O wkładzie właściwym

Ciekawy wątek porusza spryciurka w swoim komentarzu. Do tej pory, gdy mówiłem o kryteriach oceny habilitanta, mówiłem o dorobku jako monolicie. Spryciurka jednak zauważa, że dorobek można nie traktować jako monolit i jedna część dorobku może rekompensować braki w innej. Zacząłem o tym myśleć i zastanawiam się, na czym polegają takie rekompensaty i gdzie jest ich granica. Warto zaznaczyć, że komentarz dotyczy rekompensaty publikacjami (małymi wkładami), które wspierają, wg dzisiejszej terminologii, osiągnięcie.

 

Jednak problem rekompensat jest nieco szerszy. Weźmy sobie omawianą niedawno habilitację z socjologii, gdzie recenzent wyraźnie docenia działalność popularyzatorską i dydaktyczną habilitanta, jednak nadal pisze bez zawahań bardzo negatywną recenzję. Zostawiająć konkretny przypadek, powstaje pytanie: czy wydanie przez habilitanta nawet i świetnych podręczników rekompensuje brak publikacji badawczych? Otóż wg mnie nie. Nie jestem bowiem pewien, czy wkład w rozwój dyscypliny, to również wkład w jej popularyzację. Gdzie jest granica takich rekompensat? Czy świetne wykłady z dyscypliny kwalifikują się jako rekompensata? Wszak jeśli podręczniki tak, to wykłady nie? Warto jednak pamiętać, że ustawa wspomina inne typy dorobku, które należy uwzględniać przy ocenie habilitanta. Co więcej, nie wartościuje ich!

 

Ale autorka omawianego komentarza stawia problem węższy – co w wypadku habiitanta, który osiągnięcie ma słabawe, ale w reszcie dorobku znajdują się rzeczy wartościowe. To, co mówi spryciurka, ma sens i nie chcę z tym polemizować. Jednak pokazuje ten komentarz bezsens ustawy, która kładzie nacisk na 'osiągnięcie’, priorytetyzując je ponad resztę dorobku (a zatem 'osiągnięcie’ nad 'osiągnięcia’), choć, jak wspomniałem, resztę dorobku wskazuje jako ważną. Czy bowiem rzeczywiście tak kluczowe jest, że (wedle mnie fikcyjny, jak nie raz pisałem) wkład w rozwój dyscypliny dokonuje się w wybranych 5 artykułach, a nie w 9 nie związanych tematycznie?

 

Czy rzeczywiście wkład w rozwój dyscypliny musi nastąpić w ramach osiągnięcia habilitacyjnego? Zaczynamy przecież czynić rozróżnienia między wkładem właściwym i zwykłym wkładem? Czy w ogóle interesuje nas wkład 'nieosiągnięciowy’? No, odpowiedź na takie pytania musi być jedna: przecież to nie ma cienia sensu! Wkład to wkład, po jaką cholerę go rozdzielać na wkład monotematyczny i inny? No właśnie, po jaką cholerę??

Cuda na kiju

I jeszcze dodam coś, o czym niedawno ktoś pisał na forum, a ja się z tym zgadzam całkowicie. Otóż, tak, istnieje możliwość, że w słabych lokalnych pismach naukowych ludzie publikują ważnie badania, kluczowe doniesienia i inne cuda na kiju nauki. Jeśli jednak tak jest, to jedynie oznacza, że autor nie rozumie, na czym polega uprawianie nauki, nie rozumie też tego, jak ważną rzecz odkrył. Najwyraźniej odkrywca nasz nie ma ograniczone pojęcie o tym, co się dzieje w jego dyscyplinie.

 

Jest jeszcze jeden powód, dla którego warto oceniać, gdzie opublikowano artykuły. Otóż profesorem, mentorem, powinien zostać ktoś, kto będzie pchał swych uczniów w górę, który pokaże im naukę ambitną, naukę, która nie zamyka się w lokalnym grajdołku z brylantami, o których wie jedynie rodzina autora oraz jego koledzy z korytarza. Jeśli mamy traktować poważnie rolę promotorską, to ja chcę, żeby mój promotor wprowadził mnie do nauki światowej, a nie do nauki w powiecie.

 

I z tychże powodów właśnie, owe samorodki naukowe jaśniejące na powiatowym firmamencie nie powinny mieć większego znaczenia w przewodach awansowych. Pokazują bowiem uczonego, który ani nie rozumie swoich własnych badań, ani nie rozumie tego, co się dzieje w jego dyscyplinie, ani, na koniec, nie będzie w stanie wychować uczniów. I na pytanie, czy chcemy mieć takich profesorów, dużo łatwiej już odpowiedzieć.

Stosujmy kryteria

Na forum króciutka wymiana na temat oceny w postępowaniach habilitacyjnych. O ile rozumiem, z jednej strony jest pogląd, że kryteria należy zaostrzać czy przynajmniej stosować bezwzględnie. Z drugiej strony jest pogląd, że należy brać pod uwagę warunki pracy, głupiego szefa itd.

 

Skłaniam się ku pierwszemu poglądowi. A to dlatego, że ten drugi pogląd można by rozciągnąć na wiele innych uwarunkowań. Niepełnosprawnośc, wypadki losowe, choroba, zarówo swoje jak i bliskich. Jeśli głupi szef jest okolicznością łagodzącą oceny i kryteria, to tym bardziej chore dziecko powinno być taką okolicznością.

 

Jakkolkwiek to okrutne – recenzent powinien oceniać wkład w rozwój dyscypliny, a nie warunki, w jakich ten wkład został dokonany. Tak, jednemu było łatwiej, drugiemu trudniej. Ale tak było już w szkole podstawowej. Jeden mieszkał w Krakowie, miał tatę profesora, poteżną biblioteczkę w domu i wycieczki do muzeów z opowieściami, dlaczego ten Podkowiński wpadł w szał. Drugi mieszkał na wsi bez muzeum, miał tatę alkoholika, który nie był nigdy w muzeum i jedyny szał, jaki był mu znany to ten, gdy zupa była za słona. Ten drugi ma  pod górkę, niestety, jednak nie dajemy mu matury za te górkę.

Badacze do kryteriów!

I jeszcze PS. do ostatniego wpisu. To, co zainteresowałoby mnie najbardziej, to obraz kryteriów habilitacyjnych. Nie mam żadnych wątpliwości, że kryteria publikacyjne psychologa i historyka (by wziać wymienione wcześniej dyscypliny) są diametralnie różne  (nie mówiąc już o fizykach). Chciałbym zobaczyć, do jakiego stopnia i w jaki sposób różnią się habilitacje i kryteria wynikające z recenzji w dyscyplinach, dziedzinach, między dyscyplinami i dziedzinami.

 

Stawiam na to, że różnice, które zobaczylibyśmy spowodowałyby opad szczęki połączony z osłupieniem. Okazałoby się, że praktyka habilitacyjna nie ma nic wspólnego ani z ustawą, ani z wytycznymi CK, ani z niczym innym. Zobaczylibyśmy praktyki niespójności zarówno na wszelkich poziomach, dyscyplinarnychm, interdyscyplinarnym i międzydziedzinowym!

 

A może lepiej tego nie widzieć….?

Habilitacja i habilitacja

W ostatnich komentarzach znów pojawia się kwestia bibliometrii. Właściwie to zgadzam się z tymi komentarzami. Sprawy są nieoczywiste, na dodatek można pisać 'pod bibliometrię’ – teksty przeglądowe będą częściej cytowane niż wybitne nawet, ale niszowe badania. Nie da się też porównywać bibliometrycznie dyscyplin. Tyle że nadal nie wyjaśniamy sobie drastycznych różnic między habilitantami w danej dyscyplinie. Stopień doktora habilitowanego obejmuje przekrój dorobków, którego nie da się połączyć jedną kategorią.

 

Komentujący historyk z kolei zwraca uwagę na regionalność historii, wszak badacz Śląska będzie publikował na Śląsku….W ten sposób jednak nigdy nie powinniśmy byli czytać Le Goffa, Duby’ego, Guriewicza, czy Huizingi, by wymienić parę oczywistych nazwisk historyków, którzy, pomimo tego, że nie pisali o Polsce, są w Polsce znani i czytani. Inny oczywisty przykład to  antropologia, nie przymierzając, Bronisław Malinowski, który niby pisał o strasznie odległych Triobriandach, tyle że pisał tak, iż okazało się, że jest to ważne uniwersalnie.  Nie wierzę, że o Śląsku  tak się zupełnie nie da. Rozumiem jednak, że nie każdy może być Le Goffem, rozumiem też, że większość historii pisana jest w języku narodowym. Może jednak nie warto nieustannie szermować tym argumentem – są tacy, którym udaje się wyjść poza województwo. 

 

To, co jednak mnie najbardziej ciekawi, to kwestia kryteriów oceny habilitanta. Fizyk piszący w powiecie najprawdopodobniej wywoła salwę śmiechu, psycholog piszący na świecie wywoła pewnie zachwyt recenzentów, ale zastanawiam się, co będzie z historykiem. Czy przeskok z powiatu do międzynarodowości nie wywoła również salwy śmiechu.I zaczynamy dochodzić do tego, że nie tylko nie da się porównać dyscyplin w sensie praktyk badawczych, bibliometrii, profilu publikacyjnego (jak napisał komentujący, historycy wolą pisać książki). Mówimy tu również o zupełnie innych kryteriach oceny habilitanta. O zupełnie innych poprzeczkach stwianych habilitantom. Czy zatem mówimy o  innych stopniach? Mam wrażenie,  że i tu dochodzimy do tego, że tych różnic nie da się podciągnąć pod jedną kategorię.

 

I być może można to podsumować, jak pfg parę dni temu na forum: jaki poziom dyscypliny, taki 'znaczący wkład’. Tyle że nie wiem, co zrobić z tymi, którzy chcą inaczej.

Kryteria po staremu

Zaglądnąłem wczoraj  do zakładki 'Komentarze’ na stronach CK, nigdy tam nie byłem. Przeczytałem o kryteriach oceny kadry naukowej. Kryteria, o dziwo, są fragmentami zadziwiająco bliskie temu, co myślę. Komentarz niestety nie ma daty (dziwny zwyczaj CK), najprawdopodobniej jednak dotyczy starej procedury – mówi nadal o rozprawie habilitacyjnej.

 

Otóż CK zaczyna od stwierdzenia, że w przewodach habilitacyjnych recenzenci mają oceniać poziom osiągnięć, a zatem to, co dzisiaj znamy pod hasłem 'znacznego wkładu’. I wskazuje, że w ocenie powinni recenzenci kierować się takimi faktami, jak: 

publikowanie prac kandydata przez znane wydawnictwa i czasopisma o zasięgu międzynarodowym, krajowe i zagraniczne, oraz inne obiektywne dane świadczące o jego pozycji naukowej lub artystycznej w kraju i zagranicą [sic!] (nagrody i wyróżnienia naukowe lub artystyczne, udział w międzynarodowych stowarzyszeniach, komisjach itd.)

 

Podkreślam: znane wydawnictwa, czasopisma o zasięgu międzynarodowym! Co mnie zaciekawiło najbardziej, to to, że zacytowany komentarz dość wyraźnie odnosi się do tego wszystkiego, co dzisiejsza procedura wykłada explicite.  Czytając ten komentarz, pomyślałem sobie: no chyba w snach! Pozostanie tajemnicą polskiej nauki jak, przy takich kryteriach, uzyskały stopień doktora habilitowanego zastępy całe polskich uczonych bez śladu dorobku międzynarodowego!

 

Czy dzisiejsza habilitacja podnosi poprzeczkę? Oczywiście nie! Potencjalnie (podkreślam: potencjalnie!) jedynie usprawnia proces. Czy dzisiejsi habilitanci będą się znacznie różnić od tych starych? Bardzo wątpię. Nadal pamiętam owego recenzenta-historyka, który zachwycił się habilitantem publikującym nawet w czasopismach krajowych. Że pojedynczy przypadek? Na tyle niepojedynczy, że habilitant już nie jest habilitantem, ale doktorem habilitowanym. Najwyraźniej recenzja nie wzbudziła zdziwienia, oburzenia czy oporu. Możliwe jednak, że recenzent ów uznał, że jego właśnie dotyczy zastrzeżenie, że kryterium owo ma być brane pod uwagę w 'możliwe szerokim zakresie’. Najwyraźniej zakres nie dociera do historii.

 

I jeszcze drobna uwaga. Zastanawiam się, kiedy CK usunie przestarzały podział na dziedziny i dyscypliny. Jak w swej niezgłębionej przenikliwości postanowi ustanowić następny? Świat nauki międzynarodowej przecież nie może stać w miejscu. CK musi mu czasami powiedzieć, dokąd iść….

Fiu fiu fiu!

CK właśnie opublikowała nowy komunikat w sprawie kryteriów oceny habilitantów. Załączniki, które publikuje Komisja, zawierają szczegółową listę kryteriów wyszczególnionych w rozporządzeniu ministra. Habilitant musi owe dokumenty wypełnić, zaznaczając swe osiągnięcia w każdym z punktów. W wypadku, gdy habilitant osiągnięcia nie ma w jakimś z elementów listy, ma wpisać: BRAK. CK wydaje komunikat w celu, rzecz jasna, 'ujednolicenia przedmiotowych przekazów’ (podobnie jak było w wypadku wzoru autoreferatu, o którym pisałem 11 kwietnia).

 

Odczuwam pewną satysfakcję, czytając ten komunikat; mam ochotę powiedzieć: a nie mówiłem! Bowiem przez moment nie wierzę, że idzie o jakieś 'ujednolicenie’, dokładnie jak nie chodziło o 'ujednolicenie autoreferatów’. O co więc idzie? Otóż jestem  przekonany, że idzie o dwie rzeczy.Po pierwsze, sądzę, że idzie o recenzje i o to, co oceniają recenzenci. Mam mało wątpliwości, że receznenci ignorują kryteria oceny dorobku habilitanta (czasami większość, czasami mniejszą część, przy różnicach dyscyplinarnych oraz kuriozum recenzji historyka, którą omawiałem 29 maja). Lista CK przypomina recenzentom, co mają oceniać. Po drugie, idzie o autoreferaty. Habilitanci powszechnie (znów w różnym stopniu, z różnicami dyscyplinarnymi oraz owocami Szczecina) nie odnoszą się do kryteriów, według których mają być oceniani. Jednak, i to jest ważne, to recenzent ma zwracać uwagę na brak informacji i stosownie nań reagować. Dlatego też myślę, że owo 'ujednolicenie’ jest skierowane głównie do recenzentów.

 

Podejrzewam, że złożone już wnioski nie będą już wycofywane (nie wiem, czy powinny, czy nie). Jestem jednak bardzo ciekawy, jak recenzenci zareagują na podawane im informacje i na ile będą się odnosić do kryteriów oceny eksplicytnie wyłuszczonych w dokumentach.

 

Robi się coraz ciekawiej!

Autorytety naukowe

Po raz kolejny znalazłem się na stronach CK i po raz kolejny znalazłem coś, co mnie zainteresowało. Z dużą radością skonstatowałem, że, jak mi się wydaje, CK wcześniej ode mnie zauważyła problem i dokonuje egzegezy przepisu o aktywności naukowej. Co ciekawe, owa egzegeza implicytnie daje kontrę rozporządzeniu.

 

Okazuje się bowiem, że aktywność naukową należy rozumieć po prostu przez….dorobek. CK pisze:

Należy przez to rozumieć, że są to prace oryginalne, odpowiadające kierunkowi zainteresowań naukowych lub artystycznych kandydata. Nie określa się wymaganej liczby prac, aczkolwiek rozmiary dorobku, obok jego poziomu merytorycznego, powinny wskazywać, iż niezależnie od rozprawy habilitacyjnej jest to „znaczny dorobek” świadczący, że kandydat uzyskał już w swym środowisku autorytet specjalisty w zakresie reprezentowanej dyscypliny naukowej lub artystycznej.

 

i już?? a gdzie kierowanie projektami? Gdzie konferencje? CK wydaje się je całkowicie ignorować. Praktyki recenzenckie, jakże prorocze okazują się te słowa, będą absolutnym kluczem, pod warunkiem, oczywiście, że recenzent zaglądnie do rozporządzenia, chyba że zaglądnie na strony CK. Dokumenty te bowiem inaczej interpretują, czym jest aktywność naukowa.

 

Ale CK wprowadza nową kategorię, mieszając w sprawach jeszcze bardziej. Otóż wg CK habilitant powinien był zdobyć autorytet specjalisty. I tu, przyznam szczerze, mam problem. Ja nie mam pojęcia, czy ja już mam ów autorytet specjalisty. Jak to mierzyć, jak to badać? Co więcej, wydawałoby mi się, ze już po doktoracie człowiek jest specjalistą. Wszak musi zdawać egzaminy, napisać pracę, zrobić badania, doktor już dość dużo wie. Ale rozumiem, że doktor habilitowany ma być bardziej specjalistą? To wynika pewnie z takiego przekonania, że stopnie, a potem tytuł, kumulują się i profesor zywczajny to dopiero jest ultrasuperhiperspecjalista. Specjalistyczność bije od niego na mile pod wiatr! Nawiasem mówiąc, to z tego przekonania zresztą w Polsce powstały przychodnie lekarskie profesorów i docentów. Bo przecież profesor medycyny, ten to dopiero jest specjalista. To, że on pisze prace z historii medycyny, nie ma przecież znaczenia……Profesor to profesor.

 

Mówiąc wprost, nie mam pojęcia, czy jestem autorytetem, na dodatek, szczerze powiedziawszy, nie interesuje mnie to. Nie wiem też, kto miałby to oceniać. Ale zawsze można by wprowadzić oddział specjalny w CK, zajmujący sie właśnie ustalaniem autorytatywności habilitantów, a może nie tylko! Proponowałbym też stworzenie odznaki autorytetu. Dla doktorów  – autorytet specjalnościowy; dla habilitiowanych: autorytet dyscyplinarny; a dla profesorów zwyczajnych odznaka autorytetu nauki.

 

A recenzji na stronach CK jak nie ma, tak nie ma.

Praktyki recenzentów

Postanowiłem odpowiedzieć na komentarz balansowi bieli wpisem. To, co napisał w komentarzu, jest ważne i chciałbym się odnieść w pełni. Ale przede wszystkim dziękuję za komentarz, czas poświęcony mojej osobie i dobrą radę. Mówię to szczerze, jest mi miło, a rada jest dobra. I pewnie nie ma od niej ucieczki. Ale…..

 

Problem  polega na tym, jak dla mnie, że recenzenci mają ze złych, a przynajmniej problematycznych, kryteriów napisać sensowną recenzję. A ja nie jestem pewien, czy to się sensownie da. Ja chciałbym móc sięgnąć do rozporządzenia i zobaczyć kryteria, które mają sens, kryteria, które wspierają recenzenta w ocenie. A te, które w nocy komentowałem w rzeczywistości tego nie robią. I ja nie mam zielonego pojęcia teraz, jak zostaną odebrane konferencje, na które pojechałem, a pojechałem na te, bo nie miałem forsy pojechać na inne. Jak zostanie odebrany mój indeks h, który wg WoS wynosi h=x,  a wg PoP mój indeks h = x+10 (autentyczny przypadek). Różnica wynika z tego, że PoP liczy cytowania książek. Najogólniej mówiąc, mój problem polega na tym, że ja będę czekał na to, żeby praktyka recenzencka okazała się iść w dużym stopniu wbrew kryteriom w rozporządzeniu. A to przecież nie ma sensu.

 

Tak jak powiedziałem wcześniej, choć w innym kontekście, rozporządzenie jest znakiem tego, że minister nie ufa recenzentom. I mówi za nich, co powinno być dla nich ważne. Rozumiem, dlaczego tak jest. Jeśli widzimy w przewodzie habilitacyjnym dwie sprzeczne z sobą recenzje (jako to było w niedawnej aferze bodajże we Wrocławiu), to naprawdę trudno mieć zaufanie do recenzentów. Jestem daleki od tego, by tweirdzić, że wszyscy recenzenci są tacy, wręcz przeciwnie, raczej mam dużą dozę zaufania do recenzentów w mojej dziedzinie, jednak odrzucam to, że ów wrocławski przypadek był wyjątkowym wyjątkiem. Co więcej, rozległe połacie nauki polskiej są jedynie polskie, a międzynarodowości tam nie słyszano. I minister postanowił się zabezpieczyć, chce pokazać recenzentom priorytety, umiędzynarodowić ocenę habilitanta. I super. Tyle, że chcieli dobrze, wyszło, jak zwykle.

 

I na koniec, balansie bieli, praktyki recenzenckie będzie można oceniać pod warunkiem, że recenzje będą publikowane. Na razie pomimo tego, że na stronach CK wisi dobrze ponad setka autoreferatów, a wisi od wielu miesięcy, nie pojawiła się tam ani jedna recenzja.

 

Jeszcze raz dziękuję za komentarz, będę wdzięczny za następne.

Kryteria oceny habilitanta

Zacząłem sie zastanawiać, według jakich kryteriów będę oceniany. Ustala to rozporządzenie MNiSW w tejże  sprawie. Kryteria są następujące.

 

1. Jeśli idzie o publikacje, bardzo wyraźny nacisk rozporządzenie kładzie na artykuły w międzynarodowych czasopismach naukowych, notowanych na przeróżnych listach – od JCR po ERIH. Do tego do 'dorobku’ liczyć się będą książki i inne publikacje.

 

Do tego oceniać będzie się:

2. sumaryczny impact factor publikacji;

3. indeks Hirscha (wg WoS)

4. kierowanie projektami (krajowymi lub międzynarodowymi) lub udział w nich.

5. referaty na konferencjach.

 

Zanim skomentuję, warto zaznaczyć, że 'aktywność naukowa’, choć niewyróżniona, wydaje się być zawarta w tych kryteriach. To, że nie jest wyóżniona, wydajemi się błędem. Ale to, być może, na inny wpis.

 

Na początku powiedziałbym, że trudno nie zgodzić się z kierunkiem, jakie objęło ministerstwo. Umiędzynarodowienie nauki, jak juz pisałem wcześniej, jest czymś pozytywnym. Wydaje mi się jednak, że kryteria te wylewają dziecko razem z kąpielą.

 

O ile nacisk na artykuły w czasopismach międzynarodowych jest czymś pozytywnym, trudno nie zauważyć, że są to kryteria wyraźnie skrzywione w kierunku niektórych dziedzin i specjalności. Dla przykładu, filozofowie na całym świecie publikują i będą publikować książki i 'degradowanie’ tych książek do publikacji drugiej kategorii jest nieporozumieniem. Dużo lepiej byłoby zauważyć, że wydawnictwo wydawnictwu nierówne, podobnie jak książka książce. Dokładnie jak w wypadku artykułów.

 

Podobnie jest z scjentometrią. Choć działa ona nieźle w części dyscyplin, nie działa w innych. Nawet wybór bazy danych jest problemem. Nie ma powodu bowiem, by decyzje w sprawie polskich stopni naukowych oparte były o decyzje prywatnej firmy z USA. Chciałbym być dobrze zrozumiany: nie jestem przeciwny firmie Thomson-Reuters, ich ustalenia są przydatne i trudno je odrzucać. Jednak trudno też je przyjąć za wyrocznię. Choćby dlatego, że redaktorzy są w stanie i manipulują IF swoich czasopism. Indeks Hirscha z kolei, jeśli oparty o WoS, nie bierze pod uwagę książek, co w sposób oczywisty dyskryminuje tych, którzy je piszą.

 

Ale to nie tylko o filozofów chodzi – chodzi również o badania niszowe, o badania, które zostaną zacytowane za 5 lat. Bo przyjdzie moda, Chodzi też o to, że przeglądy literatury i metaanalizy są cytowane częściej, a przecież chodzi chyba o publkowanie badań! Już mi się nie chce pisać o tym, że nie ma sensu sumować IF czasopism, w których się publikuje. IF jest wartością mierzącą cytowalność czasopisma i tylko czasopisma! Warto też zwrócić uwagę, że w czasopiśmie owysokim IF zdarzają się teksty, które nie są cytowane! i na odwrót! Warto o tym poczytać choćby na Wikipedii.

 

O projektach i konferencjach pisałem w postach o aktywności naukowej.

 

I teraz tak: można powiedzieć, że te wszystkie uwagi nie mają większego znaczenia, bo od tego są recenzenci, żeby nawigowali między moją listą publikacji i rozporządzeniem. Problem jednak polega na tym, że ja nie chcę liczyć na to, że recenzent wynawiguje sensownie. Po co wprowadzać kryteria, które działają tylko w części przypadków?! Potencjalnie dajemy recenzentom bat na habilitanta, którego mogą używać wedle swego uznania.To nigdy nie jest dobre rozwiązanie.

 

Muszę przyznać, że jeszcze się wszystko dobrze nie zaczęło, a ja jestem głównie sfrustrowany. Podejrzewam jednak, że moja frustracja będzie rosła.