Doktorat habilitanta

Po raz kolejny widzę habilitacje, w których doktorat, wydany w postaci książki, jest podawany przez habilitanta jako dorobek habilitacyjny. Większość recenzentów to zauważa, część komentuje negatywnie.  Muszę przyznać, że nie rozumiem tego. 

 

Zdarzają się dwa typy habilitacji w kategoriach doktoratowych. Po pierwsze, habilitant publikuje na podstawie swych badań doktorskich serię artykułów (przed czy po uzyskaniu stopnia) czy też książkę i publikacje te stanowią część dorobku publikacyjnego habilitanta. Nie ma, rzecz jasna, nic złego w takim postępowaniu. Wydaje się, że to naturalna kolej rzeczy, szczególnie jeśli habilitant publikuje wyniki badań doktorskich w dorbych międzynarodowych czasopismach. Te publikacje świetnie podkreślają jakość doktoratu. Po drugie jednak, część habilitantów (znacznie mniejsza) podaje swe publikacje podoktorskie jako część tzw. osiągnięcia. I tego nie jestem w stanie zrozumieć. Recenzenci w znacznej większości to zauważają, komentują negatywnie, bez wątpienia wyrabiają sobie zdanie na temat habilitanta i jego dorobku. Nie rozumiem, jaki cel przyświeca habilitantom stosującym takie praktyki. Pomijam, że to oszustwo – trudno za jedne badania dostawać dwa stopnie, jednak ryzyko, że recenzent zauważy taki zabieg jest według mnie bardzo wysokie. Nie chce mi się wierzyć, że habilitanci nie wiedzą, czy nie zdają sobie sprawy z tego, co robią.

 

Nie chce mi się wracać do tych recenzji, które czytałem i sprawdzać, jak się potoczyły losy takich habilitantów. Wynik postępowania, które zainspirowało mnie do napisania tego wpisu, był negatywny (choć chyba byłby negatywny nawet bez kwestii doktoratu). Mogę mieć tylko nadzieję, że recenzenci będą na tyle uważni, żeby takie praktyki piętnować i stosownie je oceniać. Skoro już jest habilitacja, należy ją przeprowadzać porządnie.

Rzetelność

Na blogu Doktrynalia ciekawy przyczynek do dyskusji o jakości recenzji. Przyczynek oparty, pozornie, o banał – długość recenzji. Autor bloga zauważa zaskakującą rozpiętość w długości recenzji – krótka ma 6 stron (dużą czcionką), długa 26. Różnica 20 stron (a może i więcej, biorąc pod uwagę wielkość czcionki), to rzeczywiście różnica wręcz niesamowita. Przyznam, że nie zwracałem uwagi na długość recenzji do tej pory. Skupiałem się raczej na treści. Trudno jednak odrzucić problem poruszany przez autora Doktrynalii. Oczywiście, nie chcę sugerować (podejrzewam, że autor wspomnianego bloga też nie), że im dłuższa recenzja, tym rzetelniejsza, tak być nie może. Jednak trudno nie widzieć tego, że recenzenci poświęcają mniej czy więcej czasu na pisanie recenzji.

 

Ja chcialbym myśleć, że każdy recenzent podchodzi do swego zadania z równym zaangażowaniem. Z profesjonalnym zacięciem, by napisać rzetelną recenzję, oddającą jak najlepiej opinię recenzenta na temat recenzowanego dorobku. Niestety, coraz bardziej wątpię, że tak jest. I wydaje się, że już nie 'musimy' myśleć, że tak jest. Coraz bardziej to wiemy. Niestety.

 

Szybkość

Jakiś czas temu dowiedziałem się, że nowy recenzent potwierdził, że dostał moje materiały habilitacyjne, że  napisze recenzję, oraz że zrobi wszystko, żeby recenzja została napisana szybko (nie wiem dokładnie, co to może znaczyć, szczerze powiedziawszy). Trochę się martwię, że owa deklaracja zajęła recenzentowi prawie miesiąc. A zatem, zakładając, że kurier działa jak kurier, recenzent albo nie otworzył przesyłki przez miesiąc, albo otworzył i poczekał miesiąc z napisaniem potwierdzającego maila (możliwe są również etapy pośrednie).

 

 

 

Bijące serce habilitanta

Po raz kolejny nauki humanistyczne dostarczają mi radości. W niedawno zakończonym postępowaniu ksiądz habilitant został określony przez księdza recenzenta jako osoba 'mająca duży szacunek do przeszłości i tego, co miało ducha 'starości”. Jest osobą, której, jeszcze jako 'klerykowi Pawłowi', 'zaszczepiono pragnienie pójścia w ślady Mistrzów'. Okazuje się, co więcej, że habilitant różne dobre rzeczy 'pielęgnował w swym sercu' i 'mógł oddać się swej pasji archiwstycznej'.

 

Piszę o tym, bo mnie rażą stwierdzenia o emocjach i innych doświadczeniach habilitanta. Watpię, by recenzent miał wgląd 'w serce' habilitanta, wątpię, by miał dostęp do jego pragnień czy szacunków. To pustosłowie, które ma polukrować recenzję. Co więcej i co ważniejsze, recenzent nie powinien się wypowiadać na temat osoby habilitanta, a w szczególności na temat jego, powiedzmy, domniemanych doświadczeń. Nawet zakładając, że ksiądz recenzent ma wiedzę na temat habilitanckiego serca, to nie stan owego serca ma oceniać. Czy dorobek habilitanta będzie inny, jeśli zostanie osiągnięty bez pasji, zaangażowania, pielęgnacji i innych pietyzmów. Myślę, że nie.

 

Recenzja, z której cytuję, jest klinicznymy przykładem wypowiadania sie od rzeczy. Recenzent ma się wypowiadać na temat dorobku (i jego wkładu w rozwój…), a nie na temat osoby! Nieważne jest to, co sobie habilitant myśli, co czuje, jak podchodzi do badanych przez siebie rzeczy. Nic Wam do tego, Państwo Recenzenci, co myślę o Was, o nauce, o badaniach, o stopniach naukowych i tysiącach innych rzeczy. Jak już napisałem kiedyś, podobnie jak tysiące Brytyjczyków, mogę sobie wierzyć, że Elvis i Diana żyją, a rodzina królewska to Reptilianie. I nic Wam do tego.

TKM

Coraz intensywniej zaczynam wyglądać recenzji. Już czas. Podejrzewam jednak, że to tylko mnie zależy na nich. Zdaje sie, że oczekiwanie terminowych recenzji wskazuje na brak kontaktu z rzeczywistością.

 

Zawsze mnie to zastanawia – czy naprawdę recenzenci nie pamiętają, jak sami czekali? Niestety podejrzewam, że pamiętają, jednak działają na zasadzie: Mnie się nic nie stało, jemu też nic nie będzie. Po prostu fala. Teraz k… my! Teraz ja mogę pokazać, ja jestem ważny.

 

Załamujące to jest. Załamujący jest ten brak profesjonalizmu.

Loobleen?

I ostatni na dziś wpis na temat nauk o zdrowiu. Jeden z habilitantów, trzeba przyznać, że o dość mizernym dorobku, uznał za stosowne pochwalić się, że publikuje w czasopismach zagranicznych o wysokim IF. Na potwierdzenie wysokiego IF habilitant podaje następujące dane: pierwsze z czasopism to MNiSW:27, drugie to MNiSW:20. Zaiste wysokie te faktory. Smaczku dodaje to, że jedno z tych zagranicznych czasopism jest wydawane w Lublinie….

 

I tak to powstają legendy o dorobkach, faktorach i chyba też o Lublinie.

 

Recenzja

Drobna uwaga na temat jednej z recenzji w postępowaniu omawianej w poprzednim wpisie habilitantki. Recenzja zaczyna się od wymienienia daty i miejsca urodzenia habilitantki. Muszę przyznać, że gdy czytałem to zdanie, zacząłem czekać na informacje o tym, do jakiego przedszkola chodziła habilitantka i czy młodo wygląda. 

 

Nie rozumiem, co kieruje recenzentem, który uważa za stosowne zaczynać recenzję od danych osobowych. Po co?

 

Przepaść

Nadal poświęcam trochę czasu na czytanie dokumentów habilitacyjnych, choć coraz częściej skupiam się na postępowaniach zakończonych. Na stronach CK jest już dobrze ponad 1000 postępowań, coraz trudniej to wszystko ogarnąć. Wspomniałem wczoraj o zakończonym postępowaniu w naukach o zdrowiu. Trudno mieć zastrzeżenia do dorobku habilitantki. Jak wspomina jeden z recenzentów, sumaryczny IF habilitantki wynosi >46 w momencie publikacji, a w 2010 roku >64. I właściwie można zakończyć rozważania.

 

Piszę to wszystko jednak nie po to, żeby celebrować osiągnięcia habilitantki. Otóż zastanowiła mnie po raz kolejny przepaść między habilitantami. Sumaryczny IF omawianej habilitantki zostanie za chwilę zestawiony w recenzjach z dorobkiem, w którym inna habilitantka uzbierała sumaryczny IF w wysokości odrobinę ponad 1,2. Trudno sobie wyobrazić większą przepaść. Co z tym zrobić, nie wiem. Nie chcę sugerować jakiejś automatycznej oceny habilitantów. Jednak rozpiętość dorobku jest niesamowita!

 

Myślę, że w dużym stopniu ta przepaść pokazuje dobrze stan nauki polskiej, w której jedni profesorowie grają w lidze światowej, a inni w lidze okręgowej, a wszystko w jednej dziedzinie nauk. Co z tym zrobić też nie wiem.