To nasza sprawa

Wprost kontynuuje sprawę słowackich habilitacji. Tygodnik donosi, że MNiSW zareagowało na pubikację tygodnika chcąc wprowadzić nostryfikację słowackich habilitacji, co ministerstwo  zresztą zdementowało. Jednak tygodnik twierdzi również, że po publikacji jeden ze 'Słowaków' wycofał się ze stwierdzenia, że jego habilitacja jest z socjologii, a sprawa tejże habilitacji została skierowana do komisji etyki PKA. To z kolei ma być początkiem odwołania profesora z komisji.

 

Jeśli to drugie doniesienie odpowiada faktom, to to chyba najsmutniejszy wynik publikacji tygodnika. Okazuje się, że dopiero napiętnowanie w ogólnoppolskim tygodniku doprowadza 'środowisko' do podjęcia działania. Dopiero zarzuty o przekrętach, kupowaniu habilitacji i temu podobne zdołały zwrócić uwagę przewodniczącego PKA. Bez tego habilitowany na Słowacji pseudosocjolog nadal mógłby oceniać innych.

 

Podsumowując, nadal uważam, że to nie sprawa ministerstwa. Uważam, że to problem 'nas wszystkich'. I dopóki oszustwo nie będzie się spotykać z ostracyzmem wśród nas, ani ministerstwo, ani nikt inny nam nie pomoże

 

Cudzymi rękami

Tygodnik Wprost zdobył listę wstydu. To lista 200 nazwisk, jak podaje tygodnik, osób z fikcyjnymi tytułami ze Słowacji. W artykule wypowiada się oczywiście prof. Śliwerski, bo to w pedagogice jest najwięcej 'Słowaków'. Wprost podaje, że co czwarta habilitacja z pedagogiki jest wątpliwa, a to powoduje, że zagrożona jest wiarygodność dyscypliny. Kto jest temu wszystkiemu winny? Oczywiście ministerstwo, bo Komitet Nauk Pedagogicznych PAN alarmował, a ministerstwo nic.

 

Nie wiem, co miałoby i mogłoby zrobić w tej sprawie ministerstwo, jednak irytuje mnie, o czym już pisałem chyba,  zrzucanie odpowiedzialności na innych. Przecież 'Słowacy' doskonale funkcjonują w środowisku. Jak wskazuje Wprost, zasiadają w komitetach, komisjach i innych gremiach. I to ministerstwo ma ich stamtąd usunąć? To ministerstwo ma zwolnić tych ludzi z pracy? Oczywiście po wyszukaniu wszystkich (przez Centralne Biuro Habilitacyjne?). A wszystko po to, żeby członkowie Komitetu Pedagogicznego i inni ważni państwo nie musieli robić rzeczy z gruntu nieprzyjemnych. Kto by bowiem chciał tak w oczy człowiekowi powiedzieć, że ma dęty stopień i go w komisji nie chcemy. Niemiło, nieprzyjemnie, niech ministerstwo załatwi, a jeszcze będzie można Słowakowi powspółczuć, że ministerstwo okrutne.

 

Tytuł kompromitujący

W dyskusji pod poprzednim wpisem michaellll86 dokonał wymownego zestawienia kilkunastu dorobków profesorskich. Z jednej strony to profesorowie z poważnym dorobkiem, ale z drugiej strony są to profesorowie praktycznie bez dorobku. Michaelll86 pyta, czego wymagać od habilitantów, skoro tacy są profesorowie. Kilkukrotnie pojawiał się w moich wpisach i w dyskusjach problem profesorów z miernym i mizernym dorobkiem. Widziałem postępowania, w których recenzent-profesor miał dorobek słabszy (a czasem znacznie słabszy) od habilitanta.  Co więcej, ci profesorowie nie są z 'innej epoki'. Doktorzy habilitowani z żenująco słabym dorobkiem są mianowani również dzisiaj.

 

Piszę to z poczuciem bezradności. Kompromitujący dorobek nie jest powodem do nienadania  profesury, nie mówiąc o jej odebraniu. Nie jest nawet powodem do niepowoływania na recenzenta w postępowaniach awansowych. Mierni profesorowie są częścią 'środowiska', wpływając na kariery swoich podopiecznych i nie tylko. Jednak tacy profesorowie to nie tylko sprawa iluś tam postępowań. To również przekaz, jak się uprawia naukę i co najgorsze, to ucieleśnienie tego, do czego młody magister czy doktor ma dążyć.

 

Nie rozumiem, jak można nadać tytuł profesora osobie z dorobkiem, którym nie chciałby się szczycić co ambitniejszy adiunkt. Mam nadzieję, że nigdy nie zrozumiem.

 

Władza strachu

Na forum i tu dyskusję wywołał dokument przedstawiający zasady  przeprowadzania postępowań habilitacyjnych na polonistyce na UAM. Dokument ten wprowadza kolokwium 'przedhabilitacyjne', na którym prawdopodobnie (choć nie jest to powiedziane wprost) podejmowana będzie decyzja, czy pozwolić habilitantowi na złożenie wniosku habilitacyjnego. W dyskusjach dokument ten spotkał się z krytyką, jeden z forumowych prawników wypowiedział się o nim w słowach wręcz dostadnych.

 

Dodaję moje trzy grosze dla porządku kronikarskiego, ale również dlatego, bo mnie cholera bierze, gdy czytam o 'umowie społecznej' czy nowym 'obyczaju'. Umowa społeczna ma to do siebie, że prawo głosu mają wszystkie umawijące się strony. Tu oczywiście nic takiego nie występuje. Grupa profesorów, w nieustannej trosce i dbałości, narzuca habilitantom procedurę, która jest niezgodna z prawem. Prawem kaduka wydział wprowadza dodatkową poprzeczkę dla habilitantów, którą habilitanci, chcąc, nie chcąc, będą musieli zaakceptować, albo zrezygnować z habilitowania się na tym wydziale (do czego ich zachęcam).

 

Już nie raz pisałem tutaj o tęsknocie na kolokwium. Możliwość przeczołgania habilitanta, odzyskanie nad nim władzy strachu jest jak narkotyk, którego pozbawieni zostali profesorowie z UAM. Walczą z zespołem abstynencyjnym, jednak możliwośc uzyskania kolejnej działki jest zbyt silna.

 

Dla pełnej jasności dodam, że nie wierzę ani trochę w troskę i dbałość. Wprowadzenie nowego obyczuju (tak samo idiotyczne jak obwieszczenia o narodzinach nowej tradycji) to chęć przywrócenia tej bezpośredniej, na wyciągnięcie ręki, władzy profesora nad habilitantem. Strach w oczach habilitanta, drżący głos i ręce, kropelki potu – oto nasze habilitacyjne igrzyska, których biedni poloniści poznańscy zostali pozbawieni. Przywracają je, kompromitując się przy okazji.

Fajny chłop

Rozczuliła mnie wręcz recenzja w postępowaniu z pedagogiki. Postępowanie zakończyło się niepowodzeniem, wszyscy recenzenci byli zgodni, ze dorobek habilitanta nie upoważnia do nadania stopnia. W linkowanej recenzji recenzentka jednak pisze:

 

W tym miejscu należy podkreślić niezwykle wysoki poziom opracowanego Autoreferatu, szczególnie pod względem merytorycznym (cytuję, poprawiając usterki).

 

Autoreferat habilitanta różni się on dziesiątków innych autoreferatów jedynie kwiecistością graficzną. Cytowane zdanie wydaje się być próbą napisania chociaż czegoś pozytywnego. Inni recenzenci zresztą też się starają, wskazując na przykład, że habilitant jest pasjonatem czy świetnym wykładowcą.

 

Nie rozumiem takiego postępowania. Recenzentka traktuje habilitanta jak przedszkolaka, który nie zauważy tego, że powyższe zdanie, choć bez sensu, ma go pocieszyć. Recenzja habilitacyjna powinna być do bólu merytoryczna i skupiać sie jedynie na ocenie dorobku habilitanta. To, że habilitant to fajny chłop znacznie wykracza poza obszar tematyczny recenzji.

 

 

 

Kwestia smaku

Prof. Śliwerski opisuje najnowsze profesury z pedagogiki, dodając przy okazji, że od października obowiązują nowe kryteria przy nadaniach tytułu naukowego. Profesor pisze:

 

Niezgoda środowiska akademickiego na tak wysokie progi sprawiła, że minister nauki i szkolnictwa wyższego musiała przeprowadzić w Sejmie nowelizację ustawy, w wyniku której wymagania dla kandydatów na profesorów zostały zmniejszone. 

 

Z dużą łatwością przychodzi Panu Profesorowi mówić w imieniu 'środowiska naukowego'. Ja natomiast proszę o niewypowiadanie się w moim imieniu. Nie dość, że mnie nikt nie zapytał o zdanie, to na dodatek nie uważam, by obniżanie poprzeczki było czymś pożądanym. Co więcej, uważam, że czynienie habilitacji punktem odniesienia dla profesury jest równie niepożądane (inne rzeczy też mi się nie podobają). Polski profesor powinien po prostu mieć dorobek podobny do tego, jaki mają profesorowie w odpowiednich dyscyplinach na uniwersytetach np. Europy Zachodniej.

 

Dodałbym przy okazji, że być może dla pedagogów obniżanie poprzeczki było konieczne, nie mierzyłbym jednak wszystkich dziedzin i dyscylin pedagogiczną miarą. A radość z obniżenia poprzeczki wydaje mi się nie na miejscu.