Czarna lista?

Nieoceniony dr Kulczycki zwraca uwagę na komentarz szefa NCN w sprawie ankiety na temat pracy NCN. Prof. Jajszczyk informuje, że NCN systematycznie wychwytuje ekspertów nieuczciwych czy niekompetentnych. Według mnie, to bardzo dobra wiadomość. 

 

Chciałbym jednak zasugerować podobną ocenę procesów habilitacyjnych, szczególnie recenzentów. Bez wątpienia taka 'czarna lista' recenzentów habilitacyjnych byłaby znacznie trudniejsza do utworzenia, podejrzewam też, że musiałaby dotyczyć przede wszystkim recenzentów wyznaczanych przez CK. Jednak nie mam żadnych wątpliwości, że im szybciej wprowadzone zostaną procedury kontroli jakości postępowań habilitacyjnych, tym lepiej. Nie ograniczałbym się zresztą jedynie do oceny recenzentów. Myślę, że należy również oceniać jakość reszty postępowania, choćby jego terminowości (nie płacić za recenzje znacznie opóźnione bez ważnych okoliczności), ale również jakości dyskusji (wiem, to niezwykle nieostre pojęcie i trzeba by postępować z dużą ostrożnością) i innych kwestii formalnych. A zatem proponowałbym formalne nagrywanie spotkań komisji (praktyka znana w anglosaskich obronach prac doktorskich), rutynowe odnotowywanie terminowości recenzji oraz innych spraw formalnych. 

 

Oczywiście nie proponuję superrecenzji, nie proponuję też potężnego zwiększenia ilości pracy dla CK i oceniania wszystkich postępowań. To, rzecz jasna, niepraktyczne. Jednak bez większych problemów można by chyba oceniać losowo, powiedzmy, 5-10 procent postępowań. Myślę po prostu, że uczestnicy postępowań powinni wiedzieć, że są i moga być ocenieni. Powstaje pytanie: kto ma oceniać? No mogliby na przykład członkowie CK. Tyle, że dobrze nie być sędzią we własnej sprawie. Proponowałbym, żeby postępowania oceniał na przykład właśnie NCN lub wyznaczeni przez niego ludzie. Konsekwencją powinno być wykluczenie z tego typu działalności (zarówno dla osób jak i instytucji), no, w wypadkach drastycznych, powtórzenie postępowania. 

 

I na koniec znacznie większe monitorowanie postępowań to nie tylko zwiększanie ich jakości czy działania ku zwiększeniu zaufania do procesu.  To również ulepszenie jakości procesu odwoławczego. Odwołujący się habilitant nie będzie musiał opierać się na słowie, będzie mógł również odwołać się to faktów. To samo dotyczy, nawiasem mówiąc, uczestników postępowań. 

 

Niestety, sądzę, że Państwo Profesorowie z CK nawet palcem nie kiwną…. Jest jak jest, a oni już profesorami są. 

Kolokwium kontratakuje

Dowiedziałem się dzisiaj o planach przywrócenia kolokwium habilitacyjnego. Szeptem, za węgłem, rzecz jasna. Nowelizacja ustawy o stopniach ma zawierać, coś, co nie będzie się nazywało kolokwium,  ale, powiedzmy, prezentacją dorobku czy seminarium habilitacyjnym. Funkcja tegoż wydarzenia będzie oczywiście podobna do starego kolokwium. 

 

Czy to przejdzie, czy nie, nie wiem, jednak zastanawiam się, po co. Warto bowiem pamiętać, że  ustawa oczekuje, iż recenzenci mają zadać sobie pytanie, czy dorobek habilitanta miał znaczny wkład w rozwój dyscypliny. Nie mam pojęcia, w jaki sposób takie seminarium pomoże odpowiedzieć recenzentom i komisji na takie pytanie. Może jednak mi się rozjaśni po habilitacji?

 

Widzę jednak dwie główne zalety przywrócenia kolokwium. Po pierwsze, recenzenci nie będą musieli sami syntetyzować dorobku kandydata, nawet autoreferatu nie trzeba będzie czytać, zrobi to on sam, recenzenci będą musieli tylko zanotować. Po drugie, kolokwium przywróci obrzędową część rytuału przejścia, jakim jest habilitacja. A zatem dzięki kolokwium habilitanta będzie można publicznie przeczołgać (oczywiście, nie trzeba będzie, tylko można). Można też dodać, że członkowie komisji nie znający habilitanta będą mogli go zobaczyć na własne oczy i ocenić, czy fajny/a, ciacho/pasztet, miły/a itd. Nie żebym myślał, rzecz jasna, że takie rzeczy odgrywają rolę (psychologia się myli!!).

 

I tak to historia zatoczy może nie wielkie koło, ale małe kółko. Radom się nudzi, igrzyska wracają. Kolokwium to przecież igrzyska i nie ma powodu, by koledzy samodzielni tejże czasem uświęconej rozrywki się pozbawiali.

Jaka habilitacja? cd.

Oto ciąg dalszy mych 'tez habilitacyjnych'.

 

5. Uważam, co więcej, że habilitanci powinni być oceniani na tym samym poziomie, co ich odpowiednicy za granicą. A zatem habilitant powinien mieć dorobek podobny do amerykańskiego Associate Professora czy brytyjskiego Readera. Zdaję sobie sprawę, że w obu krajach występują znaczne różnice w dorobku osób ubiegających się o te stanowiska. Z jednej strony dlatego, że różne uniwersytety różnie oceniają dorobek, z drugiej dlatego, że uwzględniają różnie elementy dorobku. Jednak sądzę, że można wypośrodkować taki dorobek.

 

6. Uważam również, że poważnie należy traktować dorobek recenzentów. Powinni to być naukowcy:

a. aktywni badawczo, a zatem badacze wpsiujący się w obszar wiedzy, w którym recenzują;

b. z dorobkiem przynajmniej ponadprzeciętnym, a docelowo z dorobkiem uznanym międzynarodowo  – słabi naukowo recenzenci podważają i, potencjalnie, niszczą procedurę.

Nierealistyczne jest oczekiwanie, że w każdym przewodzie habilitacyjnym znajdzie się recenzent międzynarodowy (tak powinno by w wypadku profesur!). Jednak całowicie realistyczne jest oczekiwanie, że recenzentami będą recenzenci uznani międzynarodowo. Można to weryfikować np. za pomocą publikacji czy ilości cytowań. Widzę oczywiście problem z dyscyplinami takimi jak historia, jednak może są jednak historycy, którzy zaznali świata poza województwem, w którym mieszkają i pracują. Zawsze też można wprowadzić, proszę wybaczyć złośliwość dodatkowy stopień – dr hab hum. Będzie wiadomo, o co chodzi.

 

Na razie nic więcej nie przychodzi mi do głowy. Ale myślę dalej.

 

Jaka habilitacja?

Gdy mówię, że coraz bardziej jestem rozczarowany dzisiejszą habilitacją i coraz bardziej przekonany, że jest czymś nieużytecznym, otwieram  problem tego, co w zamian. Załóżmy, że znosimy dzisiaj habilitację, co ją zastąpi? Myśląc sobie o tym w wolnych chwilach, doszedłem do kilku zasad nowego systemu oceny. Systemu, podkreślam, który można by wprowadzić już, a nie w jakiejś nieokreślonej przyszłości.

 

1. Uważam, że powinien pozostać stopień naukowy związany z habilitacją, a zatem uważam, że jednostki naukowe nie są dzisiaj gotowe do tego, by przejąć na siebie całkowity ciężar takich postępowań.

 

2. Uważam, że nowy stopień nie powinien być związany z minimum kadrowym w jakimkolwiek wydaniu (minimum kadrowe, myślę, że takie pojęcie warto zachować) powinno być związane albo z oceną dorobku pracowników, albo z parametryzacją.

 

3. Uważam, że habilitacja powinna być jedynie oceną dorobku pracownika – a zatem habilitację powinien dostać ktoś, kto ma znaczny (duży, habilitacyjny czy t.p.)  dorobek.

 

4. Uważam, że należy wprowadzić ściślejszą kontrolę procesu recenzyjnego, na przykład przez szkolenie potencjalnych recenzentów (każdy recenzent powinien przejść przez szkolenie w zakresie pisania recenzji habilitacyjnych). Co więcej, należy zrezygnować ze dyscyplinarnego 'przyporządkowania' recenzentów – recenzować powinni ludzie, którzy są specjalistami w tematyce pracy, a nie dlatego, że są przyporządkowani dyscyplinarnie w taki czy inni sposób. Innymi, słowy, nie ma powodu, by recenzentem w habilitacji medycznej nie byli psycholog, socjolog, prawnik i ekonomista, jeśli tego wymaga tematyka prac habilitanta.

 

Tyle na razie. Niedługo więcej.