Wolność jak źrenica

Marek Wroński pisze o kolejnym żenującym spektaklu habilitacyjnym. Wreszcie uznano, że habilitacja była plagiatem. Wroński pisze:

 

To właśnie on z powodu tego, że jego uwagi wskazujące na bezprawne zapożyczenia zostały zlekceważone zarówno przez Radę Wydziału, rzecznika dyscyplinarnego, jak i ówczesnych, pierwotnych recenzentów, przeprowadził wieloletnią walkę o przestrzeganie zasad rzetelności naukowej i o to, aby sprawiedliwości stało się zadość

 

No właśnie. Jak jest możliwe to, że recenzenci habilitacji ks. Zowczaka nie zauważyli, że

„jawnie naruszono prawa autorskie ponad 10 osób. Fakt ten sam w sobie można by uznać za w pełni dyskwalifikujący dla przyznania stopnia doktora habilitowanego dr. Zowczakowi”?

 

Nikt nie zauważył, łącznie z rzecznikiem dyscyplinarnym. I ja mam pytanie, rzecz jasna, retoryczne. Czy naprawdę nikt nie poniesie żadnych konsekwencji, uznamy, że sprawy nie ma? Bo wolność recenzenta, pardon, akademicka. I będziem jej bronić jak źrenicy oka, Częstochowy i może jeszcze innych rzeczy i wartości, które narodowo bronimy. Szlag mnie trafia, bo sami tniemy gałąź, na której siedzimy. Skoro sami nie traktujemy się poważnie, jak możemy oczekiwać poważnego traktowania przez innych?