Druga habilitacja

Dostałem maila z propozycją. Napisała do mnie osoba, która właśnie jest w momencie, w którym ja byłem prawie dokładnie 4 lata temu, a zatem jest tuż przed złożeniem wniosku habilitacyjnego. Korespondentka  (język polski nie pozwala mi pisać bezpłciowo, więc wybrałem formę żeńską, która jednak wcale nie oznacza, że napisała do mnie kobieta – może być nawet wprost przeciwnie) proponuje mi bieżące sprawozdania z jej drogi habilitacyjnej. Oczywiście przystałem na tę propozycję.

 

Moja korespondentka jest przedstawicielką tzw. szerokiej humanistyki. Humanistyki jednak na tyle, że pisze się w niej książki. O książce zresztą mi habilitantka (a właściwie jeszcze nie) napisała. Ale o tym napiszę wkrótce.

 

Jak co jakiś czas ponawiam prośbę o maile w sprawach (około-)habilitacyjnych i nie tylko. O wszystkim piszę, choć zazwyczaj (dla ochrony tożsamości korespondentów) po jakimś czasie. Proszę o maile na adres: habilitant2012@gazeta.pl.

Miłość niejedno ma imię

5 stycznia napisałem o badaczu, który popełnił plagiat. Napisałem o kompromitacji i takie tam inne rzeczy. Właśnie dostałem plik z konkordancją zapożyczeń tegoż domniemanego plagiatora wobec tej samej ofiary. Na pierwszy, a może i drugi rzut oka, sprawa wygląda poważnie. Wbrew zapewnieniom, prawdopodobnie dokonano kolejnego plagiatu.

 

Przyznam szczerze, że przeczytałem maila z pewnym niedowierzaniem. Jak napisałem w styczniu, gdybym chciał popełnić plagiat, przepisałbym jakiś artykuł z Namibii. Plagiat artykułu z Polski raczej nie wchodziłby w rachubę. Plagiat dwóch tekstów tego samego autora uznałbym za szaleństwo! Powiem więc wprost: trzeba być kompletnym kretynem, żeby dokonać plagiatu (przynajmniej) dwóch artykułów tego samego autora!

 

Współczując ofierze, chciałbym zwrócić uwagę, że może trzeba popatrzeć na te plagiaty inaczej. Autorze plagiatowany, masz wielbiciela! Może nie chcesz, ale masz. Może by warto plagiatorowi ze dwa artykuły zadedykować?

Konflikt

Dostałem dzisiaj maila w sprawie pewnej habilitacji, o której mam nadzieję napisać więcej. Mój korespondent zwraca uwagę na skład komisji habilitacyjnej. Znaleźli się w niej: promotor pracy doktorskiej i dwóch kolegów z roku habilitanta.

 

Konflikt interesów to jest pojęcie szerzej znane w nauce polskiej, prawda?

Aspiracje naukowe

Każdy plagiat jest kompromitacją, jednak gdy plagiat dotyczy pracy osoby młodszej wiekiem i stażem kompromitacja jest, mam wrażenie, pełniejsza. Dostałem list w sprawie takiego właśnie plagiatu, którego ślady można znaleźć na tej stronie.

 

Sprawa niby już załatwiona, jednak pewien niesmak zostaje. Autor listu pisze, że redaktor pisma ociągał się z usunięciem artykułu ze strony (wszak pierwszy raz mu się to zdarzyło i nie wiedział, co, biedny, robić!). I przez półtora miesiąca od powiadomienia redakcji artykuł można było jeszcze ze stron czasopisma ściągać. Co ciekawe, w repozytorium Uniwersytetu w Białymstoku artykul nadal widnieje, a linki pod nim nie działają. Najwyraźniej UoB za bardzo nie ma ochoty dzielić się przeprosinami i retrakcją. Na ślady postepowania dyscyplinarnego wobec autora nie natrafiłem.

 

Oto komentarze. Przepisany artykuł ukazał się w 2013 roku, plagiator musiał się za niego zabrać niedługo po publikacji. I mi się to w głowie nie mieści. Czy pedagodzy nie czytają nawet siebie nawzajem? No przecież plagiat świeżynki nie ma żadnego sensu! Gdybym chciał ukraść artykuł, to wziąłbym coś napisane po niemiecku w Namibii i to parę lat temu! Na proces recenzyjny w czasopiśmie „Pogranicze” spuśćmy zasłonę milczenia – zaiste ekspercka to ocena! I wreszcie, moim zdaniem to bardzo ironiczne, że autor nieuczciwego artykułu naukowo zajmuje się m.in. aspiracjami młodzieży. Oby ta młodzież miała inne aspiracje.

Koniec świata?

Za każdym raem, gdy zapisywałem się do jakiegoś towarzystwa akademickiego, wypełniałem formularz, uiszczałem opłatę i stawałem się członkiem. Zaskoczony dlatego byłem, gdy jakiś czas temu dostałem maila od profesora, który postanowił zostać członkiem jednego z polskich towarzystw w naukach społecznych. Okazało się, że wypełnienie formularza to dopiero początek. Żeby dostąpić zaszczytu członkowstwa, profesor potrzebował dwóch członków wprowadzających, określenia zainteresowań, na podstawie których przyjmie go (albo i nie) stosowna sekcja Towarzystwa. Co ciekawe, Towarzystwo nie dopuszcza ogólnego zainteresowania dyscypliną – zaineresowania kandydata na członka muszą być wyraźnie sprecyzowane! Dopiero wtedy Towarzystwo podejmowało decyzję o członkostwie.

 

Piszę o tym nie tylko dlatego, żeby pośmiać się z nauk społecznych, ale zwrócić uwagę na kolejny przykład megalomanii i izolacji nauki polskiej. Co jeśli jakiś doktorant, albo młody doktor, drugie pokolenie polskich emigrantów, będzie chciał się zapisać do towarzystwa? Skąd taki młody ktoś weźmie sobie dwóch członków wprowadzających? Ma po prośbie chodzić? A co ze studentem pierwszego roku, nie mówiąc już o studentach dyscyplin pokrewnych? A może inaczej – czy rzeczywiście znany i uznany zagraniczny profesor dyscypliny, który postanowi zapisać się do towarzystwa, naprawdę będzie prosił dwóch członków o wprowadzenie?

 

Myślę i myślę i nie potrafię znaleźć zalet członków wprowadzających do stowarzyszenia dyscyplinarnego! Rzeczywiście, istnieje niebezpieczeństwo, że zapisze się do niego jakiś matematyk, inżynier, a nawet, tfu tfu, dyscyplinarnie niezrzeszony, ale może nie jest to od razu koniec świata?

Niech przemija!

Dostałem kilka listów w sprawie poprzedniego wpisu, wszystkie zarzucające mi, że za daleko się posunąłem wobec krytyki profesora, którego tożsamość jest prawdopodobnie łatwa do zidentyfikowania.

 

Poprzedni wpis napisałem po długich wahaniach. Jednak nie zmienię go; nie dostałem żadnego argumentu, który przekonałby mnie, że nie mam racji. To, że pisałem o artykule wybitnego profesora (to najczęstszy zarzut wobec mnie), nie zmienia faktu, że artykul i zawarte w nim postulaty są nonsensowne i szkodliwe. W szczególności oczywiście postulat o recenzowaniu 'psychiki’ habilitanta. Moim zdaniem, artykuł prof. Abby to przejaw nonszalancji wobec praktyk, jakimi się kieruje nauka. Spersonalizowanie oceny, jej kompletna uznaniowość mogą tylko zaszkodzić postępowaniom awansowym. Uważam, że należy dążyć do postępowań, w których recenzje oparte są o oceny uznawalne w całym świecie naukowym. Ocena 'psychiki’ przez recenzenta-inżyniera wystawiłaby polską naukę na kolejne pośmiewisko.

 

Uważam, że prof. Abba tęskni za światem, który na szczęście przemija. Powoli, z bólami, ale przemija. To świat, w którym profesor był panem życia i śmierci (zawodowej), a jego sympatia lub jej brak decydowały o karierach naukowych. To świat, w którym Ryszard i Adam czują się jak ryby w wodzie, łamiąc karierę 'sprytnemu gejowi’. Oby ten świat przeminął jak najszybciej i nigdy nie wrócił.

 

Ostrość mojego poprzedniego wpisu wynikała z tego, że jeszcze nie tak dawno temu ktoś mógłby oceniać moją 'psychikę’, a znam wielu profesorów, którzy mnie nie lubią (ze wzajemnością). Na szczęście oceniano mój dorobek!

 

Prawdziwa nauka

Zwrócono mi uwagę na tę recenzję. Jest godnym dodatkiem do cyklu ’galeria habilitacyjna’. Przez chwilę zastanawiałem się nawet, czy nie zostawić jej bez komentarza – recenzja stanowi kamień milowy piśmiennictwa recenzyjnego.

 

Prof. Paluchowski, po wskazaniu, że habilitant nie radzi sobie z językiem polskim, ma wiele wątpliwości. Psychologowi-recenzentowi nie podoba się więc to, że habilitant pisze ze współautorami. Rodzi to przecież wątpliwości, jak oceniać jego indywidualny wkład. Ba, ile publikacji tworzy cykl jednotematyczny? Czy przedstawione przez habilitanta pięć wystarczą? Habilitant przedstawił przecież jedynie 71 stron, a to, można by dodać, jest nie więcej niż jakieś pół widelca. A czyż habilitacja nie zasługuje przynajmniej na na cały? Wszak 71 stron to jednak nie jest książka, a to książka, a nie żaden cykl, tak naprawdę zasługuje na habilitację!

 

I teraz sztych godny mistrza recenzji. W poszczególnych publikacjach habilitant nie cytuje innych prac cyklu! Miałkość dorobku habilitanta została obnażona całkowicie! Zamiast cytować się i dokumentować cykliczność, habilitant po prostu sobie publikował. Jak tak można?! Czyżby nie zdawał sobie sprawy z tego, że musi się przed recenzentem polskiej habilitacji wykazać udokumentowanym zamiarem cykliczności! Czy może po prostu rzeczywiście nie jest to żaden cykl?! Aż dziw bierze, że mu tę habilitację nadano!

 

Gdy jednak doszedłem do zarzutu, że tytuły publikacji cyklu nie są powiązane, nie mogłem wyjść z podziwu dla recenzenta-dobrodzieja, że w ogóle napisał tę recenzję! No jak tak można?! Nie powiązać ze sobą tytułów publikacji! Czy oni w tej Brytanii, czy gdzieś tam, nie wiedzą, jak się prawdziwą naukę uprawia?!

 

 

Może chociaż buława?

Od kilku dni myślę nad tym wpisem, pomimo wątpliwości zdecydowałem się jednak na jego napisanie. Dostałem list w sprawie Rady Młodych Naukowców. Autor/ka listu pisze do mnie ujawniając swą tożsamość, ja z kolei odbieram jego/jej list jako wyraz troski o Radę, która traci charakter zespołu młodych uczonych, a staje się sposobem na rozpoczęcie karier polityczno-naukowych kilku jej członków.

 

Uderzyły mnie w  liście dwie rzeczy. Przede wszystkim to, że z listu wynika (korespondent/tka nie zwraca na to szczególnej uwagi), że Rada Młodych Naukowców ma prezydium! Nie wiem, czy formalne czy nie, jednak tak list opisuje szefostwo rady. Przyznam, że 'prezydium’ kolegialnego zespołu młodych ludzi zaskoczyło mnie – to dla mnie wyraźny przerost formy nad treścią.

 

List opisuje czasem w szczegółach, kontrolę 'prezydium’ nad Radą. Opisy czasem mniej, czasem bardziej smakowite, jednak hitem dla mnie jest to, że niezaakceptowane wcześniej pytania szeregowych członków Rady w czasie spotkań z 'osobistościami’ są niemie widziane. 'Prezydium’ preferuje pełną kontrolę środowiska, w jakim się znajduje, członkowie Rady z kolei mają siedzieć, pachnieć i….podziwiać 'prezydium’.

 

Dlaczego zdecydowałem się na zrelacjonowanie fragmentów listu? Otóż dlatego, że zaglądnąłem na stronę Rady. Zaskoczyło mnie parę rzeczy. Po pierwsze to, że od ponad roku nie są publikowane protokoły z posiedzeń Rady. Co takiego dzieje się na spotkaniach Rady, że reprezentowani przez nią młodzi uczeni, nie zasługują na to, by się o tym dowiedzieć? Po drugie, zaskoczyła zakładka Kalendarium. Odniosłem wrażenie, że działalność Rady Młodych Naukowców sprowadza się w dużej mierze do tego, że jej Przewodniczący i Wiceprzewodniczący z kimś się spotykają. Brakowało mi tylko podkładu z muzyki Chopina, jak w starym Dzienniku telewizyjnym, gdy Przewodniczący kroczy, zasiada, bierze udział…..Po trzecie, oglądając zakładkę Sklad Rady, z pewnym zażenowaniem zobaczyłem Przewodniczącego na samej górze, z wiceprzewodniczącymi nieco niżej i z ogonem na dole. Rzeczywiście, prezydium pełną gębą. No i aż chciałoby się powiedzieć, że 'przewodniczący’ tak bardzo nie oddaje tej jakże wysokiej pozycji!

 

Byłem krytyczny wobec Rady Młodych Naukowców. Uważałem i uważam, że jest to zespół, który nie reprezentuje nikogo. Jednak w poprzedniej kadencji członkowie Rady usiłowali to zmienić, pojawiając się choćby na forum, próbowali kogoś reprezentować. Choć byłem sceptyczny, życzyłem im powodzenia.

 

Obecna Rada nie interesuje mnie wcale.

 

A może by premię?

Czasem wydaje mi się, że widziałem już (prawie) wszystko w nauce, jednak najnowszy artykuł Marka Wrońskiego zaskoczył mnie. Oczywiście, nie zaskoczył mnie dziekański plagiat czy nawet opieszałość dochodzenia uczelni, jednak wyrzucenie z pracy osoby, która chce napiętnować nieuczciwość akademicką, to jednak coś zaskakującego. 

 

Nigdy nie miałem okazji usłyszeć o zasługach Politechniki Koszalińskiej, ani Wydziału Technologii i Edukacji, teraz to jednak zmieniło się na dobre. PK wypracowuje nowe standardy w walce z nieuczciwością akademicką. Można by jeszcze jakąś premię dać plagiatorce za poniesione straty moralne. Wszak zdaje się, że na Politechnice Koszalińskiej nazywanie plagiatora plagiatorem zwyczajnie nie uchodzi. Gratuluję więc rektorowi uczelni, prof. Tadeuszowi Bohdalowi, oraz władzom Wydziału Technologii i Edukacji. Mam nadzieję, że ich zachowanie nie zostanie zapomniane.

 

Błędy

Mój korespondent zwraca uwagę na postepowanie z matematyki. Podnosi przy tym wielokrotnie omawianą już kwestię, czy recenzent powinien recenzować publikacje czy oceniać dorobek habilitanta, który przez recenzje juz przeszedł. W omawianym postępowaniu mamy znów dwie recenzje pozytywne, jedną negatywną, w której recenzent znajduje błędy w, jak twierdzi autor listu, dobrych publikacjach habilitanta.

 

Problem z tym postępowaniem jest dwojaki. Pierwszy, jak wskazałem, to kwestia tego, co ocenia recenzent. Wielokrotnie prowadzone były tu i na forum dyskusje, w których jedni twierdzą, że skoro habilitant przeszedł przez międzynarodwe sito recenzyjne, polska habilitacja nie jest od tego, żeby być ultramiędzynardowym procesem recenzyjnym. Inni mówią, że skoro jest błąd, to nieważne, gdzie jest publikacja. Błąd dyskwalifikuje habilitanta. Mnie jest bliżej do tej pierwszej argumentacji, ale nie jestem matematykiem.

 

Drugi problem, to recenzenci. Czy ci pozytywni nie widzieli błędu? Jeśli tak, to odwalili fuszerkę. Ale co jeśli widzieli? Czyżby nie uznali go za dyskwalifikujący? I wraca po raz kolejny kwestia rzetelności recenzji, ale też ta sprawa powyższa: „co ocenia recenzent?”. O tym z kolei było już dużo, a będzie jeszcze więcej.

 

I jeszcze refleksja. Patrzę i patrzę, listy dostaję i głównie to cieszę się, że mnie już to wszystko nie dotyczy.

 

Zwracam się do czytelników z kolejnym apelem o listy w sprawach (około-)habilitacyjnych na adres habilitant2012@gazeta.pl.