Strona 138

Kilka godzin po opublikowaniu poprzedniego wpisu dostałem maila w jego sprawie. Mój korespondent opisuje kolokwium habilitacyjne, w którym brał udział. Podczas kolokwium jeden z recenzentów wziął książkę habilitanta i zaczął go z niej przepytywać. Recenent prosił np. o komentarz do, powiedzmy, piątego zdania na stronie 138. Oczywiście recenzent książkę (która nie była zresztą rozprawą habilitacyjną)  miał przed sobą, a habiitant nie. To nie przeszkadzało się profesorowi oburzać na odpowiedzi habilitanta.

 

Mój korespondent pisze mi o tym, wskazując, jak nierealistyczny jest mój postulat nagrywania i udostępniania (komukolwiek) nagrania w tym wypadku z kolokwium habilitacyjnego. Co prawda, w 'kuluarach' zachowanie recenzenta zostało potępione (za jego plecami), jednak upublicznienie takiego zachowania odbija się również na samej radzie, a może i na dyscyplinie. Innymi słowy, nagrania z posiedzeń rad i komisji pokażą nam kuchnię habilitacyjną, której nie chcemy i nie powinniśmy zobaczyć.  Przecież same strony Centralnej Komisji nadszarpnęły znacznie wizerunek habilitacji jako uczciwej bariery przez miernotą. Czytania dyskusji państwa profesorów możemy po prostu nie zdzierżyć.

 

Gdy czytałem tego maila, utwierdzałem się w przekonaniu, że  nagrywanie tego typu posiedzeń jest niezbędne. Cena w postaci co kwiecistszych wypowiedzi czy też komentarzy dotyczących poszczególnych zdań w książce habilitanta wydaje się wartą zapłacenia.

O jawność, przejrzystość i zapis audio!

Kilka ostatnio linkowanych tutaj postępowań miało wspólną cechę. Decyzja o nadaniu stopniu została podjęta wbrew albo większości, albo nawet wszystkim recenzentom. Taka decyzja, choć często zaskakująca, wcale nie musi być niesłuszna czy niesprawiedliwa. Powinna być jednak przejrzysta. Po raz kolejny zwracam uwagę na potrzebę publikowania zarówno protokołów z dyskusji na zebraniach komisji habilitacyjnej, jak i odpowiednich fragmentów protokołów z dyskusji podczas rady wydziału, na której podejmuje się decyzję o nadaniu stopnia.

 

Ujawnienie protokołów ma według mnie same zalety. Habilitant nie będzie musiał opierać się na przeciekach, nie będzie musiał prosić o sprawozdanie – dostanie je z urzędu. Zarówno komisja habilitacyjna jak i rada wydziału będzie miała platformę, która pozwoli jej być 'poza podejrzeniami'. Można by nawet mieć nadzieję (choć nikłą), że jawność protokołów będzie miało rolę dyscyplinującą recenzentów, a i członków komisji i rad. Recenzenci będą wiedzieć, że dyskusje nad ich recenzjami zostaną opublikowane, a członkowie będą się ograniczać do wypowiedzi merytorycznych.

 

Co więcej, uważam, że wszystkie posiedzenia komisji habilitacyjnych powinny być nagrywane, a nagranie powinno być przechowywane choćby przez czas, kiedy habilitantowi przysługuje prawo do odwołania. Takie nagranie powinno się udostępniać wszystkim zainteresowanym stronom na życzenie.

 

Miara recenzenta

Uderzyła mnie ta recenzja w postępowaniu z filozofii. Recenzentka w konkluzjach pisze o tym, że się z habilitantem nie zgadza, czy też że habilitant jej nie przekonał. No i zacząłem się po raz kolejny zastanawiać nad rolą recenzenta habilitacyjnego. Czy rzeczywiście habilitant powinien przekonać recenzenta? Czy recenzent musi zgadzać się z habilitantem, by napisać pozytywną recenzję?

 

Przypomniałem sobie od razu jedną z recenzji w moim postępowaniu. Recenzent pisał o tym, że on by inaczej przeprowadził moje badania. Tak jak wtedy, tak i teraz uważam, że takie recenzje są nie na miejscu. Recenzent ma ocenić to, co ja zrobiłem i napisałem, ale punktem odniesienia nie jest to, co recenzent myśli, uważa, czy też co by zrobił. Trzeba też dużo samouwielbienia, żeby pisać recenzję habilitacyjną na podstawie tego, czy habilitant przekonał recenzenta czy nie.

 

Chciałbym zaznaczyć, że nie wiem, czy cytowana recenzentka miała rację czy nie. To nie ma znaczenia. Chodzi mi o podejście do poprzeczki, którą ma przeskoczyć habilitant. Według mnie tą poprzeczką nie jest przekonanie recenzenta czy też zgoda recenzenta z habilitantem. Moim zdaniem recenzent powinien być wręcz czujny na to, by nie oceniać habilitanta według swej miary.

 

Wynurzenia chorobliwego frustrata

Niedawne wejścia z bloga profesora pedagogiki przypomniały mi o tym, jak jego autor ganił mnie za 'robienie habilitacji'. Wskazywał przy tym, że chorobliwie zaglądam na strony CK, lecząc przy tym kompleksy frustrata. Przypomniawszy sobie te słowa zachęty prawdziwego pedagoga, zacząłem się zastanawiać, czy, prawie dwa lata po habilitacji, obserwując ludzi, którzy właśnie rozpoczynają drogę, którą ja mam już za sobą, habilitację się 'robi'. Czy może jest ona naturalnym zwieńczeniem drogi naukowej?

 

Niestety, nadal uważam, że habilitację się robi i nie jest ona zwieńczeniem niczego. To proces wymagający strategicznego myślenia w długofalowym przygotowaniu, a także opracowania taktyki na samo postępowanie. Nawet świetny dorobek nie gwarantuje bowiem procesu sprawnego i gładkiego. Dla przykładu, decyzje, gdzie, co i jak opublikować (np. książka czy artykuł) są decyzjami, które przyszli habilitanci podejmują zważając na preferencje recenzentów, a nie praktyki dyscypliny.

 

Ale habilitację się robi też dlatego, bo nie można liczyć na tych, którzy powinni 'stać na straży'. Samozadowolenie członków CK to jednak nie tylko chęć czyszczenia serwerów, żeby postępowania nie zalegały. To też brak jakiejkolwiek kontroli nad procesem i postępowaniami (terminy są przecież tylko aspiracyjnym drogowskazem) czy udział w setkach postępowań, a przez to kolosalny wpływ na dyscypliny.

 

Habilitację się robi. Bez wątpienia.

Ślepota

Pod jednym z niedawnych wpisów (Cuda) na temat omawianej habilitacji z Torunia, zamieścił komentarz p. Marek Wroński. Oto fragmenty:

 

Na Czlonka Komisji Habilitacyjnej Sekcja Humanistyczna CK powolala Dziekana Wydzialu, prof. Romana Bäckera, co stworzylo istotny konflikt interesow. (…) Sekcja Humanistyczna jeszcze w dwoch innych przypadkach powolala prof. Romana Bäckera do komisji habilitacyjnych na Wydziale, ktorym On kieruje. Moim zdaniem, narusza to standardy akademickie i dobre obyczaje w nauce – zreszta tak samo jak obecnosc przewodniczacych (wiceprzewodniczacych) Sekcji CK w Komisjach Habilitacyjnych.

 

Zgadzam się z autorem komentarza. Wielokrotnie postulując wykluczenie (się) członków Centralnej Komisji z postępowań habilitacyjnych, zapomniałem o oczywistych konfliktach interesów wynikających z piastowania stanowisk na wydziałach czy w instytutach, w których przeprowadzane jest postępowanie habilitacyjne.

 

Żadnym smaczkiem nie jest to, że konflikt interesów tworzy sama Centralna Komisja, która powinna stać na straży dobrych obyczajów w nauce. Niestety, CK wydaje się nie dostrzegać konfliktu interesów ani w przypadku własnych członków, ani szefostwa wydziałów. Strażnicy pełną gębą!

Pobożne życzenia

Pakt dla nauki zawiera kilka postulatów wobec procedury habilitacyjnej. Autorzy proponują:

 

1. Zwiększenie minimum kadrowego do 15 osób oraz nadanie uprawnień do habilitowania tylko jednostkom z kategorią A lub A+.

2. Rozdzielenie zatrudnienia (rotacji) od procedury habilitacyjnej.

3. Habilitację uzyskuje się po pozytywnej ocenie dorobku habilitanta.

4. Kryteria oceny dorobku ustala rada wydziału.

5. Procedura finansowana jest przez państwo.

6. Zwiększenie ilości recenzentów do 5; wybiera ich CK, która monioruje np. jakość postępowań. Członkowie CK nie mogą brać udziału w postępowaniach habilitacyjnych.

 

Czy zastanowiono się nad obciążeniem dla jednostek A i A+, które będą musiały przeprowadzać wszystkie habilitacje. Czy ci ludzie będą mogli zrobić cokolwiek innego? Można już pominąć to, że kilka (ciekawy jestem, w jakiej dyscyplinie kategorię A mają np. tylko 2 jednostki) rad wydziału będzie trzęsło  dyscypliną w całej Polsce. Mam wrażenie, że propozycje Paktu to stworzenie sytuacji nauk ekonomicznych dla większości dyscyplin. Nie rozumiem też, dlaczego minimum kadrowe należy podnieść do 15 'samodzielnych'. Czy oparte jest to na jakichkowliek racjonalnych przesłankach?

 

Czy habilitacja powinna być obowiązkowa? W normalnym świecie nie powinna, co do nauki polskiej mam wiele wątpliwości. Nawiasem mówiąc, autorzy chcą utrzymać minimum kadrowe oparte na habilitacji. Mamy więc habilitację, która jest nieobowiązkowa i profesurę, którą  można uzyskać bez niej (nie jest to jednak jasne). Będą więc profesorowie, którzy nie będą mogli promować doktoratów, bo tylko habilitacja daje prawo do bycia 'samodzielnym' pracownikiem naukowym (status utrzymany w Pakcie). Natychmiast zresztą ci profesorowie stracą prawo do habilitacji i doktoryzowania, bo nie będą mieli habilitacji. Pomimo tego, że są profesorami. Głowa mnie rozbolała….

 

Nie rozumiem, skąd pięciu recenzentów i dlaczego to CK ma ich wybierać. Czy podatnik ma finansować wszystkie postępowania habilitacyjne? Anegdotycznie, jednak słyszałem o kilku osobach, które próbują habilitacji 3, nawet 4 razy. Podatnik ma wykładać kasę za każdym razem?

 

Najbardziej jednak czekałem na to, że Pakt podpowie, jak podnieść poziom habilitacji. Niestety, poza stwierdzeniem, że należy podnieść poziom, autorzy Paktu nie proponują nic, poza tym, co jest teraz. Jestem bardzo sceptyczny co do Centralnej Komisji jako gwaranta jakości. Co więcej, podejrzewam, że odcięcie członków CK od możliwości dorabiania w postępowaniach (ze wszech miar słuszne), spowoduje, że nikt nie będzie chciał być członkiem CK.