Habilitacyjne ekstrawagancje

Najnowszy wpis na blogu prof. Steca przedstawia habilitacji wariant ekstrawagancki. Otóż profesor proponuje, uwaga, by habilitant sam zaproponował recenzentów, na przykład listą 10 pracowników samodzielnych, z której to listy Centralna Komisja wybierałaby 5 osób. Te osoby pisałyby recenzje dorobku habilitanta. Przy stosownej liczbie recenzji pozytywnych (u Steca – 3), habilitację nadawałoby się z automatu. Dzięki temu uniknęlibyśmy przeróżnych zawirowań dyscyplinarnych, kiedy to za habilitacją głosowaliby ludzie niemający większego pojęcia na temat tego, co robi habilitant. Procedura łatwa, prosta, wręcz przyjemna. Co więcej, jak zwrócono uwagę prof. Stecowi na Twitterze, jest to procedura, którą stosuje ‚pół świata’.

 

I prawie nie byłoby się z czym nie zgodzić, gdyby tylko można było liczyć, że wszystkie recenzje będą rzetelne i nie trzeba by ich porządnie poczytać. A to dlatego, że w przyrodzie występują recenzje kurtuazyjne, o których była tu niejednokrotnie mowa, recenzje negatywne z pozytywnym zakończeniem, czy wreszcie recenzje wskazujące na to, że recenzent nie ma większego pojęcia o tym, co robi habilitant, co oczywiście nie przeszkadza mu recenzję napisać (kasa, misiu, kasa).

 

Propozycja prof. Steca jest po prostu smutna. Wydaje mi się, że dążąc do mechanicznego nadawania habilitacji, profesor chce uniknąć choć jednego elementu postępowania – debat ‚na posiedzeniu’. Zapomina jednak, jak mi się wydaje o tym, że recenzja recenzji nierówna.  A mechaniczne opieranie się na konkluzjach spowodowałoby, że pewien być może zacny pedagog uzyskałby habilitację, pomimo tego, że żadna z podanych przez niego publikacji nie istniała. Recenzje były, o ile pamiętam, pozytywne. I tylko dociekliwość prof. Śliwerskiego spowodowała, że sprawa wyszła na jaw, a habilitacja padła.

 

Chciałbym odnotować jednak postęp w myśleniu prawniczym o habilitacji. Prof. Stec proponuje, by oceniać dorobek. Mam nadzieję, że chce na tym skończyć – dorobek i nic więcej. Żadne tam dziedzictwa i inne wkłady. Bo pod takim pomysłem podpisuję się obiema rękami.

 



Metafory habilitacji

Pod poprzednim wpisem, @misieck zadaje ważne pytanie: jaki wkład w rozwój dyscypliny może mieć dzieło, które praktycznie mogą zobaczyć tylko recenzenci? Ja, na szybko, udzielam odpowiedzi. Żaden.

 

Jest jednak druga część odpowiedzi: bo nie o żaden wkład tutaj chodzi! Pisałem tu już wielokrotnie, że gdyby wziąć na poważnie sformułowanie o znacznym wkładzie w rozwój dyscypliny, w Polsce przestano by nadawać habilitacje. Znaczny wkład w rozwój dyscypliny mają (bardzo) nieliczni i przytłaczająca większość doktorów habilitowanych, włącznie ze mną, nie ma znaczącego wkładu w rozwój dyscypliny. Co więcej, znaczna część doktorów habilitowanych, nie ma żadnego, ani znacznego, ani nieznacznego wkładu w rozwój dyscypliny, ponieważ robią rzeczy wtórne, które nikogo poza nimi samymi nie interesują.

 

Co więcej, uważam, choć nie rozpytywałem się, że recenzenci traktują przepis o znacznym wkładzie metaforycznie. Znaczny wkład jest równoważny z ‚zasługuje na habilitację’, dzięki czemu można nadawać habilitacje wszystkiemu, co się rusza i habilitacji pragnie.

Osiągnięcie wiodące

Trwa dyskusja na temat uchwały Rady Młodych Naukowców dotyczącej habilitacji. Uchwała jest interesująca, z częścią postulatów się zgadzam, z częścią nie. Jest to jednak ważny głos w dyskusji na temat habilitacji w Polsce i poświęcę jej kilka najbliższych wpisów.

 

Dzisiaj kilka słów na temat propozycji zmian w definicji osiągnięcia – centrum postępowania habilitacyjnego. RMN proponuje, by osiągnięcie zdefiniować jako dzieło:

 

„opublikowane w całości lub w zasadniczej części, albo jako zbioru publikacji, w których powstanie habilitant miał wkład wyłączny lub wiodący, oraz które stanowi istotny wkład w rozwój danej dziedziny naukowej.”



Uważam, że taka definicja byłaby regresem wobec tego, co jest dzisiaj. Mam proste pytanie: kto będzie ustalał ‚wiodącość’ habilitanta i w jaki sposób będzie się to dokonywać? Wielokrotnie podejmowany był tu problem procentowego wkładu habilitanta, trudności z jego określeniem. Rada Młodych Naukowców przerzuca te wszystkie problemy właśnie do centrum postępowania.

 

Co więcej, kiedy można mówić o wiodącym wkładzie? Czy wtedy, gdy ktoś przeprowadził badania, dał pomysł, policzył, napisał? A może ktoś, kto uzyskał finansowanie? Odnoszę wrażenie, że RMN zapomniała, że dzisiejsza nauka jest głównie kooperacyjna i coraz trudniej stwierdzić, kto ‚wiedzie’, poza, rzecz jasna, czysto instytucjonalnymi ramami kierownika laboratorium.

 

Oczywiście rzeczywistość będzie taka, jak z udziałami procentowymi. Ty mi powiesz, że ja miałem 80 procent, ja ci potem powiem, że ty miałeś wiodący wkład. Innymi słowy, jeden wielki szwindel. Tyle że teraz ten szwindel będzie podstawą nadania stopnia. No po prostu super!

 

I na koniec – z rozczarowaniem przeczytałem, ze młodzi naukowcy chcą pozostawić ten kompletnie idiotyczny zapis o rozwoju dyscypliny naukowej. Zadęcia nauki polskiej ciąg dalszy.

Nie

W nowym wpisie dr Kulczycki stawia ciekawe pytanie:

 

czy nasz system awansów naukowych, szczególnie habilitacji, służy rozwojowi nauki? Wśród młodych ludzi powszechne jest zwątpienie, czy stanowi ona skuteczny miernik jakości, pozwalający najlepszym sterować i funkcjonować w nauce. Jeśli moi rówieśnicy się mylą, zostawmy habilitację. Jeśli mogą mieć rację, czas głośno wskazać, co z tym fantem trzeba zrobić.

 

Postanowiłem odpowiedzieć na to pytanie, a moja odpowiedź jest negatywna. A zatem nie, habilitacja nie służy rozwojowi nauki i to z dwóch powodów.

 

Pierwszym powodem są absurdalne kryteria. Wielokrotnie pisałem już o tym, że kryterium znacznego wkładu w rozwój dyscypliny jest niemożliwe do spełnienia przez przytłaczającą większość nie tylko habiltantów, ale również profesorów, nie tylko zresztą polskich. Znaczny wpływ na rzowój dyscypliny mają osoby bardzo wybitne, których jest mało, a może i baaaaardzo mało. Zaporowe kryterium oznacza, że, chcąc, nie chcąc, recenzenci muszą je obchodzić. Bo jeśli rzeczywiście produkujemy w większości makulaturę (zob. dyskusję na DNU), no to jak może ta makulatura mieć znaczący wpływ itd.. Trzeba zatem udawać, że ma, bo habilitację nadawać trzeba. I skoro (praktycznie) nikt nie spełnia kryterium znacznego wkładu, no to właściwie wszystko wolno.

 

Drugim, być może ważniejszym, powodem są praktyki recenzenckie, o których również pisałem wielokrotnie. Rządowe kryterie oceny habilitanta są nagminnie ignorowane, recenzenci nagminnie piszą recenzje kurtuazyjno-towarzyskie, czy wreszcie niekompetentne lub podlane sosem wyobrażeń wielkościowych. Nawet zakładając więc, że usunięte zostanie kryterium znacznego wpływu, nie zmieni się wiele, bo recenzenci będą nadal robić, co im się żywnie podoba, a habilitacja nadal będzie (w znacznie za dużej ilości przypadków) czysto uznaniowa.

 

Powstaje pytanie, co robić. Wielokrotnie pisałem o systemie kontroli. Dzisiaj nie jestem pewien, czy on ma szanse. Musiałby on się opierać na ludziach spoza układów towarzyskich, a takich jak na lekarstwo. Obecna CK jest instytucją nie tylko bez pazura, ale, jak się wydaje, nawet bez uzębienia. Pozostaje więc chyba usiąść i zapłakać, licząc na to, że zmieni się samo.

 

Wybitny habilitant?

W niedawnym postępowaniu pozytywna decyzja oparta została na stwierdzeniu, że wkład habilitanta w rozwój socjologii jest wybitny. Nie przypominam sobie takiego określenia dorobku habilitanta, postanowiłem więc przyjrzeć się autoreferatowi, w którym zresztą habilitant wszystko wykłada kawa na ławę. Przez 32 lata po doktoracie habilitant napisał 16 artykułów (okazuje się, że to 422 strony) i książkę. Wydaje się, że to niedużo, ale może to są szczególne artykuły, które rzeczywiście miały nie tylko wpływ na rozwój socjologii, ale wpływ wybitny. Ale przecież wybitne prace się cytuje, a habilitant podaje, ze wszystkie te artykuły zostały zacytowane 18 razy.

 

Nie chcę krytykować dorobku habilitanta. W przeciwieństwie do innych habilitantów z socjologii, ma on dorobek międzynarodowy (choć jego najczęściej cytowana praca jest z matematyki). Piszę ten wpis, by zadać pytanie, na czym polega wybitność wkładu habilitanta. Jego międzynarodowy dorobek jest niewielki, a sądząc po cytowaniach, można przyjąć, że jego prace miały minimalny oddźwięk w socjologii, nie mówiąc o wpływie. Gdzie jest zatem ta wybitność?

 

Można przedstawić problem inaczej. Zarówno negatywna jak i pozytywna decyzja nie powinna budzić zastrzeżeń (wiem, że to wołanie na puszczy). Wydaje mi się, że to dotyczy szczególnie twierdzeń o wybitności. Pokazują one przecież standardy, którymi rządzi się dyscyplina. Jakie więc standardy pokazuje nam w uzasadnieniu socjologia?

 

The day sociology stood still

Pojawił się autoreferat, w którym habilitantka wyraźnie formułuje swój wkład w ‚socjologię jako dyscyplinę naukową’ (nie będę złośliwy i nie zapytam, czym jeszcze jest socjologia). Na stronie 3, habilitantka podaje, że jej wkład składa się z:

 

analizy koncepcji postmodernistycznej;

wydobycie ‚kształtu’ postmodernistycznej rzeczywistości społecznej;

zestawienie koncepcji postmodernizmu;

analiza społeczeństwa ponowoczesnego.

 

Czytałem i czytałem i za żadne skarby nie chciał mi z tego wyjść wkład. Bo według mnie wychodzi na to, że wkładem jest to, że habilitantka coś zrobiła. Wkładem jest to, że habilitantka podjęła analizę. Że analiza mogła nie przynieść znaczących wyników, że wyniki mogły być banalne, mogły być powtórzeniem tego, co już napisano (a bardzo pobieżne zerknięcie do Google Scholar wskazuje, że napisano bardzo dużo), nie ma znaczenia. Przecież habilitantka pochyliła się nad problemem! A jak się tak pochylała, socjologia zamarła i w okamgnieniu się zmieniła, bo nastąpił wkład i rozwój.

 

Po raz kolejny przywołuję kwestię znacznego wkładu w dyscyplinę, nie tylko dlatego, że uważam, że to kryterium idiotycznie. Wreszcie wyłuszczono wprost, co rozumie się przez wkład. A to, co wskazuje, żadnym wkładem, moim zdaniem, nie jest. Sama analiza, opis, zestawienie nie jest żadnym wkładem w dyscyplinę. Wskazuje co najwyżej, że badacz coś zrobił. A habilitacja nie powinna być nagrodą, że habilitant raczył kiwnąć palcem.

 

Niestety, podejrzewam, że habilitantka nie jest osamotniona w swoim rozumieniu wkładu.

Czkawka

Parę dni temu, pod wpisem z początku roku pojawił się komentarz na temat interdyscyplinarności polskich postępowań awansowych. A właściwie problemów z nią. Parę razy pisałem już na temat tego, że nauka polska nie radzi sobie z interdyscyplinarnością. Minimum kadrowe, fundament polskiej nauki, jak kotwica siedzi w dziedzinach i dyscyplinach i z pewnością jakaś tam magisterka czy doktorat, a i nawet habilitacja  nie naruszy tego.

 

Jednak warto zwrócić uwagę, że rozporządzenie ministra nie reguluje przynależnosci dyscyplinarnej członków komisji habilitacyjnych (w tym recenzentów). Dotyczy to również recenzentów rozpraw doktorskich. I rzeczywiście, jakiś czas temu omawialiśmy dość niezwykłe postepowanie z psychologii, w którym jednym z recenzentów był biolog (choć nie to stanowiło o niezwykłości postępowania). Niedawno pisałem o postępowaniu z kulturoznawstwa, w którym recenzentem był historyk.

 

Oczywiście, przynależność dyscyplinarna habilitacji nie ulega wątpliwości. Jak niedawno pisałem, recenzenci zarzucają habilitantom niewystarczające osadzenie w dyscyplinie, a przypadki recenzentów spoza dyscypliny (ba, jak w wypadku wspomnianego biologa, spoza dziedziny) są raczej rzadkością (choć być może w różnych dziedzinach wygląda to różnie).

 

Piszę o tym wszystkim, bo chcę zwrócić uwagę na kolejną niespójność przepisów. Nie ma sensu według mnie ‚uwalniać’ dyscyplinarnie recenzentów (co w sobie jest sensowne), ale oczekiwać od nich, by recenzowali habilitację z danej dyscypliny, a w szczególności odpowiadali na pytanie o wkład habilitanta w rozwój dyscypliny. Dyscypliny, podkreślmy, której taki recenzent nie zna i nie musi znać. Nie można przecież oczekiwać od biologa, by wypowiadał się na temat wkładu habilitanta w rozwój psychologii. Biolog oczywiście może się sensownie wypowiedzieć na temat tego, co, powiedzmy, napisał np. neuropsycholog, nie sądzę jednak, by był w stanie wypowiedzieć się na temat tego, jak sytuuje się taka praca w psychologii. Bo i skąd miałby to wiedzieć?

 

Po raz kolejny według mnie odbija się czkawką ów nieszczęsny wkład w dyscyplinę, którego ani nikt nie mierzy, ani nikt specjalnie nie ocenia. No ale nauka nauką, ale pamiętajmy o priorytetach. Minimum ponad wszystko!

 

 

O wkładzie właściwym

Ciekawy wątek porusza spryciurka w swoim komentarzu. Do tej pory, gdy mówiłem o kryteriach oceny habilitanta, mówiłem o dorobku jako monolicie. Spryciurka jednak zauważa, że dorobek można nie traktować jako monolit i jedna część dorobku może rekompensować braki w innej. Zacząłem o tym myśleć i zastanawiam się, na czym polegają takie rekompensaty i gdzie jest ich granica. Warto zaznaczyć, że komentarz dotyczy rekompensaty publikacjami (małymi wkładami), które wspierają, wg dzisiejszej terminologii, osiągnięcie.

 

Jednak problem rekompensat jest nieco szerszy. Weźmy sobie omawianą niedawno habilitację z socjologii, gdzie recenzent wyraźnie docenia działalność popularyzatorską i dydaktyczną habilitanta, jednak nadal pisze bez zawahań bardzo negatywną recenzję. Zostawiająć konkretny przypadek, powstaje pytanie: czy wydanie przez habilitanta nawet i świetnych podręczników rekompensuje brak publikacji badawczych? Otóż wg mnie nie. Nie jestem bowiem pewien, czy wkład w rozwój dyscypliny, to również wkład w jej popularyzację. Gdzie jest granica takich rekompensat? Czy świetne wykłady z dyscypliny kwalifikują się jako rekompensata? Wszak jeśli podręczniki tak, to wykłady nie? Warto jednak pamiętać, że ustawa wspomina inne typy dorobku, które należy uwzględniać przy ocenie habilitanta. Co więcej, nie wartościuje ich!

 

Ale autorka omawianego komentarza stawia problem węższy – co w wypadku habiitanta, który osiągnięcie ma słabawe, ale w reszcie dorobku znajdują się rzeczy wartościowe. To, co mówi spryciurka, ma sens i nie chcę z tym polemizować. Jednak pokazuje ten komentarz bezsens ustawy, która kładzie nacisk na ‚osiągnięcie’, priorytetyzując je ponad resztę dorobku (a zatem ‚osiągnięcie’ nad ‚osiągnięcia’), choć, jak wspomniałem, resztę dorobku wskazuje jako ważną. Czy bowiem rzeczywiście tak kluczowe jest, że (wedle mnie fikcyjny, jak nie raz pisałem) wkład w rozwój dyscypliny dokonuje się w wybranych 5 artykułach, a nie w 9 nie związanych tematycznie?

 

Czy rzeczywiście wkład w rozwój dyscypliny musi nastąpić w ramach osiągnięcia habilitacyjnego? Zaczynamy przecież czynić rozróżnienia między wkładem właściwym i zwykłym wkładem? Czy w ogóle interesuje nas wkład ‚nieosiągnięciowy’? No, odpowiedź na takie pytania musi być jedna: przecież to nie ma cienia sensu! Wkład to wkład, po jaką cholerę go rozdzielać na wkład monotematyczny i inny? No właśnie, po jaką cholerę??

O jedną habilitację!

Na forum ostatnio po raz kolejny głównym tematem dyskusji jest habilitacja. Stoję z boku tych zażartych debat, nie chcę w nich ugrzęznąć i nachodzi mnie refleksja. Refleksja ta zaczyna się od banalnego stwierdzenia: dyskutanci nie mogą osiągnąć porozumienia.

 

I tak to pierwszym wielkim tematem ostatniego tygodnia była natura znacznego wkładu w rozwój dyscypliny. Zarysowały sie diametralne stanowiska, kłótnia trwała przez ponad sto postów, konsensusu jak nie było tak nie ma. Druga wielka kłótnia, to kłótnia o, powiedzmy, pokonferencyjniaki. Jedni uważają, że liczy się jakość bez względu gdzie opublikowany jest tekst, inni, ze pokonferencyjniaki są synonimem braku jakości. Ta druga kłótnia dotycz ygłównie szerokiej humanistyki. I właściwie nie byłoby w tym nic zaskakującego, gdyby nie to, że kłócący się forumowicze to również potencjalni i rzeczywiści recenzenci w przewodach habilitacyjnych. Znaczna część dyskyujących to tzw. samodzielni pracownicy naukowi!

 

I może ja powtórzę: recezenci w przewodach habilitacyjnych mają diametralnie różniące się wyobrażenia na temat tego, co podlega ocenie w przewodzie! Nie ma oczywiście też żadnego powodu, by myśleć, że recenzenci piszący na forum DNU znacząco różnią się od rzeszy innych. Cała reszta jest najpewniej podobnie, a może i bardziej podzielona.

 

Nie mam zamiaru stawać po stronie którychkolwiek dyskutujących. Bo dla mnie problemem jest to, że mogą być tak kolosalne różnice między ludźmi realizującymi pewną procedurę. Wtórne jest też dla mnie to, czy te różnice wypływają z niejasności tekstu ustawy czy też oporu recenzentów. Kluczowe jest to, że trudno jest mówić o jakiejś jednej spójnej prcedurze wyłaniającej sie z  wyobrażeń i, sądząc choćby po recenzjach dzisiaj cytowanych, praktyk recenzenckich. Wyłania się z nich bowiem chaos merytoryczny, nad którym nikt zdaje sie nie panować.

 

Wbrew temu, co napisano na forum, ja jestem nadal zwolennikiem habilitacji. Jednej habilitacji! Nie tylko ze spójnymi kryteriami, ale również ze spójnymi praktykami recenzentów.

 

 

Wkład znaczny, ale…

Oto wyimek z recenzji w naukach technicznych:

 

Jednocześnie muszę podkreślić, że wkład dra XY w rozwój dyscypliny naukowej Informatyka w Polsce jest znaczny — głównie dzięki autorstwu dziewięciu znanych i bardzo cenionych w środowisku programistów książek.

 

To jednak zupełnie nie przeszkadza recenzentowi uznać dorobek za słaby i napisać recenzję negatywną. Drugi recenzent uważa, że habilitant wkładu nie ma. Trzeci z kolei recenzent uważa, że dorobek spełnia, a sylwetka habilitanta może być oceniona wysoko (może brzuszka nie ma?) …..Z kolei recenzent ten nie jest pewien, czy habilitant pokieruje kiedyś zespołem.

 

To, że się recenzenci nie zgadzają, nie przeszkadza mi. Dopóty nie są to różnice diametralne, różnice w ocenie są naturalne (nawiasem mówiąc, receznenci negatywni się zgadzają co do oceny dorobku). To, co mi przeszkadza, to to, że recenzent może ze spokojem napisać, że uważa, że habilitant wkład ma duży (a zatem spełnia warunki ustawowe) i napisać, że i tak recenzja jest negatywna. Albo recenzent nie rozumie, o co idzie w ustawie, albo to ignoruje. No ale przecież jemu wolno, a ja przecież ‚wiem dobrze, o co mu chodzi’. 

 

Z kolei, nie mam żadnch problemów z oceną dorobku organizacyjnego. Mam problem jednak z tym, że ta ocena zawiera się w tym zdaniu:

 

Negatywnym oceniam działalność organizacyjną Habilitanta. Jest to dodatkowy element który może mieć negatywny wpływ w przyszłości na kierowanie przez niego zespołem naukowym.

 

Wolałbym też, żeby zdania, które pisze recenzent, miały sens, szczególnie, gdy recezent chce podzielić się z nami swym wglądem w przyszłość.