To ten drugi!

Chciałbym wszystkich poinformować, że nie czuję się odpowiedzialny za to, że padła strona Centralnej Komisji. Informacje, że przeczesuje się postępowania w poszukiwaniu mojej tożsamości, sa (chyba 🙂 ) przesadzone.

Jak Chuck Norris

Jestem w dużym napięciu. Kompletnie nieprzespana noc. Mam poczucie idiotyzmu mojego 'uczenia się'. To błądzenie po omacku. Czytam rzeczy, o których wiem, niczego się nie dowiaduję, poza jakimiś szczegółami, które uważam za nieistotne (co nie znaczy, ze pytający nie uznają ich za kluczowe). Mam tego serdecznie dość. Nawet strony CK są wyłączone i nie mogę oddać się rozrywce czytania dokumentacji postępowań. To czekanie mnie wykańcza.

 

Myślę nieustannie o strategii. Również myślę, że ci, którzy mieli wyrobić sobie zdanie, wyrobili je sobie już. Szanse, że kogoś przekonam, są minimalne. Nikt nie rzuci się mi do kolan rwąc włosy z głowy i innych części ciała, błagając o wybaczenie za to, że zbłądził. Podwórkowy ma bez wątpienia rację. Powiedziałbym nawet, że wątpię, by pozytywni recezenci nagle się wycofali z powodu tego, że nie odpowiem na jakieś pytanie. Co zatem chcę osiągnąć strategią? Chyba tylko dobre wrażenie. Właściwie należy sobie tyko zadać pytanie, na czym ma polegać to dobre wrażenie. Pewności siebie? Obyciu? Wygadaniu? Swobodzie wypowiedzi? Czy może jednak szacunku dla srebrem przyprószonych skroni….

 

To, że nikogo nie przekonam, dotyczy również rady wydziału. Ci, co postanowili zagłosować na nie, zagłosują na nie, nawet gdy okaże się, że potrafię lewitować z obciążeniem, moje łzy leczą raka, a w moja obecność powoduje wzrost połowów śledzia w Bałtyku. W dużym stopniu myślę, że wszystko się sprowadzi do tych w radzie wydziału, którym obojętnie. Są poza dyscypliną, poza specjalnością. Latają im i powiewają kłótnie na temat mojego dorobku i jego pasowania i wpasowania. Mam nadzieję, że rozumieją, że wstrzymanie się od głosu jest głosem przeciw i właściwie na tyle im obojętnie, że zagłosują na tak. Żeby było miło.

Zaczęły się schody

Siedzę od jakiejś chwili i nie wiem za bardzo jak to napisać. To wszystko, co się działo, jednak się działo. Jest negatywna recenzja. Ba, bardzo negatywna, powiedziałbym nawet, że napisana z  zajadłością. Ta recenzja to taki frontalny odpór, chyba jednak zaskakujący. Recenzent pokazuje, że jemu wręcz osobiście zależy, żebym nie dostał stopnia. Więcej nie mogę napisać. Choć chciałbym, oj chciałbym.

 

W jakimś stopniu jest zabawnie. Recenzji nie da się sensownie połączyć. Po prostu nie da się. Recenzje pozytywne są na tyle pozytywne, a negatywna na tyle negatywna, że nie ma platformy porozumienia między recenzentami. Jak oni ustalą wspólne stanowisko, nie wiem. Między nimi nie ma wspólnego stanowiska. Skończy się pewnie na tym, kto jest ważniejszy.

 

Skomplikowało się. Kilkukrotnie pisałem o takich sytuacjach. Nigdy jednak nie pisałem o nich z punktu widzenia habilitanta. A to jest naprawdę dziwne uczucie. Bo tak, jakby nagle ktoś zza węgła wyskoczył i strzelił między oczy. Choć w pewnym stopniu jak już widziałem, że światła na ulicy coraz ciemniejsze, a okolica niepewna. Zacząłem się bać. Ale poza strachem jest niesmak. Ja akceptuję prawo recenzenta do jego opinii na temat mojego dorobku (nawet jeśli są niespójne do pewnego stopnia). No trudno, myśli źle. To, czego nie akceptuję, to właśnie zajadłości. Ona budzi we mnie niesmak. 

 

Jeszcze bym coś napisał, ale mi się kłębią myśli. Trzeba się brać do uczenia. I to jest naprawdę zabawne.

Durak leks?

Po komentarzu kolegi pawcia69sk zaświtało mi, że coś tu nie gra. W dyskusji na temat ochrony dyscypliny, pawcio słusznie zauważa, że ustawa (Art. 16.1) mówi, co następuje:

 

Do postępowania habilitacyjnego może zostać dopuszczona osoba, która posiada
stopień doktora oraz osiągnięcia naukowe lub artystyczne, uzyskane po otrzymaniu stopnia
doktora, stanowiące znaczny wkład autora w rozwój określonej dyscypliny naukowej lub
artystycznej oraz wykazuje się istotną aktywnością naukową lub artystyczną.

 

Na dodatek już w artykule 18a ustawa mówi to:

 

Postępowanie habilitacyjne wszczyna się na wniosek osoby ubiegającej się o
nadanie stopnia doktora habilitowanego, skierowany wraz z autoreferatem do Centralnej Komisji.

 

I teraz tak. Z jednej strony dostępność postępowania habilitacyjnego jest reglamentowana – tylko niektóre osoby mogą być do niego dopuszczone. Z drugiej strony, postępowanie wszczyna się na wniosek zainteresowanego. Jak dla mnie to sprzeczność, ale kudy mnie do tęgich głów prawnych….

 

W praktyce wygląda to następująco. Urzędnik w CK sprawdza istnienie dyplomu doktorskiego oraz autoreferatu i innych załączników. Jak jest dyplom oraz zgadza się ilość załączników, to dopuszcza. Sprawdza gruntowniej, może mniej gruntownie, jednak, choć nie znam się za bardzo na prawie, to wydaje mi się, że sam fakt dopuszczenia do postępowania jest poświadczeniem 'znacznego wkładu w rozwój dyscypliny'. Tak przynajmniej mówi ustawa – przecież do postępowania mogą być dopuszczeni ci i tylko ci, którzy mają znaczny wkład w rozwój dyscypliny. Jak dopuścilibyśmy kogokoliwek innego, to złamalibyśmy prawo, nie? A ja osobiście nie podejrzewam  CK o to, że prawo mogłaby złamać i dopuścić do postępowania jakiegoś abnegata który znacznego wkładu w rozwój dyscypliny nie m. Dura lex, sed lex. 

 

Co więcej, wydaje mi się również, że recenzenci nie powinni oceniać owego znacznego wkładu w rozwój dyscypliny, bo on już został ustalony. Wszak bez niego habilitant nie zostałby dopuszczony do postępowania. Nie do końca też wiem, na jakiej podstawie polegli habilitanci? Przecież oni musieli mieć znaczny wkład, bo inaczej nie zostaliby dopuszczeni do postępowania.I recenzenci przeczący w recenzjach, że habilitant nie miał znacznego wkładu, chyba informują publicznie o tym, że złamano prawo.

 

Z punktu widzenia dyscyplinarności habilitanta sprawa jest również zamknięta – habilitant jest w dyscyplinie, ba, ma w nia wkład. Tako rzecze urzędnik dopuszczający do postępowania. Ba, tako rzecze CK!

Ochroniarze

Postanowiłem parę słów napisać o 'dbaniu o dyscyplinę'. Otóż tak, ja rzeczywiście myślę, że są recenzenci, którzy dbają o dyscyplinę. Ich recenzje wynikają z przekonania, że są badania i badacze, które nie pasują, bo dyscypplina 'polega na czym innym'.

 

Problem w tym, że recenzenci nie są od dbania o dyscyplinę. Recenzenci mają ocenić dorobek, a nie myśleć o jakiejś hipostatycznej dyscyplinie, która wymaga dbania czy ochrony. Co więcej, uważam, że recenzent, nawet i z czystymi intencjalmi, dbający o dyscyplinę jest szkodnikiem nie rozumiejącym swego zadania. Recenzent to nie ochraniarz, a dobrymi intencjami to piekło jest wybrukowane.

 

Kiedy zaczynałem to wszystko, wydawało mi się, że rola recezenta jest oczywista i prosta. To ktoś, kto powinien mieć jakieś tam pojęcie o tym, co robi habilitant i ocenić to. Tylko tyle i aż tyle. Wydaje mi się niestety, że byłem w tym raczej  naiwny. Już tylko moje doświadczenia wskazują, że recenzenic biorą pod uwagę kontekst 'dyscyplinarny'. Chronią i bronią dyscyplinę. Na przykład przed badaczami, którzy nie pasują do ich wyobrażenia o niej.

 

Być może i jestem naiwny, jednak nadal myślę, że 'dyscyplina' sobie poradzi. I to bez takich 'przyjaciół' jak recenzenci habilitacyjni.

O czym (roz)mowa?

Zacząłem się przygotowywać do 'rozmowy'. Mówiąc inaczej, zacząłem się uczyć. I mam poczucie kompletnego bezsensu. No, kurde, no! Pomijam to, że ja już chyba nie za bardzo umiem się uczyć, jednak ta bezsensowność głównie wynika z absurdalności zestawienia: uczę się na egzamin na profesora. No przecież to jest absurd, nie? Ja naprawdę nie rozumiem, jak tych ileś pytań pozwoli ustalić, czy się nadaję czy nie.

 

W dużym stopniu nie ma znaczenia, jakie to będą pytania. Ja po prostu odrzucam pomysł, że odpowiedź na kilka pytań jest ważniejsza niż ileś lat pracy na dorobkiem. Jest dla mnie kompletnym absurdem, że decyzja o moim przyszlym życiu profesjonalnym zostanie podjęta na podstawie odpowiedzi na kilka pytań. Odpowiedzi w dużym stresie, odpowiedzi w dużym stopniu warunkowanych tym, czy pytający zechcą mi zadać pytanie, na które odpowiem czy nie. Jestem bowiem przekonany, że każdemu habilitantowi można zadać pytanie, na które wiadomo, że nie odpowie.

 

Kolokwium sprowadza się do dobrej woli zadających pytania. A każda procedura, która się sprowadza do dobrej woli, jest złą procedurą. Nawet jeśli znakomita większość ludzi przez nią przechodzi. Zupełnie nie rozumiem, co się osiąga taką rozmową.

Po prostu

Nie potrafię sie powstrzymać – zastanawiam się, kiedy w życiu profesora przychodzi moment, gdy uznaje, że po prostu już wie lepiej. Po prostu wie. I nikt i nic nie może zachwiać tym przekonaniem. Nawet gdy wypowiada się na temat rzeczy spoza swej specjalności, nie mówiąc o dyscyplinie.

Wpis jedynie słuszny

Ostatnie dyskusje coraz wyrażniej rysują wizję habilitacji, którą mam od jakiegoś czasu. Otóż coraz częściej myślę o habilitcji jako o formie quasi-polityki naukowej, w której (sposób zupełnie niekontrolowany) tworzy się kształt dyscyplin naukowych i nauki. Obraz habilitacji, który się wyłania na podstawie przeprowadzonych postepowań i dyskusji, jest następujący.

 

Po pierwsze recenzenci decydują nie tylko o tym, jaki dorobek należy mieć w celach habilitacyjnych, ale również jaką karierę. Zupełnie na początku mieliśmy do czynienia z habilitantem, który miał 'prawidłową' karierę, ostatnio kilkukrotnie kramka zgłaszała niekonwencjonalność swej kariery, rozmawialiśmy też tu o tym, kto jest 'czyj'. Po drugie, recenzenci wedle uznania (podejrzewam, że jednak bez gruntownej refleksji nad konsekwencjami) decydują o granicach dyscypliny, uznając, że są badania, które do dyscypliny pasują, a są takie, które nie pasują. Takie działania to oczywiście, mniej lub bardziej strategiczne, kształtowanie tego, jak w Polsce wygląda dyscyplina naukowa oraz tak kluczowe jej elementy, jakie badania można (warto, da się)  w jej ramach robić. Decyzje recenzentów nakręcają obraz dyscypliny przez nich akceptowany. Z tego wynika, po trzecie, przynajmniej w jakimś stopniu odrzucenie badań interdyscyplinarnych. Podnoszona przeze mnie czystośc dyscyplinarna habilitanta to obraz nauki, która mieści się w szufladkach. Te działania recenzentów wspierane są rzecz jasna przez działania prawodawców, którzy silnie sytuują habilitację w ramach dyscyplinarnych (mało jest wyjątków, gdzie postępowania przekraczają je).

 

Po czwarte i ostatnie, brak  jakiejkolwiek kontroli jakości, powoduje wielką niespójność 'jakościową' dorobków habilitacyjnych (kliniczny wręcz przypadek nauk o zdrowiu). Jest to obraz nauki, w której 'anything goes', a podstawy do planowania habilitacji praktycznie nie istnieją. Wszystko zależy do widzimisię recenzyjnego, choć trzeba przyznać, że nadal wygląda na to, że dobry dorobek (szczególnie jeśli wygodnie siedzący w 'mainstreamie' dyscyplinarnym) jest w dużym stopniu gwarancją powodzenia habilitacyjnego.

 

Obraz habilitacji to obraz nieskoordynowanego i myślę, że w dużym stopniu bezrefleksyjnego, wpływu na obraz dyscyplin i praktyki nich zawarte. Każda recenzja, czy recenzent chce czy nie, czy zdaję sobie sprawę czy nie, rzeźbi dycyplinę naukową. Niestety, mam wrażenie, że recenzenci w dużym stopniu rzeźbią dyscyplinę na wzór własnych, jedynie słusznych, poglądów. Nasza habilitacja, a przez to i nauka jest (raczej) konwerwatywna, zamknięta. Piszę te słowa zdając sobie sprawę, że występują różnice dyscyplinarne i że opieram się na swoich wrażeniach. Jednak kierunek 'diagnozy' wydaje się mi (jedynie) słuszny.