Asymetrie zobowiązują

Oto linkowany w dyskusji wpis doktoranta, który został zatakowany przez profesora. Goszczący po raz drugi na tym blogu profesor „czasem trzeba dać po ryju” Żerko zacytował (we wpisie doktoranta tweet w zrzucie z ekranu) wypowiedź doktoranta stwierdzając, że jest donosicielem.

 

Co zrobił doktorant? Zaprotestował przeciwko publicznemu zachowaniu innego profesora. To, czy doktorant ma rację czy nie (a nie jestem w pełni przekonany, że ma – nie na każde żenujące zadęcie retoryczne należy od razu reagować postępowaniem dyscyplinarnym), nie ma, moim zdaniem, większego znaczenia. Uważam bowiem, że nazywanie kogoś, kto oświadcza, że dba o standardy etyczne w nauce, donosicielem jest dość obrzydliwe. Uważam też, że rzucanie inwektywami profesorom nie uchodzi, a szczególnie nie uchodzi robienie tego wobec doktoranta. Dla mnie to zachowanie typu: zdarzyła się gratka, pijanego pobić dziadka.

 

Wzburza mnie oskarżenie o donosicielstwo, bo jakże łatwo rozszerzyć je o zgłaszanie plagiatów i innych, znacznie poważniejszych przewinień akademickich. Kto wie, ile osób zatrzyma się przeciw takim zgłoszeniom, bo przecież nik nie chce być okrzyknięty donosicielem. Co więcej, takie oskarżenie jedynie wspiera opiszałość komisji etycznych i innych władz w ściganiu choćby właśnie plagiatów. No przecież to wszystko można przecież uznawać za donosicielstwo. To co tu badać i dyscyplinować?

 

To kolejny wpis dotyczący publicznych zachowań profesorów, powtórzę więc to, co już pisałem wcześniej. Otóż nadal uważam, że profesura, jak szlachectwo, zobowiązuje. I wydaje mi się, że każde użycie inwektyw w debacie publicznej podważa nas wszystkich. No przecież, do ciężkiej cholery, nawet Żerko jest w stanie uprzejmie dopiec doktorantowi tak, że mu w pięty pójdzie. I nazywanie p. Krawczyka donosicielem, ze wszyskimi politycznymi konotacjami tego słowa, pokazuje tylko, jak nisko upada nauka.