyby taką recenzję napisał profesor-emeryt, pal sześć. Ale wspomniany recenzent to przyszłość nauki polskiej….Biada nam!