:-P

Jeszcze jedna dzisiaj refleksja. Otóż przeglądając strony CK natknąłem się na postępowania habilitacyjne ludzi, którzy byli po doktoracie, gdy ja byłem studentem, czy młodym magistrem. Trochę mi głupio przed sobą samym, że mam pewną satysfakcję, że ich dogoniłem. Jest w tym coś atrakcyjnego jednak. Byliśmy kiedyś po przeciwnych stronach akademickiej barykady, teraz nie dość, że jesteśmy na tym samym etapie rozwoju (tyle że jestem znacznie młodszy), to na dodatek mój dorobek, gdyby go oceniać, by tak rzec, 'normalnie',  z reguły jest znacznie lepszy. Czuję się głupio z tymi myślami. Ale nie potrafię w myślach nie pokazać im języka, szczególnie tym wymądrzającym się, nieprzyjemnym, czy po prostu tym, którzy byli fatalnymi nauczycielami.

 

Dam radę jednak.

Ekwilibrystyka

Zaglądnąłem znów na strony CK. Dwie rzeczy zwróciły moją uwagę. Po pierwsze: w naukach medycznych dwa zakończone postępowania, oba z powodzeniem. Habilitant ma sumarczyny IF powyżej 50, z kolei habilitantka powyżej 9. Różnica dość dramatyczna, habilitacja taka sama. Właściwie nie ma po co dalej komentować.

 

Trzecie zakończone postępowanie, które zwróciło moja uwagę, to habilitacja z niemcoznawstwa. Szczególną uwagę zwraca druga recenzja, w której recenzentka dokonuje metodycznego rozszarpania na kawałki dorobku habilitantki. Recenzentka wręcz pyta, po co pisać teksty, które pisze habilitantka. Wskazuje na banalność tekstów, na ich ateoretyczność, na wtórność. Rozprawa nie ma celów, hipotez, braki w literaturze, niewiele (jeśli cokolwiek) wnosi do nauki. Wreszcie kończy recenzentka stwierdzeniem o banalności konkluzji. I co z tego, warto by zapytać? Ano nic….. Habilitantka spełnia wymogi (choć z zastrzeżeniami). I już jest, sprawdzałem na stronach habilitantki, doktor habilitowana, która nie robi badań, pisze banały i nie ma wkładu. 

 

Okazuje się, że w naukach społecznych do pisania recenzji potrzebna jest również ekwilibrystyka.

Wpis refleksyjny

Gdy napisałem poprzedni wpis, zastanawiałem się nad rodzinnymi wymiarami naszych habilitacji. Piszemy habilitacje w kontekstach przecież. Często w rodzinach z dziećmi, często z partnerami czy partnerkami, z rodzicami czy przyjaciółmi. Bez nich, bez ich wsparcia, słów otuchy, zagrzewania do boju, nie byłoby wielu habilitacji. A często przecież zaniedbujemy ich przy tym. Na dodatek angażujemy ich nie tylko do pomocy, jak to pisałem ostatnio, ale również do odbarczenia się w przeróżnych obowiazkach. Wszak habilitacja to naprawdę ważna sprawa. Bardzo ważna. Ale warto o nich pamiętać. Bez nich mogłoby jej nie być.

Nie mam żadnych wyrzutów sumienia

Za kilka dni wybieram się na kilka dni urlopu. Główny element bagażu to laptop. Formularze i autoreferat, który znów leży odłogiem to główne danie dnia. Co prawda, od jakiegoś czasu staram się nie brać pracy na wakacje, tym razem to jednak nie uda się. Mam bowiem mocne postanowienie zakończenia pierwszej wersji wszystkiego do końca wakacji. Dlatego też przeprowadziłem wstępne rozmowy w sprawie kooptacji mojej partnerki (ukłony dla kolegi chilly’ego) do pomocy w przygotowywaniu dokumentacji dorobkowej. I, pochwalę się, widziałem nawet pewien entuzjazm w zgodzie, która przyszła natychmiast. Ulżyło mi i jestem bardzo wdzięczny. Pójdzie znacznie sprawniej. Ciekawskim powtarzam: nie, nie mam wyrzutów sumienia. Prawie.

Środowisko, panie dzieju, środowisko

Forumowiczka ewa nadal podtrzymuje tezy o konieczności znajomości habilitanta. Bo przecież może taki po prostu wyskoczyć. Albo, strach pomyśleć, z Australii przyjechać! Mieć publikacje, choć nikt o nim nie słyszał. No skandal, ruja i próbstwo! Jak można publikować bez opowiadania sie. Bez hołdów, ukłonów, szacunków i na dodatek bez pozwolenia. Wszak o to idzie, prawda? A może inaczej warto zadać pytanie: czy można zostać habilitowanym bez płacenia akademickiego frycowego? Pardon, bez przynależności środowiskowej, rzecz jasna. A ustawa? A co tam ustawa….Środowisko, panie, to jest klucz. A nie jakieś dorobki…Środowisko!

Przepustka

Gdy myśle o wypełnieniu formularza dorobku (i zaczynam mieć dreszcze), przypominam sobie, po co mi to wszystko. Po co mi habilitacja. No to po co?

Odpowiedź na to pytanie, co ciekawe, wcale nie jest taka prosta. Na pewno idzie o awans, spokój, brak myśli o zwolnieniu. Nie jestem jednak pewny, czy idzie jeszcze o coś innego. Docenienie? Taki angielski 'acknowledgement'? Po tym wszystkim, co widziałem już na stronach CK, już chyba przestałem wierzyć w to, że habilitacja daje możliwość podbudowania ego. Prywatnego czy profesjonalnego.

Jednak miałem nie narzekać. Zatem habilitacja to po prostu naturalna droga rozwoju naukowego. Coś, co robimy. Być może kiedyś, niedługo, zniknie. Jednak póki jest, to robimy habilitacje. I czy chcemy czy nie, habilitacja jest nam potrzebna do tego, by nadal funkcjonować w nauce. I w ten sposób przypominam sobie, że rozpoczynam ten proces, by nadal robić to, co uwielbiam robić. Zapewniam sobie przyszłość badacza. A zatem przyszłość, na której mi najbardziej zależy. I właśnie po to jest habilitacja. To przepustka do przyszłości.

PS. Z jakiegoś dziwnego powodu nie działa formatowanie tego wpisu.

Zalety habilitanta, wrażenia recenzenta

Pomyślałem jeszcze kilka minut i mnie to coraz bardziej przeraża! Jakie zalety?! Jakie umiejętności?! Recenzent ma mnie ocenić według obowiązujących przepisów, a nie swoich wrażeń na mój temat.

 

Wkurzyłem się.

 

Krótki dodatek. Bardzo ważną okoliczność przemawiającą za koniecznością osobistej znajomości habilitanta zgłosił forumowicz chilly. Otóż wskazał on na pytanie, czy habilitant potrafi wypić. Sprawa poważna, bez wątpienia.

Jednostka dorobkowa

Nigdy nie zastanawiałem się, czy chciałbym, żeby mnie moi recenzenci znali osobiście i jeśli już, to zakładałem implicytnie, że nie będą mnie znali. Pomyślałem o tym, po tym wpisie . I powiem jednak: niestety, to może być błędne założenie.

 

Jeśli miałbym wybierać, wolałbym nie znać moich recenzentów, wolałbym, żeby oni mnie nie znali. Nie chcę myśleć o dodatkowej dynamice recenzji. O sympatiach, antypatiach, o tym, czy kiedyś byłem uprzejmy, czy nieuprzejmy, czy na konferencji byłem agresywny, czy zadałem komuś nieuprzejmie pytanie. Dlaczego (nie)chodzę w garniturze, w dżinsach, w podkoszulku. A może wolą wyższego, niższego, bardziej lub mniej umięśnionego, a na dodatek ten kouros/antaeus/bleu czy inna woda, którą się skrapiam. Brrrr/ciacho.  Oczywiście, wszyscy twierdzimy, że to nie ma znaczenia, ja jednak pozostanę sceptykiem. Czy to może przeważyć? Pewnie nie, ale….! Ale jest to 'ale'.

 

Chciałbym, żeby mnie ocenili recenzenci skupiający się na moim dorobku. I tylko na moim dorobku. Nie tylko ja, ale i ustawa odrzuca to, że habilitant ma mieć jakieś cechy osobowościowe, ma być krasomówcą, a studenci (lub studentki) powinni go uwielbiać. Habilitant nie musi być 'ciachem', a habilitantka, powiedzmy, 'niezłą laską'. Wbrew dzisiejszej modzie (byc może nawet słusznej), by pacjenta widzieć 'holistycznie', jako całą ukontekstowioną osobę, wolę, by habilitanta widziano nie jako osobę, ale jako 'jednostkę chorobową', znaczy, jednostkę dorobkową.

Habilitacja – moja miłość

Po ostatnim wpisie uderzyła mnie skala narzekania na habilitację. Również mojego własnego. Właściwie naprawdę trudno spotkać kogoś, kto mówi: 'Ale fajnie, zacząłem robić habilitację.', albo 'Zaczynam pisać autoreferat. Nie mogłem się doczekać'. Moje wpisy dotyczą głównie problemów z habilitacją i moich własnych frustracji.

 

Niby to dość oczywiste. Habilitacja w nowej formie ma wiele problemów, uwarunkowania prawne są niespójne, recenzje pozostawiają wiele do życzenia. A to wszystko przy niezwykle wysokiej stawce. Stawka jest być może wyższa niż przy doktoracie. Nikt nie mówi: 'No, wreszcie będę mógł pokazać swój dorobek. Nikt nie widzi habilitacji jako okazji, przestrzeni, w której może zabłysnąć.'. To nigdy nie jest coś pozytywnego. I im dłużej o tym myślę, tym bardziej jest dla mnie oczywiste, dlaczego tak jest.

 

Jednak raz spotkałem kogoś, kto widział habilitację pozytywnie. Habilitant miał, biorąc pod uwagę polski kontekst, potężny dorobek międzynarodowy. Podchodził do habilitacji na dużym luzie, co będzie to będzie, uznając przy okazji, że rada wydziału to sensowni ludzie, którzy nie są tam po to, by go uwalić. Gdy zastanawiam się, dlaczego tak właśnie było, skąd ten luz, mam zawsze odpowiedź jedną. Habilitant pracował za granicą, był już po awansie. Jemu ta habilitacja była potrzebna tak jak zeszłoroczny śnieg. Zrobił ją, bo mógł, a nie bo musiał. Nawiasem mówiąc, jego habilitacja poszła w miarę pozytywnie, na kolokwium było parę złośliwości, ale wszystko bez większej traumy. Przyznam jednak, że on podobnie mówił o swoim awansie 'tam'. Po prostu, po ciężkiej pracy jest nagroda. Proste jak konstrukcja cepa.

 

Postanawiam mniej narzekać. Daleko mi do myślenia o habilitacji jako o naukowym Shangri-la, w któym rozwiane włosy habilitanta plecione są przez członkinie rady naukowej, a członkowie z przyjaznym uśmiechem tworzą szpaler wojów zapraszających do rady starszych. Ale przejadło mi się nieustanne szukanie problemów. Mam dorobek, autoreferat idzie powoli, ale do przodu. Jest nieźle.

Widmo krąży…

Nie mogę się powstrzymać i nie napisać o tym poście. Tak, formularz autoreferatu jest czymś bardzo mało użytecznym. Ale żeby konieczność pisania autoreferatu podcinała skrzydła? Żebym od razu był biurwą, bo go napiszę? Mam nadzieję, co więcej, że dobrze go napiszę. Powiedzieć, że to przesada, byłoby 'understatement of the century'. Nie wyobrażam sobie profesora, który nie potrafi powiedzieć na kilku stronach o tym, co robi i co to znaczy. Humanisty, który nie ptorafi tego zrobić, nie wyobrażam sobie jeszcze bardziej. Jeśli humanista nie potrafi napisać o tym, co robi, chyba przestaje być humanistą.

 

I tak się zacząłem zastanawiać: te wszystkie marne autoreferaty, które wiszą na stronach CK, są znakiem wielkości i geniuszu? Im większe bzdury piszesz, tym, tak naprawdę, bardziej jesteś wielki. I zdecydowanie nie jesteś bełkoczącą biurwą. W rzeczywistości to wszystko przez ten cholerny autoreferat.

 

Chciałoby się sparafrazować klasyka:

 

Widmo krąży po nauce polskiej, widmo….autoreferatu!