Wspólnota czego?

Z rozpędu jeszcze jeden wpis refleksyjny i dam spokój na jakiś czas. Jakiś czas temu media społecznościowe obiegło CV amerykańskiego naukowca, który zapisał w nim swoje porażki, było ich wiele, znacznie więcej niż sukcesów. Ja bym się nie odważył, jednak rozmawiałem wczoraj o naszym zawodzie. Moja rozmówczyni i ja zgodziliśmy się, że kariera akademicka to ciąg nieustannych porażek i niewielu sukcesów (nawet wliczając w to habilitację). Jesteśmy poddawani ciągłej ocenie, zazwyczaj zresztą krytycznej czy nawet negatywnej, ciągle jeteśmy odrzucani (nawet jeśli to nic personalnego). Pozytywy zapewne są, ale jest ich coraz mniej.

 

Gdy patrzyłem na moich profesorów z ławek studenckich, widziałem przede wszystkim wielkich uczonych, z wielkimi osiągnięciami. Część lubiłem, części nie lubiłem, jednak prawie zawsze widziałem ludzi wybitnych. Potem jednak przyszedł doktorat, zacząłem się rozglądać w nauce i okazało się, że niektórzy z tych wielkich wcale tacy wielcy nie są, część z nich wielka nie jest wcale. Co więcej, okazało się, że mój obraz  nauki jako sfery powszechnego szacunku, dążenia do prawdy i piękna był wyjątkowo nierealistyczny. I bardzo szybko ustąpił obrazowi z wszelkimi odcieniami czerni i szarości, z dość niewielką ilością czystej bieli proszku Vanish. 

 

Paradoksalnie to właśnie próba wepchnięcia nauki polskiej do światowej powoduje, że wlewa się do nas coraz więcej frustracji. To przecież  ‚umiędzynarodowienie’ nauki podważyło (i słusznie!) kolejne wielkości i reewaluację dorobków, kolejne osoby spadły z piedestałów, trzymając się na nich jedynie pustymi deklaracjami. (Tu chciałem jeszcze napisać ironiczną pochwałę trąbienia na cześć swojego dorobku i deklaracji wpływu na ‚wspóczesną myśl [tu dyscyplina]’ – ile to kompleksów trzeba mieć – ale niech wpis zostanie tylko refleksyjny.)

 

Gdy rozpoczynałem pracę naukowa, spodziewałem się czegoś zupełnie innego. Mówiąc najogólniej, spodziewałem się prostoty relacji, uczciwości awansów i wspónoty dążenia do celów. Niestety, większość tego, co zobaczyłem, nie miało z tym wszystkim wiele wspólnego.

 

No to się wyżaliłem. Następny wpis będzie o habilitacjach na Słowacji.