Autoreferat

Coraz intensywniej myślę o autoreferacie. Mniej więcej wiem, co napisać – chcę umieścić moje badania w szerszym kontekście (sub-)dyscyplin. Zacząłem się jednak zastanawiać też nad tym, jak to napisać. Na ile skromny, neutralny, czy optymistyczno-pozytywny mam być. Oczywiście, chciałbym napisać tak, 'jak jest'. Jednak zakładając, że moje badania są rzeczywiście unikalne, nowatorskie – jednym słowem, niesamowite – to jak to napisać? Czy rzeczywiście po prostu napisać, że są 'niesamowite'?

 

Kulturowo rzecz biorąc, najlepszą strategią jest opisanie faktów. Jednak ja nie będę oceniany na podstawie jedynie faktów. Mam być oceniany na podstawie wkładu w dyscyplinę i ma ten wkład być znaczny. I powstaje natychmiast pytanie, na ile ja mam o tym powiedzieć recenzentom.Na ile oni sami powinni zdecydować o tym?

 

Oczywiście, nie ma odpowiedzi na takie pytania. Wszystko, co mogę, to wyobrazić sobie, jaki autoreferat ja chciałbym przeczytać (wiem, pochlebiam sobie). Odpowiedź na takie pytanie, z kolei, jest dość prosta: chciałbym przeczytać autoreferat uczciwy. I jeśli uczciwą oceną jest napisanie 'nowatorski', 'unikalny' itp. to niech tak właśnie będzie.

 

Pozostaje mi mieć nadzieję, że uda mi się napisać uczciwie.

Autoreferaty – cd.

Lektura autoreferatów innych habilitantów nadal jest źródłem zadziwień. Właśnie jestem po lekturze autoreferatu habilitantki w naukach humanistycznych. Wydawałoby mi się, że szczególnie u polonistki przeczytam dobrze  napisany autoreferat, opowiadający mi przynajmniej o tym, co habilitantka zrobiła, a może nawet co z tego wynika, dlaczego to ciekawe. Jednak habilitantka przyjęła wersję, by tak rzec,  minimalistyczną. Po poinformowaniu o ilości tekstów, które napisała, habilitantka…..wymieniła je wszystkie, dzieląc na grupy tematyczne. I nic więcej. I przeżywam tzw. opad szczęki. Już samo słowo 'autoreferat' zakłada jednak narrację, autorskie sprawozdanie. Lista publikacji sprawozdaniem nie jest, jest bowiem listą publikacji.

 

Od czasu, gdy zacząłem czytać autoreferaty, zacząłem się zastanawiać, na czym polega trudność napisania kilku stron o tym, co się zrobiło. I mam nieodparte wrażenie, że albo coś ze mną jest nie tak i jestem wręcz chorobliwie optymistyczny na temat moich zdolności napisania autoreferatu (psychiatria mówi chyba o urojeniach wielkościowych), albo …. no właśnie….albo źle się dzieje w państwie habilitacyjnym.

 

Dla własnej higieny psychicznej zostanę przy tym, że ja jestem jednak w stanie napisać przynajmniej średnio dobry autoreferat. I że napisanie go nie wymaga nawet doktoratu.

Po prostu dorobek

Jedna z habilitantek w naukach fizycznych wyznaczyła jako swe osiągnięcie (po staremu: rozprawę) jeden (tak, tak JEDEN) artykuł! Co prawda, brakuje temu artykułowi znacznie do mojego ideału jednostronicowego tekstu Cricka i Watsona, bowiem rzeczony tekst ma 62 strony, jednak jest to nadal jeden artykuł. Cieszę się, że tak się stało – kandydatka przełamała konwencję. Choć z serwowanymi nam kryteriami można z nimi żyć, wyobrażam sobie, że jakaś część habilitantów będzie publikowała dlatego, by spełnić kryteria. Nie ma to większego sensu, choć, tak, w skali problemów świata cykl monotematyczny czy książka habilitacyjna nie są kolejnymi plagami egipskimi. Tak, problem w tym raczej, żeby te kryteria oceny były rzetelnie stosowane wobec wszystkich.

 

Jednak mi się marzy habilitacja, w której mogliby być recenzentami ludzie ze świata. Pomijając kwestie językowe (autoreferaty i publikacje po angielsku coraz bardziej umożliwiają umiędzynarodowienie), jak tu jednak wyjaśnić takiemu etranżerowi, że MUSI być rozprawa, albo cykl monotematyczny, jak wyjaśnić, co to jest cykl i ile tekstów nań sie składa, czym dokładnie jest monotematyczność. O prawidłowości rozwoju nie wspomnę, bo nasz obcokrajowiec padnie trupem. Ze śmiechu!

 

Wolałbym zwykłą ocenę dorobku, tak jak sobie radzą z tym na całym świecie, bez ministerstw mówiących, co dokładnie należy ocenić i jak. Chciałbym móc mieć poczucie, że recenzja habilitacyjna nawiązuje (podkreślam: nawiązuje) do recenzji, które piszą Brytyjczycy oceniający dorobek kandydata na stanowisko Readera, czy Amerykanie na stanowisko Associate Professor.

 

Może kiedyś…..

Monotematyczność

Na forum dzisiaj trzy wątki na temat monotematyczności. Forumowicze zauważają, że monotematyczność cyklu publikacji jest czymś niejasnym, problematycznym, zdecydowanie podatnym na całą masę interpretacji.

 

Przyznam, że nie przyszło mi to głowy. Tak, widzę to: nie ma jasnych kryteriów monotematyczności. Wszak to, że cykl artykułow jest na temat, powiedzmy, cukrzycy, wcale nie znaczy, że są monotematyczne. Mogą przecież dotyczyć farmakoterapii, struktury opieki, kosztów hospitalizacji, samolecznictwa i wielu innych problemów związanych z cukrzycą. Z drugiej strony, chcę myśeć, że dobrze nie dać się zwariować. Nie zdawajmy sobie pytań, co to jest 'monotematyczny'. Definicja jest, no kurcze, intersubiektywna. Innymi słowy, wszyscy wiemy, co to jest 'monotematyczny'. Mam też nadzieję, że recezent też bedzie wiedział.

 

A swoją drogą, to często mi chodzi pytanie: jakiż to plan świata zostałby naruszony, gdybyśmy po prostu oceniali dorobek habilitanta? Jakąż to przewagę nad światem daje nam ów monotematyczny cykl publikacji? Czy naprawdę lepiej mieć 7 artykułów na jeden temat rozsianych po różnych czasopismach, zamiast 5 różnych artykułów w NEJM, Nature, Science….Co za różnica, że habilitant publikuje na ten sam temat? Argument, że idzie o rozmach badań, nie ma większego sensu: przecież nikt tego nie sprawdza. Oczywiście, to lepiej niż zmuszać fizyków czy biologów do pisania książek, ale nadal nie widzę tego X-factora, którego nie widzi nauka światowa. I w swej nieświadomości publikuje, jak jej się podoba, nie oceniając doświadczonych badaczy na podstawie tego, czy umieją napisać na ten sam temat czy nie.