Wkład? Jaki wkład?!

Rozmowy z moimi znajomymi od pewnego czasu nieuchronnie schodzą na habilitację. Moją i nie tylko. Spotkalem się wczoraj z profesorem (z dyscyplin książkowych, że tak powiem), który opowiadał mi o recenzji habilitacyjnej, którą napisał jakiś czas temu. Otóż, opowiadał kolega, miał dylemat. Rozprawa habilitacyjna (postępowanie w starej procedurze) była słaba (a może i bardzo słaba), jednak dorobek, szczególnie na tle innych habilitacji w dyscyplinie, dobry, a może i bardzo dobry. I jak recenzować, pytał profesor? Uznał po namyśle, że porównanie z innymi habilitacjami przeważa – recenzja uwypuklała to, co dobre, gładko surfowała, przeskakując czasami nad tym, co nie aż tak dobre i habilitant wyhabilitował się.

 

Rozmawialiśmy chwilę o konieczności widzenia habilitacji w kontekście, szczególnie innych habilitacji. Czy rzeczywiście miałoby sens uwalenie habilitanta z dorobkiem międzynarodowym dlatego, bo chciał się już wyhabilitować i napisał książkę szybko i byle jak (bo książka musi być). Po chwili przyznałem, że uwalenie takiego habilitanta nie miałoby większego sensu.

 

Jednak to ma konsekwencje, jak dla mnie dwie. Po pierwsze, jakiekolwiek ustawowe decydowanie o jakimś wkładzie w naukę nie ma większego sensu. Profesor-recenzent w ogóle się nad tym nie zastanawiał – po prostu stwierdził, że habilitant ma lepszy dorobek niż inni. Po drugie, nie ma żadnej habilitacji' – są habilitacje w poszczególnych dyscyplinach, które żądzą się własnymi prawami i nie ma sensu tym bardziej mówić o jakimś jednolitym stopniu naukowym.

 

Może zatem warto by na poważnie pomyśleć o zniesieniu habilitacji, a przynajmniej skończeniu ze ściemą znacznego wkładu w rozwój dyscypliny.