Zaklęcia pedagogiczne

Profesor Śliwerski w najnowszym wpisie pisze:

 

Nadal jednak proces i przyzwolenie na zabieganie o awans naukowy jest jednokierunkowy: z innych nauk społecznych czy humanistycznych do pedagogiki. Jakoś nigdy na odwrót. Nie przypominam sobie, żeby doktor pedagogiki został doktorem habilitowanym psychologii, socjologii czy filozofii. Może czytelnicy podadzą taki przykład.

 

Potem następuje dłuższy wywód, którego nie doczytałem do końca, bo niebezpiecznie przesuwał się ku science-fiction. Ale jako czytelnik bloga Profesora, chcę powiedzieć, że przykładów, o które prosi, nie ma, a jeśli są, to ze święcą ich szukać. Dlaczego? Ano dlatego, że poziom habilitacji w pedagogice jest często (choć z pewnością nie zawsze) żenująco niski. I ci nowi adepci pedagogiki nie idą do niej, bo przyciąga ich światłość intelektualna profesorów pedagogiki, ale dlatgo, że w pedagogice łatwiej się habilitować.

 

Jakiś czas temu pisałem zresztą o uwalonej habilitacji psychologa, który usiłował się habilitować z pedagogiki. Sądząc po dorobku, psycholog nie miał szans na habilitację z psychologii, z kolei bez trudności lokowałby się w czołówce habilitacji z pedagogiki. Habilitację uwalono, bo było boleśnie oczywiste, że psycholog ma bardzo niewiele wspólnego z pedagogiką.

 

I zastanawiam się tylko, czy Pan Profesor tak na poważnie o tych autonomicznych dyscyplinach, czy może to zaklinanie rzeczywistości, by nie dopuścić myśli, że do pedagogiki idą najsłabsi.

Ciemny lud nauki

W dyskusji pod poprzednim wpisem, trzy.14 donosi o wynikach ankiety, którą autorka nazywa dekalogiem zmian nauce. Pierwszym punktem ankiety „Obiektywne kryteria oceny osiągnięć naukowych” o innych być może jeszcze napiszę. Jak można się było domyślać, przytłaczająca większość respondentów (86 proc.) jest za. Tak właściwie ja też byłbym za, gdyby to było możliwe.

 

Autorka pisze o tym kryterium:

 

Należy przyjąć ujednolicone, konkretne i przeliczalne kryteria pracy naukowej…

 

Niestety poza ogólnikowym stwierdzeniem, że

 

Osiągnięcia praktyczne (wdrażane do gospodarki i wykorzystywane społecznie) powinny być oceniane najwyżej. 

 

nie znajdujemy żadnych wskazówek, jak miałyby wyglądać te kryteria. I tak to pierwsze 'przykazanie' dekalogu zawiera zero. Nic. Nada. Zilch.

 

Jak więc miałyby wyglądać 'obiektywne i przeliczalne' kryteria, szczególnie związane z wdrożeniami? Liczba wyleczonych? Ludzie czytający stronę dr Gruby? Zwiększenie dochodowości firmy? A może satysfakcja klientów z nowego urządzenia? Wszystkie te kategorie, paradoksalnie, wcale nie są łatwe do ustalenia i policzenia. Są podatne na dziesiątki 'biasów' od tego, co mierzymy, przez to, jak mierzymy, aż do tego, jak interpretujemy wyniki. Statystyka, jak wiadomo, jest jak kostium bikini….Obiektywne kryteria? Nie wygłupiajmy się, co?

 

To może weźmiemy zwykłe wskaźniki akademickie – cytowania, IFy itd? I już będzie obiektywnie? Wolne żarty! To gdzie jest ta obiektywność? Zastanawiam się zresztą, jak po przyjęciu takich obiektywnych kryteriów poradziłaby sobie autorka ankiety i choć nie znam się na tym w ogóle, podejrzewam, że wypadłaby nie najlepiej.

 

Już mi się nie chce nawet pisać to tym, że nie ma jednolitych praktyk dyscyplinarnych, o czym pisałem sam i dyskutowano niejednokrotnie. Starczy wziąć medycnę, gdzie IF wiodących czasopism w poszczególnych subdyscyplinach rożni się nawet o kilkadziesiąt punktów. Nie che mi się też pisać o tym, że nigdzie w cywilizowanej nauce nie ma żadnych 'obiektywnych kryteriów'. Po porstu poważni ludzie piszą poważne oceny.

 

Gdy tylko słyszę o obietnice 'obiektywnych kryteriów' oceny, mam wrażenie, że mówi do mnie polityk, który obiecuje mi cuda na kiju, a ja mam uwierzyć w te 100 milionów czy 500+ dla każdego dziecka. Szybko się okazuje, że 100 mln nie ma, a 500 nie jest dla wcale dla każdego. Ale hasła są chwytliwe, a ciemny lud kupi. Moim zdaniem, zamiast mamić mirażem 'obiektywnych i przeliczalnych' kryteriów, należy się zacząć zastanawiać, jak spowodować, by opłacało się napisać uczciwą recenzję.