43++++++

43 tysiące złotych dla rektora nie wydaje mi się szczególnie wygórowaną pensją (tu linka do artykułu).  I gdyby artykuł opowiadał o pensji dwukrotnie wyższej, powiedziałbym, że dobrze, że rektor UW dobrze zarabia.

Powiedziałbym nawet, że rektorska pensja powinna być w kontakcie z pensjami z biznesie. Innymi słowy, również rektor powinien zarabiać tyle, ile zarabia jego biznesowy odpowiednik zarządzający organizacją o podobnym budżecie i kapitale ludzkim. A przecież rektor zarządza nie tylko dużym budżetem, ale również wielkim kapitałem symbolicznym Uniwersytetu Warszawskiego.

Powtórzę jednak to, co już pisałem jakiś czas temu. Niezrozumiałe jest dla mnie to, że rektor UW dorabia. To nieporozumienie. Rozumiem oczywiście, że rektor Nowak chce mieć więcej – kto by nie chciał?! Jednak dorabiający rektor, moim zdaniem,  naraża na śmieszność i siebie i uczelnię. I pozostaje dla mnie niezrozumiałe, dlaczego rada uczelni zgodziła się na dorabiającego rektora. Bo nawet jeśli rektor powiedział, że jeśli się nie zgodzą, to on ustąpi ze stanowiska, to odpowiedź rady mogła być, moim zdaniem, tylko jedna:

Spoko.

 

See no evil, hear no evil, speak no evil

Przez lata pracy i prowadzenia tego bloga, wielokrotnie słyszałem o szczególnych praktykach promowania prac magisterskich w naukach społecznych i humanistycznych.

Otóż promotor/ka tworzy seminarium magisterskie, rozdaje tematy pracy magisterskich, które, tak się niesamowicie zdarza, odpowiadają rozdziałom pisanej przez promotora książki. Tak się też później niesamowicie dzieje, że promotor, który przecież przypadkiem orientuje się, co się dzieje, garściami czerpie z prac magisterskich swych magistrantów, ubogacając swe dzieło. Przy okazji, co powinno być oczywiste dla wszystkich, również zaszczyca magistrantów.

Promotor/ka oczywiście nie cytuje wykorzystanych prac (choć czasem dziękuje magistrantom – magistrantkom rzadziej – za owocne seminarium magisterskie), bo i po co. Przecież praca magisterska to i tak własność promotora, bo jakżeby sobie taki magistrant poradził bez intelektu, błyskotliwości i przenikliwych oczu promotora.

Piszę o tym dzisiaj dlatego, bo dostałem wczoraj maila, w którym czytam, że aby zaglądnąć do pracy magisterskiej przechowywanej przez uczelnię, trzeba uzyskać zgodę promotora. W tenże sposób autor/ka maila opisuje przedstawiony wyżej proces pisania pewnej książki. Niestety, nie można zweryfikować podejrzeń, że rozdziały to promowane przez autorkę prace magisterskie, bo ona nie wyraża zgody na to, by do tychże prac magisterskich zaglądnąć. I oczywiście nikt nie zauważa konfliktu interesów. Nikt nic nie zauważa.

To teraz trzy komentarze po tym, jak ręce opadły.

  1. Trzeba być skończonym łajdakiem/czką, żeby kraść prace swoich własnych podopiecznych. To tak obrzydliwe, że nie da się opisać tego w tym (mimo wszystko) kulturalnym blogu (pomimo używania przeze mnie na nim słowa 'dupa’).
  2. Trzeba być skończonym nieudacznikiem i wyjątkowo nędznym badaczem, by poziom pracy magisterskiej nadawał się do książki habilitacyjnej czy profesorskiej promotora.
  3. Słowo 'zbiorówka’ w odniesieniu do książki powinno mieć jednak znacznie szersze znaczenie niż to w powszechnym użyciu.

 

 

Zrzućmy się na młotek

Oto list, który wysłał rektor Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie do dyrektorów instytutów.

 w związku z przeprowadzanym w Uczelni programem naprawczym, którego celem jest uzyskanie równowagi finansowej, zaakceptowanym przez Ministerstwo Edukacji i Nauki (nr decyzji DBF.WFSN.6701.117.2020.HŻ.1), uprzejmie informuję, że wszelkie umowy nauczycieli akademickich kończące się 30.09.2021 roku, w jednostkach, które posiadają ujemny wynik finansowy, nie będą przedłużane. 

Właściwie to chciałem zostawić bez komentarza. Ale to jednak nie oddałoby dobrze tego, co ja o tym myślę. Otóż chciałbym zafundować Magnificencji pedagogicznej porządny, może nawet dizajnerski, młotek. Zachęciłbym również do tego, żeby się tym młotkiem tak porządnie walnął (tu chciałem użyć innego słowa, ale gdy dostaję pełne oburzenia listy za słowo 'dupa’, to za to słowo, którego chciałem użyć mogła by mnie spotkać anatema w bulli papieskiej).

 

PS. Doskonale rozumiem konieczność równowagi finansowej (czymkolwiek ona jest). Jednak to, co proponuje Magnificencja krakowska, jest tak głupie, że nawet dentyści nie pomogą na wywołany ból zęba. UP ma okazję, żeby przeglądnąć kadry. Tak, to może być bolesne, nawet bardzo. Ale powiedzenie pracownikom, że cokolwiek by robili, jakkolwiek by się starali, i tak nie zostaną zatrudnieni, bo ich jednostka (być może od lat) jest deficytowa, wyszło poza granice zbioru rzeczy głupich i stworzyło swój własny zbiór.

Mam nadzieję, że nazwisko Magnificencji przejdzie do historii i minstrele będą o prof.dr.hab.Piotrze Borku śpiewać. A gawiedź wszelaka będzie pękać ze śmiechu.

 

Requiescant in pace

Tym razem w mediach pojawił się prof. Stec, który komentuje niedawne zmiany w punktacji czasopism. Nie będę streszczał wywiadu, jednak chciałbym wskazać moim zdaniem najważniejszą rzecz w wypowiedzi prawnika.

Otóż Stec mówi tak:

Teoretycznie powinniśmy publikować tam gdzie jest wysoki poziom, najlepiej międzynarodowo. Tylko że po tych zmianach dostaliśmy wyraźny sygnał, żeby się zabetonować i nie wychodzić na zewnątrz, bo jest to wygodne. Wystarczy wydawać czasopismo uczelniane, które dostanie dużo punktów. I publikować tylko tam. Zresztą nic dziwnego, że będziemy tak robić – patrząc z perspektywy menedżera, chodzi o uzyskanie jak najlepszego efektu, jak najniższym kosztem.

Innymi słowy, ministerialna dezynwoltura punktowa podważa jakiekolwiek starania, by przekonać ten legion ludzi publikujących u kolegi w dżurnalu, że warto się postarać. Oni się już dziekanom mogą śmiać w twarz wskazując na naiwność tych, którzy zaczęli się już starać.

Słyszę to parskanie śmiechem na wzmianki o publikacjach, liście A i innych cudach na kiju. Sam se Pan publikuj. Panie Dziekanie. My tu poważnie do sprawy podchodzimy i punkty trzepiemy, u  brazera-in-loł w garydżu. Wydział, Panie, ratujemy. Znaczy się, fakulty oraz institjut.

Warto jednak zaznaczyć, że ten proces zabijania międzynarodowości polskich uniwersytetów rozpoczął min. Gowin, który, z pewnością ze smutkiem, powiedział nam, że publikowanie w Białym Kruku to to samo jak w Palgrave Macmillan. Tzw. umiędzynarodowienie, które odmieniano przez wszystkie przypadki, dostało wtedy kosą pod poślednie żebro. Ale jeszcze trzymało się chwiejąc na nogach. Najnowszej ustawki punktowej ono już nie przeżyje. Zostanie złożone w grobie rodzinnym z wiarygodnością akademicką.

Requiescant in pace.

Punkty tak, wypaczenia nie

Gazeta.pl pisze, że na na uczelniach wrze. Wszystko z powodu, powiedzmy sobie szczerze, problematycznych ministerialnych interwencji w punktację czasopism. Właściwie to powiedziano na temat tego wszystko, co było do powiedzenia. Ba, nawet Komisja Ewaluacji Naukowej wyrwała sobie kilka włosów i wydała oświadczenie.  Nie mam nic do dodania do wszystkich głosów, szczególnie na polskim Twitterze akademickim, gdzie albo wyśmiewają, albo wyklinają.

Chciałbym jednak przypomnieć niedawny artykuł prof. Galasińskiego właśnie o punktach. Galasiński, który zaczął się pojawiać w Forum Akademickim, wali w punkty jak w bęben, pisząc na przykład, że wg punktacji on najpierw zgłupiał, a potem, ostatnio, zmądrzał bardzo, gdy wydał ostatnie dwie książki za 300 punktów.

To, co mnie zaciekawiło jednak, to kilka wypowiedzi polemicznych z tym artykułem, które pojawiły się na Facebooku. Szczególnie jeden profesor (nie pamiętam, kto, nie chce mi się szukać) bardzo się nie zgadza z Galasińskim, bo się nie da. A jak się nie da, to się nie da.

I tu właściwie zaczyna się mój post. Skoro się nie da oceniać inaczej niż punktami, no to mamy, cośmy chcieli, prawda? Skoro nie da się oceniać inaczej niż punktami, a punkty ustala minister, to o co teraz drzemy nasze akademickie gęby? Zaczęliśmy je drzeć, gdy minister Gowin wprowadził nam na listy wydawnictwa, of których wysypki dostaliśmy. Ale darliśmy się równie głośno, że bez punktów się nie da. Punkty tak, wypaczenia nie – oh, ten chichot historii.

I to właśnie była ta cytowana odpowiedź Galasińskiemu. Nie da się!! Po prostu się nie da. Punkty albo śmierć.

Nie za bardzo wiem, przyznam szczerze, na czym polega różnica między wydawnictwami Gowina a czasopismami Czarnka. Skoro po tych pierwszych nadal uważaliśmy, że od punktów nie ma nic, ale to nic nic, lepszego, to dlaczego nagle uważamy, że te ileś tam czasopism, których punktację skorygował obecny minister, przekreślają ideę punktów? To min. Gowin pokazał nam Białym Krukiem i innymi diamentami wydawniczymi, że nie o żadną ewaluację tu przecież chodzi. Min Czarnek nie zrobił nic innego.

I nie, nie bronię tu tego, co się stało. Wręcz przeciwnie, uważam te zmiany za skandaliczne. Mówię jedynie 'środowisku’, żeby się wzięło i stuknęło młotkiem. Bo dopóty dopóki będziemy pieprzyć o tym, że w polskiej nauce nie ma miejsca i możliwości na rzetelną ocenę ekspercką, to będziemy musieli znosić kolejne zmiany punktacji. A wszystko przecież w ramach systemu, który większość z nas uważa, że jest najlepszy z możliwych.

 

PS. Ja również wielokrotnie pisałem, że rzetelna ocena ekspercka jest niemożliwa w nauce polskiej. Mam za swoje, poczuwając się do odpowiedzialności za to, co się stało.

Przyznam jednak, że tak się walę młotkiem i walę i nadal uważam, że w polskiej nauce nie ma miejsca i możliwości rzetelnej oceny eksperckiej. I mamy dokładnie to, na co zasługujemy.

PS2. Szkoda, że Pani Wiceminister nie zaczęła się robić taka wrażliwa, gdy Białego Kruka z Paradyża wprowadzaliśmy na poziom Palgrave.

 

 

 

Czołgam, więc jestem

Jakiś czas temu poinformowano o tym, że sąd ukarał Uniwersytet Szczeciński za opóźnienia w postępowaniu habilitacyjnym (tu linka). Moim zdaniem bardzo dobrze się stało.

Po pierwsze, postępowanie pokazało absurdalny stan rzeczy dotyczący opłat za habilitację. On jest absurdalny z dwóch powodów. Po pierwsze, absurdalne jest to, by uczelnia płaciła z własnej kieszeni za prowadzenie postępowania habilitacyjnego osoby niezwiązanej z nią. Nie ma żadnego powodu, by, powiedzmy, Uniwersytet Szczeciński wybulił 20+ tysięcy złotych za to, że ktoś 'z ulicy’ ma ochotę zrobić habilitację.

Jednak podobnie absurdalne jest to, by osoba, która chce się rozwijać naukowo, płaciła za tęże habilitację. Jeśli polityka naukowa państwa polega na tym, że państwo oczekuje od delikwenta habilitacji, to niechże państwo za tę habilitację zapłaci. Nawiasem mówiąc, skoro państwo uznało, że uczelnie mają płacić za studia doktoranckie, nie ma, moim zdaniem, powodu, by nie rozciągnąć tego na habilitacje.

To, że w większości przypadków za habilitację płacą uczelnie, nie ma żadnego znaczenia. Skoro muszę mieć habilitację, by np. promować doktoraty, to bariera finansowa w postaci opłaty za stopień jest według mnie niesprawiedliwa.

I mamy pat, w którym obie strony mają rację. Jednak im szybciej sprawa zostanie rozwiązana systemowo, tym lepiej.

Druga, równie ważna sprawa, na którą zwrócił uwagę sąd, to zwlekanie z prowadzeniem postępowania. I omawiana sprawa to tylko jeden z wielu, wielu przypadków, w których określone przepisami terminy traktuje się jako coś w rodzaju luźnej aspiracji. W omawianej sprawie, zwlekanie wynika prawdopodobnie z braku opłaty, jednak uczelnie zwlekają, bo mogą.

Omawiałem na tym blogu wielokrotnie postępowania trwające rok, a nawet i dłużej. Znam dwa przypadki recenzji, które zajęły recenzentowi ponad 2 lata. 2 lata!!! To skandal nad skandale i tak naprawdę recenzowany doktorant czy profesorant (bo chodziło o recenzję doktorską i profesorską) powinien pozwać recenzenta w związku z utraconymi dochodami.

A przy okazji nie chodzi przecież tylko o utracone dochody. Chodzi o to jakże naszopolskie przyzwolenie na przeczołganie osoby w postępowaniu awansowym.

Niestety, wątpię, by uczelnie potraktowały poważnie wyrok, który zapadł. x-anci nadal nie będą pozywać uczelni choćby ze względu na strach przed konsekwencjami. Tym bardziej cieszę się z wyroku w omawianej sprawie. Oby takich spraw więcej.

Epistolografia otwarta

Ludzie listy piszą, tylko nie wiadomo po co. Ostatnio pojawiły się dwa listy otwarte.

Pierwszy, zdecydowanie bardziej irytujący, to list w sprawie szczepionki na Covid19 (nie daję linka, żeby nie popularyzować szkodnictwa). Oczywiście, jak kto chce, nie sobie pisze listy otwarte, zamknięte i uchylone. Jednak drażni mnie bardzo, gdy inicjatorem listu w sprawach czysto medycznych, jest politolog, który nawet nie udaje, że się nie zna.

I teraz tak. Załóżmy przez chwilę, że apelujący koryfeusze mają rację, i szczepionka rzeczywiście zmieni nasze DNA, zaczną nam łuski rosnąć i życie na Ziemi zmieni się nie poznania. Jeśli jednak mają takie podejrzenia, to zakładam, że oni, jako to naukowcy, napisaliby natychmiast do czasopism takich jak Lancet czy NEJM, które publikowały już na ten temat. Jestem przekonany, że taki list zostałby natychmiast opublikowany, a świat przejrzał by na oczy, a my byśmy znów byli centrum (wszech)świata i wszyscy chcieliby polskie habilitacje.

Ba, oni od razu wysłaliby list do rektora Oxfordu, wskazując, że jego współpraca z AstraZeneca jest skandalem nad skandale. Tak by zrobili naukowcy. Aż trudno sobie wyobrazić przecież, że ci naukowcy,  nie chcą ocalić ludzkości całej przed katastrofą.

Ci jednak koryfeusze nauki postanowili napisać do prezydenta. A ja się zacząłem zastanawiać, po co. Prezydent ma napisać do Pfizera? Przecież on nie ma zdania na ten temat. Od tego są badacze, najlepiej ci od wakcynologii, prób klinicznych i epidemiologii. Politologię można w tym wypadku o kant pewnej części ciała roztrzaskać. Przy okazji, to samo można zrobić z medycyną, która zamiast badania prowadzić, listy otwarte pisze.

Nawiasem mówiąc, już kilkoro sygnatariuszy się wycofało z podpisu, bo okazało się, że myśleli, iż podpisują co innego.

Drugi list otwarty zacytowano już w komentarzach. Tym razem jest to list otwarty profesorów i tylko profesów. Jak wiadomo, profesorowie to ludzie ważni i mówią ważne rzeczy. I nie należy rozwadniać, rozmiękczać, tudzież robić innych rzeczy doprowadzających do kontaktu słów profesorskich z werbalnym badziewiem nieprofesorów.

Nie będę się tu pastwił nad samym listem. Moim zdaniem jest, nie wiem, jak to ładnie powiedzieć, głupi. Jak można napisać:

Działania te mają doprowadzić do zmiany wizerunku osoby godnej najwyższego szacunku w kogoś współwinnego odrażających przestępstw.

No przecież najpierw należałoby poczekać z ustaleniem, czy jest czy nie jest współwinny, nie? Ale ja się nie chcę wypowiadać (a przynajmniej nie na tym blogu) na temat JPII, tego, co robił czy nie robił. Bez względu na to jednak, jakie są moje poglądy, takiego listu nie podpisałbym i uważam go, co więcej, za szkodliwy.

Wielokrotnie pisałem tutaj, że uważam zaangażowanie środowiska w politykę, nazwijmy to, pozaakademicką, za błąd. Uważam, że profesor jako profesor nie powinien się wypowiadać na tematy polityczne (wiem, wiem, to czasem jest bardzo rozmyte), wspierać stanowisk politycznych czy partii. Dlatego krytykuję kilku rozpolitykowanych profesorów (sam zresztą politykowania nie uniknąłem w przypadku strajku kobiet – no i git).

Profesorski list w obronie byłego papieża jest listem, który pokazuje, że wbrew deklaracjom, prawda jest obojętna. Papież wielkim papieżem/Polakiem/intelektualistą był. A jak nie był? No jak nie był, skoro był, mówią nam profesorowie świeccy i inni.  Wiecznie żywy Gombrowicz by się uśmiał setnie.

Ten list otwarty pokazuje środowisko akademickie jako silnie zideologizowane. „Swoich”, lubianych przez nas, bronić będziemy nawet listem otwartym. Tych mniej lubianych zawsze możemy uwalić na doktoracie czy habilitacji. Wszak idzie o to, żeby wyszło na nasze.

Na zakończenie dwie mądrości.

  1. Trzymajmy się z dala od polityki. Szczególnie teraz, w czasach, kiedy polityka bierze kilof i idzie walić nas i nasze miejsce pracy. Na oślep.
  2. Nie uważam, by sygnatariuszy tych listów należałoby karać czy napominać. Nie, moim zdaniem, należy ich wyśmiać. 

Koniec i bomba, kto pisze listy otwarte, ten trąba.

 

 

Za daleko od mediany i smaku

Uniwersytet Warszawski nie ma ostatnio dobrej prasy. Niestety, najnowszy cios swojej uczelni zadał jej nowy rektor. Oto doniesiono, że rada uczelni pozwoliła rektorowi kontynuować pracę w radach nadzorczych, konsultacjach i ogólnie być 'blisko biznesu’, jak się powiedział rektor Nowak. Jak dla mnie to to trochę za blisko.

Po pierwsze uważam, że miesięczne wynagrodzenie rektora w wysokości 36 tysięcy nie jest wygórowane. Powiedziałbym nawet, że gdyby było i ze dwa razy wyższe, uważałbym je za stosowne. Rektor UW zarządza prestiżową  instytucją o wielomilionowym budżecie, której losy powinny interesować przeciętnie wykształconego podatnika. Jednak uważam również, że z tego powodu Pan Rektor powinien całą swą uwagę poświęcić właśnie zarządzaniu tąże uczelnią. Wyobrażałem sobie również, ze rektor UW po prostu nie ma czasu na inne zajęcia spędzając w pracy przynajmniej kilkanaście godzin dziennie.

No ale, ktoś powie, rektor ukończył kurs zarządzania czasem, ma doskonałych zastępców i innych funkcjonariuszy, którym może przekazywać wiele swych obowiązków, skupiając się na strategii. Argument nie jest głupi, jednak jestem na niego gotowy.

Powiem wprost. Otóż uważam, że to  żenujące, gdy rektor najlepszej polskiej uczelni, dorabia na boku. Co prawda, nie na zmywaku, stacji benzynowej czy podając piwo, jednak, tak po prostu, ma boki. Rektor który prosi o to, by mógł sporządzać opinie i recenzje,  wskazuje moim zdaniem, że jego priorytety są zaskakująco nie tam, gdzie powinny być. Obawy te zresztą zgłosiła również rada uczelni, dając małego prztyczka w rektorski nos.

Chciałbym przy tym zaznaczyć, że ani nie sugeruję, ani nie  implikuję, że rektor Nowak robi coś niezgodnego z prawem (jego duchem czy  literą). Wbrew przeciwnie, wszystko jest cacy. Ja jedynie twierdzę, że to kurde nie wypada.

Rozumiem oczywiście, że nieobca nam wszystkim  jest chęć zarabiania więcej, wszak wszyscy mamy zobowiązania finansowe, z których chcemy się swobodnie wywiązywać. Jednak podjęcie stanowiska rektora niesie i musi nieść pewne konsekwencje. I jedną z tych konsekwencji musi być, moim zdaniem, koniec dorabiania. W zamian dostajemy wielką władzę i możliwość przejścia do historii. Nie życzę rektorowi Nowakowi źle, jednak obecnie ma szansę przejść do historii uczelni jako rektor, co dorabiał. Nie wiem, czy jest czego gratulować.

Ale….nie samą władzą człowiek żyje. Mam więc pewną sugestię. Otóż rozumiejąc dylemat finansowo-rektorski, apeluję do UW, by podniosła rektorską pensję tak, by on nie chciał/nie musiał już dorabiać. Przestańmy myśleć o tym, że jesteśmy na uczelni wypełniać misję. Każdy z nas, gdy przestaną nam płacić, przestanie przychodzić do pracy. Rolą pracodawcy jest to, by zmotywować pracownika, w tym rektora, do wytężonej pracy. Proponowałbym nawet, by skalibrować tę pensję na poziomie szefa firmy o podobnym budżecie. Tak, byłyby to duże pieniądze.

Warto jednak pamiętać, że rektor uczelni brytyjskiej zarabia średnio ze 30 tysięcy funtów miesięcznie. To też oznacza, że zarabia ok 13-krotnie więcej niż brytyjska mediana.  Najlepiej zarabiająca rektor w UK (Imperial College) bierze otrzymuje 45 tysięcy funtów miesięcznie (220 tysięcy PLN), co daje nam ok 18 razy więcej niż mediana. Nasz biedny rektor Nowak zarabia ledwie 9 razy więcej niż mediana ( a ma 4 razy więcej studentów niż Imperial, wiem, wiem…).

Z tego zresztą wynika, moim zdaniem, ciekawy problem profesjonalizacji stanowiska rektora. Czy rzeczywiście rektorzy powinni być kadencyjni i wybierani? Czy nie lepiej byłoby zatrzymać doskonałego rektora, płacąc mu sowicie, jeśli uczelnia pod jego zarządem rozwija się? Ale to inna historia.

 

Bourdieu w województwie

Ze trzy Newsweeki temu pojawił się artykuł pt. Akademia przeciętności. Zajawka artykułu głosi, że system obowiązujący w polskich uczelniach nie pozwala, by wyłonili się nowi wielcy. Muszę przyznać, że mnie takie teksty drażnią. Bo ja tak się rozglądam i rozglądam i nie widzę tych wszystkich wielkich, którzy przebierają nóżkami, by pędzić do wielkości, a  których system sekuje. Ja niw widzę tego nowego polskiego Foucault, Baumana, Wittgensteina, którzy czekają w Kielcach, Gorzowie i Sieradzu, by rozwinąć skrzydła, jak tylko się już zmieni system, który im te skrzydła więzi, jak zła królowe rogatej czarownicy.

O pieniądzach pisać nie będę. Pieniądze w nauce, szczególnie w humanistyce, są słabe na całym cywilizowanym świecie jak ktoś chce zarabiać, nie idzie na uczelnię. Nie ma sensu porównywać się z Niemcami czy Wielką Brytanią, gdzie na uczelniach zarabiają więcej, ale część z nich i tak by się zamieniła, gdy słyszy, że my zarabiamy na grantach, wieloetatowości itd. Tak czy owak, po forsę idzie się do Ernst & Young, a nie do Kazimierza i Wielkiego.

No to przyjrzyjmy się innym strasznościom systemu. Autorzy piszą, że doktoranta można ze studiów doktoranckich wyrzucić, jak postępów nie robi i że to wspiera koniikturalizm. Nie do końca się z tym zgadzam. Dla mnie to raczej umiędzynarodowienie, którego tak bardzo wszyscy chcą. Tak jest na wielu uczelniach na świecie. Nie ma przecież sensu inwestować czasu i pieniędzy w doktoranta, który nie robi postępów….

Chciałbym przy okazji powiedzieć, że znam pewną panią doktor, która doktorat robiła 15 lat. i po tych 15 latach się obroniła jednym głosem….Nie jestem przekonany, że aż tak wspierający powinniśmy być.

O punktozie powiedziano już wszystko, co można by powiedzieć, ma ona bez wątpienia wiele wad. Jednak trochę mnie irytuje prof. Leszczyński, który uważa, że to książka u socjologa czy antropologa wyznacza jego wielkość. Nie jestem przekonany. Tak, książki są ważne, ale nauka przyspieszyła i to wszędzie na świecie. Punkty są głupie, ale w polskiej nauce rzetelne peer review nie istnieje, więc władze się ratują głupimi punktami.

I szlag mnie trafia, gdy słyszę, że każdy polski doktor habilitowany pchnął naukę nowymi tory. A pewnie o poważność książki będzie decydował prof. Leszczyński et consortes.

Argument ad Janion mnie zupełnie nie przekonują. Ja tam myślę, że Janion by się znalazła doskonale w dowolnym systemie, również i dzisiaj. Trochę czekałem na argument, że Kopernik to nawet indeksu h nie ma, a Kant to już w ogóle nie pisał w czasopismach, a żył.

I irytuje mnie to, że trzeba polskim humanistom tłumaczyć, że dzieło, które przeczyta i zacytuje tylko kolega z korytarza, to nie jest jednak to samo, co dzieło, które przeczyta 'cały świat’. I choć dom kultury w Białymstoku jest zacną sceną wystawową dla każdego artysty, to jednak nie jest to to samo, co MOMA w Nowym Jorku. Prawie to samo, ale jednak niuanswo się różni.

Lubię też słuchać doktorantów, jednak doktorant Temkin, który doktorantem był już wtedy, gdy zakładał Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej w 2014 roku, powinien się jednak skupić na doktoracie, a nie na wypowiedziach medialnych. Nie wiem też, o kim mówi p. Temkin, gdy mówi, że 'dopłacamy’ do swych książek. Nie znam dzieła p. Temkina., do którego musiał dopłacić.  Może też, na co zwracano uwagę na tym blogu wiele, wiele razy, należy wydać książkę w wydawnictwie, które wydaje dobre książki, bo się sprzedają i nie trzeba za nie płacić. Peter Lang, któremu płaci pół polskiej humanistyki,  nie jest jedyną odpowiedzią na polską strategię umiędzynarodowienia badań.

Wkurzają mnie też argumenty o tym, że nikogo nie interesują polskie sprawy. Pamiętajmy, że taki Bourdieu zaistniał po tym, gdy napisał o Algierii. Nie mam poczucia, ze Algieria jest znacznie ciekawsza niż Polska. On po prostu o tej Algierii napisał coś ciekawego. Warto zresztą dodać, że Bourdieu pisał tylko po francusku. Może warto ciekawe rzeczy pisać również o Polsce. Jeśli jednak, jak  jakiś historyk pisał tutaj już dawno temu, doktorat z historii pisze się o powiecie, a na habilitację, to już trzeba mieć skalę wojewódzką, to mnie osobiście wszystkie kończyny opadają. Ten rozmach wojewódzki po prostu odbiera dech w piersiach! No ale, habilitant wojewódzki znaczny wkład w naukę ustawowo zapewniony co ma, to ma.

Rozumiem dobrze, że są dyscypliny, dla których naturalnym odbiorcą jest odbiorca krajowy. Prawo, historia Polski, być może część polonistyki. Jednak irytuje mnie bardzo używanie takiego rynku odbiorców jako argumentu, że nie da się pisać rzeczy ciekawych. Janion, jak się okazuje, była tak ciekawa, że ją również przetłumaczono. Może by więc doktorant Temkin zaczął się zastanawiać, jak napisać coś, co świat będzie chciał przeczytać. Jak już napisze, coś mi się wydaje, że wtedy i punkty się dla niego znajdą.

 

Słoma

Przekazano mi pismo w sprawie postępowania dyscyplinarnego dr.hab. Macieja Góreckiego z UW. W piśmie tym rzecznik dyscyplinarny najlepszej polskiej uczelni pisze, że obraźliwe wpisy p. Góreckiego, które dotyczyły jego procedury awansowej i osób z nią związanych, mogły, uwaga,

„uwłaczać godności nauczyciela akademickiego”.

Zanim skomentuję, napiszę, że rzecznik dyscyplinujący zapragnął wszcząć postępowanie wręcz kilka godzin po tym, gdy w DGP ukazał się artykuł o dobrej koleżance zainteresowanego, a na dodatek niekorzystny dla odchodzącego rektora. Piszę o tym fakcie oczywiście uprzedzając złośliwe komentarze. Fakt ten jest na pewno wyjątkowo nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, który nie ma nic do czynienia ze sprawą. Co więcej, jestem przekonany święcie, że rzecznik dyscyplinarny, nie dość że DGP nie czyta, to na dodatek gazety tej nie lubi i nigdy nie słucha, gdy się o niej mówi. Tak właśnie uważam.

Wracając jednak do meritum. Mam dwa komentarze dotyczące deliktów nieznośnego politologa. Po pierwsze, biorąc pod uwagę wręcz żałośnie przeprowadzoną procedurę awansową, o której już tu pisałem, Uniwersytet Warszawski powinien nie tyle wszczynać awanturę (w sensie: procedurę) dyscyplinarną, ale najpierw Góreckiego przeprosić. Najlepsza polska uczelnia zachowuje się jak małe księstewko, którego rada książęca rozdaje przywileje i inne fawory, komu i jak ma ochotę. I jak ktoś popadnie w niełaskę, to nie tylko oblicza księcia nie może oglądać, ale można mu pogrozić pręgierzem i dybami.

A skoro już nie ma przeprosin, to jak się taki rycerz herbu Magik wkurzył, wygarnął księciu i dworowi, co myśli, to ja uważam, że należy do tego podejść z dużą wyrozumiałością. Najwyraźniej jednak książę uniwersytetu, pardon, rektor, zasłuchał się w piosenkę It’s hard to say I’m sorry i teraz nie chce mu przez gardło przejść. Może dlatego, że nie chce od razu musieć Góreckiego przytulać.

Mogę w tym miejscu zaoferować usługi mediatorskie i ustalenie, że przytulić Góreckiego będzie można zdalnie. A może tylko trzeba będzie zaśpiewać

Hold me now,

It’s hard for me to say I’m sorry

Drugi komentarz to zarzut. Otóż musze powiedzieć, że ja go nie do końca rozumiem. Zacząłem się zastanawiać, komu tak dokładnie Górecki uwłaczył. Mam trudności bowiem z przyjęciem, że on uwłaczył ogólnemu nauczycielowi akademickiemu, w tym na przykład godności mojej skromnej osoby. Otóż od razu mówię, że nie uwłaczył i choć jest on nieznośny, to powiedziałbym, że Góreckiego raczej podziwiam, a nawet trochę zazdroszczę mu odwagi i zajadłości. I raczej uważam, że UW powinno być dumne z pracownika, który niezmordowanie walczy o to, by politologia warszawska była na międzynarodowym poziomie. Co więcej, nie przyjmuje do wiadomości pieprzenia o tym, jak jest pięknie.

No więc skoro on nie uwłaczył mi, to najbliżej mi do tezy, że on uwłaczył swojej własnej godności. Może jako nauczyciel akademicki (NA), ma on jakąś z góry nadaną, wewnętrzną i niezbywalną godność, której on uwłaczył pisząc prawdę o tym, jak UW go traktuje. I UW postanowił się pochylić nad zbrukaną, a przynajmniej znieważoną tą godnością, która przez to aż zzieleniała ze wkurzenia.

I choć daleki jestem, by doradzać dr. hab. Góreckiemu, to zaproponowałbym, żeby on poprosił UW, by się od jego własnej godności odpieprzyli. Argumentowałbym, że każdy sobie może ze swoją godnością robić, co mu się żywnie podoba. Co więcej, jakoś wątpię, by rektor Pałys interesował się tym, czy jego pracownicy codziennie myją zęby, pachy, nie mówiąc o miejscach intymnych. A przecież, postulowałbym, że takie niedomycie uwłacza godności i to poważnie. Czy UW pilnuje, żeby się żadnemu NA żadne brzydkie słowo się nie wymknęło. Powiedzmy sobie szczerze, maile, które dostałem w sprawie użycia słowa 'dupa’ wskazują, że moja godność została przynajmniej wystawiona na trudną próbę i z rozdartą garderobą wracała do domu.

Podsumowując, nie do końca jestem przekonany, że UW powinien się zajmować godnością Góreckiego. Godność Góreckiego należy do niego samego, ba, on może uważać, że ona wcale nie weszła w metaforyczny krowi placek. A nawet jeśli, to to jego prywatna sprawa.

Nie będę tu wskazywał, za co można by Góreckiego dyscyplinować. Trochę zresztą mam nadzieję, że rzecznik sam to wie, tylko gra na czas. Jednak mleko się wylało, Panie Rzeczniku.

Zakończę ten post złotą myślą. Otóż uważam, że UW ma obowiązek świecić przykładem, jak się powinno 'robić uczelnię’. Gdyby to wszystko się działo w szkole wyższej w Pipidówce, nawet przez myśl nie przeszłoby mi, by o tym pisać. Ale wy, do cholery, jesteście najlepsi na tym UW. Powinniście przykładem świecić.Powinniście pokazywać nam wszystkim, jak wygląda uczelnia na światowym poziomie. Niestety, na razie to wam jedynie słoma prowincji z uczelnianych butów wystaje. Wstyd.

 

PS. To kolejny wpis poświęcony dr.hab. MG. Chciałbym więc przy okazji podkreślić, że nie znam go, nigdy z nim nie rozmawiałem, prawdopodobnie nigdy nie przebywaliśmy w tym samym miejscu. Piszę o nim, bo mnie to, co robi UW szczerze wkurza.