Okapi

Na stronach Centralnej Komisji opublikowano dobre praktyki recenzowania. Postanowiłem zapoznać się i douczyć. Część wskazówek jest niekontrowersyjna, część jednak budzi zdziwienie.

Centrala pisze:

Recenzent nie powinien podejmować się zadania związanego z oceną wniosku, gdy wykracza on poza zakres jego naukowego doświadczenia i kompetencji;

Zgadzamy się, prawda? Tylko że diabeł tkwi w szczegółach.  Tak, podejrzewam, że fizyk nie powinien oceniać literaturoznawcy i na odwrót. Jednak poza przypadkami oczywistymi, króluje szarość. Granica wykraczania poza doświadczenie i kompetencje jest płynna i nieokreślona. Na przykład, czy ktoś, kto się zna metodologii, ale nigdy nie stosował jej tak jak habilitant, powinien czy nie powinien recenzować? Co jeśli dorobek habilitanta jest po polsku (prawo), a w Polsce nie ma profesora, który się zajmuje tym, co habilitant? Rzeczywistość jak zawsze skrzeczy i sprowadza się do tego, że są  recenzenci, którzy odmawiają na wyrost, są też tacy, którzy znają się na wszystkim. Tak, wolimy tych pierwszych, jednak czy na pewno ich działania są pożądane?

Koryfeusze z CK zaznaczają:

Recenzje powinny być kompletne, rzetelne, dokładne i obiektywne, a oceny odpowiednio uzasadnione.

I właściwie wszystko OK, poza tym, że recenzje, oczywiście, nie mogą być obiektywne. Recenzent wypowiada swoje zdanie w recenzji, ba, niektórzy recenzenci piszą wprost, że ich recenzja to opinia. A opinie siłą rzeczy obiektywne nie są. Może więc koryfeusze z centrali piszą obiektywnie, mam wrażenie, że my, zwykli śmiertelnicy, nie.  Żeby było śmieszniej, załączony na stronie  dokument mówi właśnie o opiniach.

Wydawałoby się, że również przepis:

Recenzent uczestniczył lub uczestniczy wspólnie z wnioskodawcą w zespołach badawczych realizujących projekty finansowane w drodze konkursów krajowych lub zagranicznych;

należałoby poniuansować. Czy uczestnictwo w badaniach raz na zawsze wyklucza możliwość recenzowania czy uznamy, że 20 lat po tym, gdy habilitant, jako młody magister, głównie kawę w projekcie robił, zrecenzować by można?  Nie wiem, jaka powinna być odpowiedź, jednak chciałbym zauważyć, że w małych specjalnościach i tak wszyscy się znają jak łyse okapi, i to, czy współpracowali kiedyś czy nie, nie ma większego znaczenia. I tak pili wódkę razem.

Mam znajomego, niedawno upieczonego doktora habilitowanego, który jest bardzo lubiany w środowisku. Znalezienie przyzwoitego naukowca, z którym habilitant nie był na ty i w koleżeńskich stosunkach, było niemożliwe. Czy w takim razie habilitant nie powinien się habilitować?

Państwu w centrum chciałbym powiedzieć, że badania naukowe można prowadzić poza ‚instytucjami naukowymi’ i przepis:

Recenzent prowadził lub prowadzi wspólnie z wnioskodawcą prace naukowe w instytucjach naukowych

nie ma większego sensu.

I mam podsumowanie. Działalność naukową i recenzyjną dość trudno jest ująć w zerojedynkowe przepisy, które należy stosować z całą surowością. I tak jest też tutaj. Rozczula wiara państwa centralnych w to, że są w stanie uzdrowić etykę recenzowania za pomocą kilkustronicowego dokumentu. Bowiem albo wylewają dziecko z kąpielą, albo nie rozumieją, na czym polega praca naukowa, albo wreszcie wprowadzają reguły na wyrost i spuchliznę.

Nauka nie dlatego będzie działać dobrze, bo CK przygotowała broszurkę o etyce recenzenta. Nauka będzie działać wtedy, gdy recenzent będzie wiedział, że za dętą recenzję spotka go środowiskowe wykluczenie i wstyd. A nie ma (i być nie może) takiego kodeksu etycznego, który mógłby to zrobić. Z ostracyzmem środowisko też się za bardzo nie śpieszy. Dopóty więc, dopóki recenzenci sami nie będą dokonywać rzetelnego osądu swych kompetencji, a rady/komisje nie będą piętnowały zachowań nieetycznych, trud popularyzatorski dzielnych członków Centralnej Komisji spełznie na niczym. Po prostu, miało być pięknie, wyszło jak zwykle.

No i nic

Ponownie pojawia się w dyskusjach kwestia standardów recenzyjnych. Rzeczywiście, przykład podany przez podwórkowego można by określić paroma dosadnymi zdaniami. Mnie jednak najbardziej uderza nie tylko rażąca niespójność standardów, jak to dyplomatycznie ujął podwórkowy, ale zwykłe głupoty pisane w recenzji. To, co napisał przytoczony recenent, jest nielogiczne, pozbawione sensu, po prostu głupie.

 

I teraz następuje sakramentalne pytanie: i co? I po raz kolejny następuje ta sama odpowiedź: no i nic. Poza tym, że podwórkowy o tym opowiedział, czytający się oburzyli, inni roześmiali, jeszcze inni pokiwali głową z politowaniem, nic więcej nie wynika. Recenzja zapewne krąży w ‚legendach prawniczych’, podwórkowy i inni uczestnicy kolokwium nie raz o niej opowiadali, a recenzenci jak pisali głupoty w recenzjach, tak piszą. Recenzent może zarzucić habilitantowi to, że w ogóle korzysta teorii, a  co gorsza dodatek nowych i nikt nie mrugnie okiem. Recenzent może też przyznawać się, że napisał recenzję kierując się zasadą życzliwości. I co? I nic.

 

Uważam, że bez rzetelnego systemu kontroli jakości jeszcze wiele lat będziemy sobie mogli utyskiwać na głupie recenzje, podśmiewać się z recenzentów piszących je. I co? No i nic.

 

 

Stylistyka

Ostatnie dyskusje na tym blogu jeszcze wyraźniej pokazały, że recenzowanie nie jest jednorodne i ma różne, jak to chyba powiedział jeden z dyskutantów, style. Upraszczając, jeden styl to ocena każdej publikacji, drugi to ocena dorobku. Co więcej, owe style recenzowania nie dotyczą różnych dyscyplin, recenzenci stosują je w ramach jednej dyscypliny.

 

Problem, który się wyłania, to nie tylko spór, który ze stylów stosować, to również konsekwencje takiego wyboru dla habilitantów. Po pierwsze, istnienie takiego wyboru to niepewność, jak habilitant będzie oceniany, nieznajomość reguł gry. Habilitant nie wie, do jakiego recenzenta trafi. Po drugie, byc może ważniejsze, wybór ‚stylu recenzowania’ może nie tylko wpływać na konkluzję recenzji, ale również, co ważniejsze, na wynik całego postępowania.

 

Czytający prowadzone na tym blogu dyskusje habilitant, który poszukuje wskazówek, co się liczy w postępowaniu habilitacyjnym, musi zwyczajnie zgłupieć. I dotyczy to zarówno tych z dorobkiem w najlepszych czasopismach, jak i tych bez niego. Ci pierwsi mogą się zacząć zastanawiać, czy recenzentowi spodobają się poszczególne publikacje – każdą publikację można podważyć, nie ma publikacji doskonałej. Ci drudzy mogą się obawiać, że ‚obiektywna’ jakość ich artykułu nie ma znaczenia, bo artykuł został opublikowany w zakładowym biuletynie.

 

Nie mam propozycji, jak rozwiązać ten problem. Mogę jedynie skończyć kolejnym apelem. Habilitant powinien wiedzieć, jak się go będzie oceniać!