Blisko, coraz bliżej

Rozwala mnie ten finisz – im bliżej końca, tym bardziej chciałbym, żeby to się skończyło. Moje scenariusze 'rozmowy' osiągają coraz radykalniejsze ekstrema. Z jednej strony jestem przygotowany, z drugiej wiem, że każdy z recenzentów może mnie załatwić jednym pytaniem.

 

Zastanawiałem się, jak chciałbym, żeby ta rozmowa wyglądała. Mówiąc najogólniej, chciałbym, żeby to była rozmowa na temat moich badań, oczywiście zahaczająca o kwestie ogólniejsze, np. metodologiczne. Mam nadzieję, że przynajmniej w dużej mierze taka będzie. I nie chodzi mi o to, żeby było łatwo i przyjemnie, chciałbym, żeby było w miarę uczciwie.A zatem komisja ma pełne prawo zadawać jak najkrytyczniejsze pytania związane z moimi badaniami, przetestować mnie do granic testowania w związku z wszelkimi aspektami moich badań – od teorię, przez metodologię, do wyników, ich znaczenia. Jak wyjdę spocony, zmietolony i przeżuty w ten sposób, pomyślę, że odwalili kawał solidnej roboty. I jeśli polegnę w takim boju, to uznam, że za cienki jestem. Gloria victis.

 

To, czego bym nie chciał i co uważałbym za nieuczciwe, to pytania kompletnie niezwiązane z działką, w której siedzę. Chciałbym móc powiedzieć komisji, ze przyjmuję, że jeśli myślą, że na jakieś pytanie nie odpowiem, to znaczy, że nie odpowiem. I nie warto go zadawać, szkoda czasu. Ta rozmowa nie powinna być egzaminem przeglądowym ze studiów.

 

Bardzo staram się myśleć, że będzie to uczciwa konfrontacja. Że nawet negatywny recenzent nie przyjedzie po to, żeby mnie uwalić, ale zachowa otwartość, która pozwoli mu ocenić to, co mówię bez uprzedzeń. Ale staram się również myśleć o tym, że jeśli polegnę, to nie będzie to koniec świata.

 

Głównie jednak chciałbym mieć to już za sobą.

Konfrontacje

Z dużą nieuchronnością zbliża się koniec postępowania. Zupełnie to sobie inaczej wyobrażałem.

 

Przyznam szczerze, że jednym z  powodów, dla których uważam, że kolokiwum habilitacyjne jest nieużyteczne, są właśnie nerwy. Co prawda ustawa nie narzucała konieczności stoickiego spokoju na kolokiwum, jednak strasznie łatwo się zdenerwować i poszpotać. Czy boję się tego? Pewnie trochę tak, szczególnie, że idę się bronic, a nie dyskutować. Wydaje mi się, że o ile kolokwium zawsze miało naturę konfrontacyjną, tak rozmowa z nowej procedury jest konfrontacyjna jeszcze bardziej. Habilitanta się nie prosi, bo się chce go poznać, ale dlatego, że jest problem.

 

Oczywiście rozumiem konfrontacyjność procedur akademickich. Obrona pracy dokotrskiej to wydarzenie oparte na starciu opozycji, podobnie zresztą jak kolokwium habilitacyjne. Ba, każda konferencja to potencjalna konfrontacja z trudnym pytaniem. Rozumiem to, oczywiście i nie chcę napisać apleu o zlikwidowanie obron doktorskich. Mam jednak wrażenie, że to właśnie wokół habilitacji konfrontacji jest najwięcej. Może dlatego, że jest to kluczowy stopień. A moze dlatego, że habilitant nie jst już adeptem nauki, 'podlotkiem' naukowym. I konfrontacyjność potencjalnie bardziej boli. Nie wiem.

 

Tak czy owak finiszuję ze starganymi nerwami. W głowie odgrywam dziesiątki scenariuszy, od ultrapozytywnego, do bardzo negatywnych. Oj chciałbym, żeby sie już zakończyło czekanie. Na długo mi to postępowanie zostanie. I pewnie włąśnie o to chodzi: żebym bardzo bardzo docenił.

 

Zobaczyć habilitanta

Dwa słowa o plotkach/nieplotkach, które do mnie dochodzą. Otóż już kilka razy słyszałem, że na radach wydziału (słyszałem o różnych dziedzinach, raczej niescjentystycznych, choć nie tylko)  pojawiają się głosy o niechęci do głosowania 'zaocznie', by tak rzec. Niektórzy członkowie chcą 'zobaczyć habilitanta', by zagłosować nad nadaniem mu stopnia. Głosy, które dochodzą do mnie, to głosy typu: 'Ja chcę zobaczyć habilitanta, bo chcę.', bo mi się nie podoba nieoglądanie habilitanta.

 

Szczerze mówiąc, nie wiem tak do końca, co członek rady chce zobaczyć. Biust i nogi habilitantek? Brzuszek i łysiejące głowy habilitantów? Nerwowo wykręcane dłonie? Wypieki na twarzy? Spocone pachy, przerażenie, ukrywane irytacje, zdenerwowanie? Co jest takiego przyjemnego w tym igrzysku przewagi totalnej władzy nad kompletną bezsilnością?

 

I po raz kolejny: odrzucam całkowicie argumenty, że 'zobaczenie habilitanta', rozmowa, której długość mierzy się w minutach, może mieć jakiekolwiek przełożenie na dorobek, który się zbiera latami. Te argumenty odrzucam też w wypadku 'poznawania habilitanta' przed samą procedurą, a i o takich praktykach również słyszałem.

Ukryty smok, przyczajony habilitant

Kolejna rozmowa z pewnym bardzo ważnym profesorem. Nie spodziewałem się tej rozmowy, nie spodziewałem się takiej rozmowy. A była to rozmowa bardzo miła, życzliwa, widząca mnie już po drugiej stronie mocy. Miło mi się bardzo zrobiło. Na dodatek usłyszałem parę rad na temat tego, jak się zachowywać, jak mówić, jak wypaść dobrze. No i koniecznie garniturek, biała koszula (a jakże!), krawatka, buty na glanc! Będę jak szczur na otwarcie kanału.

 

Czas rozmowy się zbliża. Zostało jeszcze trochę czasu, ale już dojeżdzam do ostatniego zakrętu, po którym jest ostatnia prosta….Z jednej strony czuję się coraz spokojniejszy. Mam troche wrażenie, że kolejne potyczki idą na moje konto i frakcja habilitancka wygrywa. Bardzo ważny profesor mnie znacznie uspokoił. Z drugiej strony denerwuję się jak cholera. No ale ja się zawsze denerwowałem przed egzaminami…Nie mówiąc o tym, że frakcja antyhabilitacyjna może się teraz przegrupowywać. Mam jednak wrażenie, że jestem gotowy.

 

Wiem, wiem, pochlebiam sobie trochę. Wiem jednak, że się o mnie mówi. Niestety.

Priorytet

Tak nawiasem mówiąc, to zastanawiam się nad tzw. poczęstunkiem. Prioryety, panie, priorytety! Czy wypada, czy nie wypada, czy to jest oczekiwane, czy nie? Z jednej strony, mogłoby być miło, z drugiej strony drogo, z trzeciej, ja naprawdę nie mam ochoty iść na obiad z moim recenzentem negatywnym. Byłoby sztucznie, nieprzyjemnie. Nie, nie ma we mnie chęci odwetu, jednak nie mam też ochoty wymuszać z siebie small talku wobec człowieka, który przekroczył według mnie pewne granice w pisaniu recenzji. W każdym razie kwiatków nie będzie – są granice śmieszności, których nie mam ochoty przekraczać.

 

Wyobrażam sobie, że to mogłaby byc miła okazja to pogadania, pocelebrowania 'osiągnięcia'. Niestety, obecnie to raczej niemożliwe.Trochę tego żałuję.

Słońce nie zajdzie za daleko?

Całymi dniami siedzę i się uczę. Odpowiedź na recenzje przygotowana, przetestowana na koledze, który uznał, że jestem przekonujący. Chciałbym, żeby to już wszystko było za mną. Jakkolwiek niech sie skończy, ale niech się skończy. Choć przyznam, że ostatnio doświadczyłem dużo życzliwości, ludzie trzymaja kciuki. Więcej ich niż się spodziewałem.

 

Zupełnie inaczej wyobrażałem sobie końcówkę. Chciałem, żeby była spokojna, żeby to było ukoronowanie procesu. Nie jest. Jest nerwówka, napięcie. Jednocześnie, z jakichś powodów, nie do końca zrozumiałych, jest we mnie jakaś akceptacja tego, co będzie. Choć instytucjonalnie porażka będzie miała znaczne konsekwencje, jednak to nie podważa mojej pracy, tych wszystkich artykułów w czołowych pismach dyscypliny.

 

Staram się nie myśleć, co będzie w wypadku porażki. Z jednej strony, są szanse, że słońce wstanie, rachunki nadal będą do zapłacenia, zjem śniadanie, uśmiechniemy się do siebie. Z drugiej strony pewnie nie pójdę do pracy przez parę dni. Niespecjalny scenariusz.

 

Niech to się już skończy. Czekanie mnie nie wykańcza.

Trafiony, nie zatopiony

Jeszcze parę słów o recenzji negatywnej. Przeczytałem ją jeszcze raz, na chłodno. Jest potwornie negatywna, choć nie wydawała mi się już tak zajadła. To raczej próba metodycznego, powolnego i chłodnego podważenia mnie i mojego dorobku. Argumenty? A gdzie tam. Po prostu król wszechświata mówi jak jest naprawdę.

 

Jakiś czas temu usłyszałem też od kolegi, skąd ta recenzja. Otóż kolega pytał, jak tam recenzje, więc mówię, że Xa jest bardzo negatywna. Kolega zaczął się śmiać i powiedział: A jaka miała być, po twoich występach? Szczęka mi opadła. Jakie występy?! Ja z człowiekiem rozmawiałem raz, może dwa razy w życiu, zawsze w kontekście większych spotkań! Kolega mi przypomiał jednak konferencję, na której profesor przedstawiał badania, ja zadałem pytanie, pytanie trafiło. Może nie zatopiło, ale jednak trafiło. No pewnie było coś takiego, jednak wtedy nie miałem poczucia, że stało się coś ważnego. Na tyle nie stało się, że zapomniałem o sprawie, co więcej, to już było smzmat czasu temu. Ja nie pamiętałem, kolega pamiętał….Najwyraźniej poeta i profesor też.

 

Czy to sensowna interpretacja negatywnej recenzji? Nie wiem. Nie chcę myśleć, że to po prostu zwykła zemsta. Recenzent odpłacił mi za to, że moje pytanie pokazało słabość jego badań. Małostkowość takiego postępowania przecież nie przystoi, co ciężkiej cholery, profesorowi….Trudno mi jednaktaką interpretację odrzucić, szczególnie w kontekście tego, jak jest napisana recenzja.

Ustawka

Komentarz kramki przypomina mi, że proces się kończy. Chcąc, nie chcąc, zaczynam podsumowywać to, co się stało. Na nic już nie mam wpływu. Wszystko jest pozamiatne – rozmowa, na którą cały czas czekam, niczego nie zmieni. Dowolnie fantastyczne wypowiedzi nie zmienią zdania recenzenta negatywnego, musiałbym gadać naprawdę wielkie głupoty, żeby recenzenci pozytywni zmienili zdanie na mój temat. Innymi słowy, recenzje pozytywne są na tyle pozytywne, żeby wykluczały zmianę, podobnie jest z recenzją negatywną. Zostaje czekanie i, siłą rzeczy, podsumowania. Pewnie też lepiej podsumowywać zanim się skończy. Jeśli polegnę, moje podsumowanie będzie chyba jednak inne.

 

Dziwnie mi z podsumowaniami. Przecież dopiero co zacząłem myśleć o tym procesie. Tych podsumowań się zbiera trochę. Dzisiaj chciałbym o tym głównym. Po przejściu przez proces: co z habilitacją? Startowałem jako zwolennik, kończę jako….no właśnie, nie wiem, jak kończę.

 

Moje zdanie na temat możliwości przeprowadzania postępowań habilitacyjnych w uczelniach się nie zmieniło. No to co co z habilitacją? No i nie wiem, muszę o tym jeszcze porządnie pomyśleć. Moje 'stanie murem za habilitacją' zmieniło się bardzo. Przejście tego procesu zmieniło wiele w moim oglądzie rzeczywistości. I nie, nawet nie ta nieszczęsna recenzja negatywna, raczej te wszystkie podchody, zabiegi, zakulisowe działania….Nie chcę uogólniać, jednak przynajmniej moja habilitacja to przynajmniej w pewnej mierze stopień z sieci, w której się znajduję. To taka ustawka, w której walczą zwolennicy i przeciwnicy habilitanta….Przejaskrawione? Pewnie tak. Prawdziwe? Zdecydowanie tak!

Czarujący profesor

Spotkałem się na korytarzu z jednym z tutejszych profesorów, starszy Pan, szanowany. Jak zwykle czarujący, jak zwykle bardzo miły. Rozmowa oczywiście zeszła na habilitację – trochę jak wszystkie moje rozmowy. Z wielkim uśmiechem Profesor mi powiedział, że przecież wszystko idzie w dobrym kierunku. Nie chciałem popsuć tej miłej rozmowy stwierdzeniem, że nic idzie w dobrym kierunku….Potem pomyślałem, ze może on wie lepiej. I tego się będę trzymać.

 

 

Habilitant kontratakuje

Dzisiaj pracowałem nad odpowiedzią na recenzje. Dowiedziałem się, że będę musiał taką odpowiedź przedstawić. Mam strukturę odpowiedzi. Długo zastanawiałem się nad tonem. Myślę też, że jest stosowny. Określiłbym go jako uprzejmie pewny, może nawet uprzejmie atakujący. Nie chcę jednak udawać, Jeśli mam polec, to nie polegnę przez ton, a przynajmniej będę miał satysfakcję podniesionego czoła (wiem, wiem….).Skupiam się oczywiście głównie na negatywnej recenzji. Staram się wykazać, wydaje mi się, że sensownie, że recenzja pokazuje, może powiedziałbym, nieinteresującą wizję rzeczywistości. Moja wizja jest ciekawsza i produktywniejsza. Jest też otwartsza, z szerszymi horyzontami. Myślę, że tym określenion najbliżej temu, co mogę napisać.

 

Co ciekawe, wymyślenie tej odpowiedzi było łatwiejsze niż sądziłem. Przyszło 'naturalnie'. Bez wysiłku. Nie musiałem się zastanawiać nad tonem notatek, nad wyborem argumentu. Odpowiedź chciałbym zakończyć czymś lżejszym. Może nie anegdotą (chociaż chodzi mi jedna po głowie), ale chciałbym rozluźnić atmosferę.