Diamentowe jaja

Zwrócono mi uwagę na recenzję w postępowaniu z nauk technicznych (recenzja 3). Przeczytałem, wkurzyłem się i postanowiłem napisać.

 

Oto kilka fragmentów, na które zwrócił mi uwagę mój korespondent:

Gdybym (…) ocenił negatywnie przedstawione osiągnięcia naukowe Kandydata – to z całą pewnością wywołałbym lawinę odwołań do CK (…).

Jestem odmiennego zdania, ale chcę uniknąć sporu.

Zresztą gdybym nawet zgłosił wniosek przeciwny, to powszechna wiara w fetysz ministerialnych punktów i słynnej Listy Filadelfijskiej spowodowałaby przegłosowanie mojego wniosku. Gdyby się to nie udało na Politechnice Wrocławskiej to z pewnością zadziałałby wypróbowany mechanizm uzyskania habilitacji na Uniwersytecie Technicznym w Ostrawie lub w innym czeskim lub słowackim gremium naukowym, które nie mają zwykle oporów przed nadawaniem stopni naukowych nawet w bardzo wątpliwych przypadkach.



I ja mam pytanie. Czy recenzent, prof. Tadeusiewicz, pańskie jaja sobie robi? A właściwie to jaja diamentowe! Pisze pozytywną recenzję, bo wie, że inni się nie zgodzą z negatywną? Po co więc pisać negatywną recenzję, skoro można uniknąć sporu od razu i nadać stopień? Szkoda nerw przecież!

 

I ja tu mam pewną propozycję. Może lepiej w ogóle zrezygnować z recenzji, tylko od razu nadawać stopień. Znaczy, gdy tyko habilitant (lub jego uczelnia) uiści stosowne opłaty (z czegoś trzeba honorarium recenzenckie zapłacić – z tego nie rezygnowałbym jednak), nadajemy stopień i unikamy:

  • konieczności napisania recenzji, która przecież może wywołać spór,
  • konieczności dyskusji, która przecież może się przerodzić w spór,
  • ogólnej konieczności denerwowania się, bo, jak wiadomo, nerwy szkodzą (wiadomo też, że złość piękności szkodzi).

 

Za każdym razem, gdy mam wrażenie, że polska nauka/habilitacja dotarła do dna, już takiego pełnoskalistego, okazuje się, że to jeszcze nie to. Że to nadal muł, a my spadamy dalej. I może wreszcie należy sobie powiedzieć jasno. Dna nie ma!

 

Napisał recenzję

Oto recenzja w postępowaniu habilitacyjnym w naukach technicznych. Recenzent pisze na stronie pierwszej, że osiągnięcie habilitacyjne jest po części wynikiem pracy doktorskiej. Na stronie 3 z kolei, prof. Wit Grzesik dodaje:

 

habilitant wielokrotnie przedstawia te same lub zbliżone wyniki badań w różnych publikacjach i wykorzystuje stosunkowo krótki okres ich publikacji 2014-2017. Zalecam na przyszłość większą dbałość o standardy etyczne w tym zakresie. 

 

Chwilę później pisze o tym, że nie podoba mu się powielanie publikacji w czasopismach nieindeksowanych. Recenzent mówi o powielaniu m.in. wnioskowania i wyników.

 

Mamy zatem postępowanie habilitacyjne, w którym osiągnięcie jest po części oparte na doktoracie oraz dorobek, który jest powielany z publikacji na publikację. I ja mam pytanie do prof. Grzesika – jak Panu wyszła z tego wszystkiego pozytywna konkluzja recenzji? Co jeszcze musi zrobić habilitant, żeby jednak Pan uznał, że coś jest nie teges i może jednak warto uznać, że habilitacja nie należy się jak psu kość?

 

Mam jeszcze jeden problem z omawianą recenzją. Recenzent pisze, że na własną rękę wyszukiwał informacje na temat habilitanta. Nie podoba mi się to. Recenzje powinny być pisane na podstawie przedstawionej dokumentacji. W przeciwnym razie nie tylko będziemy mieli recenzje pisane na podstawie ‚wywiadu środowiskowego’ (vel plotek), ale również recenzje będą pisane na podstawie różnych informacji. Recenzenckie dochodzenia powinny ograniczać się do weryfikacji podanych przez habilitanta informacji – np. istnienia publikacji. Recenzent to nie detektyw.

 

Na górze róże…

W komentarzu pod poprzednim wpisem @panibuka odnosi się do innego postępowania habilitacyjnego  na Wydziale Filozofii i Socjologii UW. Postępowanie, moim zdaniem, jest z nieco innej półki niż omawiane poprzednio, ale rzeczywiście recenzje (które nadal nie są dostępne publicznie) są przykładem dość negatywnych ocen z wręcz entuzjastycznymi konkluzjami, w tym wskazującymi na wybitność habilitanta. Nie mnie jednak oceniać, czy habilitant jest wybitny.

 

Zwrócił moją uwagę jednak opis dorobku habilitanta w jednej z recenzji. Oprócz wymienienia np. artykułów za całe 44 punkty, jedna z recenzentek (p. prof. Joanna Hańderek z UJ) dodaje, moim zdaniem informację kluczową. Otóż habilitant napisał 3 recenzje książek, w tym – mój zachwyt rósł z każdą chwilą lektury recenzji – dwie recenzje książek francuskojęzyccznych! Oh là là, chciałoby się krzyknąć z francuska. Ale to nie koniec! Do dorobku publikacyjnego recenzentka dodaje dwie recenzje artykułów w dwóch czasopismach polskich, o czym, jak się zdaje, musiał poinformować w dokumentacji habilitant.

 

I ja się tu zacząłem zastanawiać nad tym, gdzie się kończy granica dorobku naukowego dla recenzentów z filozofii. Bo jeśli się liczą recenzje książek, to właściwie można by również napisać, że habilitant pisze pamiętnik, a także robił gazetkę ścienną. Mam przy okazji wrażenie, że przekroczone zostały granice śmieszności, co nie jest dyskontowane różnicami dyscyplinarnymi. To, że habilitant czyta po francusku, a jego koledzy z instytutu poprosili go raz o recenzję (czasopismo „Stan rzeczy” jest wydawane ‚u habilitanta’) za żadne skarby nie chce mi wejść do dorobku habilitacyjnego, ani do żadnego innego zresztą. Staram się zrozumieć, dlaczego habilitant (chyba) informuje o tym, że napisał dla kolegów recenzję, ale dlaczego pisze o tym recenzentka nie rozumiem i zrozumieć się nie staram.

 

Niedawno napisałem, że dobrze by było, gdybyśmy sami zaczęli się szanować. Dodam tutaj, że można by zacząć od tego, żeby na poważnie traktować dorobek naukowy habilitanta. Zaproponowałbym przy okazji, że takie dzieła habilitantów jak:

  • listy zakupów
  • wpisy do pamiętników
  • wielorakie i niejednorodne zapiski leżące w szufladzie
  • ogłoszenia drobne itp, itd.

 

do naukowego dorobku habilitanta nie wchodzą i nie warto o nich w recenzjach wspominać.

 

Habilitacyjne ekstrawagancje

Najnowszy wpis na blogu prof. Steca przedstawia habilitacji wariant ekstrawagancki. Otóż profesor proponuje, uwaga, by habilitant sam zaproponował recenzentów, na przykład listą 10 pracowników samodzielnych, z której to listy Centralna Komisja wybierałaby 5 osób. Te osoby pisałyby recenzje dorobku habilitanta. Przy stosownej liczbie recenzji pozytywnych (u Steca – 3), habilitację nadawałoby się z automatu. Dzięki temu uniknęlibyśmy przeróżnych zawirowań dyscyplinarnych, kiedy to za habilitacją głosowaliby ludzie niemający większego pojęcia na temat tego, co robi habilitant. Procedura łatwa, prosta, wręcz przyjemna. Co więcej, jak zwrócono uwagę prof. Stecowi na Twitterze, jest to procedura, którą stosuje ‚pół świata’.

 

I prawie nie byłoby się z czym nie zgodzić, gdyby tylko można było liczyć, że wszystkie recenzje będą rzetelne i nie trzeba by ich porządnie poczytać. A to dlatego, że w przyrodzie występują recenzje kurtuazyjne, o których była tu niejednokrotnie mowa, recenzje negatywne z pozytywnym zakończeniem, czy wreszcie recenzje wskazujące na to, że recenzent nie ma większego pojęcia o tym, co robi habilitant, co oczywiście nie przeszkadza mu recenzję napisać (kasa, misiu, kasa).

 

Propozycja prof. Steca jest po prostu smutna. Wydaje mi się, że dążąc do mechanicznego nadawania habilitacji, profesor chce uniknąć choć jednego elementu postępowania – debat ‚na posiedzeniu’. Zapomina jednak, jak mi się wydaje o tym, że recenzja recenzji nierówna.  A mechaniczne opieranie się na konkluzjach spowodowałoby, że pewien być może zacny pedagog uzyskałby habilitację, pomimo tego, że żadna z podanych przez niego publikacji nie istniała. Recenzje były, o ile pamiętam, pozytywne. I tylko dociekliwość prof. Śliwerskiego spowodowała, że sprawa wyszła na jaw, a habilitacja padła.

 

Chciałbym odnotować jednak postęp w myśleniu prawniczym o habilitacji. Prof. Stec proponuje, by oceniać dorobek. Mam nadzieję, że chce na tym skończyć – dorobek i nic więcej. Żadne tam dziedzictwa i inne wkłady. Bo pod takim pomysłem podpisuję się obiema rękami.

 



Wkład w wkład

Oto postępowanie w naukach ekonomicznych. Zwrócono mi uwagę na nie z kilku powodów. Napiszę o dwóch z nich.

 Po pierwsze i najważniejsze, recenzja uczonego z Kielc. Napisał on:

 

Przeprowadzone przeze mnie studia publikacji nie wykazały bowiem:

– uprzedniej świadomości Habilitanta do stworzenia cyklu publikacji

– cykliczności ukazywania się poszczególnych prac.

 

To jest kulturalny blog akademicki, który nie pozwala mi na napisanie, kim trzeba być, żeby napisać coś takiego. Napiszę więc, że trzeba wyjątkowo dużo złej woli, żeby to napisać. Co więcej, trzeba również wyjątkowej nieświadoości, na czym polega uprawianie nauki i publikowanie wyników badań. Być może nauka kielecka w osobie dr. hab. Jarosława Karpacza oświadcza w artykułach naukowych istnienie świadomości, na szczeście reszta z nas nie musi tego robić. Być moze to jednak mizerny dorobek kieleckiego naukowca nie dał mu tej świadomości, więc niech ten wpis będzie miał funkcję dydaktyczną. Dodałbym również, że być może w Kielcach da się przewidzieć ‚cykliczność’ publikacji, w reszcie świata tak nie jest.

 

Po drugie, nieszczęsny habilitant miał pecha publikować we współautorstwie. A to przecież wyjątkowo dziwna praktyka, w której nie do końca wiadomo, co dokładnie myślał i którą kropkę i przecinek postawił. A to przecież budzi same podejrzenia! Jaki był wkład habilitanta w wkład w dyscyplinę?! Gwoździem do trumny habilitanta jest oczywiście to, że cykl jednotematyczny nie jest cyklem chronologicznym.

 

Nie mam pojęcia, czy habilitant powinien był dostać stopień. Biorąc pod uwagę, ze publikuje w czasopismach z JCR, co rzadkie w ekonomii, przynajmniej zastanawiałbym się nad tym. Jednak to, co mnie przeraża w recenzjach to czepianie się dupereli, rzeczy, których żaden szanujący się recenzent nawet nie zauważy. Nawet nie pomyślałbym, że można by się zastanawiać nad chronologicznością cyklu, wkładu w wkład, nie mówiąc o stanie świadomości habilitanta.

 

To postępowanie, które pokazuje ekonomię polską, która żyje w świecie równoległym od reszty nauki. Zakończę więc apelem:

 

Kielce, moje Kielce, nie idźcie tą drogą!

Taką mamy naukę

Na Twitterze pojawił się wpis (podałem dalej) z blogu „socjobloger”. Wpis jest o recenzjach habilitacyjnych, a moją szczególną uwagę zwrócił następujący akapit: 

 

Otóż zwłaszcza te dwie ostatnie praktyki (wymuszone przez system) stanowią wręcz obrazę szanującego się Recenzenta, który – o ile nie jest fetyszystą – nie będzie przywiązywał żadnej wagi do tego, ile razy kto był cytowany ani gdzie publikował. Wszystko to bowiem (co już wielokrotnie było stwierdzone) w żadnym razie nie odzwierciedla poziomu naukowego czyjegoś dorobku. Podstawą prawdziwie obiektywnej, merytorycznej i autonomicznej oceny powinna być dla Recenzenta porządna lektura załączonych tekstów i nic więcej.

 

Stwierdzenie bardzo autorytatywne, jak dla mnie zbyt autorytatywne. Czy rzeczywiście można uznać, że dorobek przez nikogo niecytowany (poza samym habilitantem) jest podobny do dorobku, który jest cytowany setki czy tysiące razy?

 

Moim zdaniem, odpowiedź twierdząca na takie pytanie jest nonsensem. Rozumiem różnice między dyscyplinami, badania niszowe, cytowania negatywne, ale żeby nikt nie uważał, że publikacje habilitanta są godne uwagi? I odwrotnie, jest wielu polskich profesorów, których trzeba i wypada zacytować i te cytowania, zazwyczaj tylko w polskich publikacjach, należy umieć czytać, jednak to, że ‚nikt’ wielu polskich pedagogów, lingwistów czy historyków nie cytuje nigdzie poza Polską, coś nam jednak o tych naukowcach (i dyscyplinach) mówi.

 

Nie znam też żadnego uczonego o tzw. uznanej renomie, którego nikt nie cytuje. I oczywiście, oni nie są wybitni, bo się ich cytuje, raczej ich się cytuje, bo są wybitni, ale jednak ich się cytuje!

 

Zadajmy więc drugie pytanie. Czy rzeczywiście nie musimy przywiązywać ‚żadnej wagi’ do tego, że jeden habilitant regularnie publikuje w Annual Review of Sociology (uznanym w kilku miejscach za najlepsze czasopismo w socjologii), a drugi, powiedzmy, w Sieradzko-Kaliskich Zeszytach Socjologiczno-Technicznych?

 

Twierdząca odpowiedź to znów absurd. Oczywiście, dorobek pierwszej osoby nie musi być koniecznie doskonały, a drugiej koniecznie bezwartościowy, jednak stwierdzenie, że miejsce publikacji nie ma żadnego znaczenia, jest idiotyzmem. I, mówiąc z doświadczenia, z reguły powtarzane jest przez ludzi, którzy jedynie publikują lokalnie. Przecież publikacje obu habilitantów przechodzą diametralnie inny proces recenzyjny! I nawet (szaleńczo) zakładając, że sieradzko-kaliski habilitant publikuje na tym samym poziomie, co ten międzynarodowy, jego publikacje wskazują, że nie rozumie, jak się dzisiaj uprawia naukę.

 

Czy z tego wynika, że drugiego habilitanta należy automatycznie uwalić? W niektórych dyscyplinach tak by się właśnie stało i ja raczej z takim podejściem się zgadzam. No ale być może w socjologii nie (i warto recenzować od nowa wszystkie publikacje, bo jak wiadomo, recenzent habilitacyjny jest w stanie permanentnej epifanii). Ale to oznacza, że polska socjologia (a przynajmniej jej część) sama zamyka się w swoim zaścianku, rezygnując z kontaktu z socjologią międzynarodową i dyskusją z nią. I o ile rozumiem, że można uznać, że ‚taką mamy socjologię’, to jednak robienie zasady z odrzucenia praktyk międzynarodowej nauki jest moim zdaniem szkodliwe.

 

I na koniec. Bloger pisze:

 

Niech podane przez Habilitanta fakty posłużą nie tylko do jego oceny, ale też do oceny i napiętnowania systemu, który w ten sposób zaprzepaszcza szanse na rozwój polskiej nauki.

 

Nie, drogi socjoblogerze. Po pierwsze, recenzja habilitacyjna nie jest od walki z czymkolwiek i radziłbym walczyć na własny rachunek. Po drugie, to nie ten straszny system, to raczej zamykanie się we własnym zaścianku zaprzepaszcza szanse na rozwój nauki polskiej.

 

Nie, nie, nie!

W komentarzach pod poprzednimi postami, również w artykule prof. Steca, pojawiła się kwestia jawności recenzji, tym razem widziana z perspektywy habilitanta. Negatywne recenzje, szczególnie te bardzo negatywne, to wstyd ‚na całą Polskę’. Czy może więc warto recenzje utajnić? Jestem przeciwny, uważam, że jedną z głównych zalet obecnej procedury (jeśli nie jedyną, nawiasem mówiąc!) jest właśnie jawność recenzji. Uważam, że ewentualny wstyd habilitanta nie przeważa potrzeby wglądu w procedury awansowe. Oto dlaczego.

 

1. Uważam, że recenzja rzetelnie oceniająca dorobek, która konkluduje, że habilitant jest jeszcze niegotowy, że dorobek jeszcze nie osiągnął ‚punktu habiitacyjnego’ nie jest powodem do wstydu. Bez wątpienia każda negatywna recenzja jest (bardzo) nieprzyjemna (wiem coś o tym!) i każdy habilitant będzie ją przeżywał, szczególnie przy habilitacji zakończonej niepowodzeniem. Jednak moim zdaniem nie jest to powód do wstydu. Uważam też, że argument z ‚całej Polski’ jest przesadą.

 

2. Z kolei, tak jak napisałem we wcześniejszym poście, uważam, że za recenzję, która ‚miażdży’ dorobek habilitanta, która wskazuje na lata świetlne między tymże dorobkiem a wymogami habilitacyjnymi, odpowiada habilitant. Decyzja o wszczęciu postępowania habilitacyjnego jest jedną z najważniejszych decyzji, jakie podejmujemy w akademickim życiu zawodowym. Ktoś, kto podejmuje taką decyzję z dorobkiem ‚zerowym’, najprawdopodobniej nie powinien zostać tzw. samodzielnym pracownikiem naukowym. Mówiąc szczerze, wstyd takiego habilitanta nie interesuje mnie za bardzo.

 

3. Wreszcie nie powinno się zapominać, że te rzetelne recenzje habilitacyjne mają funkcję ‚dydaktyczną’ i jest to funkcja znacząca. One wyznaczają standardy habilitacji nie tylko w danej dyscyplinie, ale również w subdyscyplinach i przeróżnych konfiguracjach specjalności. To dzięki recenzjom rozumiemy, na co zwracają uwagę recenzenci, co trzeba ‚mieć’, by dostać stopień. Może gdyby habilitantka z jednego z poprzednich wpisów zadała sobie trud przeglądnięcia recenzji właśnie w swojej specjalności, nie doszłoby do tak ostrej oceny jej dorobku!

 

4. No i ten oczywisty argument. Tak, ja chcę mieć dostęp do nierzetelnych recenzji. Chcę móc pisać o recenzjach grzecznościowych i o recenzetnach, którzy je napisali. Tzw. ‚środowisko’ i nie potępia i najwyraźniej nie potępi dętych recenzji. Tylko publiczna dyskusja piętnująca te recenzje i ich autorów ma jakiekolwiek szanse na zmianę standardów rzetelności.

 

Stało się

Poprzedni wpis spowodował dyskusję na temat tego, jak powinna wyglądać recenzja. I może warto temat pociągnąć. Ale zanim się wypowiem, chciałbym zwrócić uwagę na to, co ktoś napisał w komentarzach (przyznam, że nie chce mi się szukać wśród prawie stu komentarzy): nierzetelne, ale pozytywne recenzje nie wywołują takiej dyskusji, jak recenzja rzetelna, ale negatywna. Bo warto zwrócić uwagę na to, że wśrod komentujących nikt nie podważył rzetelności omawianej recenzji. Innymi słowy, ta recenzja uczciwie oddaje stan osiągnięcia i dorobku habilitantki. Lukier co rusz lejący się na habilitacyjne gnioty wydaje się znacznie mniej ważny. Myślę, że nie jest.

 

Ale warto się zastanowić, jakie są granice krytycznej recenzji? Wydaje się, że panuje zgoda się co do tego, że recenzja nie powinna zawierać wycieczek osobistych, nie powinna też zawierać słów powszechnie uznanych za obraźliwe. A zatem ‚wszyscy’ się zgadzamy, że recenzenci nie powinni pisać o ‚debilnych’ argumentach czy ‚syfiastym’ dorobku. Czy jednak wolno pisać o tym, że, powiedzmy, habilitant czegoś ‚nie rozumie’? Jest to ‚wycieczka osobista’, ale chyba jest to sformułowanie dopuszczalne. Czy może nie?

 

W komentarzach pojawia się argumentacja o ‚złośliwościach’, jednak nie było zgody co do tego, czy dane sformułowanie było czy nie było złośliwe. Złośliwość, być może, zależy więc od wrażliwości na różne wyrażenia. Ale może warto chuchać na zimne. 

 

Pytaniem dla mnie kluczowym jednak jest to, gdzie jest granica brutalności czy bezpośredniości krytyki. I muszę powiedzieć, że nie potrafię odpowiedzieć na takie pytanie. Jednak przez pięć lat pisania tego bloga widziałem (i pisałem o nich) habilitacje, które były na poziomie słabych prac magisterskich, po przeczytaniu widziałem przechodzące zielone pojęcie. Na szczęście nie musiałem pisać recenzji w takim postępowaniu, jednak wydaje mi się, że uprzejmie negatywna i ugłaskana recenzja, podobna jak w przypadku recenzji habilitanta, który jest jeszcze niegotowy, jest niesprawiedliwa. Negatywność jest stopniowana i warto to jednak zaznaczyć w recenzji.

 

Jakiś czas temu dostałem od znajomego jego tzw. ‚książkę profesorską’. Trochę z uprzejmości zacząłem czytać, jednak po kilku stronach przestałem. Te kilka stron miały więcej literówek niż cały mój blog, a stylistycznie przypominały wypracowanie siedmiolatka, nie mówiąc już o błędach faktograficznych. I co? Nie wspominamy tego, a uczciwą krytykę zostawiamy na anonimowo opisaną książkę? Podobnie z ledwo zrozumiałym angielskim. Przecież to wstyd, ale czy wolno napisać o tym, że to wstyd? Bo przecież „Polacy, nic się nie stało”. Bo to wycieczka osobista? A to przecież, do cholery, to wstyd!

 

Na koniec zacytuję fragment wpisu cytowanego tu  niejednokrotnie profesora-lingwisty:

 

I try hard to make my reviews helpful, but it is not my job to make it pleasant. Trying to point out the weaknesses, I think I help the author to write a better article. And this is how I see my role. Unfortunately, more often than not it means taking the article apart. When I do it, I always bear in mind that honest (and courteous) critique is good and desirable.

 

No właśnie. I pomimo tego, że powyższy fragment odnosi się do recenzowania artykułów, ja też chyba mogę powiedzieć, że nie jest moją rolą trzymanie za rękę habilitanta, któremu będzie przykro, że mu zjechałem dorobek. Moją rolą jest uczciwie ocenić i uargumentować mą ocenę. Habilitantowi i tak będzie baaardzo przykro, ale to chyba moja do bólu uczciwa recenzja wskaże mu nie tylko dalszą drogę rozwoju, ale również skalę problemu.

 

Orgazmy

Od początku pisania tego blogu unikam pisania o postępowaniach w kilku dyscyplinach. Uznawałem, habilitanci i recenzenci żyja w tak odległym wszechświecie, że nie ma sensu przywoływać takich postępowań. Jedną z tych dyscyplin jest filozofia. Jendak pod poprzednim wpisem zacytowano recenzje w postępowaniu habilitacyjnym prof. Nowaka. Zaglądnąłem do nich i choć usiadłem, żeby mi przeszło, nie przeszło i muszę zacytować kilka fragmentów.

 

Oto cytat z jednej z recenzji :

Dociekanie poszczególnych wątków tematycznych u Piotra Nowaka to chwytywanie kolejnych oczek, splatających się w sieć, jaką zarzuca on na Rzeczywistość, aby ją po swojemu poklasyfikować, oswoić, przyswoić, a niekiedy też i ponazywać.  Śledzenie tej „pajęczej” roboty było dla mnie czymś fascynującym, tym bardziej, że wszystko, co wychodzi spod Jego pióra przeniknięte jest intelektualną pasją.  

I ja mam pytanie: czy recenzentka sobie jaja ze mnie robi? Jakie oczka? Jakie przyswojenie, jakie przesiąknięcia? Może ja jestem jakiś dziwny, ale rezenzja to nie jest miejsce, w którym recenzent/ka powinien dzielić się doświadczeniem klimaksu (intelektualnego czy innego). Mnie zupełnie też nie interesuje recenzenckie śledzenie. Co więcej, drażni mnie używanie dużej litery w zaimkach odnoszących się do habilitanta. Toć to recenzja, a nie list miłosny, do ciężkiej cholery. I choć nie mnie mierzyć się z ontologią recenzji, to może warto zejść na ziemię choć na chwilę. 

 

Powiedziałbym też, że gdy się tak na chwilę zastanowić, to fragment, do którego dochodzimy chwilę później:

 

Powiedziałabym wręcz, iż włada on wypracowanym przez siebie, rozpoznawalnym od pierwszego zdania osobistym stylem, polegającym na oscylowaniu  pomiędzy najwyższymi regionami abstrakcji, a plastycznym i obrazowym konkretem.   

jest bzdurą. To bełkot. Z całym szacunkiem dla recenzentki.

 

Na fragment z kolejnej recenzji  zwrócono już uwagę w dyskusji. Kpi sobie w żywe oczy recenzent pisząc:

 

Biorąc pod uwagę dotychczasowy dorobek można zatem przypuszczać, że habilitant będzie podporą Ministerstwa i preferowanego przez nie modelu szkolnictwa wyższego. Dlatego teżwnoszęo poparcie starań habilitanta o uzyskanie kolejnego stopnia akademickiego. Dodam jeszcze, że jego łatwość nawiązywania kontaktów przyczyni się niewątpliwie do intensyfikacji wymiany międzynarodowej z odpowiednimi ośrodkami zagranicznymi.

Kpi, ale konkluduje pozytywnie. A ja bym się chciał dowiedzieć dlaczego. Skoro to złe i do kitu, recenzent wyzłośliwia się na temat stylu Nowaka i innych rzeczy, to z jakiej paki mamy wniosek o nadanie stopnia? Przecież to nie jest obowiązek!

 

W nosie mam to też, co pisze trzecia recenzentka:

 

Dr Nowak jest osobą o niezwykle silnej motywacji naukowej, pisarskiej i nauczycielskiej, prawdziwym pasjonatem swojej pracy, człowiekiem zarazem utalentowanym i pracowitym, wykazującym ogromną energię i determinację w podejmowanych działaniach

Może jeszcze ma ładne nogi oraz super klatę, ale to wszystko jest nierelewantne! Na kolana mnie jednak rzuciło to:

 

Piotr Nowak nie przedstawił zwartej „rozprawy habilitacyjnej”. Najpewniej dlatego, że jego zainteresowania, a także konkretne zaangażowania pisarskie, redaktorskie, translatorskie i wydawnicze od wielu lat mają zbyt duży rozmach i rozrzut tematyczny, by miał czas na spokojne napisanie jednej dużej książki (choć nie mam najmniejszych wątpliwości, że bez problemu potrafiłby to zrobić, gdyby na pewien czas nieco ograniczył zakres swojej aktywności)

Jak byłem mały, to  gdy ktoś coś miał, a ja nie, to mówiłem (nie tylko ja zresztą): „Ja mam to w domu.”. Niestety, nikt w to nie wierzył. Okazuje się, że do filozofii zdrowy sceptycyzm nie trafił z podwórka. Recenzentka chciałaby, żeby habilitant napisał, ale jej nie przeszkadza, bo on by napisał, gdyby miał czas.

 

No coż, jak ja bym miał czas, to bym już dawno zrobił fakultet z filozofii, nie mówiąc o tym, że wynalazłbym lekarstwo na raka, dostałbym medal Fieldsa oraz zdobyłbym nagrodę Nobla z ekonomii. Mam nadzieję, że dyplom ukończenia studiów, medal i Nobel są już w drodze….

 

Jak to dobrze, że nie robiłem habilitacji z filozofii.

 

Zaległości

Trzy wpisy temu pisałem o kpinach z recenzji. Posypał się na mnie grad krytyki za to, że nie udostępniłem recenzji, którą krytykowałem. Recenzja ta została już umieszczona w sieci, więc wywiązuję się z obietnicy o podaję do niej linkę. Oto omawiana przeze mnie recenzja bez oceny.