Znaj proporcją mości profesorze

Twitter zaćwierkał i przyniósł wieści o mianowaniu nowego nowego podsekretarza stanu w MNiSW. To, co zwróciło moją uwagę, to to, że wedle ministerialnej informacji nowy podsekretarz robił habilitację 14 lat. Gratulując podsekretarowi zeszłorocznej habilitacji, zacząłem się zastanawiać nad problemem, nie bójmy się tego powiedzieć, etycznym. Otóż 14-letni habilitant będzie obecnie dzielnie wymagał tego, by doktorzy robili habilitację w ciągu lat ośmiu. Co więcej, doktor habilitowany, który, jak mi się zdaje, nie skalał się publikacją międzynardową, będzie oczekiwał, by habilitanci międzynardowym dorobkiem się legitymowali. 

 

Problem, który poruszam, pojawiał się na blogu niejednoktronie. Wydaje mi się jednak, że warto do niego wrocić z dwóch powodów, po pierwsze właśnie z powodu etycznego, po drugie, z powodu ustawowego.

 

I tak to, powiem szczerze, szlag mnie trafia, gdy naukowcy, którzy nigdy nie przekroczyli granicy nauki międzynarodowej, wymagają tego od doktorów, którzy zamierzają się habilitować. Jest to, moim zdaniem, hipokryzja w postaci czystej i drażni mnie ona ponad miarę. Jakim, do cholery, prawem profesorowie podwórkowi czy też ogólnopolscy oczekują dorobku, którego sami nie mają? I choć nie uważam, że należy weryfikować ‚wczorajszych’ profesorów według dzisiejszych kryteriów (uważam, że to niesprawiedliwe), to jednak myślę, że tacy uczeni raczej nie powinni wypowiadać się na temat dzisiejszych oczekiwań awansowych. A jeśli się już wypowiadają, to może powinni zachować umiar.

 

Warto też przypominieć, że ustawa wymaga, by recenzenci habilitacyjni byli osobami o uznanej renomie międzynarodowej. I szczególnie w dyscyplinach miedzynarodowych, może jednak rady wydziału zaczną się do tego przepisu stosować!

(Nie)fart

Trzy.14 uprzedził mnie zwracając uwagę na najnowszy wpis na blogu, który śledzę.  Autor przedstawia chłodną kalkulację pisania po polsku i po angielsku. I jest to właśnie kalkulacja, a nie okrzyki, dlaczego po angielsku jest lepiej, a po polsku gorzej.

 

Oto prosty przykład: napisałeś książkę po polsku, ale to jednak poźniej napisana, powiedzmy, „tematycznie i „wynikowo” podobna książka po angielsku jest ważniejsza. Problem pierwszeństwa pojawia się bowiem jedynie w Polsce, poza Polską książka po polsku nie istnieje. Najgorsze jest jednak to, że nie mówimy tu moim zdaniem o żadnej nieuczciwości. Autor książki po angielsku przedstawia swoje dane, swoje argumenatcje, tak sie tylko składa, że jego badania dały podobne wyniki, co badacza z Polski. Tyle że polskie wyniki właśnie nie istnieją. Staną się, jak pisze profesor, przypisem w książce po angielsku. Sprawiedliwe? Zapewne nie. No ale czy życie akademickie od razu musi być sprawiedliwe?

 

Jeśli ktokolwiek miał wątpliwości, czy warto publikować w języku międzynarodowej nauki, to linkowany wpis rozwiewa wiele wątpliwości. A to dlatego, że zazwyczaj mówi się o recenzjach, o cytowaniach, o uczciwości. Wpis w ogóle tego nie porusza. Wskazuje bowiem na prostszą i bardziej fundamentalną regułę – nie wchodząc w obieg nauki zrozumiałej międzynarodowo, nie istniejesz (w niej). A konsekwencje tego są takie, że nawet jeśli odkryjesz coś, to jeśli będziesz miał szczęście, nikt o tym nie będzie wiedział. Jeśli będziesz miał pecha, to w glorii chwały będzie chodzil kto, kto odkrył to po tobie.

Wspólnota czego?

Z rozpędu jeszcze jeden wpis refleksyjny i dam spokój na jakiś czas. Jakiś czas temu media społecznościowe obiegło CV amerykańskiego naukowca, który zapisał w nim swoje porażki, było ich wiele, znacznie więcej niż sukcesów. Ja bym się nie odważył, jednak rozmawiałem wczoraj o naszym zawodzie. Moja rozmówczyni i ja zgodziliśmy się, że kariera akademicka to ciąg nieustannych porażek i niewielu sukcesów (nawet wliczając w to habilitację). Jesteśmy poddawani ciągłej ocenie, zazwyczaj zresztą krytycznej czy nawet negatywnej, ciągle jeteśmy odrzucani (nawet jeśli to nic personalnego). Pozytywy zapewne są, ale jest ich coraz mniej.

 

Gdy patrzyłem na moich profesorów z ławek studenckich, widziałem przede wszystkim wielkich uczonych, z wielkimi osiągnięciami. Część lubiłem, części nie lubiłem, jednak prawie zawsze widziałem ludzi wybitnych. Potem jednak przyszedł doktorat, zacząłem się rozglądać w nauce i okazało się, że niektórzy z tych wielkich wcale tacy wielcy nie są, część z nich wielka nie jest wcale. Co więcej, okazało się, że mój obraz  nauki jako sfery powszechnego szacunku, dążenia do prawdy i piękna był wyjątkowo nierealistyczny. I bardzo szybko ustąpił obrazowi z wszelkimi odcieniami czerni i szarości, z dość niewielką ilością czystej bieli proszku Vanish. 

 

Paradoksalnie to właśnie próba wepchnięcia nauki polskiej do światowej powoduje, że wlewa się do nas coraz więcej frustracji. To przecież  ‚umiędzynarodowienie’ nauki podważyło (i słusznie!) kolejne wielkości i reewaluację dorobków, kolejne osoby spadły z piedestałów, trzymając się na nich jedynie pustymi deklaracjami. (Tu chciałem jeszcze napisać ironiczną pochwałę trąbienia na cześć swojego dorobku i deklaracji wpływu na ‚wspóczesną myśl [tu dyscyplina]’ – ile to kompleksów trzeba mieć – ale niech wpis zostanie tylko refleksyjny.)

 

Gdy rozpoczynałem pracę naukowa, spodziewałem się czegoś zupełnie innego. Mówiąc najogólniej, spodziewałem się prostoty relacji, uczciwości awansów i wspónoty dążenia do celów. Niestety, większość tego, co zobaczyłem, nie miało z tym wszystkim wiele wspólnego.

 

No to się wyżaliłem. Następny wpis będzie o habilitacjach na Słowacji.

Przyszłość

Piszę ten wpis zainspirowany toczącą się dyskusją i znalezionym dzisiaj nowym autoreferatem z socjologii (nie linkuję, bo nie o ten autoreferat idzie). Habilitantka skończyła studia w Polsce na czołowym polskim uniwersytecie, a potem zrobiła magisterium w dobrym uniwersytecie brytyjskim. Można powiedzieć, że zobaczyła  dobrą naukę, na dodatek z pewnością mówi i pisze po angielsku. Zakoczyło mnie jednak to, jak mizerny jest jej dorobek. Co prawda, w autoreferacie czytamy, że w jej dorobku jest 7 artykułów z JCR, okazuje się, że 6 z nich to czasopisma polskie, których IFy mają dwa zera na początku.

 

To nie jest pierwszy autoreferat tego typu. Habilitanci, którzy mieli okazję studiować na uniwersytetach, na których ich dyscypliny wydają się być na dobrym międzynarodowym poziomie, wracają do Polski i nie przekładają tych doświadczeń na międzynarodowy dorobek. Zastanawiając się dlaczego, zaglądnąłem do publikacji pracowników (czołowego) instytutu habilitantki. Okazało się, że swoim dorobkiem habilitantka doskonale się wpisuje w dorobek swoich profesorów, nie mówiąc o adiunktach. Profesorowie piszą głównie po polsku, a jak już (z rzadka) piszą po angielsku, to w polskich czasopismach i w nielicznych zbiorówkach międzynarodowych. Habilitantka uprawia naukę, jaką zna, jaką jej pokazano. A jej habilitacja zapewne przejdzie śpiewająco.

 

Oto mój pesymistyczny głos w dsykusji na temat podwyższenia standardów, umiędzynarodowienia i świetlanej przyszłości polskiej nauki/socjologii*)

 

*) Niepotrzebne skreślić.