Ufy się skończyły

Coraz więcej mam obaw. Mam poczucie, że sytuacja się odwróciła na moją niekorzyść. Nagle staję się problemem. Nie do końca wiem, dlaczego i skąd to się bierze. Zaczynam się mocno obawiać o kolejną recenzję. Niestety, więcej nie napiszę na blogu, jednak ufy się skończyły. Zaczynam patrzeć w przyszłość z obawami. Niestety, potwierdzają się moje obawy co do dorobku siedzącego okrakiem między dyscyplinami.

Dreszcze złowieszcze….

Usłyszałem dzisiaj, że jestem zbyt pewny siebie, agorancki, że mam wyrobione zdanie. A na dodatek nie składam samokrytyki, nie przepraszam, że żyję, a co najgorsze, nie podkreślam słabych stron tego, co robię. Czy ja w ogóle na pewno zdaję sobie sprawę z tego, co robię? Tak mnie nagle walnęło, nieoczekiwanie. Wszystko z życzliwością i serdecznością, rzecz jasna. Taki jakiś dreszcz mnie przeszedł. Spojrzałem do góry i  jakieś czarne chmury majaczą się na horyzoncie.

I właściwie, to bym poleciał wszystkich przeprosić, ale nie wiem, do kogo pójść. Może na piśmie trzeba było? A może w autoreferacie podkreślić, że ja nie zasługuję tak naprawdę. Ja wszystkich serdecznie przepraszam. Zgłaszam się do samokrytyki, posypię sobie głowę popiołem. Jestem w pełni świadomy wszystkich swoich błędów i wypaczeń.

 

Przyznaję się do wszystkiego.

Fajnie mieć mistrza

Gdy czytam autoreferaty, często, a może i bardzo często, natrafiam na informacje na temat prac magisterskich i doktoratów habilitantów. Znaczna ich część podaje nazwiska swych promotorów. Zastanawiam się zawsze, czy habilitanci podają te informacje

a. 'dla porządku';

b. chcą się pochwalić, z jakiej 'stajni' pochodzą;

c. mówią o swoich mistrzach.

 

Najbardziej interestuje mnie  właśnie ta trzecia opcja. Opcja mistrza. Interesuje mnie, bo ja takowegoż nie miałem. Oczywiście miałem promotorów, ale nasze relacje nigdy nie wyszły poza relacje 'biznesowe'. Ja pisałem, promotorzy konsultowali, komentowali, nic więcej. Po skończonym 'potępowaniu' kontakt się urywał natychmiast. 

 

Brakuje mi mistrza  w moim życiu zawodowym. Nie wiem do końca, kim miałaby być ta osoba, jaka miałaby być nasza relacja, ale wyobrażam sobie, że byłaby to relacja 'na zawsze'. Wyobrażam sobie, że byłaby to relacja z kimś, do kogo zawsze się można udać po poradę, kto zawsze będzie się cieszył z moich osiągnięć, a jak (jeśli) go/ją  już wyprzedzę, to będzie dumny. Ja więc miałbym kogoś, na kim mógłbym się oprzeć, mistrz miałby kogoś, kto niósłby jego sztandar. Wiem, wiem, trochę to patetyczne, ale brak mi kogoś takiego i zazdroszczę tym, którzy mają takie osoby!

Po polskiemu

Krótka refleksja na temat 'wyśmiewania' i napomnienia mnie za poprzedni wpis. Otóż od ponad roku przeczytałem dokumentacje w dziesiatkach przewodów habilitacyjnych. I, szczerze powiedziawszy, obraz, który się wyłania z tej lektury jest raczej smutny. Mówiąc wprost: czasem (podkreślam to 'czasem'!)  mam wrażenie, że autoreferaty piszą dzieci ze szkoły podstawowej. I to takie 'trójkowe'! Błędy ortograficzne, błędy interpunkcyjne, o stylistyce nie warto nawet mówić. To takie teksty, które przepuszczono przez spell-checkera, ale w czasie oglądania telewizji, bez zrozumienia. Mnie się to nie podoba i nie dlatego, że moja partnerka i ja spędziliśmy ładnych parę godzin wielokrotnie czytając moją dokumentację. Ale dlatego, że ta dokumentacja pokazuje nas, habilitantów, jako ludzi nieprofesjonalnych.

 

Gdy jeżdżę na konferencje, to jedno, co mnie uderza, to przygotowanie formy prezentacji ludzi z 'Zachodu', a szczególnie uczonych  z USA (oczywiście, że nie wszystkich). Prezentacje są dopracowane, nie ma w nich błędów, są praktycznie perfekcyjne. Oni po prostu rozumieją, że forma ma znaczenie, forma pokazuje profesjonalizm. Moje koleżanki i koledzy habilitanci jeszcze tego się nie nauczyli. A szkoda. Pozostaje mieć nadzieję, że nasi studenci nie wezmą przykładu z ich wykładowców!

 

Czy wyśmiewałem więc? Tak, wyśmiewałem. Przede wszystkim chciałem wyśmiać te Pabianice i Piotrków Trybunalski (to ważne centrum intelektualne polskich habilitantów) jako osiągnięcie habilitacyjne. Przez przypadek okazało sie, że poprzedni wpis ma drugie, chyba ważniejsze, dno. Dno profesjonalzmu. Na stronach CK nadal wisi ów nieszczęsny Agnieszk  (kolega pisiarz mnie spostponował za jego napiętnowanie) – przepiękna oprawa tych wielu autoreferatów pisanych po polskiemu.

Nosferatu-Referatu

Coraz rzadziej, ale czasem jeszcze zaglądam do nowych postępowań (wolę czytać postepowania zakończone) Nowe, szczególnie w naukach huamanistycznych, nadal jednak są źródłem wielu fascynacji. W jednym z nowych postępowań w naukach humanistycznych. Właśnie znalazłem autoreferat, który się kończy następująco:

 

’Od 2002 r. wygłaszam referatu (sic!) w ramach spotkań Klubu Historycznego (…) w Warszawie, ale także np. w Łodzi, Piotrkowie Trybunalskim, Pabianicach czy Białymstoku.'

 

Właściwie nie wiem, co powiedzieć.  Referat wygłaszany od 11 lat, to rzeczywiście osiągnięcie! Ale może warto by rozważyć napisanie nowego?

Profesorskość wyjazdowa

Zaglądnąłem do ustawy o stopniach i przeczytałem podstawowe kryteria dorobkowe w sprawie tytułu profesorskiego. Zrobiłem to z ciekawości i chwili wolnej, zdecydowanie moim priorytetem jest habilitacja. To, co przeczytałem, zaskoczyło mnie jednak dość mocno. Otóż ustawa mówi, że do tytuł profesorski może być nadany osobie, która, między innymi:

 

odbyła staże naukowe i prowadziła prace naukowe w instytucjach naukowych, w tym
zagranicznych.

 

Przeżyłem staże naukowe, choć przyznam, że mi żal humanistów, prawników, społecznych, którzy nie jeżdzą na żadne postdoki itp, ale także wszystkich tych, którzy mają dzieci czy inne zobowiązania, które uniemożliwiają im wyjazd. Ale to jeszcze pół biedy. Zastanawia mnie, co oznacza prowadzenie badań w instytucjach zagranicznych (oczywiście, nie jestem prawnikiem, więc nie wiem, jak to prawnik będzie tłumaczyć). Zastanawiam się bowiem, czy jeśli jadę na postdoka (tak się nazywał ten wyjazd), który głównie polega na przygotowywaniu swoich badań, a zatem prace biblioteczne, konsultacje, od czasu do czasu jakieś zajęcia ze studentami, ale nie na prowadzeniu rzeczywistych badań (ten wyjazd nie był po to), liczy się czy nie?

 

Co to zresztą  znaczy prowadzić badania na zagranicznej uczelni? Samo przebywanie na niej przecież nie wystarcza. Jednak większość znanych mi badań prowadzonych na zagranicznych uczelniach pochodzi z różnych grantów, przy których pracują konkretne osoby zatrudnione w tej uczelni, najczęściej te osoby były wymieniane w grancie jako wykonawcy, albo organizowano konkurs na stanowisko. Część z nich to oczywiście również przeróżni post-doctoral fellows, assitants czy associates czy jeszcze inni, zatrudnieni na uczelni na czas określony. I ktoś, kto przyjeżdza 'na staż' czy na inne stypendium, takich badań nie prowadzi. Czy w takim razie profesor wg ustawy to ktoś, kto w pewnym momencie musiał być zatrudniony w zagranicznej uczelni na stanowisku badawczym?

 

Co więcej, byłem na moim 'postdoku' już jakiś czas temu, jako bardzo młody doktor. Czy rzeczywiście to doświadczenie jest częścią doświadczenia, które składa się na moją (przyszłą) profesorskość? Hmmmm… nie sądzę. Bez wątpienia to było cenne doświadczenie. Profesorskie? Nie. Bo ja nie byłem tam jako profesor czy nawet kandydat na profesora. Część tego, co widziałem, chciałbym wprowadzić u siebie natychmiast, część, mam nadzieję, nigdy do nas nie przyjdzie. Czy ten wyjazd zrobił ze mnie innego uczonego, a przez to bardziej nadającego się na profesora? Nie wiem, ale powiedziałbym, że nie. Był częścią wielu doświadczeń, które zebrałem na swej drodze. I to te wszystkie doświadczenia tworzą profersora. Wyjazd za granicę nie jest według mnie szczególnie uprzywilejowanym doświadczeniem.

Kontrola jakości od…. nie tej strony

Na forum początek dyskusji na temat propozycji MNiSW, by prezydent miał prawo pewnej kontroli jakości postępowań profesorskich. Jeśli dorobek został uzyskany z naruszeniem prawa czy 'dobrych obyczajów', prezydent miałby prawo zwrócić takie postępowanie do CK. W dyskusji dwa stanowiska. Podwórkowy i dala.tata są przeciw. Zwracają uwagę na to, że dobre obyczaje są nieokreślone, a prezydent nie ma kompetencji do oceny. Pfg i fajnytoster argumentują, że to potencjalnie ostatnia deska ratunku przed nadaniem tytułu plagiatorom czy oszustom.

 

Wydaje mi się, że wszyscy panowie mają racje. Problem w tym, że to nie o to chodzi. Przecież to nie do prezydenta powinna należeć taka kontrola. Minister powinien wreszcie wprowadzić system pełnej kontroli jakości postępowań. Ja zacząłbym  od postępowań habilitacyjnych, bo one hulają na całego. Po chwili można by wprowadzić podobny system dla postępowań profesorskich. To, co proponuje minister, to stwierdzenie, że CK może zawalić, więc warto mieć mechanizm, by to naprawić. Czy nie lepiej mieć mechanizm zapobiegający takim zawaleniom? 

 

Po raz pierwszy jednak pojawia się idea, że profesorowie mogą się mylić. To pozytywny ruch. Niestety, jak zbyt często, według mnie ta kontrola jakości wprowadzana jest, powiedzmy, nie od tej strony, co warto.

Granice nieprzekraczalne

Od jakiegoś czasu zaglądam do profesorskiej zakładki na centralnokomisyjnych stronach poświęconych postępowaniom awansowym. Po pierwsze dlatego, że w niedawnym raporcie okazało się, że takie postępowania już w 2012 roku były, po drugie dlatego, że jestem niezwykle ciekawy, jak te postępowania będą wyglądać.

 

Jestem ciekaw dwu rzeczy. Przede wszystkim jestem ciekawy, z jakim dorobkiem będą w szranki nowej procedury stawać kandydaci na profesorów. Czy ten dorobek będzie skokowo lepszy od dorobku habilitantów, czy może to będzie kwestia odrobiny więcej tego samego (kilka artykułów, no dobra, kilkanaście, ewentualnie tzw. książka profesorska wydana w Kaliszu, Koninie, Kutnie czy Koluszkach?). Ale jeszcze bardziej jestem ciekawy recenzji. Czy rzeczywiście kryteria ocen profesorów będą traktowane poważnie przez recenzentów, czy też będą omijane ze szczególną w naszym kraju umiejętnością traktowania przepisów jako co najwyżej pewnej zachęty, rekomendacji? Obawiam się, niestety, że to, co zobaczymy, będzie….straszne.

 

I jeszcze dwie refleksje. Nie rozumiem, dlaczego owe, o ile pamiętam, 3 czy 4 postępowania profesorskie nie zostały zawieszone na stronach CK. Czyżby jednak poddawanie publicznej ocenie profesorskości profesorów czy profesorantów jest przekroczeniem granic nieprzekraczalnych w polskiej nauce? Po drugie, czy naprawdę nie ma w polskiej nauce kilku czy kilkunastu profesorantów, którzy na klatę biorą nowe kryteria i patrzą na nie z wyższością? Bardzo żałuję, że tak jest.

Rola recenzji

Na forum wymiana między pfg, charioteer i dala.tatą. To kolejna wymiana, która wskazuje na fundamentalne różnice w rozumieniu roli recenzji w habilitacji, a przez to samej habilitacji. O ile pfg uważa, że recenzja powinna być krytyką, a zatem dotyczyć poszczególnych publikacji (bo nawet w najlepszych czasopismach zdarzają się słabe publikacje), o tyle dala.tata uważa, że recenzja powinna dotyczyć całości dorobku, charioteer dodaje, ze recenzent w postępowaniu habilitacyjnym reprezentuje środowisko, a przez to nie jest 'krytykiem'. Pisałem już tu, ze mi bardziej odpowiada stanowisko charioteer i dala.taty. Odpowiada mi argument, że habilitant publikujący w najlepszych pismach robi to, czego sie od niego wymaga, a zatem recenzja powinna być pozytywna.

 

Podejrzewam, że ta dyskusja jednak nie dotyczy jedynie trzech osób. Myślę, że wskazuje ona na fundamentalną niespójność w postępowaniach habilitacyjnych. Habilitant recenzowany przez pfg zostanie zrecenzowany zupełnie inaczej niż ten zrecenzowany przez dala.tatę, a obaj panowie mogą być (i podejrzewam, że bywają) recenzentami w postępowaniach habilitacyjnych.Habilitacje nadane w takich postępwaniach będą nadane z innych powodów, na podstawie innych przesłanek.

 

Według mnie to jest problem, choć nie wiem, jak go rozwiązać. Nie uważam bowiem, by ministerialny wzór recenzji był dobrym rozwiązaniem.

Habilitacja czy doktorat?

Jakiś czas temu pisałem o habilitantach w naukach o zdrowiu. Zakończyło się drugie postępowanie, kolejne już, które spowodowało u mnie rozdziawioną buzię. I tak to czytam recenzje, w której recenzent uznaje, że sumaryczny IF w wysokości niewiele wyższej niż 1 (przy czterech cytowaniach) jest problemem. I pisze recenzję negatywną. Co więcej, recenzent ów dodaje, że osiągnięcia naukowe habilitantki

 

’nie przewyższają znacząco wymagań stawianych w przewodzie doktorskim.'

 

I tu już przeżywam szok. Nie spotkałem się jeszcze z tak sformułowaną krytyka dorobku habilitanta. Recenzent przecież mówi, że habilitantka ma dorobek doktoranta!! I co? Ano nic. Pozostali dwaj recenzenci są zachwyceni. Choć jeden z recenzentów chyba czuł pismo nosem i  był tak miły, że sam sprawdził, czy czasem sie habilitantce nie zwiększyło. I okazało się, że sie zwiększyło. Ba, podwoiło się! Jeszcze jedną jedynkę habilitantka załapała.

 

 I mam dwa komentarze. Po pierwsze, po raz kolejny mamy recenzje przeciwstawne. Ich nie da się złożyć w spójną całość oceny dorobku habilitantki. Po drugie, nie rozumiem tego, dlaczego recenzent wychodzi poza dokumentację złożoną przez habilitanta. Nie wiem, jaki jest status prawny tego, co zrobił recenzent, jednak nie podoba mi się to. Tak, tym razem recenzent zrobił to na korzyść habilitantki, ale jeśli dokumentacja nie musi stanowić podstawy postępowania, to wszystko wolno.