Trafiony, nie zatopiony

Jeszcze parę słów o recenzji negatywnej. Przeczytałem ją jeszcze raz, na chłodno. Jest potwornie negatywna, choć nie wydawała mi się już tak zajadła. To raczej próba metodycznego, powolnego i chłodnego podważenia mnie i mojego dorobku. Argumenty? A gdzie tam. Po prostu król wszechświata mówi jak jest naprawdę.

 

Jakiś czas temu usłyszałem też od kolegi, skąd ta recenzja. Otóż kolega pytał, jak tam recenzje, więc mówię, że Xa jest bardzo negatywna. Kolega zaczął się śmiać i powiedział: A jaka miała być, po twoich występach? Szczęka mi opadła. Jakie występy?! Ja z człowiekiem rozmawiałem raz, może dwa razy w życiu, zawsze w kontekście większych spotkań! Kolega mi przypomiał jednak konferencję, na której profesor przedstawiał badania, ja zadałem pytanie, pytanie trafiło. Może nie zatopiło, ale jednak trafiło. No pewnie było coś takiego, jednak wtedy nie miałem poczucia, że stało się coś ważnego. Na tyle nie stało się, że zapomniałem o sprawie, co więcej, to już było smzmat czasu temu. Ja nie pamiętałem, kolega pamiętał….Najwyraźniej poeta i profesor też.

 

Czy to sensowna interpretacja negatywnej recenzji? Nie wiem. Nie chcę myśleć, że to po prostu zwykła zemsta. Recenzent odpłacił mi za to, że moje pytanie pokazało słabość jego badań. Małostkowość takiego postępowania przecież nie przystoi, co ciężkiej cholery, profesorowi….Trudno mi jednaktaką interpretację odrzucić, szczególnie w kontekście tego, jak jest napisana recenzja.