Wynurzenia chorobliwego frustrata

Niedawne wejścia z bloga profesora pedagogiki przypomniały mi o tym, jak jego autor ganił mnie za ‚robienie habilitacji’. Wskazywał przy tym, że chorobliwie zaglądam na strony CK, lecząc przy tym kompleksy frustrata. Przypomniawszy sobie te słowa zachęty prawdziwego pedagoga, zacząłem się zastanawiać, czy, prawie dwa lata po habilitacji, obserwując ludzi, którzy właśnie rozpoczynają drogę, którą ja mam już za sobą, habilitację się ‚robi’. Czy może jest ona naturalnym zwieńczeniem drogi naukowej?

 

Niestety, nadal uważam, że habilitację się robi i nie jest ona zwieńczeniem niczego. To proces wymagający strategicznego myślenia w długofalowym przygotowaniu, a także opracowania taktyki na samo postępowanie. Nawet świetny dorobek nie gwarantuje bowiem procesu sprawnego i gładkiego. Dla przykładu, decyzje, gdzie, co i jak opublikować (np. książka czy artykuł) są decyzjami, które przyszli habilitanci podejmują zważając na preferencje recenzentów, a nie praktyki dyscypliny.

 

Ale habilitację się robi też dlatego, bo nie można liczyć na tych, którzy powinni ‚stać na straży’. Samozadowolenie członków CK to jednak nie tylko chęć czyszczenia serwerów, żeby postępowania nie zalegały. To też brak jakiejkolwiek kontroli nad procesem i postępowaniami (terminy są przecież tylko aspiracyjnym drogowskazem) czy udział w setkach postępowań, a przez to kolosalny wpływ na dyscypliny.

 

Habilitację się robi. Bez wątpienia.