Dyscyplinarna kasa

Prof. Galasiński zaczął się regularnie udzielać na łamach Forum Akademickiego. W ostatnim komentarzu pisze o polskiej obsesji dyscyplinarnej.

To, co mi się najbardziej podoba w tym tekście to to, że to nie jest tekst z ogólnikami. Galasiński wali prosto z mostu mówiąc, że jego profesura została wstrzymana, bo się rada naukowa zastanawiała, do jakiej to dyscypliny należy go zaliczyć (aż szkoda, że nie podał wprost, co to za rada była). Przyznam szczerze, że nonszalancja opóźniających awans radnych odbiera dech – nikt się chyba nie zastanawia np. nad finansowymi wymiarami takich opóźnień. Pomijam tu koszta osobiste – człowieka szlag może trafić.

Potem mamy drugą habilitację – to jest dopiero idiotyzm. Ministerialna decyzja wymusza na badaczu zrobienia dodatkowej habilitacji, bo pracownik przestaje się liczyć. Pisał zresztą o tym nie raz prof. Śliwerski, tyle że on dowodził, do jakiej dziedziny 'tak naprawdę' należy pedagogika.

Przez lata prowadzenia tego bloga widziałem wiele recenzji odrzucających postępowanie habilitacyjne, bo recenzenci uznawali, że to nie ta dyscyplina. Na Twitterze, prof. Jaskułowski pisze, że jego habilitacja nie była wystarczająco socjologiczna, a może historyczna. No i jak to tak…

Ale Galasiński kończy szczególnie celnie. Tu nie chodzi o żadne dyscypliny. Tu chodzi o to, żeby mieć władzę i móc oceniać. Jak zrezygnujemy z dyscyplin, to minister będzie miał mniej możliwości ręcznego sterowania nauką (minister Gowin podobno już się nie cieszy z dyscyplin), a wielcy dyscyplinarni stracą kasę.  Bo jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o kasę! Jak to tak pozwolić logopedom się udyscyplinić, skoro to oznacza ileś tam postępowań mniej dla nas, dla pedagogów. Już jakiś czas temu ktoś tu podawał rekordy udziału w postępowaniach. To były setki postępowań. My mówimy o naprawdę dużych pieniądzach!

Odnotowuję tekst Galasińskiego, bo przejdzie praktycznie niezauważony. Nikt się nawet nie zacznie zastanawiać nad jego propozycjami. No bo jak to tak, na dyscypliny nie zwracać uwagi? Że dyscypliny nieważne, skoro przecież ważne…..

Kasa, misiu, kasa.

Koniec splendoru

Prof. Marcin Matczak postanowił odmówić odebrania nominacji profesorskiej od prezydenta Dudy. Polski Twitter i nie tylko wybuchł zachwytami i ja właściwie do tych zachwytów dołączam się. Trochę mam nadzieję, że to będzie pierwszy taki gest, a nie jedyny.

Ale w tych zachwytach jest dużo goryczy. Zawsze byłem zdania, że nominacja profesorska wręczana przez prezydenta kraju dodaje znaczenia tytułowi. Fajnie, że to nie tylko koledzy profesorowie, ale również państwo polskie mówi delikwentowi, że osiągnął szczyt kariery akademickiej. Ten symboliczny przecież w zamiarze gest miał dodawać splendoru. Miało być pięknie, trochę to potrwało, ale  skończyło się jak zwykle.

Mam niestety wrażenie, że kończy się epoka. Prezydenckie tytuły profesorskie zostały zepsute, zostały upolitycznione, nie wiem, czy nie bezpowrotnie. Myślę, że już tylko zwolennicy zasiadającego prezydenta (tego i następnych) będą chcieli od niego odebrać nominację, a przy najmniej odebrać ją bez poczucia niesmaku. Coraz trudniej przecież odbierać te nominacje wiedząc, że są profesorowie, którzy z powodów politycznych profesur nie dostali.

Bilewicza widuję na Twitterze (często jego tweety mnie irytują), Żelaznego nie widuję, jednak coraz trudniej udawać, że nic się nie dzieje i przyjmować profesury jakby nigdy nic. To nie jest 'no trudno'. Ci dwaj uczeni zostali wpuszczeni do klubu, nie ma żadnych merytorycznych przesłanek, by dalej wstrzymywać ich profesury. Nawiasem mówiąc, niestety wątpię, by obaj dostali profesury za tej kadencji.

Nie wiem, czy uda się w przyszłości odzyskać splendor profesury belwederskiej. Mam wątpliwości. Myślę, że czas na to, by proces nadawania profesury miał jedynie drogę akademicką.

Szkoda, że się tak stało.

 

Punkty tak, wypaczenia nie

Gazeta.pl pisze, że na na uczelniach wrze. Wszystko z powodu, powiedzmy sobie szczerze, problematycznych ministerialnych interwencji w punktację czasopism. Właściwie to powiedziano na temat tego wszystko, co było do powiedzenia. Ba, nawet Komisja Ewaluacji Naukowej wyrwała sobie kilka włosów i wydała oświadczenie.  Nie mam nic do dodania do wszystkich głosów, szczególnie na polskim Twitterze akademickim, gdzie albo wyśmiewają, albo wyklinają.

Chciałbym jednak przypomnieć niedawny artykuł prof. Galasińskiego właśnie o punktach. Galasiński, który zaczął się pojawiać w Forum Akademickim, wali w punkty jak w bęben, pisząc na przykład, że wg punktacji on najpierw zgłupiał, a potem, ostatnio, zmądrzał bardzo, gdy wydał ostatnie dwie książki za 300 punktów.

To, co mnie zaciekawiło jednak, to kilka wypowiedzi polemicznych z tym artykułem, które pojawiły się na Facebooku. Szczególnie jeden profesor (nie pamiętam, kto, nie chce mi się szukać) bardzo się nie zgadza z Galasińskim, bo się nie da. A jak się nie da, to się nie da.

I tu właściwie zaczyna się mój post. Skoro się nie da oceniać inaczej niż punktami, no to mamy, cośmy chcieli, prawda? Skoro nie da się oceniać inaczej niż punktami, a punkty ustala minister, to o co teraz drzemy nasze akademickie gęby? Zaczęliśmy je drzeć, gdy minister Gowin wprowadził nam na listy wydawnictwa, of których wysypki dostaliśmy. Ale darliśmy się równie głośno, że bez punktów się nie da. Punkty tak, wypaczenia nie – oh, ten chichot historii.

I to właśnie była ta cytowana odpowiedź Galasińskiemu. Nie da się!! Po prostu się nie da. Punkty albo śmierć.

Nie za bardzo wiem, przyznam szczerze, na czym polega różnica między wydawnictwami Gowina a czasopismami Czarnka. Skoro po tych pierwszych nadal uważaliśmy, że od punktów nie ma nic, ale to nic nic, lepszego, to dlaczego nagle uważamy, że te ileś tam czasopism, których punktację skorygował obecny minister, przekreślają ideę punktów? To min. Gowin pokazał nam Białym Krukiem i innymi diamentami wydawniczymi, że nie o żadną ewaluację tu przecież chodzi. Min Czarnek nie zrobił nic innego.

I nie, nie bronię tu tego, co się stało. Wręcz przeciwnie, uważam te zmiany za skandaliczne. Mówię jedynie 'środowisku', żeby się wzięło i stuknęło młotkiem. Bo dopóty dopóki będziemy pieprzyć o tym, że w polskiej nauce nie ma miejsca i możliwości na rzetelną ocenę ekspercką, to będziemy musieli znosić kolejne zmiany punktacji. A wszystko przecież w ramach systemu, który większość z nas uważa, że jest najlepszy z możliwych.

 

PS. Ja również wielokrotnie pisałem, że rzetelna ocena ekspercka jest niemożliwa w nauce polskiej. Mam za swoje, poczuwając się do odpowiedzialności za to, co się stało.

Przyznam jednak, że tak się walę młotkiem i walę i nadal uważam, że w polskiej nauce nie ma miejsca i możliwości rzetelnej oceny eksperckiej. I mamy dokładnie to, na co zasługujemy.

PS2. Szkoda, że Pani Wiceminister nie zaczęła się robić taka wrażliwa, gdy Białego Kruka z Paradyża wprowadzaliśmy na poziom Palgrave.

 

 

 

Równiejsza wolność na KUL

Katolicki Uniwersytet Lubelski postanowił pochylić się nad decyzją o zdyscyplinowaniu prof. Alfreda Wierzbickiego. Czymżeż to zawinił ksiądz profesor, że uczelnia uważa, iż wypowiedzi Wierzbickiego potraktował jako działania:

szkodzące misji Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II. Kolegium Rektorskie odcina się od tych słów i apeluje, aby nie traktować ich jako stanowiska uniwersytetu?

No, prof. Wierzbicki wstawił się za osobą, według niego, niesłusznie aresztowaną. Celowo nie piszę o tej osobie, zapewne budzącej skrajne emocje i kontrowersje, bo nie o konkretną osobę chodzi. Sam profesor mówi, że chodzi o akt państwa wobec słabszego obywatela.

Ktoś mógłby pomyśleć, że postępowanie prof. Wierzbickiego jest w rzeczywistości wręcz skrajnie chrześcijańskie. Przypomnijmy choćby te ikoniczne słowa ewangelii:

Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili.

Wierzbicki mówi, że się nie zgadza na to i staje w obronie. On poważnie traktuje to, w co wierzy. Tak by się przynajmniej mogło wydawać.

Niestety, katolicki KUL uważa inaczej. Katolicki KUL uważa, że księdza należy zdyscyplinować. Bo, wiecie, rozumiecie, jednak ważne jest to, co to za osoba. Ba, a czy to w ogóle jest osoba? Są bracia (dzisiaj dodamy, że też siostry) najmniejsi równi i równiejsi. I KUL to wie, KUL też wie, kto rozdaje plakietki z odpowiednią oceną człowieka, a nawet jego człowieczeństwa. No i  dyscyplinuje.

Pamiętam, jak moi rodzice, podobnie jak tysiące innych ludzi,  w czasach 'słusznie minionych' oddawali część ciężko zarobionych pieniędzy na Katolicki Uniwersytet Lubelski. Bo on leżał w centrum wolnego świata i oni chcieli tę wolność wesprzeć. Dobrze, że wielu z nich nie może zobaczyć, jaki to uniwersytet i jaką wolność wspierali.

Smutno.

 

 

 

 

Czołgam, więc jestem

Jakiś czas temu poinformowano o tym, że sąd ukarał Uniwersytet Szczeciński za opóźnienia w postępowaniu habilitacyjnym (tu linka). Moim zdaniem bardzo dobrze się stało.

Po pierwsze, postępowanie pokazało absurdalny stan rzeczy dotyczący opłat za habilitację. On jest absurdalny z dwóch powodów. Po pierwsze, absurdalne jest to, by uczelnia płaciła z własnej kieszeni za prowadzenie postępowania habilitacyjnego osoby niezwiązanej z nią. Nie ma żadnego powodu, by, powiedzmy, Uniwersytet Szczeciński wybulił 20+ tysięcy złotych za to, że ktoś 'z ulicy' ma ochotę zrobić habilitację.

Jednak podobnie absurdalne jest to, by osoba, która chce się rozwijać naukowo, płaciła za tęże habilitację. Jeśli polityka naukowa państwa polega na tym, że państwo oczekuje od delikwenta habilitacji, to niechże państwo za tę habilitację zapłaci. Nawiasem mówiąc, skoro państwo uznało, że uczelnie mają płacić za studia doktoranckie, nie ma, moim zdaniem, powodu, by nie rozciągnąć tego na habilitacje.

To, że w większości przypadków za habilitację płacą uczelnie, nie ma żadnego znaczenia. Skoro muszę mieć habilitację, by np. promować doktoraty, to bariera finansowa w postaci opłaty za stopień jest według mnie niesprawiedliwa.

I mamy pat, w którym obie strony mają rację. Jednak im szybciej sprawa zostanie rozwiązana systemowo, tym lepiej.

Druga, równie ważna sprawa, na którą zwrócił uwagę sąd, to zwlekanie z prowadzeniem postępowania. I omawiana sprawa to tylko jeden z wielu, wielu przypadków, w których określone przepisami terminy traktuje się jako coś w rodzaju luźnej aspiracji. W omawianej sprawie, zwlekanie wynika prawdopodobnie z braku opłaty, jednak uczelnie zwlekają, bo mogą.

Omawiałem na tym blogu wielokrotnie postępowania trwające rok, a nawet i dłużej. Znam dwa przypadki recenzji, które zajęły recenzentowi ponad 2 lata. 2 lata!!! To skandal nad skandale i tak naprawdę recenzowany doktorant czy profesorant (bo chodziło o recenzję doktorską i profesorską) powinien pozwać recenzenta w związku z utraconymi dochodami.

A przy okazji nie chodzi przecież tylko o utracone dochody. Chodzi o to jakże naszopolskie przyzwolenie na przeczołganie osoby w postępowaniu awansowym.

Niestety, wątpię, by uczelnie potraktowały poważnie wyrok, który zapadł. x-anci nadal nie będą pozywać uczelni choćby ze względu na strach przed konsekwencjami. Tym bardziej cieszę się z wyroku w omawianej sprawie. Oby takich spraw więcej.

Protestuję

Mój post, pierwszy w nowym roku, jest protestem! Otóż protestuję, że do mnie nikt nie zadzwonił. Od kilku dni nie rozstaję się z telefonem. Przestałem używać noża, żeby tylko nie uronić niczego ważnego, a tu nic.

A chciałbym powiedzieć, że należy mi się status przynajmniej pólcelebrytka akademickiego! I jako taki półcelebrytek, uważam, że powinienem dostać telefon w sprawie szczepień. Lubię p. Jandę, ale czy ona ma bloga? Czy piętnuje i naprawia naukę? Nie. A ja mam i uważam, że szczepionka poza kolejnością należy mi się, jak kobiecie w ciąży spożywczy. Jak honorowemu dawcy czekolada!

Jak tak nie dzwonili., postanowiłem zrobić gambit Millera. Niby przez przypadek, jak b. premier Miller, postanowiłem zadzwonić do lekarza po leki. Pomyślałem, że w sekund trzy usłyszę, panie profesorze, przygotowaliśmy dla łaskawego pana szczepionkę z rzutu VIP/C, zapraszamy, jeśli tylko panu obowiązki blogerskie pozwolą. Ja już miałem przygotowane przemówienie dziękujące, które w świetle kamer chciałem wygłosić. W sensie że służba nie drużba, dziś do lasu muszę iść, rozszumiały się szczepionki na szczycie.

Najpierw chrząkam porozumiewawczo, konował nic,  kaszlę przeciągle, konował ani du-du. No to pytam uprzejmie, czy nie ma mi nic więcej do zakomunikowania, a on nadal nic. A ja wreszcie, że szczepionka się należy. Kolejki są dla zwykłych ludzi, bylejakich, nie takich jak ja. Z habilitacjo i wogle. I wiecie, że to chamidło nie uległo!

No to może, chwytam się w rozpaczy ostatniej deski celebryckiego ratunku, że chociaż królikiem doświadczalnym zostanę. Krysia J. też się tu poświęciła dla ojczyzny i współobywateli. Wystawiła nadobne ramię, by zaliczyć cios igłą dla naszego wspólnego dobra. I powiem nawet, że jak to przeczytałem, to się dumny z Krysi poczułem. Ba, ja się nawet trochę zaszczepiony poczułem – tyle to dobrego zrobiło. Jedną malutką szczepionką nie dość, że nic nie ubyło, ale ja odporności nabyłem. tak oceniam, ze na jakieś 100 jednostek wirusowych starczy. Niewiele, ale zawsze….

No więc pomyślałem, że i ja ten szczepionkowy krzyż poniosę. Aż mnie trochę zgięło na samą myśl. Może by Krystyna J, jak, nie przymierzając, św. Weronika, i ryją by obetarła jakąś szmatą, gdy ten krzyż będę targał. Znów dla Narodu coś zrobi. Jak pomyślałem, to aż chciałem poskandować sobie: Janda, Janda, Janda.  A po zagranicznego by było Dżanda, Dżanda, Dżanda….

Niestety, gdy roztaczałem tę wizję narodu, za którego wycierpię nakłucie, jakoś rozmowa się zaczynała rwać. Że niby ego i mam się młotkiem walnąć. Cham jeden.

No więc postanowiłem zaprotestować! Czym byłaby ojczyzna bez blogu habilitant2012’a? No czym?

No właśnie.

Może nawet na ulicę wyjdę. Ale to już rano. Dla impaktu.

Nowe średniowiecze

To mój ostatni wpis w tym roku. Nie będę podsumowywał tego roku, on się wymyka wszelkim podsumowaniom i podoba mi się okładka Time’a. To był najgorszy rok. Ever.

Time magazine declares 2020 worst year - Time magazine declares 2020 worst  year ever - 112.international

Warto jednak przypomnieć, że w tymże roku nastał nam minister, który stał się przedmiotem apelu o ostracyzm. To inicjatywa bez precedensu i choć nie przyniesie spektakularnego skutku, to małe lokalne skuteczki – być może.

Pojawił się też nowy list otwarty przeciwko szczepionce, ja z kolei usłyszałem od kliku lekarzy, że nie będą się szczepić. Dlaczego? Bo się boją się zaczipowania, zmiany w DNA, a poza tych internetach to widzieli osobę, która 'padła' po szczepionce.

Argumenty, że ich smartfon jest znacznie lepszy od zaczipowania, że chyba nie do końca rozumieją, jak działa szczepionka i czy naprawdę jedna osoba na juciub wobec już kilkuset tysięcy zaszczepionych, jest tym kluczowym argumentem przeciw, spływają jak po teflonie. I nie mówię tu o lekarzach młodych, mówię o lekarzach ze specjalizacją, pracujących na blokach operacyjnych i OIOMach.

Na swym blogu prof. Pluskiewicz pyta, dlaczego ludzie są przeciwni szczepionkom i słyszy od, podobno, profesora medycyny, że on się nie zaszczepi, bo stworzenie szczepionki trwa 5 lat i ani dnia krócej. I wszyscy teraz czekamy na to, który polityk zaszczepi się przed kamerami, bo przecież oni to naprawdę wiedzą, co się dzieje i czy są te czipy czy nie.

Tak się zacząłem zastanawiać, czy jeśli lekarz nie wierzy w medycynę/naukę, to powinien być lekarzem. Mam też nieodparte wrażenie, że idziemy pełnym krokiem do nowego średniowiecza, z magią maseczek noszonych pod brodą i lekarzami, którzy będą nas czarowali, a nie leczyli. Byle w zgodzie z klauzulą czarodziejskiego sumienia, rzecz jasna.

Życzę więc wszystkim czytającym i komentującym (a jest Państwa bardzo dużo!) nie tego, żeby rok 2021 przyniósł radość, pomyślność i pokój na Ziemi. Tego ostatniego i tak nie będzie, a radość i pomyślność na pstrym koniu Enceenie jeżdżą.

Życzę  Państwu nowego roku, w którym się zaszczepimy i będziemy mogli odetchnąć. Obyśmy dalej mogli spotykać się na tym blogu, kłócić i zgadzać, nadal w tonie ogólnoprzyjaznym….

Do zaszczepionego nowego roku!

 

 

 

Zwycięstwo kakałka

Za chwilę koniec roku, postanowiłem więc zamknąć rok 2020.

W mojej skrzynce czekają na reakcję m.in. listy o

  1. „podejrzanej”  habilitacji z matematyki na AGH
  2. o sprzedawaniu dętych certyfikatów uczelniom, które je na dodatek kupują
  3. o „przekrętach” finansowych na UAM (to kolejny już mail)
  4. o nierzetelności naukowej profesora medycyny
  5. o nieistniejących publikacjach habilitanta.

Wszystkie otrzymałem w ciągu ostatnich 2-3 tygodni i mnie zdołowały Mam bowiem wrażenie, że przez  9 lat istnienia tego bloga nie zmieniło się nic. Po 9 latach wyśmiewania recenzji koleżeńskich,  piętnowania plagiatów, wytykania nierzetelności, nasi  koledzy oraz nasze koleżanki nadal czynią z nauki polskiej obraz nędzy i żenującej rozpaczy.  Ręce i nogi opadają…..Napiszę o części z tych rzeczy w przyszłym roku…..

Zakończę jednak akcentem szaleńczo optymistycznym. Otóż cytowany tu nie raz prof. Galasiński postanowił się podzielić swoimi wynurzeniami na temat punktów za publikacji oraz oceny parametrycznej. Na koniec pisze:

„Tak, wybierzmy mniejsze zło. A przy okazji wybierzmy nasz wszechświat równoległy, w którym kolega nie może skrytykować kolegi, krytyka to personalny atak, a recenzja to ciepłe kapcie, w których grzejemy się przy ogniu koleżeńskiej uprzejmości. Nie wiem, czy dożyję, ale połudzę się jeszcze, że również polska nauka uzna, że ostra, a nawet agresywna, rzetelna i uczciwa recenzja wynika z zatroskania o to, co robimy. To właśnie taka ocena jest w interesie nas wszystkich. Znieśmy punkty, zacznijmy się uczciwie oceniać.”

Życzę prof. Galasińskiemu jeszcze wiele lat życia w zdrowiu i radości. Jednak przy całej sympatii, jeśli chce się połudzić, to będzie właśnie żyć w ułudzie. Prędzej piekło zamarznie niż my ocenimy naszych nieocenionych panów Zenona i Zygmunta oraz wybitne panie Krystynę i Małgorzatę inaczej niż na oceny najlepsze. Bliższa koszula ciału, a Zenek z Kryśką wydziałowi.

Postanowiłem też pomóc w dawaniu odporu.

Nie będzie tu jakiś prof. besserwisserstwa niestosow(a)nego, Galasiński pluł nam w twarz ni badaczy, szczególnie samodzielnych,  nam tumanił jakąś rzetelnością czy czymś tam. Ocena jest po to, żebyśmy byli najlepsi, rzetelnie jest wtedy, gdy wygrywamy!  Dajmy więc odpór wymądrzającemu się panu G. wskazując nasz wybitny (czasem i 20-punktowy!) dorobek, za pomocą  którego niesiemy kaganek nauki i oświaty w Polskę, gdzie dzięcielina biała, gryka innego koloru, a pan Natenczas Wojski nadal gra na rogu. Niesiemy go właśnie po to, żeby nigdzie stało się gdzieś, Panie Profesorze Mądraliński. Zatkało kakało?

Epistolografia otwarta

Ludzie listy piszą, tylko nie wiadomo po co. Ostatnio pojawiły się dwa listy otwarte.

Pierwszy, zdecydowanie bardziej irytujący, to list w sprawie szczepionki na Covid19 (nie daję linka, żeby nie popularyzować szkodnictwa). Oczywiście, jak kto chce, nie sobie pisze listy otwarte, zamknięte i uchylone. Jednak drażni mnie bardzo, gdy inicjatorem listu w sprawach czysto medycznych, jest politolog, który nawet nie udaje, że się nie zna.

I teraz tak. Załóżmy przez chwilę, że apelujący koryfeusze mają rację, i szczepionka rzeczywiście zmieni nasze DNA, zaczną nam łuski rosnąć i życie na Ziemi zmieni się nie poznania. Jeśli jednak mają takie podejrzenia, to zakładam, że oni, jako to naukowcy, napisaliby natychmiast do czasopism takich jak Lancet czy NEJM, które publikowały już na ten temat. Jestem przekonany, że taki list zostałby natychmiast opublikowany, a świat przejrzał by na oczy, a my byśmy znów byli centrum (wszech)świata i wszyscy chcieliby polskie habilitacje.

Ba, oni od razu wysłaliby list do rektora Oxfordu, wskazując, że jego współpraca z AstraZeneca jest skandalem nad skandale. Tak by zrobili naukowcy. Aż trudno sobie wyobrazić przecież, że ci naukowcy,  nie chcą ocalić ludzkości całej przed katastrofą.

Ci jednak koryfeusze nauki postanowili napisać do prezydenta. A ja się zacząłem zastanawiać, po co. Prezydent ma napisać do Pfizera? Przecież on nie ma zdania na ten temat. Od tego są badacze, najlepiej ci od wakcynologii, prób klinicznych i epidemiologii. Politologię można w tym wypadku o kant pewnej części ciała roztrzaskać. Przy okazji, to samo można zrobić z medycyną, która zamiast badania prowadzić, listy otwarte pisze.

Nawiasem mówiąc, już kilkoro sygnatariuszy się wycofało z podpisu, bo okazało się, że myśleli, iż podpisują co innego.

Drugi list otwarty zacytowano już w komentarzach. Tym razem jest to list otwarty profesorów i tylko profesów. Jak wiadomo, profesorowie to ludzie ważni i mówią ważne rzeczy. I nie należy rozwadniać, rozmiękczać, tudzież robić innych rzeczy doprowadzających do kontaktu słów profesorskich z werbalnym badziewiem nieprofesorów.

Nie będę się tu pastwił nad samym listem. Moim zdaniem jest, nie wiem, jak to ładnie powiedzieć, głupi. Jak można napisać:

Działania te mają doprowadzić do zmiany wizerunku osoby godnej najwyższego szacunku w kogoś współwinnego odrażających przestępstw.

No przecież najpierw należałoby poczekać z ustaleniem, czy jest czy nie jest współwinny, nie? Ale ja się nie chcę wypowiadać (a przynajmniej nie na tym blogu) na temat JPII, tego, co robił czy nie robił. Bez względu na to jednak, jakie są moje poglądy, takiego listu nie podpisałbym i uważam go, co więcej, za szkodliwy.

Wielokrotnie pisałem tutaj, że uważam zaangażowanie środowiska w politykę, nazwijmy to, pozaakademicką, za błąd. Uważam, że profesor jako profesor nie powinien się wypowiadać na tematy polityczne (wiem, wiem, to czasem jest bardzo rozmyte), wspierać stanowisk politycznych czy partii. Dlatego krytykuję kilku rozpolitykowanych profesorów (sam zresztą politykowania nie uniknąłem w przypadku strajku kobiet – no i git).

Profesorski list w obronie byłego papieża jest listem, który pokazuje, że wbrew deklaracjom, prawda jest obojętna. Papież wielkim papieżem/Polakiem/intelektualistą był. A jak nie był? No jak nie był, skoro był, mówią nam profesorowie świeccy i inni.  Wiecznie żywy Gombrowicz by się uśmiał setnie.

Ten list otwarty pokazuje środowisko akademickie jako silnie zideologizowane. „Swoich”, lubianych przez nas, bronić będziemy nawet listem otwartym. Tych mniej lubianych zawsze możemy uwalić na doktoracie czy habilitacji. Wszak idzie o to, żeby wyszło na nasze.

Na zakończenie dwie mądrości.

  1. Trzymajmy się z dala od polityki. Szczególnie teraz, w czasach, kiedy polityka bierze kilof i idzie walić nas i nasze miejsce pracy. Na oślep.
  2. Nie uważam, by sygnatariuszy tych listów należałoby karać czy napominać. Nie, moim zdaniem, należy ich wyśmiać. 

Koniec i bomba, kto pisze listy otwarte, ten trąba.

 

 

Za daleko od mediany i smaku

Uniwersytet Warszawski nie ma ostatnio dobrej prasy. Niestety, najnowszy cios swojej uczelni zadał jej nowy rektor. Oto doniesiono, że rada uczelni pozwoliła rektorowi kontynuować pracę w radach nadzorczych, konsultacjach i ogólnie być 'blisko biznesu', jak się powiedział rektor Nowak. Jak dla mnie to to trochę za blisko.

Po pierwsze uważam, że miesięczne wynagrodzenie rektora w wysokości 36 tysięcy nie jest wygórowane. Powiedziałbym nawet, że gdyby było i ze dwa razy wyższe, uważałbym je za stosowne. Rektor UW zarządza prestiżową  instytucją o wielomilionowym budżecie, której losy powinny interesować przeciętnie wykształconego podatnika. Jednak uważam również, że z tego powodu Pan Rektor powinien całą swą uwagę poświęcić właśnie zarządzaniu tąże uczelnią. Wyobrażałem sobie również, ze rektor UW po prostu nie ma czasu na inne zajęcia spędzając w pracy przynajmniej kilkanaście godzin dziennie.

No ale, ktoś powie, rektor ukończył kurs zarządzania czasem, ma doskonałych zastępców i innych funkcjonariuszy, którym może przekazywać wiele swych obowiązków, skupiając się na strategii. Argument nie jest głupi, jednak jestem na niego gotowy.

Powiem wprost. Otóż uważam, że to  żenujące, gdy rektor najlepszej polskiej uczelni, dorabia na boku. Co prawda, nie na zmywaku, stacji benzynowej czy podając piwo, jednak, tak po prostu, ma boki. Rektor który prosi o to, by mógł sporządzać opinie i recenzje,  wskazuje moim zdaniem, że jego priorytety są zaskakująco nie tam, gdzie powinny być. Obawy te zresztą zgłosiła również rada uczelni, dając małego prztyczka w rektorski nos.

Chciałbym przy tym zaznaczyć, że ani nie sugeruję, ani nie  implikuję, że rektor Nowak robi coś niezgodnego z prawem (jego duchem czy  literą). Wbrew przeciwnie, wszystko jest cacy. Ja jedynie twierdzę, że to kurde nie wypada.

Rozumiem oczywiście, że nieobca nam wszystkim  jest chęć zarabiania więcej, wszak wszyscy mamy zobowiązania finansowe, z których chcemy się swobodnie wywiązywać. Jednak podjęcie stanowiska rektora niesie i musi nieść pewne konsekwencje. I jedną z tych konsekwencji musi być, moim zdaniem, koniec dorabiania. W zamian dostajemy wielką władzę i możliwość przejścia do historii. Nie życzę rektorowi Nowakowi źle, jednak obecnie ma szansę przejść do historii uczelni jako rektor, co dorabiał. Nie wiem, czy jest czego gratulować.

Ale….nie samą władzą człowiek żyje. Mam więc pewną sugestię. Otóż rozumiejąc dylemat finansowo-rektorski, apeluję do UW, by podniosła rektorską pensję tak, by on nie chciał/nie musiał już dorabiać. Przestańmy myśleć o tym, że jesteśmy na uczelni wypełniać misję. Każdy z nas, gdy przestaną nam płacić, przestanie przychodzić do pracy. Rolą pracodawcy jest to, by zmotywować pracownika, w tym rektora, do wytężonej pracy. Proponowałbym nawet, by skalibrować tę pensję na poziomie szefa firmy o podobnym budżecie. Tak, byłyby to duże pieniądze.

Warto jednak pamiętać, że rektor uczelni brytyjskiej zarabia średnio ze 30 tysięcy funtów miesięcznie. To też oznacza, że zarabia ok 13-krotnie więcej niż brytyjska mediana.  Najlepiej zarabiająca rektor w UK (Imperial College) bierze otrzymuje 45 tysięcy funtów miesięcznie (220 tysięcy PLN), co daje nam ok 18 razy więcej niż mediana. Nasz biedny rektor Nowak zarabia ledwie 9 razy więcej niż mediana ( a ma 4 razy więcej studentów niż Imperial, wiem, wiem…).

Z tego zresztą wynika, moim zdaniem, ciekawy problem profesjonalizacji stanowiska rektora. Czy rzeczywiście rektorzy powinni być kadencyjni i wybierani? Czy nie lepiej byłoby zatrzymać doskonałego rektora, płacąc mu sowicie, jeśli uczelnia pod jego zarządem rozwija się? Ale to inna historia.