Wiosna, panie habilitancie!

Ostatnio mi nie szło. Jakiś czas temu zostałem zaproszony do redakcji special issue przez pewne wydawnictwo międzynarodowe. Sami mnie znaleźli, sami mnie zaprosili, sami chcieli. Niestety, okazało się, że im nie odpowiada, co chcę zrobić, ja się nie chciałem naginać, po kilkunastu wymianach maili doszliśmy do tego, że special issue nie będzie. Szlag mnie trafił, bardzo mi na tym zależało. Shit happens.

 

Równolegle jednak negocjowałem również z innym wydawnictwem, z mojego punktu widzenia znacznie lepszym i dorobkowo pożyteczniejszym, w innej sprawie, rzecz jasna. Sprawa się ciągnęła trochę, pierwsze reakcje były bardzo pozytywne, niestety eksperci się wypowiedzieli dość chłodno. Wczoraj wysłałem maila ostatniej szansy – nasiedziałem się nad tym cholerstwem. Ale dzisiaj przyszedł mail potwierdzający. Moja propozycja została zaakceptowana. Wiosna przyszła!

 

Czasami ta cała habilitacja naprawdę mi nie robi…..

Nieufność raz jeszcze

Tak jak napisałem wcześniej, uważam, że wprowadzenie konieczności grantów zagranicznych jako kryterium oceny profesorów, jest czymś niepotrzebnym, podejrzewam, że szkodliwym. Jednak rozumiem dobrze, dlaczego tak się dzieje. Wydaje mi się, że powodem takich kryteriów jest kilkukrotnie tu podnoszona nieufność ministerstwa.

 

Ministerstwo po prostu nie ufa NCN i grantom przez nie przyznawanym. Bez względu na to, jakie w  rzeczywistości są procedury NCN, ministerstwo uznaje, że tym 'prawdziwym' sukcesem jest uzyskanie grantu za granicą. Tam są dobre procedury, a przez to lepsze  granty i prawdziwy, profesorski, chciałoby się powiedzieć, sukces. A przecież o ile uzyskanie funduszy na badania jest sukcesem, ważne jest to, że dostaję pieniądze na badania.

 

Granty są tu czymś innym niż publikacje, według mnie. Zawsze chcę opublikować moje artykuły w najlepszym możliwym czasopiśmie. Bo przecież publikacja jest celem w sobie – mnie chodzi o to, żeby publikować, chcę też pokazać, że pubilkacja jest na tyle dobra, że mogę ją publikować 'u najlepszych'. Z grantami jest inaczej – są śrdokiem do celu. Chcę dostać grant z instytucji, z której najłatwiej dostać grant. Nie widzę szczególnego sensu w uzyskiwaniu grantów z instytucji A, w której trudno dostać pieniądze, jeśli mogę uzyskać te pieniądze w instytucji B. Przecież chodzi tu o to, żeby zrobić badania, a nie o to, żeby mieć odznakę kogoś, kto dostał grant z instytucji A.

 

Profesor powinien umieć 'załatwić' pieniądze na badania. Jak to robi, dopóty to ścieżki akademickie, rzecz jasna, nie ma większego znaczenia.

Ufy

Kramka wyrwała mnie do tablicy….i pomyślałem sobie, że może warto napisać o moim dorobku. Tak, myślę, że mój dorobek jest ponadprzeciętny, zarówno jeśli idzie o ilość, jak i jakość moich publikacji. Gdy patrzę na dorobek habilitantów w mojej dyscyplinie, obecnie nie ma habilitanta z dorobkiem lepszym od mojego. Myślę, że w kontekście, w którym ocena jest rzetelna, byłbym dość spokojny o wynik tego postępowania. No to czemu wielkie ufff? Ano z kilku powodów.

 

Po pierwsze, każdy proces recenzyjny, nawet ten najrzetelniejszy, zawiera w sobie element ryzyka. No, powiedzmy, że tak jak ja mogę mieć zły dzień, tak zły dzień może mieć recenzent. Myślę, że nigdy nie ma i nie może być pewności co do wyniku postępowania awansowego. Po drugie, ja nie jestem do końca pewien, czy jestem w sytuacji, w której postępowanie habilitacyjne jest rzetelne i rzeczywiście stanowi 'obiektywną' (celowo używam cudzysłowu) ocenę dorobku. Na blogu pisałem już nie raz o recenzjach, które są po prostu od czapy. I nie da się tego ignorować, wytłumaczyć. Mnie sie też to może przydarzyć. Po trzecie, jest sprawa interdyscyplinarności mojego dorobku, która jest w Polsce widziana nieprzychylnie. Nawiasem mówiąc obie recenzje, które mam, potraktowały tę kwestię dość ciekawe. Do pewnego stopnia udały, że tego nie ma.

 

Jedną z konsekwencji bliższego przyjrzenia się procesowi zarówno z punktu widzenia mojego własnego postępowania, jak i innych postępowań, była utrata wiary w proces. Wielokrtonie pisałem, że jestem zwolennikiem habilitacji, jednak dzisiaj jestem bardzo umiarkowanym, letnim, zwolennikiem. Innymi słowy, moja wiara w proces jest bardzo słaba. Nie wierzę w proces. Tak, szanse są, że moje postępowanie będzie rzetelne, jednak pewności nie ma i nie może być!

 

I stąd moje ufy. To są szczere ufy. Bez kokieterii.A to, jaki jest mój dorobek, w dużym stopniu nie ma żadnego znaczenia w tych kalkulacjach i ufach.

Profesorskość

Link, który podał w komentarzu pod sąsiednim postem trzy.14, to ciekawy przedsmak tego, co już niedługo będzie się działo w polskiej nauce. Jeśli bowiem przyjąć na poważnie kryteria oceny 'profesorantów' (kandydatów do tytułu profesorskiego), to wedle znaków na niebie i na ziemi wskazuje, że prawie przestaniemy nadawać tytuły profesorskie. Zmiana w poziomie osiągnięć jest skokowa. W najbliższej przyszłości poświęcę kilka wpisów na temat kryteriów oceny profesora, tutaj chciałbym zaznaczyć tylko dwie rzeczy.

 

Po pierwsze, zarówno linkowany artykuł, jak i komentarz trzy.14 uświadamia mi po raz kolejny konieczność ewolucyjności zmian (w komentarzach największym ewolucjonistą jest dala.tata). Dwie rzeczy mogą się bowiem stać. Po pierwsze, kryteria nie będą stosowane, przepisy staną się puste. Po drugie, przepisy będą stosowane, ale profesury będą niedostępne. Oba zjawiska oceniam negatywnie.

 

Po drugie, to, co powiedział trzy.14, jest bardzo ważne. Jak profesorant ma składać wniosek o grant europejski, skoro nie umie tego zrobić, nie ma żadnego wsparcia ani administracyjnego, ani intelektualnego? Co więcej, przyznam, że przeszkadza mi to, że recenzentami postępowań profesorskich będą w znacznej mierze ludzie, którzy nie mogliby przez nie przejść z powodzeniem. Jest w tym znaczna doza instytucjonalnej hipokryzji.

 

A na pytanie trzy.14 odpowiem pozytywnie. Tak, uważam, że profesor, jak i doktor habilitowany, powienien mieć doświadczenie w prowadzeniu badań (z pewnymi zastrzeżeniami dyscyplinarnymi – nie wiem, na czym miałby polegać grant dla filozofa, ale może oni wiedzą). Czy koniecznie powinny być to badania europejskie? Nie jestem tego taki pewien. Jeśli uważamy, że proces recenzyjny stosowany przez NCN jest rzetelny, to co za różnica?

 

PS. Z jakiegoś powodu blox nie pozwala mi utworzyć tagu 'profesura' z małej litery.

 

Matka wszystkich uffów!

Jakiś czas temu dostałem drugą recenzję, znów telefon, najpierw nazwisko osoby recenzującej, zamarłem. To właśnie recenzji tej osoby bałem się najbardziej. Przyznaję uczciwie – szedłem po nią jak na skazanie. Dostałem do ręki, z wrażenia usiadłem, wywołując uśmiechy wokół. Zacząłem od końca, oczywiście, wniosek pozytywny. To było dopiero uff. To była matka wszystkich uffów!

 

Recenzja jest również bardzo pozytywna. Nie spodziewałem się tak pozytywnej recenzji, powiem szczerze. Szczególnie właśnie od tej osoby. Pozytywności tej recenzji zupełnie nie podważają uwagi krytyczne, chcę je widzieć bardziej jako polemikę.

 

Teraz pewnie poczekam dłużej. Osoba, która została wybrana na zastępstwo ustępującego recenzenta ma jeszcze czas. Na ostatnie uff recenzyjne poczekam jeszcze. Ale nic to, jest dobrze. Jest bardzo dobrze. Oby tak dalej.

To już rok

Mija właśnie rok od czasu, kiedy napisałem pierwszy wpis, pod którym zresztą pojawiły się szybko życzenia od si-kej, a potem od pfg. Bardzo za nie dziękuję jeszcze raz – to było bardzo miłe z Waszej strony.

 

To był trudny rok. Przede wszystkim w tzw. życiu osobistym, o którym nie będę pisał, choć zaznaczam, że habilitanci takie mają. To życie osobiste miało bardzo znaczny wpływ na me życie zawodowe, niestety. Negatywny wpływ. Przez to, ale nie tylko, był to też trudny rok w życiu profesjonalnym. Bo już rok upłynąl pod znakiem habilitacji. Tańce przedwnioskowe, potem przygotowywanie wniosku, decyzja o złożeniu, czekanie, pierwsza recenzja, czekanie na następne. Początki to przede wszystkim piramidalna strata czasu (te durne tłumaczenia na angielski….), poźniej to już 'tylko' zaangażowanie emocjonalne w proces. Do pewnego stopnia wolałbym nadal pisać ten cholerny wniosek. Przynajmniej miałem poczucie sprawczości. Teraz mogę tylko czekać i zastanawiać się, jak długo będę jeszcze czekać na recenzje.

 

Ten rok mi wiele uświadomił. Choć nadal jestem zwolennikiem habilitacji, zarówno zaangażowanie w moje własne postępowanie, jak i przeczytanie dokumentacji z wielu wniosków znacznie ochłodziło moje 'zwolennictwo'. Mamy bowiem słabą ustawę, iście barokowy proces, który jest nagminnie prowadzony nierzetelnie (ilość terminowych postępowań jest chyba w znacznej mniejszości), a na dodatek co rusz pojawiają się recenzje, które pojawić się nie powinny (w poprzednim wpisie pisałem o kolejnej laurce w obliczu dwu recenzji miażdżących – albo jedna, albo dwie są od czapy). Ale ten rok mi uświadomił, że z ustawą da się żyć i to 'my sami' (choć solidarność środowiskowa z mojej strony jest bardzo słaba) gotujemy sobie ten los. Narzekamy na habilitację, ale to my sami sobie ją taką robimy! To smutna konstatacja.

 

Obecnie jestem na etapie tylko i wyłącznie 'zrobienia habilitacji'. Nic już innego sie nie liczy. Chcę to mieć za sobą. Już mi przeszło z tą oceną dorobku, z recenzentami, którzy są autorytetami i tymi wszstkimi pięknodusznymi pierdołami, które pisałem na początku. Sprawy bowiem się sprowadzają do pytania: 'Kiedy napisze?!'. To chyba dziwne, ale pytanie 'Co napisze?' staje się wtórne. Podejrzewam, że to frustracja przeze mnie przemawia i gdyby przyszła recenzja negatywna, szybko zmieniłbym zdanie, jednak obecnie po prostu chcę mieć to już za sobą.

 

Bo niby nic się nie dzieje, ale ten rok to dziesiątki pytań o to, na jakim etapie jestem, czy są już recenzje. Te zatroskane miny, gdy mówię, że recenzenci się spóźniają (po części bez wątpienia szczere), już mnie tylko wkurzają. Niestety, pomimo prób, temat mojej habilitacji nie pozostał poufny i wie o nim na tylko dużo osób, żeby to trochę irytowało (piszę 'trochę', bo trochę to miłe, że ludzie pytają). Mam nadzieję, że teraz idzie już jednak z górki i do wakacji się uda zakonczyć to postępowanie. 

 

Ale ten rok to również rok wsparcia od kilku osób. Przede wszystkim od mojej ukochanej. Bez niej napisanie wniosku trwałoby znaaacznie dłużej (a ilość qrw, proszę o wybaczenie, które by poleciały w eter wzrosłaby wykładniczo), bez niej czekanie byłoby trudniejsze, a radość pierwszej recenzji znacznie słabsza. To również wsparcie 'pani z administracji', która dba o moje interesy habilitacyjne – moja wdzięczność dla niej jest wielka! To również subtelne i delikatne wsparcie kilku kolegów, a szczególnie pewnego kolegi-profesora, który dobrym słowem się przysłuża do czasu do czasu. Wyrażam im wszystkim wdzięczność i wyrażę jeszcze nie raz.

 

Minął więc rok. To również rok blogowania na temat habilitacji. Ten blog stał się ważną częścią 'robienia habilitacji'. I te juz przecież kilkaset wpisów dobrze o tym świadczą – również dla mnie samego. Kiedy przyszła mi do głowy myśl o blogu, natychmiast ją odrzuciłem, jednak po chwili wróciła i postanowiłem spróbować. Bardzo się cieszę, że się zdecydowałem. Wiele rzeczy, które tu napisałem, po prostu by umknęly. To, co mnie najbardziej zaskoczyło jednak, to odbiór. Ilość czytających ten blog osób przeszła moje najśmielsze oczekiwania.

 

Minął więc rok, po którym wszystkim komentującym oraz wszystkim czytelnikom tego, co piszę, bardzo dziękuję za poświęcony temu blogowi czas! Bardzo się cieszę, że Państwo to czytacie.

Ultramaryna

Chciałbym krótko podkreślić linkę, którą podał wcześniej kolego pawcio. To kolejny przykład, tym razem drastyczny w wypadku habilitacji dr. Drewsa, na to, jak konieczna jest kontrola jakości procesu. Oczywiście, dętych recenzji ten system by nie wyłapał, jednak parę dni temu po raz kolejny pisałem o recenzji-laurce przy pozostałych bardzo krytycznych. Tak, recenzenci mogą się nie zgadzać, jednak trudno mi sobie wyobrazić kontrowersje polegające na tym, że jeden recenzent wskazuje na autoplagiaty, a drugi mówi, że habilitantka to cud, miód i ultramaryna. Często się zastanawiam, jak wygląda dyskusja w komisji. Recenzentka od laurki 'pomyliła się', prowokowała, nie chciała serca złamać habilitantce? Spaliłbym się ze wstydu!

 

Po raz kolejny: z moich nienaukowych doświadczeń wynika, że poziom zaufania do recenzentów i do procesu jest niski, bardzo niski. Nikt nie oczekuje terminowości, większość liczy na na łut szczęścia przy recenzjach (do pewnego stopnia ja też!). Każde następne takie postępowanie podważa proces jeszcze bardziej. Jeszcze bardziej wskazuje na uznaniowość recenzji. Tak, są pewnie różnice między dyscyplinami, w mojej działce nie widziałem jeszcze niczego rażącego, jednak one nie załatwiają sprawy.

 

Potrzebny jest sprawny i skuteczny system kontroli jakości przewodów habilitacyjnych. Od terminowości do rzetelności recenzentów!