249

Niniejszy post jest 249. wpisem na tym blogu. Już ćwierć tysiąca. Nie sądziłem, że to tak pójdzie i że ten blog się tak rozwinie. Wszystkim odwiedzającym i komentującym dziękuję.

Niespójność

Dziękuję bardzo kazikkowi za krótki komentarz opisujący habilitacje w medycynie. Komentarz potwierdza moje wcześniejsze obserwacje. Olbrzymia ropiętość dorobków nie przeszkadza recenzentom pisać recenzji pozytywnych, wychwalających wszystkich habilitantów. Można węcz powiedzieć, że są recenzje w medycynie, które napisano wbrew dorobkowi, a nie ze względu na dorobek. Nie chcę z tego wysuwać wniosków w sprawie ucziwości recenzenckiej, jednak z dużą dozą pewności można postawić tezę o problemie. Nie da się bowiem diametralnie różnych dorobków określać podobnymi epitetami! Trudno mi powiedzieć, czy to w medycynie da się zauważyć największą niespójność ocen, jednak z bez wątpienia owa niespójność kole w oczy! Pozytywne recenzje wręcz przeciwstawnych dorobków podważają proces i zaufanie do niego.

 

Nie, z tego nie wynika podważenie poprzedniego wpisu. Z tego wynika konieczność 'recenzowania’ recenzentów!

Reakcji mierzącej: nie!

Kramka po raz kolejny wraca do idei 'sztywnego dorobku’, a zatem do dorobku mierzonego bibliometrycznie. Już kilka razy wypowiadałem się na ten temat, zawsze negatywnie. Za szczególnie negatywne uważałbym wprowadzenie takich progów ze względu na postrzeganą nieuczciwość recenzentów. Tego typu miary powinny mieć solidną podbudowę intelektualną i nigdy nie powinny być reakcją na złe recenzowanie – nie ma znaczenia, czy rzeczywiste czy postrzegane.

 

Uczciwość

Szczególnie od niedawna przewija się na tym blogu (a i na forum), mniej lub bardziej eksplicytnie, wątek uczciwości recenzentów. Wątek ten ma dwa aspekty. Po pierwsze, aspekt 'rzeczywistości recenzenckiej’ – bez niej dowolny system recenzencki musi upaść. Po drugie, według mnie równie ważne, to recenzenci muszą być postrzegani jako uczciwi. Również bez tego system awansowy nie może spełniać swych zadań.

 

Nie mam zdania, a może nie chcę mieć zdania na temat pierwszego aspektu uczciwości recenzentów. Nie wiem, na ile są uczciwi, na ile nie są, jakie są proporcje. Mam jednak zdanie na temat drugiej kwestii. Niestety, (zbyt) często spotykam się z opiniami na temat recenzentów nieuczciwych, nierzetelnych. I nie ma znaczenia, jak jest w rzeczywistości. Jeśli tak 'myślimy’, to w dużej mierze nie ma znaczenia, jak jest.

 

I po raz kolejny wracam do kontroli jakości! Byłyby większe szanse na to, że i recenzenci bylibi uczciwi, ale i byliby też jako uczciwi postrzegani!

Data ponad wszystko!

Parę dni temu pisałem o habilitantach, którzy zaliczają do osiągnięcia swe doktoraty. Krótkie uzupełnienie o mój kolejny opad szczęki w tej sprawie. Habilitant, który obronił doktorat w 1979 roku, wydał go jednak już w 2003. Jako że książka wydana jest w 2003 roku, przynależy się do osiągnięcia. Habilitant zresztą wprost to pisze – zalicza książkę do osiągnięcia ze względu na datę jej wydania!! Załamałem się.

 

I drobne zastrzeżenie. Celowo nie podaję linków do tych postępowań. Na początku pisania tego bloga, nie chciałem mówić źle o konkretnych postępowaniach. Jednak wydaje mi się, że część po prostu trzeba skomentować – nie dla śmiechu, dla przestrogi. Niepodawanie linków to mój kompromis z sobą samym – mam trochę nadzieję, że czytelnikom tego bloga nie będzie się chciało szukać konkretnych postępowań.

Typy recenzji

Wracam do tematu, który był już wałkowany na forum: typów recenzji habilitacyjnych. Parę dni temu wróciła do niego kramka, mówiąc, że są dwa typy recenzji. Również to zauważyłem. Po pierwsze więc, są recenzje, które wyraźnie odnoszą się do wkładu dorobku habilitanta w dyscyplinę. Te recenzje są zazwyczaj krótkie, treściwe. Drugi typ recenzji, znacznie częstszy, skupia się na analizie poszczególnych publikacji w humanistyce – poszczególnych rozdziałów, często szeroko opisując treść każdego rozdziału (tu długość recenzji raczej wskazuje na więcej nudów). Często tu pojawiają się wtręty z życiorysu habilitanta, a również odnośniki do jego (nieposzlakowanego) charakteru.

 

Te dwa typy recenzji różnią się nie tylko długością. One również różnią się tym, na czym się skupia recenzent. Ten pierwszy stara się zobaczyć dorobek habilitanta w szerszym kontekście dyscyplinarnym, ten drugi jest ponowną recenzją opublikowanych już publikacji. Parokrotnie w dyskusjach wspominałem, że jestem zwolennikiem tych pierwszych recenzji.  Czytając niektóre recenzje, rozumiem jednak, dlaczego recenzenci chcą się skupić na badaniach habilitanta. Nie to jednak chcę tu napisać.

 

Te dwa typy recenzji wskazują po raz kolejny na niespójność procesu. Habilitant oceniany w pierwszy ze sposobów jest oceniany inaczej niż habilitant, którego ocenia drugi typ recenzenta. Nie jestem pewien, nawiasem mówiąc, czy któryś z typów recenzji jest surowszy – podejrzewam, że to zależy od dorobku. Jednak tego typu niespójności prowadzą (przynajmniej potencjalnie) do niesprawiedliwości. Po raz kolejny, ad usrandum, wracam do kwestii kontroli jakości przewodów habilitacyjnych.

Batman

W protokole plenarnego posiedzenia CK odnotowano jeszcze jedną straszność. Otóż prof. Śliwerski postanowił podzielić się twierdzeniem, że Centralna Komisja nie jest najważniejszym organem rozstrzygającym o sprawach nauki. Dowód, który podał profesor był rostrzygający, przygważdżający, po prostu ostateczny. Otóż

 

Centralna Komisja nie ma nic do powiedzenia w sprawie, uwaga, podziału na dziedziny i dyscypliny naukowe.

 

Chciałbym z tego miejsca podziękować prof. Śliwerskiemu za poruszenie tej kluczowej sprawy w nauce polskiej. Również uważam, że to Centralna Komisja powinna decydować w tej ultraważnej (mam nadzieję, że 'ultraważny’ jest ważniejszy od 'superważnego’)  kwestii, gdzie, na przykład, w konfiguracji dziedzin i dyscyplin znajdzie się pedagogika. Ba, uważam, że Centralna Komisja powinna się zbierać przynajmniej raz na rok i dokonywać przeglądu dziedzin i dyscyplin i, jeśli zaszłaby taka potrzeba, dokonywać zmian. Co więcej, być może konieczna będzie speckomisja, która będzie mogła natychmiast reagować, gdy tylko zajdzie potrzeba zmian. Miałbym nawet kandydata na przewodniczącego takiej komisji.

 

Dziękuję też prof. Jasiczakowi za zwrócenie uwagi, że podział na dziedziny i dyscypliny naukowe w Polsce nie jest zsynchronizowany z podziałem europejskim. Rzeczywiście, za każdym razem, gdy spotykam się z kolegami z Zachodu Europy, mam wrażenie, że te podziały spędzają im sen z oczu. Jestem zachwycony  zapewnieniem prof. Kaczorka, że pracuje zespół, który określił ponownie, jak to jest naprawdę z dziedzinami i dyscyplinami. Ufffff.

 

Pójdę dzisiaj spać spokojny. Spokojny, że są ludzie, którzy zajmują się sprawami kluczowymi. Priorytetami. Wiem dzisiaj, że nauka polska jest w dobrych rękach. Ulżyło mi. Będę spał dobrze. CK czuwa. Jak Batman. 

Linda Evangelista

Pawcio69sk zwrócił uwagę na protokół plenarnego posiedzenia Centralnej Komisji, a w szczególności na wypowiedź prof. Nogalskiego, który postanowił się podzielić ideą, że obecna habilitacja jest 'zdehumanizowana’. W procedurze, narzeka profesor, nie liczy się człowiek tylko dokumenty. No rzeczywiście straszne!

 

W pełni zgadzam się z pawciem, że habilitacja właśnie ma polegać na 'dehumanizacji’ i właśnie ma polegać na obróbce dokumentów! Na czym jeszcze bowiem miałaby polegać? Na ocenie, czy habilitant jest swój  chłop, fajna babka? Czy stawia piwo, zaprasza na obiad i zawsze potrafi sypnąć nowymi dowcipami jak z rękawa?  Co w człowieku mają, do jasnej cholery, oceniać recenzenci? Małżonków, uczęszczanie do kościoła, wychowanie dzieci? Dezodorant, czystość butów i paznokci? Prof. Nogalski najprawdopodobniej nie zapoznał się z ustawą. Otóż recenzenci mają oceniać wkład habilitanta w rozwój dyscypliny. To oznacza, że mają ocenić dorobek naukowy habilitanta. A to właśnie oznacza czytanie papierów! A może pan profesor tęskni za kolokwium, za okazją do przeczołgania habilitanta. Żeby zobaczyć, jak się poci, jak się denerwuje, zaciska ręce. Wreszcie będzie widział prawdziwego człowieka!

 

Ładnych już parę lat temu słyszałem, że Linda Evangelista miała powiedzieć, że nie wstaje z łóżka bez oferty powyżej 10 tysięcy dolarów. Zastanawiam się, jak wycenia pan profesor recenzje habilitacyjne.

Czołówka

30 lat na habilitację? Pestka! Oto habilitant właśnie sie wyhabilitował: magisterium w 1970 roku! Habilitacja po 43 latach, w którym to prawie półwieczu habilitant opublikował, jak pisze, 'około 50 artykułów’ (zastanawiam się, jakie były przeszkody na drodze do policzenia) oraz wydany jako książka doktorat 15 lat po ukończeniu studiów. Wszystko to najprawdopodobniej dlatego, że habilitant wykazuje się, jak pisze jeden z recenzentów 'perfekcjonizmem badawczym’ (kodu ICD recenzent nie podał), na dodatek należy, jak pisze inny recenzent, do 'naukowej czołówki naszego kraju’. Trzecia recenzentka chwali habilitanta za wierność swym zainteresowaniom. Jak pisze dalej – habilitant 'długo 'przeżywa’ (nie, nie przeżuwa) i analizuje dany temat. 

 

Ot, czołówka.