Zasada życzliwości

Recenzenci po raz kolejny piszą recenzje, z których się wycofują. I tak w uzasadnieniu odmowy nadania stopnia czytamy o recenzencie, który postanowił zmienić zdanie. A wszystko dlatego, że pisząc recenzję, recenzent:

 

„kierował się zasadą życzliwości – widział wiele wad, ale próbował też dostrzec zalety i dlatego konkluzja recenzji jest pozytywna, ale po wysłuchaniu opinii pozostałych członków Komisji, zmienił zdanie. „

 

Życzliwość tegoż recenzenta musi być przeogromna, jako że inny recenzent stwierdził, że ‚w warstwie filozoficznej’ książka jest na poziomie liceum. A habilitacja z filozofii….

 

Po raz pierwszy chyba czytamy o recenzencie, który przyznaje wprost, że w recenzji nie kierował się jakością dorobku czy też publikacji, ale chciał być miły. Na dodatek uważa, że nie idzie o jakieś jego widzimisię, ale o zasadę. Zasadę, którą, jak można podejrzewać, kieruje się nie tylko on, ale również inni recenzenci.

 

Okazuje się, że recenzent może tak po prostu przyznać, że był nierzetelny, protokolant to zaprotokołował, a dziekan uznał, że warto poinformować o tym świat. I to chyba jest dla mnie to najbardziej zaskakujące. Nikt się chyba nie przejął tym, że do wiadomości publicznej podano informację, że recenzent nie kieruję się ‚zasadą merytoryczności’, ale ‚zasadą  życzliwości’. I nikomu nie jest wstyd.

 

Z kronikarskiego obowiązku donoszę, że jeden z profesorów uznał, że dyskusja na temat nadania stopnia jest odpowiednim miejscem, by oświadczyć, że ‚obecna polityka ministerialna zmierza świadomie do obniżenia poziomu habilitacji’. Przyznam, że od filozofa oczekiwałbym wypowiedzi, nawet tych nie na miejscu, który byłyby chociaż logiczne.