Poglądy

Na ostatnie komentarze postanowiłem odpowiedzieć wpisem. Mam wrażenie, że to są ważne rzeczy. Zacznę od mało ważnych rzeczy – nie, nie zmieniłem poglądów. Już w trzecim wpisie na tym blogu, na samym początku, powiedziałem, że jestem zwolennikiem habilitacji. Przejście przez proces pokazało mi, że habilitacja w obecnym kształcie ma więcej wad niż zalet. Słabi recenzenci, kretyńskie wymagania formalne, niemożliwe do spełnienia kryteria (wracam do owego znacznego wpływu). Ale czy to znaczy, że warto habilitację znieść? 

 

Może zadam następujące pytania: ile uczciwych konkursów na stanowiska zwolennicy habiltiacji widzieli w czasie swej kariery. Ja – żadnego. Ile nierzetelnie zrecenzowanych publikacji koledzy i koleżanki widzieli? Ja – za dużo by spamiętać. Ile doktoratów przepuszczonych, bo wypada, bo wicie, rozumicie, bo promotor to swój chłop, fajna babka, koledzy widzieli? Ja – przynajmniej kilka. Widziałem też już kilkanaście habilitacji z zarzutami plagiatów, kilka uwalonych przez jednego recenzenta (często to znany uczony), z pozostałymi recenzjami wychwalającymi habilitanta pod niebiosy. Znieśmy habilitację i te wszystkie plagi trapiące naukę polską skupią się jak w soczewce w awansie na profesora podwórkowego (co komu docenci przeszkadzali?). Nauka polska nie jest jeszcze przygotowana do tego, żeby rzetelnie zarządzać kadrami. Ci wszyscy uwaleni, którzy wiszą na stronach CK, mogliby spokojnie zostać profesorami! Ba! Ja myślę, że zostaliby!

 

Czy habilitacja zamyka koło ludzi uprzywilejowanych? Nie sądzę. Cóż miałoby to znaczyć i co miałaby zmienić habilitacja? Zadam kolejne pytanie: czy ci mianowani profesorowie podwórkowi będą bardziej usuwalni niż ci z habilitacją? W to, to ja już zupełnie nie wierzę. Przecież oni to w większości będą swoje chłopy i fajne babki. Teraz przynajniej ci, którzy mają na pieńku z szefami mogą zrobić habilitację. Bez habilitacji będą – nie powiem gdzie.

 

I wreszcie argument, że habilitacja się nie przyjęła….Otóż szczególnie w USA (i innych krajach powtarzających model amerykański) moment przejścia między Assistant Professor a Associate Professor jest celebrowany (a zatem z naszego adiunkta na docenta/podwórkowego) jest wyraźnie celebrowany. To jest ten moment, kiedy dostajesz stały kontrakt, kiedy znika ogromna presja zwolnienia, bo jesteś na stanowisku tenure-track. Czy to jest habilitacja? No nie jest, bo to nie jest stopień. Czy ma to funkcje habilitacji – no ma. Czy amerykańska tenure jest lepsza od stopnia? Może….Ale nawet jeśli tak, to jednak z powodów wyłuszczonych powyżej, w Polsce jeszcze nie do zastosowania. Nawiasem mówiąc, jedynym krajem, jaki znam, w którym nie ma wyraźnej procedury odpowiadającej naszej habilitacji, jest Wielka Brytania. Ale Wielka Brytania to kraj, w którym wielu profesorów nie ma doktoratów (gdzieś słyszałem/czytałem o profesorze jedynie z licencjatem).  W innych przejście między uczonym z doktoratem do uczonego na następnym etapie kariery jest wyraźnie zaznaczone. Stwierdzenie, że habilitacja nigdzie się nie przyjęła, jest cokolwiek upraszczające.

 

I na koniec. Za każdym razem pytam o to (na forum parę osób też o to pyta), ilu wybitnych doktorów zostało uwalonych pomimo wybitnego dorobku? I nie ma odpowiedzi. Ja też nikogo takiego nie znam, nie słyszałem też o nikim takim. Myślę, że kiedyś, może za mojego życia, w Polsce nie będzie habilitacji. I to będzie postęp. Jednak zanim to się stanie, do wykonania jest wielka praca. Jest to praca nad przywróceniem rzetelności, uczciwości, przejrzystości i innych ważnych rzeczy w nauce polskiej. Dopóki tego nie zrobimy (i celowo mówię 'my'), habilitacja jest wedle mnie potrzebna. Niestety, mam wrażenie, że dużo częściej wolimy argumentować za wynikiem procesu, którego nikt nie chce przejść. I zamiast na przykład zastanawiać się, jak lepiej kontrolować proces (choćby taką głupią rzecz jak jego terminowość – na stronach CK wiszą niezakończone postępowania od roku!!), kłócimy się o to, czy znieść czy nie. Kompletnie to jałowe, szczerze powiedziawszy. Ale z pewnością znacznie łatwiejsze niż powolna i żmudna naprawa procesów i procedur.

Humaniści wszystkich krajów, łączcie się!

Kowno, Baku, Bratysława, Ateny, Istanbuł. Te kluczowe centra badawcze są dowodem, że habilitant w naukach humanistycznych uprawia naukę na poziomie międzynarodowym. Brakowało mi trochę Biszkeku, Ałmaty i Ploesti. A i Tirana z Erewaniem by się przydała –  mają na dodatek zasłużone stacje radiowe!

 

Ale przecież liczy się jakość, a nie jakieś głupie miejsce wydania!

Okna

Ten wpis będzie powtórką do imentu przerobionych argumentów na temat habilitacji. Jednak w ostatnich dniach przeczytałem kilka standardowych ataków na habilitację. Sprowadzają się do tego, że habilitacja ma być przeszkodą w rozwoju naukowym, kamieniem młyńskim na szyjach młodych, zdolnych, których skrzydła podcinane są perspektywą postępowania habilitacyjnego. Innymi słowy, gdyby nie habilitacja, kariery owych młodych doktorów rozwijałyby się szybko, pięknie i międzynarodowo. W nauce polskiej okna trzeba by likwidować, żeby te wszystkie orły nie ulatywały w przestworza.

 

Co ciekawe, w rozmowach na temat zakończonych postępowań habilitacyjnych, jeśli pojawiają się głosy krytyczne, dotyczą przepuszczonych słabych habilitacji. Przypominam sobie tylko jedno postępowanie, w naukach prawnych, opisane na blogu Doktrynalia, w którym wydaje się, że uwalono habilitanta bez wyraźnych podstaw intelektualnych. Jedno! A i w wypadku tego postępowania pojawiały się wątpliwości co do jakości dorobku. Nawet jednak jeśliby tych wątpliwości nie było, nie oznacza to, że cały proces podcina skrzydła. Nie ma na to dowodów. Czy jest zatem habilitacja ową przeszkodą w karierach? Nie sądzę. Co więcej, doświadczenie i opowieści wskazują, że to nie naukowcy, o których myślimy, że są świetni, narzekają na habilitację.

 

Jasne, moje poglądy mogą ulec radykalnej zmianie w wypadku mojego własnego uwalenia. Czy jednak, z dzisiejszej perspektywy, będzie ono oznaczać, że habilitację nalezy zlikwidować? Nie sądzę. Nadal uważam, że habilitacja jest zaporą przed nędzą intelektualną. Uważam też, że należy pracować nad usprawnieniem procedur, ulepszeniem postępowania, procesów recenzyjnych i wszystkiego innego. Dopóki jednak nie wymyślimy procedur awansowych zastępujących habilitację, myślę, że powinna zostać. I klawiatura mnie parzy, jak to piszę.

 

Porządki profesorskie

Spryciurka stawia jeszcze jedno pytanie. Z pewnym wahaniem, wszak to chyba za wysokie progi, odpowiem. Czy zatem profesor powinien mieć doktorantów? Według mnie nie. Tak, można o tym myśleć jako o czymś pożądanym, jednak nie sądzę, by doktoranci powinni być koniecznym warunkiem przyznania profesury. Dlaczego? Bo to jest pomieszanie porządków.

 

Wprowadza się bowiem do kryteriów oceny profesora kryteria dydaktyczne i to bardzo okrojone. Dlaczego akurat opieka nad doktorantami? Magistranci są już niewystarczająco fajni, niewystarczające osiągnięcie, niegodne profesora? Warto sobie przypomnieć, że magisterium to najczęściej (przynajmniej w teorii) dwa lata opieki nad badaniami magistranta! To się nie liczy? A co z wykładami? A czy profesor powinien być dobrym wykładowcą? Już mi się nawet nie chce komentować idiotycznej arbitralności trzech doktorantów. Czemu trzech, a nie dwóch, a może lepiej pięciu? Podobnie zresztą myślę o wymogu udziału w przewodach doktorskich czy habilitacyjnych. Podejrzewam, że ustawodawca chciał wprowadzić w ten sposób kryterium uznania w środowisku. Tyle że z życia wiemy, że recenzentów wybiera się z bardzo różnych powodów, choćby dlatego, że nie są upierdliwi. O wymogu stażów naukowych nie chce mi się nawet pisać.

 

I tu jest ciekawostka: te kryteria nie podnoszą żadnej poprzeczki. One stawiają jedyie bariery administracyjne. Jedynym kryterium podnoszącym poprzeczkę jest kierowanie zespołami badawczymi – tu trzeba napisać grant, dostać go, zmontować zespół. Ważne kryterium? Tak, ważne, choć nie jestem pewien, czy filozofowie tworzą zespoły badawcze.

 

Profesor to ktoś, kto prowadzi badania, projektuje je, zbiera ludzi potrzebnych do ich przeprowadzenia, a potem publikuje ich wyniki. Tak, fajnie by było, gdyby miał doktorantów, fajnie by było, gdyby recenzował, ale fajnie by też bylo, gdyby był fajnym facetem czy fajną babką, do której można podejść bez kija i pogadać.