To zdanie jest fałszem

Pojawiła się kolejna opinia w habilitacji logopedycznej i nie mogę sobie odmówić przyjemności skomentowania przynajmniej fragmentów. Jest to bowiem recenzja pełna zagadek. Pierwsze zagadki sformułowane zostają w formie jakże realistycznego, wydawałoby się, samoopisu księdza recenzenta:

 

z przekonaniem odniosę się głównie do tego obszaru dokonań Habilitantki, w którym posiadam niepodważalną reprezentację wiedzy (np. metodologia)

 

Skamieniałem przeczytawszy słowa profesora, bo za cholerę nie wiem, o co mu chodzi. Po pierwsze, niepodważalność wiedzy profesora musi z konieczności stać na glinianych nogach. Oczekiwałbym od filozofa (nawet wychowania), żeby rozumiał, że z tą niepodważalnością to jednak trochę nie tak. I jego wiedza czy też jej reprezentacja jest niezwykle łatwa do podważenia. Chyba że niepodważalność, o której mówi profesor, ufundowana jest nie na logice, ale na certyfikatach profesorskim i habilitacyjnym. Kwit jest, niepodważalność zaświadczona!

 

Jednak zmartwiło mnie to, co recenzent posiada. Widzę (choć okiem niefilozofa)  filozoficzne trudności z posiadaniem wiedzy, ale czy posiadanie reprezentacji wiedzy usuwa je? Nie dość, że nie wiem, co tak naprawdę poisada profesor, to na dodatek czym jest ta reprezentacja wiedzy? Czy profesor posiada jakiś katalog biblioteczny? Spis treści encyklopedii? A może sam link do portalu Google Scholar? Tylko jak się to ma do kompetencji recenzenckich?

 

A oto kolejna zagadka, przed którą stawia nas profesor. Pisze bowiem o problemie natury etycznej, który:

 

dotyczy mianowicie znamion autoplagiatu ukrytego

 

W głowie mi się od tego zakręciło, bo choć jestem po habilitacji, znów nie rozumiem. Pierwsza kwestia, to problem dotyczący znamion! Co to znaczy? Czemu się recenzent nie czepia zjawiska, ale tylko jego znamion? Że jakieś trefne znamiona ma ten autoplagiat? Czy może, tu już się ucieszyłem, chodzi mu o to, że autoplagiat ukryty nie może miec znamion? Bo skoro ukryty, to jakże ma mieć znamiona, ale skoro profesor go odkrył….Zakałapućkałem się. A przecież jeszcze nie doszedłem do tego, że profesor odkrył ‚autoplagiat ukryty’, zapewne w kontraście do jawnego, a może i zwykłego. Czyżbyśmy zatem mieli do czynienia ze spekrtum autoplagiatowym, a mianowicie:

 

autoplagiat jawny – autoplagiat – autoplagiat ukryty?

 

Tylko co to takiego ten jawny? Że na przykład autor pisze: „Uwaga, niniejszym autoplagiatuję następującą pracę.”. Ale jak to robi, to to już nie jest autoplagiat….Zgubiłem się. No i po raz kolejny ucieszyłem się, że nie jestem pedagogiem i nie muszę tego wszystkiego rozbierać na czynniki pierwsze lub nie, jawne bądź ukryte. A tego, jak mówią sąsiedzi ze wschodu: bez wodki nie rozbierjosz.