Mój znaczny wkład w dyscyplinę. Calusieńką!

Przeczytałem to, co chyba już trzy tygodnie temu napisałem jako początek autoreferatu. Nie jest źle chyba. Piszę o dorobku, za chwilę napiszę o tym, co ten dorobek znaczy, a zatem jaki mam wkład. Myślę też, że znalazłem sposób na obejście tego idiotycznego formularza.

 

Ale najważniejsze jest to, że mam znaczny wkład. A co, kurde! Nie może być? Po prostu dyscyplina czeka, aż znów coś napiszę. Cała drży w napięciu, kiedy znów habilitant2012 da głos! Bo znów będzie wkład i znów wszyscy oniemieją, a dyscyplina znów będzie musiała skręcić w jeszcze lepszym kierunku. Ku jeszcze świetlańszej przyszłości. Mieć taki wkład to po prostu obowiązek. I tak myślę sobie, że może powinniśmy, my habilitanci, ograniczać się z pisaniem. Przecież przez nas nasze dyscypliny są w nieustannym zamieszaniu. W nieustannym zamęcie. Znaczny wkład w dyscyplinę – jak Hume, Kant, Einstein. Niestety, czasem się czuję  bardziej jak Antonio Moniz…..On też miał znaczny wkład.

 

A gdyby tak spuścić powietrza….a gdyby tak spuścić powietrza….

O informatywności sufitu

We wpisie, w którym pogwizdywałem (Fiu, fiu, fiu) napisałem o formularzu 'dorobkowym'. a to dlatego, że poza autoreferatem, który znów popchnę w tym tygodniu, czeka mnie ten nieszczęsny dokument, w którym muszę wyszczególnić cały swój dorobek, z dokładnym oznaczeniem swego wkładu w każdy tekst. Przeraża mnie to, mówiac szczerze. I to nie dlatego, że wymaga on szczególnie skomplikowanych informacji. Wręcz przeciwnie. Wymaga przede wszystkim durnego siedzenia i kopiowania mojego CV do nowego dokumentu i  zajmie mi to całe dnie. Na dodatek wymaga doskonałości w czytaniu sufitu, tudzież z fusów lub kart. Bowiem to właśnie z takich źródeł informacji będę brał wartości mego procentowego udziału w publikacjach.

 

Nie mam zielonego pojęcia, jak procentowo oddać wkład w 'powstanie pracy'. Czy idzie o czas spędzony? Ale na badania czy na pisanie, na zbieranie literatury, na analizy? A może o pomysł, a może o dyskusje i ilość wygranych argumentacji?

 

Niech jednak  i bedzie tak, że da się sensownie ustalić wkład procentowy. To ja pytam: co za różnica, jaki procent stanowi mój wkład, do ciężkiej cholery!! Może te 10 procent było tym wkładem, który pozwolił na publikacje tekstu!! Czy naprawdę tak trudno to zrozumieć, że więcej wcale nie znaczy lepiej i na odwrót? Jednak  w sposób dla mie oczywisty należy podać jak najwyższe wartości! Czy wyobrażamy sobie habilitanta z jedynie 10-20 proc. wkładem w publikacje?

 

A na dodatek ta piramidalna strata czasu! Co za kompletny absurd! 

Znaczny wkład, głupcze!

Mój blog stał się kontrowersyjny. Nestety! Kiedy zaczynałem go pisać, chciałem jedynie zapisywać proces i moje doświadczenia. Mówiąc zupełnie szczerze, nie sądziłem, że znajdzie się więcej niż kikla osób tygodniowo, którzy przez przypadek zaglądną doń. Jestem zaskoczony i, rzecz jasna, zachwycony zainteresowaniem i serdecznie za nie dziękuję! Siłą rzeczy, to zainteresowanie nie może być jedynie pozytywne. No i znów mi się oberwało. Oczywiście, nie skomentuję zarzutów, że piszę bzdury, że obrażam, żem ohydny. Każdy sobie może wyrobić zdanie.

 

Chciałbym jednak skomentować jeden z argumentów przeciwko temu, co piszę. Idzie mi o to, iż jakoby chciałbym ujednolicenia kryteriów habilitacyjnych między dyscyplinami. Są tu dwie kwestie, wydaje mi się. 

 

Pierwsza kwestia to rzeczywiste różnice między dyscyplinami. Humaniści piszą książki, ściślaki nie, porówania bibliometryczne nie mają sensu. Tego typu ujednolicenie nie tylko nie ma sensu, ale jest też niemożliwe do osiągnięcia.I to są sprawy oczywiste i wydaje się, że nikt, kto ma odrobinę rozsądku nie chce porównywać bibliometyrcznie dyscpylin i ludzi w nich siedzących. 

 

Druga kwestia to to, że do tej pory nie mówiłem nic o ujednolicaniu. Mówiłem o różnych poprzeczkach dla kandydatów w różnych dyscyplinach. Powtórzę: jeśli fizyk musi publikować na świecie, a zatem wchodzić w konkurencję ze światem (realistycznie: z tysiącami innych fizyków), a historyk ma aspirować (i jedynie aspirować) do konkurencji z historykami z innych województw (może i ich będzie kilka setek na działkę), to ja to widzę jako pewien problem. I dobrze sobie uświadomić skalę róznicy, ot tak prawdziwych liczbach. Na oko, fizyk konkuruje z kilkoma tysiącami innych fizyków; polski historyk czy polonista  konkuruje, powiedzmy, z kilkoma setkami innych badaczy. Jasne, można to niuanosować choćby niszowościa niektórych specjlaności, jednak tych presji  nie da się porównać! I ten pierwszy nie ma opcji publikowania w powiecie!

 

Co więcej, to problem, którego nie da się rozwiązać jedynie stwierdzeniem o rożnicach międzydyscyplinarnych. A właściwie różnicach między częścią humanistyki a resztą nauki. Przy okazji odrzucam pojawiające się 'argumenty' o tym, że polscy socjolodzy, antropolodzy czy politolodzy nie mogą publikować, bo nikogo Polska nie interesuje. Przykład potencjalnej uniwersalności chociażby socjologii czy antropologii medycyny jest tak oczywisty, że nie warto dalej gadać. I powtórzę: ja mam problem z tym, że habilitanci z różnych dziedzin naukowych traktowani są diametralnie inaczej. Czy jest proste rozwiązanie? Nie ma. Czy należy go szukać? Tak. Krzyki o dyskryminacji (vide wpis o RPO), pomieszane z argumentem, że najlepiej recenzować po towarzysku (do tego się bowiem sprowadzają recenzje we własnym środowisku), są dla mnie nie do przyjęcia.

 

Czy jest rozwiązanie? No wg mnie można by potraktować poważnie ustawę, która mówi o znacznym wkładzie w dyscyplinę. Ja mam bowiem duże trudności z akceptacją, że historyk czy lingwista publikujący 'w powiecie' czy 'na internecie' mają wkład w cokolwiek poza, ale tylko w tym pierwszym wypadku, zarobkami redakcji technicznej czasopisma. Warto też zwrócić uwagę na to, że są w Polsce pisma humanistyczne, które są na tzw. Liście Filadelfijskiej, tej szerszej, co prawda, ale są.