Megalomania akademicka (28.02)

Profesor Śliwerski piszeo nowym czasopiśmie pedagogicznym. Mam nadzieję, że Polish Educational Studies dostanie punktów ze dwie kopy, a może nawet jeszcze więcej. Może nawet tysiąc pincet, sto dziewincet!

Ja to najpierw to chciałem się powyzłośliwiać na temat języka. Ale jak już się napatrzyłem na to  „Emeritus Honored Editor”, to sobie pomyślałem, że w radzie są piękne polskie unwersytety. Oto dwa, które zwróciły moją szczególną uwagę:

University of Lower Silesia

Maria Grzegorzewska University

Nie jestem pewny w stu procentach, ale ten pierwszy to chyba wrocławska DSW, a ten drugi uniwersytet to szkoła z Warszawy. Są oczywiście inne. Na przykład, oto uniwersytet (zapewne) z tradycjami:

The University of Dabrowa Gornicza,

nie mówiąc o tak wybitnych instytucjach jak:

University of Social Sciences and Humanities

Kozminski University

Ten drugi brzmi właściwie tak samo jak Harvard University, albo Johns Hopkins University, którego w Polsce zazwyczaj przerabiają na zwykłego Johna.

I piszę te słowa, żałując, że nie ma w języku angielskim słowa, które byłoby jeszcze lepsze niż 'university’. Bo wszystkie polskie uczelnie tak właśnie by się po angielsku nazywały. Pozostaje mi więc tylko napisać do London School of Economics, że oni takie głupki są, bo mogliby się nazywać, na przykład, The Econonic University of London, a nie chcą. Mógłbym też napisać do SWPS, żeby się nazywali, no, na przykład, Warsaw School of Social Psychology, ale oni to na pewno nie załapią, o co chodzi. Niechże się więc rektor SWPS na księcia, ba, na cesarza, przemianuje. Będzie jeszcze dostojniej.

 

Czerwona kreska (26.02)

Jako że pisałem o nieudanych habilitacjach wcześniej, z kronikarskiego obowiązku postanowiłem odnotować koniec batalii dr. Marka Migalskiego o uzyskanie habilitancji. UKSW (znany w pewnych kręgach jako Uksford) nadał politykowi stopień, kończąc tym samym 10-letnią drogę przez recenzje.

Tak jak poprzednio, nie mam zdania na temat habilitacji dr. Migalskiego. Mam jednak komentarze. Po pierwsze, cytowany w linkowanym artykule Antoni Dudek napisał:

W dniu dzisiejszym Rada Wydziału Nauk Historycznych i Społecznych UKSW po długiej dyskusji zatwierdziła w tajnym głosowaniu habilitacje dra Marka Migalskiego. Za głosowało 36 członków Rady, przeciw 1, zaś 3 wstrzymało się od głosu. W ten sposób po 10 latach habilitacyjna odyseja dra Migalskiego, która niestety wystawia fatalne świadectwo polskiemu środowisku akademickiemu znalazła swój finał.

I rzeczywiście, warto przypomnieć, że w poprzednich postępowaniach, dorobek dr. Migalskiego uzyskiwał pozytywne recenzje. To rady naukowe odrzucały jego wniosek. Gdyby trzymać się osądu recenzentów, habilitant powinien był uzyskać habilitację już dawno temu.

Jednak sprawy nie są aż tak oczywiste. Twitter podrzucił mi ciekawy tweet w którym autor pisze:

Taka była „hipoteza” habilitacji dr. Migalskiego. I tak, startował w „naukach o polityce”, a nie w poezji, publicystyce, zawodach metaforycznych czy opowiadaniu bajek

https://twitter.com/BrzezinskiMich/status/1097938882925088769

.com/Brzezins

Hipoteza była o tym, że rząd PiS z determinacją podjął się „dzieła budowania narodu”. Przyznam, że nie znam się za bardzo, jednak mam duże wątpliwości co do falsyfikowalności takiej hipotezy. Na cytowanym już zresztą tutaj blogu, prof. Jaskułowski zrecenzował dzieło Migalskiego w poście pod znamiennym tytułem:  Jak nie pisać o narodzie.

I teraz uwagi natury ogólnej. Nigdy nie lubiłem Migalskiego-polityka. Nie lubię jego poglądów, nie lubię jego polityki. Jednak mój komentarz dotyczy wszystkich naukowców-polityków, również tych, których (jeśli tacy są) lubię. Wolałbym, żeby naukowiec, który stał się politykiem, został w polityce. I żeby polityk, obojętnie, czy po sukcesach czy po okresie politycznej nędzy i rozpaczy, nie wracał do nauki. Chciałbym, żeby kierunek na linii nauka-polityka odbywał się tylko w jedną stronę i żeby nie było powrotu. Moim zdaniem, jest to szczególnie ważne w naukach społecznych i humanistycznych. Naukowiec polityk niesie ze sobą bagaż polityczny, którego, jak to kiedyś mówił Andrzej Drawicz, nie sposób zostawić w szatni. Nie chciałbym też, żeby mnie uczył profersor-polityk. Bałbym się, czy nie zostanę uwalony, gdy wygłosze poglądy niezgodne z linią partyjną egzaminatora.

Oczywiście, bez żadnych wątpliwości, jest dla polityków miejsce na uczelniach. Ba, były MSZ pracuje obecnie na Harvardzie! Niech jednak (były-)polityk nie udaje, że jest badaczem, naukowcem, niech nie prowadzi doktorantów. Rozdzielmy politykę od nauki. Niech to będzie nasza gruba czerwona kreska.

Rektor to ma klawe życie (15.02)

W komentarzach pojawiła się linka do artykułu prof. prof. Dominika Antonowicza i Tomasza Pietrzykowskiego na temat nowej ustawy, zwanej, nie wiadomo dlaczego i po co, Konstytucją dla nauki. Artykuł jak artykuł, postanowiłem jednak zareagować, bo mnie zwyczajnie wkurzyły peany autorów na temat 'urealnionej autonomii’ uczelni. Panowie Profesorowie piszą o tym, że teraz będzie ważniejszy rektor, a uczelnie będą mogły sobie statuty same pisać. Autonomia całą gębą!

I zastanawiam się, czy autorzy tak na poważnie, czy może jednak nie rozumieją. Nie rozumieją, że dopóty dopóki MNiSW ustala zasady finansowania dydaktyki, badań, a na dodatek wyznacza ramy parametryzacyjne uczelni, o żadnej autonomii nie może być mowy. Na tym blogu dyskutowano już nie raz zasady parametryzowania dyscyplin, podważanie interdyscyplinarności, zmiany w uprawnieniach do nadawania stopni i wiele innych. One wszystkie w rzeczywistości ograniczają tę wychwalaną autonomię.  Inymi słowy, gdzie tu autonomia, jeśli moi pracownicy nie mogą publikować książek, choć na całym świecie w historii to one się liczą, bo minister sobie tego zażyczył?!

Chciałbym, żebysmy mieli jasność. To minister ustala, co powinniśmy publikować!! I to jest autonomia uczelni? Panowie Profesorowie się ogarną, co?

Nonsensem jest twierdzenie, że badacze teraz będą mogli siebie nawzajem dobierać, a tematy badawcze będą sobie dzielnie sami tworzyć, bo w rzeczywiwstości to MNiSW wyznacza ramy takich działań. A osławiona lista wydawnictw podważa jakiekolwiek działania projakościowe! Zaiste nie rozumiem pomysłu, że to napisanie własnego statutu tworzy tę prawdziwą autonomię. A jak już rektor zostanie królem (na UW i UJ cesarzem), to już będzie naprawdę świetnie.

Nawiasem mówiąc, uważam, że pomysł, iż jednoosobowa władza na uczelni jest lepsza od wspólnego namysłu, jest zwyczajnie głupi. Pomijam już takie rzeczy jak na przykład wybieralność rektora, która moim zdaniem znacznie komplikuje rolę rektora-cysorza.

Nie jestem prawnikiem, ale wydawałoby mi się, że to nie ustawa tworzy autonomię uczelni. I jeśi już, to autonomię stworzyłby BRAK ustawy. I bardzo bym prosił nie pisać już o 'konstytucji dla nauki’, jako o najlepszej rzeczy, która się przytrafiła polskiej nauce od czasu zejścia ludzkości z drzewa.