Vivant profesores (ale tylko tytulares)

Przez jakiś czas chciałem napisać o sprawie o rektora UG. Jednak  sprawę omówiono już komentarzach. Wydaje mi się jednak, że warto poruszyć poboczny (a szkoda) wątek sprawy. Wątek ów to Apel profesorów tytularnych UG do społeczności uniwersyteckiej

Chciałbym od razu zaznaczyć, że apel jak apel, Państwo Profesorowie mówią rzeczy w miarę oczywiste. I pomimo kilku smaczków, jak to, że odnoszę wrażenie, że sygnatariusze mogą podpowiedzieć, kto jest tym „właściwym” kandydatem, to nie ma co się nad apelem zatrzymywać.

Warto jednak zatrzymać się nad tytułem. Mam nadzieję, że czytelnikom tego bloga nie umknął fakt, że apel podpisał nie byle kto. Podpisali go bowiem profesorowie tytularni!. Nie jakieś tałatajstwo habilitowane, nie jak jakieś doktoryzowane chłystki, nie akademiccy dalici ledwo co z magisterium, ale

P R O F E S O R O W I E   T Y T U L A R N I!

Creme de la creme, światłość światłości, jasność jasności, mądrość mądrości, super duper carramba luminarze! To ludzie, których dostojeństwo jest tak dostojne, że zwykli dostojnicy wyglądają jak chłopki roztropki spod budki z piwem. Ci sygnatariusze, idę o zakład, nie muszą włączać świateł drogowych poza miastem, bo światło od nich bijące drogę oświetla. Oni nie muszą mieć centralnego ogrzewania w domach, bo ich myśli tyle ciepła wydzielają,  nie muszą korzystać ze schodów, bo starczy, że pomyślą a dostojnie unoszą się na piętro.

Chuck Norris, człowiek, który leczy raka łzami, policzył do nieskończoności dwa razy, a profesor tytularny nieskończoną liczbę razy! Chyba że mu się nie chce. Profesor tytularny to Kloss, Stirlitz i Janek Kos w jednym.

I tu zatrzymam się i zadam pytanie. Czy ktoś jest w stanie sobie wyobrazić, że ten apel podpisałby ktoś, kto nie jest profesorem tytularnym? Gdy sobie to wyobraziłem, to, co zobaczyłem, przeraziło mnie. Zobaczyłem obraz nędzy, rozpaczy, skalania, zbałamucenie, bluźnierstwa wręcz.

Apel, który czytamy wszyscy ze stosownym nabożeństwem, straciłby po milionokroć, ba, po paproć (!), gdyby nawet leżał koło kogoś nietytularnego.

I na końcu, pragnę w imieniu swoim oraz czytelników tego bloga, serdecznie i namiętnie podziękować Panu Profesorowi Bogusławowi Górce (o losie ironiczny, surowe płatasz figle!) za apelu sporządzenie. I za to, że mogłem, być może po raz ostatni, przeczytać czasownik ‚sporządzić’.

Amen.