Jeszcze nowsze Ateny?

Tu linka do tweetu prof. Jaskułowskiego, który zwraca uwagę, że w wypadku interdyscyplinarności, określać będziemy czas poświęcony na zajmowanie się posczególnymi dyscyplinami. I tak, czytamy w cytowanym dokumencie, zależnie od tego, ile czasu badacz poświeca na, na przykład, nauki chemiczne, w takim wymiarze będzie w tychże naukach oceniany. Gdy to przeczytałem, nie dość, że wypadła mi szczęka, to na dodatek uciekła i nie chciała wrócić na miejsce.

 

1. Wielokrotnie już mówiono, że nowa ustawa niszczy interdyscyplinarność. Jednak okazuje się, że niszczenie interdyscyplinarności idzie dalej niż myślałem. Okazuje się bowiem, że interdyscyplinarność dla ministerstwa to działanie w różnych dyscyplinach, a nie prowadzenie badań, które usytuowane są na przecięciu różnych nauk. W polskiej nauce nie ma badań interdyscyplinarnych, i tyle.

 

2. Nowe umocowanie prawne zakłada również, że poszczególne dyscypliny to rozłączne zbiory działań, przez które przechodzi badacz. Czystość dyscyplinarna z postępowań habilitacyjnych idzie na wyższy poziom.

 

3. I wreszcie, skoro „Dyscyplina, jaka jest, każdy widzi”, to każdy badacz bez większych problemów będzie potrafił określić, jaką część swych działań poświęcił na każdą dyscyplinę.

 

Jednak w dokumencie cytowanym przez prof. Jaskułowskiego mamy sprawy dość proste. 80 proc na chemię, a 20 na przykład na fizykę. Jednak co jeśli, taki badacz 34 proc. poświęcił na chemie, 42 proc. na fizykę, a pozostałem 24 na medycynę? Ba, ja to bym sugerował, żebyśmy wszyscy podawali wymiary do drugiego miejsca po przecinku. 34,13 na chemię, 41,25 na fizykę, a na medcynę 24,62. Wtedy już będzie naprawdę proste.

 

Sugerowałbym też współpracę Ministerstwa Nauki z producentami zegarów szzachowych. Stworzenie zegara aktywności dyscyplinarnej (ZAD) będzie kluczowe dla nauki. Każdy świeżo upieczony doktor będzie otrzymywał taki zegar i bedzie w niego walił niezwłocznie po zakończeniu prac w dyscyplinie A i rozpoczęciu działań w dyscyplinie B. Modele premium, będą pozwalały na pomiary nawet 3 dyscyplin! Działanie w czterech dyscyplinach będzie zabronione prawem. Pięć dyscyplin będzie zagrożone karą więzienia.

 

Powstanie specjalny urząd nadzoru dyscyplinarnego (Dyscyplina: Urząd Postępowania Akademickiego – DUPA), który będzie przestrzegał a. dokładności pomaru dyscyplinarnego b.  zakazu czterodyscyplinarności. Wobec każdego badacza podejrzanego o czytanie artykułów z dyscypliny czwartej zostanie wszczęte postępowanie dyscyplinarne.

 

I na koniec. To, co przeczytałem o dyscyplinach, jest tak głupie, że z trudem pisałem poważny post. Reifikacja i preskryptywizm dyscyplinarny posunięty jest do granic absurdu. Zapowiedzi min. Gowina o tym, że polska nauka zastosuje światowe rozumienie dyscyplin, nie okazały się nawet aspiracjami. To nawet nie był błysk w ministerialnym oku. Na naszych oczach dorzynana jest, a co, powiem sobie, wataha interdyscyplinarna. A polska nauka cofa się do XIX w.

 

Po linii i na bazie

„Czasopismom i materiałom z konferencji przypisuje się dyscypliny naukowe”. Oto fragment nowej ustawy dopiero co przegłosowanej przez Sejm. Moim zdaniem, to jeden z najgłupszych i potencjalnie najbardziej szkodliwych zapisów nowej ustawy, z niewiadomych powodów nazywanych konstytucją dla na nauki. Dużo lepiej by ją nazwać kagańcem dla nauki. Na zdanie zwrócono mi uwagę na Twitterze.

 

O mojej opozycji wobec parametyzacji dyscyplin pisałem już wcześniej, zdania nie zmieniłem, co więcej, to zdanie jedynie wznacnia mnie w przekonaniu o szkodliwości tego pomysłu. Jest on częścią polskiej obsesji wobec wobec dyscyplin, szufladkowania tychże dyscyplin i wszystkiego innego, co się da zaszfludkować. Jest dla mnie dość oczywiste, że to trend przeciwny wobec tego, co można obserować na świecie, wbrew deklaracjom o umiędzynardowieniu nauki polskiej.  Oto kilka komentarzy.

 

1. Przede wszystkim martwi mnie to, kto i na jakich zasadach będzie przypisywał owe dyscypliny. Jeśli będzie sie to odbywać na podstawie baz danych (np. Scopusa), to warto pamiętać, że te opisy nigdy nie miały służyć preskryptywnym zapędom 'włodarzy' polskiej nauki. Jeśli, z kolei, będzie to robić jakaś ministerialna komisja, to ja się boję bać. Oczyma duszy wyobrażam sobie Politbiuro, tfu, Dyscybiuro ustające, jaką dyscyplinę reprezentuje np. „Science'. Proponuję nazwę: Dyscyplinarny Urząd Przyporządkowania Akademickiego.

 

2. To szufladkowanie najprawdopodobniej spowoduje to, że zamiast publikować w czasopismach, w których badacz chce publikować, będzie musiał publikować tam, gdzie ministerstwo mu każe. Dzisiaj trudno przewidzieć, jakie będą konsekwencje takich zmian praktyk publikacyjnych, jednak nie sądzę, by były pożądane. 

 

3. Uważam, że zapis doprowadzi do zdławienia i tak ledwo dyszącej interdyscyplinarności w polskiej nauce. Ona się po prostu przestanie opłacać. I choć, powiedzmy, indywidualny filozof fizyki ma szansę się obronić swoimi 'dziwnymi' publikacjami, to już centra badawcze, które zajmują się ponaddyscyplinarnymi 'tematami', mogą mieć już problemy.

 

4. Dławienie interdyscyplinarności, moim zdaniem, będzie również polegało na tym, że badacze zaczną się zastanawiać, czy dana współpraca będzie im się opłacać. Weźmy sobie takiego ambitnego pedagogoa, który będzie chciał się zająć informowaniem dzieci o śmierci, ale lekarz, z którym współpracuje, uzna, że on chce publikować w dobrych czasopismach medycznych. Pedagog, załóżmy, że taki istnieje, jednak nie jest tym zainteresowany. Pedagogowi bowiem opłaci się bardziej  publikować w Pedagogice nowosądeckiej niż w hipotetycznym British Medical Journal!  Uprasza się o nieużywanie argumentu 20 procent.

 

5. Polska ustawa promuje mainstream. Nie warto ryzykować, innowacyjność nie sprzyja ministerialnej ocenie. Warto robić to samo, tak samo, całe życie. Niszowość badań, szczególnie  takich na granicah dyscyplin stanie się przekleństwem. Nowa ustawa to skalpel, którym ministerstwo wycina badania dyscyplinarnie  'niepokorne'. I na pohybel mu za to.

 

I teraz uwaga ogólna. Mnie szlag trafia, gdy słyszę o polskich dyscyplinach. Trafia mnie jeszcze bardziej, gdy minister chce kontrolować to, co robię i wskazywać, gdzie ppowienienem publikować, żeby się 'liczyło'. Moim zdaniem sam ten zapis będzie miał konsekwencje, o któych jezcze filozofom się nie śniło. I warto zapamiętać datę uchwalenia nowej ustawy. Bowiem 3 lipca do nauki polskiej wprowadzono realny socjalizm. Aż żal, że żadna aktorka tego nie ogłosi.

 

 

Pocztówka z Szuflandii

Autor bloga Doktrynalia opowiada się za zawężeniem parametryzacji do dyscyplin. Pisze:

 

Sygnał w tej sprawie dał WPiA UJ w ostatniej parametryzacji – zgłosili wiele publikacji z nauk ścisłych (oczywiście, jak to w naukach ścisłych, każda z nich była warta więcej niż porządna monografia prawnicza i więcej niż kilka najlepszych artykułów prawniczych razem wziętych).

 

No to idziemy w dyscypliny? Nie, nie idziemy. Argumentacja za dyscyplinami oparta jest na założeniu, że jednostki naukowe są dyscyplinarnie jednorodne. Tak, na wydziałach prawa pracują głównie prawnicy i publikują z prawa. W instytutach geologii siedzą głównie geolodzy.

 

A ja w poprzednim poście na ten temat, już jakiś czas temu, pisałem o hipotetycznym centrum badań nad snem, które nie może nie być interdyscyplinarne. Na świecie takich centrów jest na pęczki, w Polsce nie, bo w polsce nauka musi przynależeć do dyscypliny. Ja z kolei żałuję, że nie ma centrów, w których filozofowie i fizycy robią wspólne rzeczy, na dodatek prowadzą kierunek studiów, który można studiować na wiekszości fizyk na świecie. Można też z tego publikować. I nikt się nie zastanawia, czy to filozofia czy fizyka, bo i po co?

 

Badania z ekonomii politycznej medycyny należą do najciekawszych w medycynie, jednak w Polsce jest ich mało lub bardzo mało, bo polski lekarz to ma być lekarz, a nie pieprzyć o ekonomii czy dumać o tym, czym jest choroba. Choroby się przecież leczy, a nie duma o nich. W przeciwieństwie do polskiej medycyny, dzisiaj lekarze praktycznie w każdej specjalności na całym cywilizowanym świecie współpracują z socjologami, psychologami, nie mówiąc o etykach czy prawnikach. W Polsce takie rzeczy są praktycznie nieznane, no bo przecież lekarz to lekarz, a prawnik to prawnik.

 

Potrafię wskazać prynajmniej kilka specjalności, które kwitną na świecie, a w Polsce ich praktycznie nie ma, bo one są głównie interdyscyplinarne. Proponowane rozwiązania parametryzacyjne że one się nie pojawią, a może i następne będą znikać. Postawią też dodatkowe bariery nawiązywaniu kontaktów międzynrodowych. Będzie nam przecież jeszcze trudnieć wejść w współpracę z kolegami, dla których interdyscyplinarność to norma i nikt  się nawet nad nią nie zastanawia. Oni po prostu dawno zgubili szufladki dyscyplinarne. my właśnie odkrywamy je na nowo, drukując nowe etykiety.

 

Udyscyplinienie parametryzacji to jeden z najgorszych pomysłów, na jaki wpadło polskie ministerstwo.

 

Opowieści z kina Luna

W zaskakująco ostrym tekście prof. Jacek Bartyzel ubolewa nad tym, że

 

nie trzeba będzie – jak ja musiałem, czego zresztą wcale nie żałuję, bo sprawiało mi to intelektualną przyjemność – pisać grubych książek, aby uzyskać każdy stopień, każdy tytuł i każdy awans zawodowy osobno, a jedynie wykazywać się sprytem w pozyskiwaniu grantów i publikowaniu byle czego w zagranicznych czasopismach, za które jeszcze trzeba płacić z własnej kieszeni.

 

I oto jawi się obraz nauki widziany oczami osoby, dla którego jest ona działalnością już może nie na scenie wojewódzkiej, ale z pewnością nie wychodzącej poza ramy narodowego towarzystwa wzajemnej adoracji.

 

Otóż widzenie uzyskiwania najbardziej prestiżowych grantów jako sprytu jest nieporozumieniem i to kompletnym! Na dodatek jest całkowitym niezrozumieniem, na czym polega uprawianie nauki na najwyższym poziomie. To obraz nauki kogoś, kto nigdy nie musiał się o taki grant starać i kto nigdy nie musiał przeskoczyć przez bariery jakości wniosku grantowego, który do polskich wniosków ma się tak, jak to ktoś powiedział, jak kino Luna do księżyca. Podobny zresztą jest komentarz na temat publikowania 'byle czego'. No to może by prof. Bartyzel coś takiego opublikował? Bo dla mnie to opublikowanie wysokich kilkuset książek i artykułów nazywa się sraczką publikacyjną. A uwzględnianie w publikacjach artykułów w gazetach codziennych jest niepoważne.

 

Oto obraz nauki, którego doświadcza się z zewnątrz, nie biorąc w tej nauce nawet najmniejszego udziału. I może lepiej by się o tej nauce nie wypowiadać w związku z tym.

 

Nawiasem mówiąc, ten wpis jest również kontrapunktem do poprzedniego o 40-procentowym limicie książek i rozdziałów. Ja nadal uważam, że ministerstwu nic do tego, gdzie ja publikuję. Jednak obraz „grubej książki” jako warunku awansu naukowego jest dość zabawny.

Wybór filozofii

Oto fragment propozycji oceny parametrycznej, którą niedawno omawiano na Twitterze:

Nie rozumiem takiego zapisu i uważam go za tyle przeciwużyteczny, co absurdalny. Oto dlaczego.

 

1. Zapis taki jest wyraźnie podyktowany scjentystyczną wizją nauki, w której to wizji dominuje artykuł. Jednak humaniści nadal publikują książki, w tym książki poważne, omawiające poważne badania naukowe. Książki nadal się liczą np. w historii, filozofii czy lingwistyce, ba, z tego, co wiem, od historyków na świecie oczekuje się publikowania książek. Proponowane reguły parametryczne idą wbrew praktykom dyscyplinarnym.

 

2. Z trudnością wielką, ale wyobraźmy sobie, że jest mały prężny instytut historii albo filozofii, w którym wszyscy się sprężyli opublikowali wiele książek i rozdziałów, wszystkie w świetnych wydawnictwach międzynarodowych i w świetnym towarzystwie. Pomysł, że tych publikacji nie będzie można oceniać, jest głupszy od najgłupszych pomysłów ministerialnych.

 

3. Ale jest jeszcze głupszy pomysł w tym wszystkim. To pomysł, że minister będzie mówił badaczom, jak mają publikować wyniki swych badań.

 

4. Wreszcie nowe propozycje parametryzacyjne znacznie doceniają monografie książkowe. Czy to dobrze, czy źle, to sprawa odrębna. Jednak przepisy są idiotyczne. Z jednej strony minister mówi, żeby publikować książki, bo za książki można zarobić dużo punktów. Z drugiej strony jednak mówi, że nie wolno tych punktów za dużo uzbierać. Dlaczego? Bo nie. To może jednak minister by się zdecydował, czego chce. Bo ja rozumiem, że może chcieć premiować tylko te najlepsze książki, ale niech nie wie lepiej, ile tych książek mogę napisać, do ciężkiej cholery.

 

I na koniec. Nie rozumiem chęci ministerstwa do tak daleko idącej kontroli rzeczywistości. Może to odnieść tylko skutek przeciwny do zamierzonego. Bo albo badacze będą publikować pod parametryzację, ale przeciw dyscyplinie, albo będą publikować pod dyscyplinę, ale przeciw parametryzacji. Kto wygra? Chyba tylko ministerstwo.

 

Duch stachanowski

Poczta zaćwierkała i dostałem ciekawy mail do czytelnika bloga. Wklejam go, bo nie chcę go 'opracowywać', nie mam też a bardzo czasu obecnie wgryzać się w to. List jest o „pewnej dziwnej zależności w naukach ekonomicznych między liczbą członków CK a ich sprawozdaniami w PBN”. Oto co pisze czytelnik:

 

Według modułu sprawozdawczego PBN, UE Poznań, którego 5 wydziałów dostało kategorię A, w ostatnim roku objętym oceną zgłosił 4664 publikacji do PBN, czyli 4 razy więcej niż w 2015. Z tego 3921 to były rozdziały w monografiach, co stanowi dziesięciokrotny przyrost wobec 262 rozdziałów z roku 2015.

 

Z tych ponad 4.5 tysiąca rozdziałów 1.6 tys. zgłosił Wydział Zarządzania, a 1.3 tys. Wydział Ekonomii. Są to 2 jednostki które na UEP osiągnęły najniższą ocenę w kryterium 1, ale za to kosmiczną ocenę w kryterium 2 (o blisko 100 punktów więcej niż lider rankingu, WNE UW). Mało tego, większość rozdziałów dodano do systemu 1 marca 2017 o godzinie 0:39, czyli w ostatniej chwili.



No i tyle listu. Muszę przyznać, że 4-krotny wzrost liczby publikacji na uczelni, za który odpowiadają dwa wydziały, brzmi wyjątkowo nieprawdopodobnie. 1000 procent normy w produkcji rozdziałów z kolei, to wynik, którego nie osiągnął nawet prozodwnik pracy Wincenty Pstrowski. Curioser and curioser, jak mawiał mały tygrys.

Abecadło z KEJNu spadło

Już się zaczęlo pod poprzednim wpisem. Pomyślałem jednak, że warto skumulować dyskusję o literkach. A to dlatego, że głoszono wyniki parametryzacji. Mistrzem świata został Uniwersytet Warszawski z pięcioma jednostkami A+, po nim jest długo nic i wyłania się samo dziedzictwo narodowe czyli Uniwersytet Jagielloński z trzema. Na trzecim miejscu warto odnotować prywaciarza – SWPS ma dwie jednostki z kategorią A+, umacniając się na czołowym miejscu w polskiej psychologii. Można sobie tylko wyobrażać, ile to krwi napsuje przeróżnym dzedzicom i dziewicom. 

 

Z złośliwie kronikarskiego obowiązku odnotowuję, że Akademia prof. Śliwerskiego kończy z literką B, a to wszystko dlatego, że w komitecie nie było ani jednego pedagoga. A tak w ogóle to balon został przekłuty (niestety metafory nie zrozumiałem).

 

Nowe Nowe Ateny

Po poprzednim wpisem flamengista wypowiedział się na temat proponowanej oceny parametrycznej w ramach dyscyplin. Wypowiedział się, rzecz jasna, bardzo negatywnie. W pełni zgadzam się z taką oceną propozycji MNiSW. Ocena parametryczna czy jakakolwiek inna w ramach dyscyplin to idiotyzm, bzdura i metaforyczny bieg wsteczny. 

 

Ministerstwo pisze: 

 

Możliwość ewaluacji jakości działalności naukowej w ramach dyscyplin, a nie w ramach grup wydziałów. Zgodnie z propozycjami ewaluacja będzie się odbywać w ramach całej uczelni (w konkretnej dyscyplinie). Do tej pory porównywane były wydziały, które bardzo często prowadziły badania w różnych dyscyplinach, co w praktyce utrudniało prowadzenie oceny porównawczej. Utrzymanie tak rozdrobnionego podziału na dyscypliny uniemożliwiałoby wprowadzenie ewaluacji, która mogłaby uwzględnić specyfikę poszczególnych obszarów nauki, np. w zakresie wzorców publikacyjnych.

 

Oto dwa problemy. Weźmy sobie na przykład interdyscyplinarną grupę badającą sen. Są w niej badacze zajmujący się medycyną, neuronauką, biologią, epidemiologią i zdrowiem publicznym, a od niedawna pracuje tam również kilku socjologów, etnologów i psychologów. Ciężką pracą stworzyli znane na świecie centrum badawcze badające różne aspekty snu. A minister Gowin, który co rusz doznaje olśnienia w sprawach nauki, uważa, że tych ludzi należy rozpirzyć na 4 wiatry i lekarzy parametryzować w medycynie, psychologów z psychologami itd itd. I ja naprawdę nie rozumiem dlaczego.

 

I zanim ktoś powie, ze przecież brytyjska parametryzacja jest oparta na dyscyplinach, ja powiem, że tak, ale nasze hipotetyczne centrum badań nad snem, zostałoby parametryzowane jako jednostka i nikomu nie przyszłoby do głowy nie patrzeć na nich jako na całość! Przecież ich siła polega właśnie na tym, że stworzyli to cholerne centrum!

 

Problem w tym, że minister Gowin uważa, że jednostki poddane parametryzacji  mogą być jedynie wydziałami czy instytutami. Nie przychodzi mu do głowy to, że mogłyby to być centra badawcze oparte na temacie czy problemie. Dzisiaj współpraca lekarzy i teatrologów to normalka, nad którą się nikt nie zachwyca. W Polsce nadal uważamy to za jakieś niezwykłe i trochę podejrzane zjawisko, którego  najlepiej żeby nie było.

 

Drugi problem, na który zwrócono również uwagę na Twitterze, jak będzie ustalana przynależność dyscyplinarna. Sprawa wcale nie jest prosta i oczywista. Są bowiem przynajmniej dwa wybory. Po pierwsze, przynależność ma człowiek, po drugie może to być publikacja. Obie drogi to drogi przez chaszcze i ciernie.

 

No więc weźmy na przykład profesora zajmującego się chmurami. Doktorat z nauk przyrodniczych, habilitacja z nauk fizycznych, ale już profesura z nauk o Ziemi. Ja naprawdę nie wiem, gdzie on przynależy dyscyplinarnie. Można by go, co prawda, zapytać, ale są przecież jakieś granice nie? Żeby nam profesorowie dyscypliny sobie ustalali! No to weźmy jego publikacje. Tu jakieś kumulusy, to stratokumulusy, tu ogólnie o chmurach, a w OECD za cholerę chmurologii!!! Można jeszcze by określić dyscyplinę po nazwie czasopisma, ale tenże profesor, jak na złość, publikuje w Atmospheric Chemistry and Physics i to jest po prostu skandal. Jak można nie mieć względu na problemu Ministerstwa?! Takich przykładów jest oczywiście znacznie więcej, ba, sam jestem jednym z nich.

 

Jak się skończy? Źle się skończy.

 



Dyscyplina, nie chęć szczera….

Dzisiejszy post, idę za ciosem, równiez odnosi się do cytowanego poprzednim razem listu ministra Gowina. Pisze on:

 

Wprowadzimy nowe zasady ewaluacji (oceniając już nie jednostki organizacyjne, ale dyscypliny w ramach konkretnej uczelni czy instytutu naukowego).

 

Proste, jasne zdanie, jednak kryje się pod nim przynajmniej pół pola minowego. Zastanawiając się, na ile minister zdaje sobie sprawę z problemów, które tworzy, postanowiłem zwrócić uwagę na kilka z nich. 

 

1. Co oceniamy – ludzi czy dorobek? A zatem, czy dyscyplina to ludzie, psychologowie i matematycy, bo mają stopnie z psychologii i matematyki, czy może dyscyplina to 'tematyka' badawcza, dorobek z lingwistyki i naukometrii, bo akurat w takich dyscyplinach pracują nasi psychologowie i matematycy.

 

2. Ludzie. Tak się składa, że naukowcy wcale nie mają stopni z jednej dyscypliny i magisteria, doktoraty i habilitacje z różnych dyscyplin wcale nie są rzadkością. Który ze stopni/tytułów będzie się liczył w parametryzacji? 

 

3. Badania. Okazuje się, że badania wcale nie mieszczą się w dyscyplinarnych granicach. Mamy właśnie naukometrię, w której pracują zarówno socjologowie jak i matematycy i cholera wie, co oceniać. Nie dość, że wiele pól badawczych jest interdyscyplinarnych (np. neuronauka), to na dodatek wcale niełatwo określić jest granice medycyny, filozofii czy historii. I historia medycyny to mały pikuś wobec, powiedzmy, historii emocji. Wreszcie kto miałby oceniać, czy prawnik zajmujący się świadomą decyzją w badaniach medycznych (które prowadzone są przez ludzi od chemii leków) nie jest czasem tak naprawdę etykiem?

 

4. Kolejny problem jest administracyjny. Dlaczego mamy oceniać wszystkich fizyków rozsianych po wielu jednostkach uczelni? Dlaczego na przykład fizyk z instytutu informatyki ma być zestawiony z fizykiem z instytutu fizyki, w którym ten pierwszy nigdy nie był, nie chciał być i ma nadzieję, że nigdy nie będzie? Oni dwaj na dodatek robią oczy jak pięciozłotówki, gdy zjawia się jeszcze fizyk teoretyczny, który robi badania z ekonomii.

 

W każdym razie zaczyna to być parametryzacja, w której moja ocena zależy od tego, jakie praktyki badawcze i publikacyjne obowiązują w jednostce, z którą nie mam nic do czynienia. I to wedle mnie jest najważniejsze. Odejście od oceniania jednostki prowadzi do tego, że jednostki tracą motywację do promowania własnych pracowników.

 

I tu komentarz dodatkowy. Widzę podobieństwa propozycji oceny 'dyscyplin' z parametryzacją brytyjską. Warto jednak zaznaczyć, że chociaż ich 'units of assessment' są umieszczone w dyscyplinach, ich podejście do dyscypiny jest elastyczne, a na dodatek system pozwala na to, by, powiedzmy, fizyk został parametryzowany wśród biologów, a informatyk wśród historyków, jeśli tylko razem pracują. Na dodatek ich parametryzacja jest ekspercka, a nie 'maszynowa' jak w Polsce.

 

Przy preskryptywnym traktowaniu dyscyplin w nauce polskiej, skończy się na tym, że poszczególne czasopisma (nie wiem, co z książkami) zostaną przypisane do poszczególnych dyscyplin i jak lingwista opublikuje coś w czasopiśmie ze sztucznej inteligencji, to mu się to do niczego nie będzie liczyć, bo mógł, palant jeden, opublikować coś o składni. Taka parametryzacja dyscypliny większego sensu nie ma. Niestety, obawiam się, że to właśnie taką parametryzację MNiSW nam zafunduje.

 

Rodzime kryteria

Parę dni temu miałem krótką wymiane na twitterze w sprawie systemu parametryzacji. Mój dyskutant optował za rozwiązaniem brytyjskim, a zatem eksperckiej oceny niewielkiej liczby artykułów. Na mój argument, że dzisiaj w Polsce nie da się takiej parametryzacji przeprowadzić, dostałem argument, że można by zaangażować ekspertów z zagranicy. I na ten temat chciałbym napisać parę słów, zostawiając na boku kwestię samego modelu parametryzacji, która moim zdaniem ma tyle zalet, co i wad, natomiast na gruncie polskim może miec więcej wad niż zalet.

 

Otóż uważam pomysł, by międzynarodowi eksperci brali udział w polskiej parametryzacji, za chybiony. Jeśli parametryzacja ma mieć na celu zestawianie i porównywanie polskich jednostek naukowych, no to eksperci parametryzacyjni musza rozumieć kontekst, w jakim oceniają publikacje. Innymi słowy, parametryzacja jest, moim zdaniem, jedną z nielicznych sytuacji, w której należy mówić o nauce polskiej i należy ją oceniać nie wedle kryteriów międzynarodowych, ale wedle kryteriów rodzimych.

 

Wyobraźmy sobie na przykład, że porównujemy dwie publikacje, obie z punktu widzenia nauki międzynarodowej przestarzałe. Ale jedna jest również przestarzała w Polsce, a druga otwiera (zapóźnioną) naukę polską na nowe pole badawcze, dzięki któremu mamy szanse nawiązać kontakt ze światem. Takie publikacje powinny zostać ocenione inaczej, ale żeby to zrobić, trzeba znać kontekst naukowy, w jakim są one oceniane. Nie można też nie rozumieć kontekstu przemysłowego, medycznego, czy wreszcie prawnego w Polsce i jej nauce. Wątpię, żeby przeciętny polski ekspert je wszystkie rozumiał, z pewnością jednak nie zrozumie ich ekspert, który zjawił się z Hiszpanii czy Belgii i zabiera się do oceniania.

 

Jestem zwolennikiem umiędzynarodawiania nauki polskiej. Artykuł to artykuł i są jedne kryteria jego oceny. Jedna parametryzacja ma inne cele i funkcje. I należy o tym pamiętać.