Chwała oświeconym….

Coraz bardziej rozszerza się zakres mojego zastanawiania się nad oceną, której niedługo zostanę poddany. Myślę o subiektywności recenzentów, o kontekście dyscypliny, a wreszcie o owym nieszczęsnym wkładzie w dyscyplinę. Mam nadzieję o wszystkim pisać. Powoli.

 

Co to znaczy mieć wkład w dyscyplinę? Przeprowadzenie nowego eksperymentu już się liczy? Napisanie artykułu? No przecież dyscyplina się zmienia po takim eksperymencie. A co to znaczy mieć znaczący wkład? Znaczący wkład może być zmianą paradygmatu. A jeśli nie (wszak zmienić paradygmat to byłoby coś!), to co? 10 artykułów? 10 eksperymentów? Powiem szczerze: nie mam pojęcia. I tak się zastanawiam, czy jak (jeśli?) już dostanę stopień dra hab., to już będę wiedział? Może habilitacja to rodzaj oświecenia, swoiste satori, które pozwoli mi zobaczyć wkłady znaczące lub nie….

 

Chwała oświeconym habilitacyjnie….

Subiektywność recenzenta

Myślę o subiektywności recenzji habilitacyjnych. Chciałbym to jakoś ugryźć i na razie mi nie wychodzi. Przecież gdy recenzuję artykuły do druku, to też jestem subiektywny. Jednak wydaje mi się, że ta subiektywność jest, by tak rzec, ustrukturyzowana, ograniczona. To nie jest subiektywność 'anything goes', nie mogę napisać, co mi się żywnie podoba. Choćby dlatego, że redaktor to przeczyta i wyrobi sobie zdanie na temat recenzji i mnie samego, a ja nie chcę, żeby to było zdanie negatywne. Na czym zatem polega subiektywność recenzenta?

 

Pragnę uspokoić wszystkich zaniepokojonych moją działalnością recenzencką. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że lokalnie nie mam 'zdolności recenzenckiej', nie ośmieliłbym się wypowiadać o dziele profesorskim. Recenzuję więc międzynarodowo. Oni nie wiedzą, że nie powinienem recenzować i jakoś to hula. 

Pamiętajmy o porażkach!

I skoro już opisuję swe stanowisko, to pójdę na całość. Wyobraźmy sobie habilitanta, którego badania okazują się, z czasem, ślepą uliczką. Okazuje się, że prowadzą w złym kierunku. Tak, są opublikowane w porządnych czasopismach, ale okazuje się, że to nie to. Do problemu należy podejść inaczej. Inni to robią, między innymi dlatego, że kto inny już poszedł w tę ślepą uliczkę.

 

Czy ktoś z takim profilem powinien dostać habilitację? Oceniając poszczególne publikacje: oczywiście nie. Oceniając WKŁAD, nie mam żadnych wątpliwości, że tak. Bo rozwój nauki to nie tylko sukcesy. I trzeba niezłych porażek, ba, wysokiej jakości porażek, żeby się od nich odbić. Żeby nauka mogła się rozwijać!

 

I właśnie dlatego należy oceniać wkład w dyscyplinę. Również ten porażkami!

Co oceniać (drugie podejście)?

Mój wpis na temat tego, co oceniać, wywołał małą dyskusję na forum (jeszcze raz dziękuję za miłe słowa kramce). Jak można oczekiwać, poglądy na ten temat są podzielone, moje się nie zmieniły i postanowiłem wrócić do tematu. Na początku powiem jednak, że idea, że recenzent ma oceniać, czy cykl jest spójny i monotematyczny, jest tak niezrozumiała, że nie odniosę się do niej.

 

Otóż ustawa mówi, że habilitację nadaje się osobie, której osiągniecia można uznać za 'stanowiące znaczny wkład autora w rozwój określonej dyscypliny naukowej'. Rozporządzenie 'habilitacyjne' MIiSW stanowi, iż kryteriami oceny (dla wszystkich obszarów wiedzy)  są (w skrócie):

 

(współ)autorstwo tekstów

sumaryczny imapct factor

liczba cytowań

kierowanie projektami

nagrody

wygłaszanie referatów.

 

W którym z kryteriów znajduje się ocena poszczególnych badań, ich tematyki, metodologii, wyników?

 

Tak się składa, że i ustawa (przy całej swej niespójności, którą wskazywał prof. Węgrzyn), i rozporządzenie dość spójnie konstruują kryteria wkładu. Co więcej i co ciekawe: wedle tych kryteriów Crick i Watson mogliby dostać habilitacje – ich tekst został zacytowany ponad 7000 razy – dość niezły wynik…… Bo właśnie o to idzie, że nie ma znaczenia, co oni napisali – idzie o to, jaki mieli WKŁAD w rozwój dyscypliny.

 

Niestety, gdy czytam recenzje, myślę, Crick i Watson nie dostaliby habilitacji. Tekst krótki, bez rozbudowanego aparatu, metodologii itd itd. Recenzenci wolą się wymądrzać na temat tego, jakie są badania, jakie wyniki, jaka metodologia. Jak można by je przeprowadzić inaczej. No i, kluczowa sprawa, czy cykl monotematyczny jest monotematyczny (wybacz, pfg, to jest kryterium należące do kosmicznych). No i jeszcze warto dodać zasięg ogólnopolski czasopism.

 

Tyle że ocenianie poszczególnych publikacji ma wielką zaletę: odsuwa konieczność ocenienia….wkładu w dyscyplinę. I powiedzmy sobie szczerze: to o to idzie, prawda? Jaki wkład w rozwój dyscypliny ma habilitant, który publikuje w powiecie czy może nawet w województwie?

 

Nie wiem, oczywiście, czy ja mam 'wkład'. Nie do końca wiem, co to miałoby być. A gdy się zastanawiam, wychodzi mi, że pewnie nie mam. Nadal bowiem uważam, że znaczący wkład mają jednostki, nieliczne. Pomimo tego, nadal chciałbym, żeby mnie oceniono pod kątem wkładu, a nie słyszeć, że badania, które przeprowadziłem mają jakieś wady. Otóż nie ma badań bez wad i nigdy nie będzie.

 

I nadal nie widzę żadnego sensu w ocenianiu badań po tym, jak zostały zrecenzowane (w porządnym procesie recenzyjnym) i opublikowane.