Koszta przewodu habilitacyjnego – cjd.

24000, o których napisał(a) boreliosis, potwierdzone na forum, jest sumą, której za skarby nie potrafię sobie wyobrazić, biorąc pod uwagę linkowane wcześniej sumy z wyliczeń AGH. Chyba że brane są pod uwagę koszta prądu i czasu pracy administratorów, którzy otwierają pocztę, informują dziekana, a przecież jeszcze herbatka i ciacho z cukierni powinny się znaleźć na stole rady – nie ma powodu, żeby nie zapłacił za nie habilitant. Innymi słowy, podejrzewam, że uczelnie (wydziały) chcą sobie przy okazji zarobić.  I jest to niezwykle smutna, jak dla mnie, konstatacja.

Ale może, jak (jeśli) już zostanę habilitowanym i postawią mi na radzie świeże ciacho z supercukierni, do tego dobrą herbatkę, a nie zwykłą lurę, to sam zagłosuję za podwyższeniem opłat – wszak i kanapke człowiek by przegryzł w czasie trudnych obrad.

Okazuje się, że polska nauka udowodniła raz na zawsze: istnieje coś takiego jak free lunch.

Koszta przewodu habilitacyjnego

Cały czas nie przestudiowałem ustawy, ciągle coś znajduję, co mi przeszkadza w tym. I tak oto,  przeglądając strony Centralnej Komisji, natknąłem sie na nastepujący komunikat:

 

Koszty wynagrodzeń członków komisji habilitacyjnej (w tym recenzji) oraz pozostałe, ustalone w umowie koszty ponosi albo jednostka przeprowadzająca postępowanie habilitacyjne, albo habilitant, albo inna jednostka zatrudniająca habilitanta – na podstawie odrębnie zawartych umów cywilnoprawnych między dziekanem wydziału (dyrektorem instytutu) i habilitantem albo kierownikiem jednostki zatrudniającej habilitanta (§ 5 rozporządzenia, o którym mowa w pkt 6).

 

Nieco mnie to zmartwiło, bo to trzeba opłacić 7 osób, na dodatek pewnie ich delegacje. Samo Rozporządzenie dość konkretnie ustala wynagrodzenia członków komisji oraz recenzentów, posługując sie pojęciem minimalnej stawki wynagrodzenia dla profesora zwyczajnego. Niestety, nie znalazłem tej stawki i nie wiem, ile, potencjalnie, może taki przewód kosztować. Poza tym, że dość dużo.

 

Oczywiście, nie spodziewam się konieczności zapłaty za przewód. Mam nadzieję, że zrobi to za mnie moja uczelnia. Jednak problem wydaje mi się niebanalny. Mówimy tu bowiem o niebanalnych, nawet w skali instytutu, kwotach. Mówimy tu bowiem, jak mi się wydaje, o sumach krążących wokół 10 tysięcy złotych. Przy, powiedzmy, trzech habilitantach w ciagu jakiegoś roku presja na budżet jednostki może być znaczna. Czy to oznacza, że będziemy się habilitować czekając na lepsze czasy finansowe? Nie chcę nawet myśleć, co by było, gdyby uczelnia odmówiła finansowania.

 

Zdaję sobie sprawy z tego, że recenzentom trzeba zapłacić. Wykonują oni konkretną pracę, muszą przeczytać rozprawę (którą pewnie by i tak przeczytali), być może czytają resztę dorobku (szczerze wątpię, a jeśli są ekspertami, to pewnie teksty te już znają). To zajmuje czas, jest pewnym wysiłkiem. Nie jestem pewien jednak, czy stawka rzędu połowy miesięcznej pensji profesorskiej jest stawką stosowną. Bardzo wątpię, by recenzent poświęcał bite pół miesiąca na przygotowanie recenzji. Tak się bowiem składa, że recenzowałem ksiązki do druku. Tak, recenzja inna, ale książkę przeczytać trzeba i recenzje wysmarować. Zdecydowanie nie zajmowało mi to  dwóch tygodni (tzn. 8 godzin dziennie, codziennie, przez dwa tygodnie). Nieprównywalnie mniej pracy jednak mają inni członkowie komisji. Za co zatem płacimy im 1/3 miesięcznej stawki profesora zwyczajnego (swoją drogą, niewielka różnica w stawce członka i recenzenta wskazuje, co minister myśli o recenzenckim nakładzie pracy)? Za to że przeglądną recenzję i przewertują teksty, które na dodatek dostaną za darmo (znam przypadek habilitanta, który miał pecha publikować książkę za granicą – dostarczenie wymaganej ilości egzemplarzy pochłonęło znaczną część jego adiunkckiej pensji).

 

Nie przemawia mi do przekonania potencjalny argument, że jeśli nie zapłacimy sowicie, to nikt nie będzie chciał tego robić. Mam ochotę powiedzieć: no to nie! To pokażmy się jako środowisko, które głównie goni za kasą i wprowadźmy opłaty za minutę rozmowy ze studentem. Możemy żądać za 'dodatkowy' mail do studenta, ponadnormatywne rozmowy, prace semestralne powyżej X stron. Zyć, nie umierać! Sky is the limit!

 

Być może jestem jeszcze naiwny i zbyt entuzjastyczny (habilitacyjnie), jednak wydaje mi się, że dobrze pamiętać o naszych obowiązkach profesjonalnych. I że są rzeczy, które się robi, być może za nominalną opłatę, z pewnością bez ponoszenia kosztów (zwrot kosztów delegacji na zebranie komisji), ale robi się je dlatego, bo należy je zrobić. Przewód habilitacyjny nie powinien być jednak sposobem na (niezłe) dorobienie. Tak mi się przynajmniej wydaje.

 

Mam też nadzieje, że nigdy nie będziemy sobie liczyć za rozmowę ze studentem.

 

Pfg, nie zapeszam i nie dziękuję. Z radością donoszę, że blog się rozwija czytelniczo.

Autoreferaty

Od jakiegoś czasu zerkam na strony CK w poszukiwaniu autoreferatów – niedługo zacznę pisać swój. Znaczną część tych dokumentów zapisałem sobie, a dziś postanowiłem się z częścią przynajmniej gruntowniej zapoznać.  i tak, zamiast czytać ustawę, nie mogłem sie oderwać od lektury. Autoreferaty można  znaleźć tu : http://www.ck.gov.pl/index.php/postepowania-awansowe/postepowania-habilitacyjne (może się nauczę wklejać URLe ładniej). Polecam!

 

Trochę nie wypada mi chyba krytkować ludzi, z którymi jadę na tym samym wózku, jednak nie wytrzymam. No muszę przyznać, że znaczna większość autoreferatów, które przeczytałem, wywoływała we mnie niedowierzanie. Habilitant, który zaczyna swój autoreferat od miejsca urodzenia, wymienienia szkoły podstawowej, zainteresowań w liceum, tudzież na studiach musi sie narażać na śmieszność, nie? Jeden z habilitantów uznał a stosowne informować o tym, ze był gospodarzem klasy, inny ręczył słowem honoru za prawdziwość autoreferatu. No przecież to jest kompletna parodia! Mam wrażenie, że niektórzy z koleżanek i kolegów mieliby również ochotę napisać o swym życiu płodowym, w którym już oczywiście interesowali się tematem swej habilitacji.

 

O dorobku (dorobkach) wypowiadać się nie będę. Nie dość, że nie chcę się wymadrzać, to, jak już powiedziałem, jadę na tym samym wózku. I cholera wie, co się spodoba recenzentom.

 

I teraz moja perspektywa: gdy zacząłem myśleć o autoreferacie, zacząłem myśleć o nim, w kategoriach zainteresowania recenzentów moją pracą i badaniami. Chciałbym im 'sprzedać', że to, co robię, jest ciekawe i warte ich uwagi. Bardzo wątpię, że informacja o tym, że pierwszy kurs języka angieslkiego odbyłem już w szkole podstawowej, osiągnie ten cel. Chcę też przekonać recenzentów, że to, co robię, jest ważne, że zrobiłem badania i napisałem rzeczy, które może nie zmieniły świata, ale jednak stworzyły wiedzę, która jest ważna zarówno intelektualnie, jak i, potencjalnie przynajmniej, praktycznie. Oczywiście znalazłem kilka autoreferatów napisanych właśnie tak. Opowiadały o badaczu, o kimś, kto przeszedł drogę od doktoratu do momentu, w którym sie znalazł i coś osiagnął.

 

Szczerze powiem, że humor mi się nieco poprawił (Schadenfreude, niestety). Jeśli mam rację, że autoreferat ma być, jak to gdzieś usłyszałem, czy przeczytałem, moją 'narrację badawczą, to w zestawieniu z tym, co czytam na stronach CK, recenzenci dostaną ode mnie coś znacznie lepszego. Bardzo na to liczę, rzecz jasna, trzymając kciuki, by sie nie okazało, że to tylko próżność przeze mnie przemawia. I że trzeba zacząć od poczęcia….

Zrobić habilitację

Zanim podzielę się nie przeczytaną jeszcze ustawą, mała refleksja. Otóż zawsze byłem przeciwny 'robieniu habilitacji'. i choć zawsze chciałem 'zrobić doktorat', to po chwili zrozumiałem, że to nie o to idzie. Po chwili zrozumiałem, że mnie coś interesuje i że ja przede wszystkim chce się o tym czegoś dowiedzieć. A potem tym czymś podzielić z innymi. Dopiero na drugim miejscu jest 'robienie habilitacji'.

 

No i przez ileś tam lat robiłem badania, publikowałem ich wyniki, mając dużo przy tym radochy. Do dzisiaj zresztą pamiętam to niesamowite uczucie, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem swe nazwisko w druku. Drugi taki moment przyszedł, gdy zobaczyłem swe nazwisko w druku w międzynarodowym piśmie. Świadomość, że może mnie przeczytać tzw. cały świat, była niesamowita.

 

Jednak jestem również pracownikiem naukowym. i rzeczywistość jest taka, ze 'trzeba zrobić habilitację'. i to właśnie tak to należy ująć. Nie publikować, nie robić badania, ale właśnie zrobić habilitację. I trzeba, bo mogę zostać zwolniony, przeniesiony na stanowisko dydaktyczne, czego bardzo bym nie chciał. i niestety nagle z pracownika naukowego staję sie księgowym liczącym publikacje, quasi-prawnikiem wczytującym sie w ustawy i rozporządzenia. Wolałbym tego uniknąć.

 

I dla jasności,  jestem zwolennikiem habilitacji. Uważam, że w dzisiejszej poslkiej nauce zlikwidowanie jej byłoby dużym błędem. To nie znaczy jednak, że cała wręcz procedura, zabiegi, nieformalne dyskusje,  uprzejme zapytania nie mierżą mnie w stopniu wysokim.