Elita

Dostałem ostatnio sporo listów, za wszystkie dziękuję. Te, które mogę, będę systematycznie opisywał na blogu. List, o którym chcę napisać tym razem (znów bez szczegółów, które w dużej mierze znam), to list od osoby, która 'zasiada’. Mój korespondent(tka) jest członkiem kilku ważnych (prominentnych?) komisji, które podejmują decyzje w sprawach finansowania akademickiego.

 

To, co przeczytałem w liście, jednak mnie zaskoczyło. Naiwnie łudziłem się, że gdy wchodzą w grę pieniądze, decydenci starają się podejmować decyzje na podstawie 'faktów’, a zatem jakości dokumentów, dorobku, znaczenia itd.itp. Niestety, mój korespondent(tka) rozwiewa jakiekolwiek wątpliwości. Decyzje podejmowane są wyłącznie na podstawie bliższych czy dalszych związków beneficjenta decyzji z podejmującymi ją. Dzisiaj wybieramy moje(go/ą), jutro twoje(go/ą). Członkowie komisji uprawiają mniej lub bardziej widoczny handel wymienny. I tak to kręcą się koła finansowania nauki polskiej.

 

 Porzućcie wszelką nadzieję, wy którzy wchodzicie.

 

Idzie nowe

Ten wpis oparty jest na kolejnym liście do mnie. Mój korespondent pisze o recenzjach pewnego profesora, który uparcie odrzuca międzynaorowy i współuatorski dorobek habilitantów.  Wszystko, co habilitant pisze na świecie, oceniane jest jako przyczynkarstwo, z kolei współautorstwo nie pozwala na ustalenie wkład habilitanta w badania/publikację, należy więc takie publikacje wyłączyć z oceny. Autor listu donosi o postępowaniu, w którym habilitant legitymuje się dorobkiem bez wątpienia z  naddatkeim wystarczającym na habilitację, jednak recenzja wspominanego profesora to kolejny  negat. A argumenty jak wyżej,

 

Co ciekawe jednak, sam recenzent legitymuje się dorobkiem jedynie lokalnym i również bez wątpienia nie spełnia ustawowego wymogu renomy międzynarodowej. Pomimo tego, zarówno rady wydziału, jak i CK wyznaczają profesora na recenzenta, a mój korespondent pisze o przynajmniej jednej habilitacji, w której bardzo negatywne zdanie opisywanego profesora przeważylo. 

 

i tu powstaje pytanie o motywy takiego profesora. Argumenty stosowane w recenzjach można uznać za bzdurne, o czym, jak można podejrzewać, recenzent wie. Dlaczego więc pisze bzdury? Otóż wydaje mi się, że taki profesr to krzywe odbicie mentora, o którym pisałem niedawno. To osoba, którą każda międzynarodowa habilitacja podważa, a on przeciwstawia się temu jak może. To osoba, która nie potrafiła się znaleźć w nowym świecie nauki, więc dąży do tego, by powstrzymać coraz szybciej następującą rzeczywistość, w której jego dorobek jest oceniany bardzo negatwynie. A że potencjalnie niszczy kariery ludziom, których ocenia? Najwyraźniej to mu nie przeszkadza.

 

Oczywiście nie da się zmienić poglądów i motywacji takiego rcenzenta. Da się jednak wykluczyć z postępowań habilitacyjnych. Na razie jednak profeosr i jego idiotyczne argumentacje trzymają się mocno.

Uzupełnienie poprzedniego wpisu

Porozumiałem się z moim korespondentem. Po pierwsze, sprostowanie: mail pisany był jeszcze przed posiedzeniem rady wydziału. Po drugie, postępowanie nie jest jeszcze upublicznione, więc mój korespodent na razie nie podał szczegółów. Oczywiście, poprosiłem o przekazanie informacji o postępowaniu, gdy będzie to możliwe. To sprawy 'formalne’.

 

Teraz dwa smaczki. KH omawiała plagiat habilitantki, jednak uznała, że nie jest władna tym się zajmować. Podjęto też kwestię samodzielności po habilitacji. Stwierdzono, że habilitantka rozumie, że nie powinna kierować innymi ludźmi. W tym momencie miałem życzenie: Czy mógłby ktoś do mnie napisać fajnego, pozytywnego maila o świetnym habilitancie z superdorobkiem? 

 

Ponownie dziękuję moim korespondentom, nadal proszę i apeluję o dalsze maile!

Ręce opadają

Ostatnio dostałem dwa maile na temat habilitacji. Dzisiaj przekazuję treść pierwszego z nich,  o habilitacji nadanej. Dwie negatywne recenzje zawierały poważne zarzuty o plagiat. Habilitacja jednak przeszła (reszta komisji habilitacjyjnej, jak i rada wydziału, głosowała za nadaniem stopnia). Najciekawsze jednak były argumenty za nadaniem stopnia.

 

Nadajemy stopień, bo jesteśmy humanitarni, wszak nienadanie stopnia może spowodować utratę pracy. Nie można też podcinać skrzydeł! Habilitantka, która pracuje sama, nigdy nie miała okazji dowiedzieć się, jak się uprawia naukę. Jak pisać publikacje, jak unikać podejrzeń o plagiat – nie poznała odpowiedzi na te trudne pytania. Czy powinniśmy ją za to karać, skoro dzięki tym negatywnym recenzjom mogła się wiele nauczyć?

 

I tak to przeszła habilitacja z plagiatem, co do którego nikt najwyraźniej nie miał wątpliwości. Komisja i rada nie zadała sobie pytania, jak ta habilitantka  ma uczyć uprawiania nauki swoich podopiecznych. Na czym będzie polegać 'samodzielność’ naukowa świeżo upieczonej pani profesor?

Wstrzymuję oddech

Ciąg dalszy chaosu na stronach CK. Kilka dni temu dostałem maila, którego autor donosi o nowych osiągnięciach informatyków Komisji. Otóż, powiedzmy, Jan Kowalski zrobił habilitację z nauk technicznych. Niestety, informatycy nie rozróżniają autoreferatów z nauk technicznych i społecznych, więc Janowi Kowalskiemu z nauk technicznych przypisali wniosek Jana Kowalskiego z nauk społecznych. W naukach społecznych z kolei Jan Kowalski nie figuruje. Kto wie, może dlatego, że wylądował gdzieś w medycynie?

 

Postępowanie technicznego Jana Kowalskiego się zakończyło. Trudno powiedzieć, gdzie je umieszczą dzielni informatycy. Warto jednak chyba wstrzymać oddech.

Recenzja i jej konsekwencje

Parę miesięcy temu prosiłem o kontakt recenzentów habilitacyjnych, na których wywierano presję, by recenzja była 'odpowiednia’. Parę dni temu dostałem maila w tej sprawie. Wbrew pozostałym trzem recenzentom, autor/ka listu napisał/a recenzję negatywną. Coś trzeba było z nią zrobić, więc komisja habilitacyjna ją omówiła. Dyskusja polegała jednak na podważaniu osoby, która recenzję napisała.

 

Autor/ka listu pisze jednak nie tyle o presji, co o 'karze’ za napisanie negatywnej recenzji. Habilitacja miała przejść, więc przeszła, jednak negatywna recenzja odbiła się echem, a jej autor/ka nadal ponosi konsekwencje (o których nie napiszę, by zachować pełną anonimowość osoby, która do mnie napisała).

 

Osoba, która napisała do mnie, napisała otwartym tekstem, ujawniając swą tożsamość. Dziękuję za to. Ja z kolei ponawiam apel. Proszę o nadsyłanie 'historii habilitacyjnych’, z obu stron postępowania.

Piórkiem i smyczkiem

Nie mogłem sie oprzeć i postanowiłem udokumentować fotograficzny zapis przewodu habilitacyjnego z nauk muzycznych. Wydaje mi się tylko, że habilitantka umniejsza rangę wydarzenia mówiąc o jakimś zwykłym recitalu. To przecież było kolokwium habilitacyjne, którego częścią był habilitacyjny recital! Na szczęście jednak wszystko poszło śpiewająco.

 

W naukach plastycznych mogłoby być podobnie zresztą. Habilitant szybko coś maluje, rzeźbi czy instaluje, a wszyscy mają wiele uciechy.

Usterki w pedagogice

Zwrócono mi uwagę na uchwałę w sprawie nadania stopnia w postępowaniu, o którym już kiedyś pisałem. Jest to dokument zaskakujący pod kilkoma względami.

 

Przede wszystkim jest uchwałą, która nie kończy się uchwałą. Nie wiem, czy to ma jakieś znaczenie prawne, jednak dokument uchwały nie informuje o tym, czy nadano mu stopień, czy nie. Decyzja jest oczywiście implikowana wynikami głosowania, jednak dokument nie wskazuje na to, że rada wydziału podjęła jakąkolwiek decyzję.

 

Co więcej, prawie połowa głosujących wstrzymała się od głosu. 13 osób z 27 nie miało zdania. I chociaż głosujących przeciw było więcej niż głosujących za, jednak to, że aż połowa członków rady nie chce się wypowiedzieć, ukazuje bezsensowność (tego) postępowania. Nawiasem mówiąc, można się zastanawiać, na ile członkowie rady wstrzymywali się ze względu na presję dziekana, by habilitację przepchnąć. Po decyzji komisji oraz dyskusji, którą pokazuje protokół, decyzja dziekana, by postawić wniosek o nadanie stopnia, jest co najmniej zaskakująca.

 

A na koniec jakość dyskusji. Niebywałe jest pytanie jednego z profesorów o motywy habilitanta – zastanawiam się, jakiej odpowiedzi oczekiwał. Że habilitant nie miał szans w psychologii? A do tego pytanie o to, co ma habilitant z sobą zrobić, na które następuje stwierdzenie, że jednak habilitant (jest już dużym chłopcem i) sam podjął decyzję o wskazaniu pedagogiki. I wreszcie pytanie: usterki czy przynależność dyscyplinarna, po którym dziekan stwierdza, że w pedagogice usterki jeszcze nikomu w niczym nie przeszkodziły. I tu parsknąłem ze śmiechu.

 

Oto postępowanie habilitacyjne w pełnej krasie.

Strona 138

Kilka godzin po opublikowaniu poprzedniego wpisu dostałem maila w jego sprawie. Mój korespondent opisuje kolokwium habilitacyjne, w którym brał udział. Podczas kolokwium jeden z recenzentów wziął książkę habilitanta i zaczął go z niej przepytywać. Recenent prosił np. o komentarz do, powiedzmy, piątego zdania na stronie 138. Oczywiście recenzent książkę (która nie była zresztą rozprawą habilitacyjną)  miał przed sobą, a habiitant nie. To nie przeszkadzało się profesorowi oburzać na odpowiedzi habilitanta.

 

Mój korespondent pisze mi o tym, wskazując, jak nierealistyczny jest mój postulat nagrywania i udostępniania (komukolwiek) nagrania w tym wypadku z kolokwium habilitacyjnego. Co prawda, w 'kuluarach’ zachowanie recenzenta zostało potępione (za jego plecami), jednak upublicznienie takiego zachowania odbija się również na samej radzie, a może i na dyscyplinie. Innymi słowy, nagrania z posiedzeń rad i komisji pokażą nam kuchnię habilitacyjną, której nie chcemy i nie powinniśmy zobaczyć.  Przecież same strony Centralnej Komisji nadszarpnęły znacznie wizerunek habilitacji jako uczciwej bariery przez miernotą. Czytania dyskusji państwa profesorów możemy po prostu nie zdzierżyć.

 

Gdy czytałem tego maila, utwierdzałem się w przekonaniu, że  nagrywanie tego typu posiedzeń jest niezbędne. Cena w postaci co kwiecistszych wypowiedzi czy też komentarzy dotyczących poszczególnych zdań w książce habilitanta wydaje się wartą zapłacenia.

Dwie perspektywy

Od czasu do czasu dostaję maile od czytelników tego bloga i ten wpis oparty jest na jednym z listów. Jego autor pisze o kolokwium habilitacyjnym, w którym brał udzial i o kuluarowych dyskusjach na temat habilitantki. Szczególnie jeden z aspektów opisywanych dyskusji uderzył mnie i o nim chce tutaj napisac. Piszę o nim również dlatego, że podobne sprawy były już tutaj dyskutowane.

 

Otóż habilitacja przeszła niejednogłośnie i mój korespondent opowiada mi o dyskutowanych powodach głosów pozytywnych i negatywnych. Negatywne głosy oparte były o ocenę 'bezwzględną’ – dorobek był za słaby, dużo błędów, kolokwium równie słabe itd. itd. Z drugiej strony, głosy pozytywne oparte były o ocenę 'relatywną’. Dorobek jest bardzo słaby, ale przechodzą gorsze habilitacje, niesprawiedliwe będzie więc uwalenie tejże.

 

A ja z kolei mam problem z jedną i drugą argumentacją. Mam problem z widzeniem czyjegoś dorobku poza dyscypliną, w której występuje. Kryteria oceny habilitanta nie mogą stawiać poprzeczki za wysoko czy za nisko w danym kontekście dyscyplinarnym. Jednak drugi argument równa ocenę w dół do najgorszej habilitacji znanej głosującym. To z kolei prowadzi do tego, że w każdej dyscyplinie jest nieusuwalny ogon bardzo słabych habilitacji, które przechodzą, bo podobne przechodzą. Jak to rozwiązac? Nie wiem. A probem jest poważny, bo zaraz będę pisał recenzję habilitacyjną.