Cojones!

Najwyższa Izba Kontroli opublikowała raport z działalności Centralnej Komisji. Mnie zastanowił jeden z fragmentów:

 

Niemniej jednocześnie NIK wskazuje także, że Centralna Komisja nie zapewniła przejrzystości procesu nadawania stopni naukowych. Procedury wyłaniania członków komisji habilitacyjnych nie zostały przez Komisję doprecyzowane. Komisja  nie prowadzi też wykazu osób, spośród których wybierani byliby recenzenci w postępowaniach habilitacyjnych, co stanowi naruszenie ustawy o stopniach naukowych i tytule naukowym.

 

Zastanawiam się zatem, jak według NIK, miałyby wyglądać 'procedury wyłaniania członków komisji habilitacyjnych'. Kto i co miałby robić, żeby było przejrzyście. Moim zdaniem, każdy wybór członka komisji oparty jest (a przynajmniej powinien być)  o znajomość dyscypliny i osąd, czyje kompetencje będą najbardziej stosowne w danym postępowaniu. Oczywiście, CK niejednokrotnie popełnia gafy i potrafię wskazać niejedno postępowanie, w którym recenzenci mieli niewielke pojęcie o tym, co robi habilitant. Jednak takie błędy nie mają nic wspólnego z przejrzystością wyboru. Innymi słowy, niekompetentnego recenzenta można wybrać całkiem przejrzyście.

 

Z tego, co piszę nie wynika jednak, że problemu nie w ogóle ma. Wielokrotnie pisaliśmy tutaj o grupie profesorów z nauk ekonomicznych, którzy trzęsą rynkiem habilitacji w dziedzinie. Omawiany często diament nauki polskiej praktycznie stworzył swoją specjalność. Tyle że przejrzystość wyboru  wcale nie zapewni tego, że ci ludzie nadal nie będą rządzili swoimi dyscyplinami. Do tego dochodzą jeszcze  syutacje, z którymi spotkałem się już kilkukrotnie. Otóż gdy kandydatami na członka komisji jest mężczyzna i kobieta,  wybierany jest on, bo przecież „ma rodzinę na utrzymaniu”,  A jak przy okazji wiadomo, kobiety pracują dla rozrywki. Trud polowania na zwierzynę łowną spada na macho-profesora z maczugą, włócznią i toporem. I staram się nie wyobrażać sobie kilku znajomych profesorów z takim rynsztunkiem, bo trzęsę się śmiechu.

 

Hau hau

Postanowiłem zaglądnąć do postępowania o nadanie tytułu naukowego dyskutowanego pod przedostatnim wpisem. Zaglądnąłem do recenzji i się załamałem.

 

Recenzent pierwszy wyzłośliwia się na całego, pisząc o tym, że profesorant lubi częstować czytelników przeróżnymi diagramami, radząc przy okazji mu, by nie chwalił się jedną ze swoich publikacji. Średnie, muszę powiedzieć – recenzje nie są od złośliwości. Recenzent drugi jest inny. Po dokładnym opisaniu struktury książki profesorskiej (wymienia nawet streszczenia w trzech językach), powoli komentuje tę książkę, rozdział po rozdziale. Czym się różni ta recenzja od recenzji rozprawy doktorskiej za cholerę nie potrafię powiedzieć.

 

Recenzent trzeci, w przeciweństwie do poprzednich pozytywny, cytuje z autoreferatu. Mówi to zresztą wprost, a jego umiejętności w zakresie kopiowania i wklejania są na poziomie bardzo przyzwoitym, sądząc po tym, ile powklejał. Ja bym proponował napisać: przychylam się do wniosku z powodu autoreferatu. Co więcej, nie wczytywyałem się w recenzje za bardzo, ale nie znalazłem głębszego namysłu nad dorobkiem profesoranta.

 

Recenzent czwarty z kolei jeszcze nie do końca opanował komentarze w swoim edytorze Word. No ale skoro już wydrukował recenzję z komentarzem, to przecież nie będzie drukowal drugi raz. Są granice profesorskiego entuzjazmu i pobazgranie po komentarzu musi wystarczyć. Szkoda tylko że nie jest jasne, czyj to komentarz.

 

Recenzentka piąta chyba przebija wszystko. Bowiem w konkuzjach postanowiła podzielić się z profesorantem i radą przemyśleniami głębszymi. Cytuję, choć muszę przepisać, bo każdy powinien poznać te złote myśli:

 

Praca naukowa wymaga uwagi i spokojnej refleksji, skupienia i głębokich przemyśleń, a także krytycznego dystansu do własnych dokonań (…). Jest to zatem działalność długofalowa, gdzie momenty olśnienia są poprzedzone długimi studiami, żmudnymi badaniami, testowaniem hipotez…

 

I ja pani profesor serdecznie dziękuję za te cenne refleksje. Oczyma duszy widzę spracowane profesorskie dłonie, od trudu badawczego rzecz jasna. Gdyby tak profesorant pokazał swoje chamskie łapy, to byśmy nie zobaczyli nawet małego cienia odcisku. Bo to się, k…, natrudzić trzeba na profesora!

 

Ja nie wiem, czy profesorant powinien był dostać tytyuł naukowy. Mam to w nosie. Jednak recenzje w jego postępowaniu są żałosne.  Krążące gdzieś pomiędzy narcyzmem, brakiem profesjonalizmu i nierefleksyją pustką, pokazują mizerię polskiej nauki. Ja z kolei wycofuję wszystkie krytyki wobec recenzji doktorskich z poprzedniego wpisu. Odszczekuję i mogę nawet wejść pod biurko.

 

 

Znaj proporcją mości profesorze

Twitter zaćwierkał i przyniósł wieści o mianowaniu nowego nowego podsekretarza stanu w MNiSW. To, co zwróciło moją uwagę, to to, że wedle ministerialnej informacji nowy podsekretarz robił habilitację 14 lat. Gratulując podsekretarowi zeszłorocznej habilitacji, zacząłem się zastanawiać nad problemem, nie bójmy się tego powiedzieć, etycznym. Otóż 14-letni habilitant będzie obecnie dzielnie wymagał tego, by doktorzy robili habilitację w ciągu lat ośmiu. Co więcej, doktor habilitowany, który, jak mi się zdaje, nie skalał się publikacją międzynardową, będzie oczekiwał, by habilitanci międzynardowym dorobkiem się legitymowali. 

 

Problem, który poruszam, pojawiał się na blogu niejednoktronie. Wydaje mi się jednak, że warto do niego wrocić z dwóch powodów, po pierwsze właśnie z powodu etycznego, po drugie, z powodu ustawowego.

 

I tak to, powiem szczerze, szlag mnie trafia, gdy naukowcy, którzy nigdy nie przekroczyli granicy nauki międzynarodowej, wymagają tego od doktorów, którzy zamierzają się habilitować. Jest to, moim zdaniem, hipokryzja w postaci czystej i drażni mnie ona ponad miarę. Jakim, do cholery, prawem profesorowie podwórkowi czy też ogólnopolscy oczekują dorobku, którego sami nie mają? I choć nie uważam, że należy weryfikować 'wczorajszych' profesorów według dzisiejszych kryteriów (uważam, że to niesprawiedliwe), to jednak myślę, że tacy uczeni raczej nie powinni wypowiadać się na temat dzisiejszych oczekiwań awansowych. A jeśli się już wypowiadają, to może powinni zachować umiar.

 

Warto też przypominieć, że ustawa wymaga, by recenzenci habilitacyjni byli osobami o uznanej renomie międzynarodowej. I szczególnie w dyscyplinach miedzynarodowych, może jednak rady wydziału zaczną się do tego przepisu stosować!

Klątwa habilitacji

Pod poprzednim wpisem zwrócono uwagę na ciągnące się postępowanie habilitacyjne dr. Radosława Rudka. Warto przypomnieć, że jest to habilitacja, w której uwalenie zaangażowały się same diamenty polskiej nauki. I oto mamy dokument niezwykły. Jest to bowiem nie tylko skład komisji habilitacyjnej, ale również historia zmian w tejże komisji.

 

A więc w dokumencie czytamy o 3 rezygnacjach w siedmioosobowej komisji habilitacyjnej! Trzy!! Ale wdajmy się w szczegóły. Zrezygnowali wszyscy recenzenci. Wszyscy!! A to wydaje się przynajmniej dziwne, jeśli nie zaskakujące, a tak naprawdę, absolutnie niesamowite. Oczywiście, biorąc pod uwagę zaangażowanie nauki diamentowej w postępowanie habilitanta, rezygnacje recenzentów nie za bardzo dziwią. Ale jednak budzą przecież niesmak, prawda? Czy naprawdę ręce diamentów nauki polskiej są aż tak długie? Bo choć nie wiemy, jaki powód rezygnacji podali wszyscy recenzenci, trudno mi jednak uznać, że oni wszyscy zrezygnowali ot tak, bez względu na postępowanie, w jakim biorą udział.

 

Jeśli ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości co do tego, że habilitacja jest, a przynajmniej może być, instrumentem bezpośredniego, chimerycznego i cynicznego wpływu na życie ludzi, oto mamy przykład takiejże właśnie sytuacji. Ta habilitacja jest jak klątwa, która może zaważyć na życiu wszystkich tych, którzy są w nią zaangażowani. Ostatnia taka sytuacja w nauce miała miejsce chyba w przypadku Henry’ego Cartera i jego zespołu.

 

Mam nadzieję, że członkowie obecnej komisji habilitacyjnej, a szczególnie recenzenci staną na wysokości zadania i dokonają rzetelnej oceny dorobku habilitanta. I że ich decyzja będzie niezależna. Jakoś jednak nie jestem za bardzo optymistyczny.

Wkład w wkład

Oto postępowanie w naukach ekonomicznych. Zwrócono mi uwagę na nie z kilku powodów. Napiszę o dwóch z nich.

 Po pierwsze i najważniejsze, recenzja uczonego z Kielc. Napisał on:

 

Przeprowadzone przeze mnie studia publikacji nie wykazały bowiem:

– uprzedniej świadomości Habilitanta do stworzenia cyklu publikacji

– cykliczności ukazywania się poszczególnych prac.

 

To jest kulturalny blog akademicki, który nie pozwala mi na napisanie, kim trzeba być, żeby napisać coś takiego. Napiszę więc, że trzeba wyjątkowo dużo złej woli, żeby to napisać. Co więcej, trzeba również wyjątkowej nieświadoości, na czym polega uprawianie nauki i publikowanie wyników badań. Być może nauka kielecka w osobie dr. hab. Jarosława Karpacza oświadcza w artykułach naukowych istnienie świadomości, na szczeście reszta z nas nie musi tego robić. Być moze to jednak mizerny dorobek kieleckiego naukowca nie dał mu tej świadomości, więc niech ten wpis będzie miał funkcję dydaktyczną. Dodałbym również, że być może w Kielcach da się przewidzieć 'cykliczność' publikacji, w reszcie świata tak nie jest.

 

Po drugie, nieszczęsny habilitant miał pecha publikować we współautorstwie. A to przecież wyjątkowo dziwna praktyka, w której nie do końca wiadomo, co dokładnie myślał i którą kropkę i przecinek postawił. A to przecież budzi same podejrzenia! Jaki był wkład habilitanta w wkład w dyscyplinę?! Gwoździem do trumny habilitanta jest oczywiście to, że cykl jednotematyczny nie jest cyklem chronologicznym.

 

Nie mam pojęcia, czy habilitant powinien był dostać stopień. Biorąc pod uwagę, ze publikuje w czasopismach z JCR, co rzadkie w ekonomii, przynajmniej zastanawiałbym się nad tym. Jednak to, co mnie przeraża w recenzjach to czepianie się dupereli, rzeczy, których żaden szanujący się recenzent nawet nie zauważy. Nawet nie pomyślałbym, że można by się zastanawiać nad chronologicznością cyklu, wkładu w wkład, nie mówiąc o stanie świadomości habilitanta.

 

To postępowanie, które pokazuje ekonomię polską, która żyje w świecie równoległym od reszty nauki. Zakończę więc apelem:

 

Kielce, moje Kielce, nie idźcie tą drogą!

Władza

No nie mogę, no. Nie mogę, naprawdę się starałem przez już prawie dwa dni! We wpisie, uwaga, o anomii moralnej, prof. Śliwerski pisze:

 

Ograniczony czas wypowiedzi (a chyba i tak przekroczyłem dane mi 20 min.) sprawił, że pominąłem wstęp, który uzasadniał własne stanowisko badawcze i interpretację analizowanych dokumentów z wykorzystaniem metafory „jajek gotowanych na miękko lub na twardo”. W końcu jesteśmy po świątecznych pisankach, które wielu z nas przygotowywało do poświęcenia we własnej parafii. 

 

A ja zacząłem szukać szczęki. Doświadczony profesor, członek CK, elita elity akademickiej (przynajmniej w pedagogice), nie jest w stanie tak zredagować referatu, żeby się zmieścić w wyznaczonym czasie?! Naprawdę?! Jak można wygłosić referat bez wstępu? Ciekawy jestem bardzo, czy taką pobłażliwość jak wobec siebie, Profesor stosuje również wobec innych pedagogów, gdy zaczynają od środka.

 

Ale nie to jest najważniejsze. Pedagog  tak po prostu przyznaje się do tego, że tak sobie przekroczył wyznaczony czas. Ja nie wiem, jak jest w pedagogice, ale gdy ja przekraczam wyznaczony mi czas, to mi po prostu przerywają.  I to nie tylko mnie przerywają, małemu żuczkowi akademickiemu, ale też innym! No ale my nie szarża pedagogiczna.

 

I tu dochodzimy do tego, co jest najbardziej ironiczne w cytowanym fragmencie (którego, mam nadzieję, że pedagog nie usunie za chwilę). Pisząc o anomii moralnej, dając sobie prawo do ferowania wyroków etycznych, często odsądzając od czci i od wiary, pedagog trzęsący polską pedagogiką pokazuje, jak ważny profesor podchodzi do najbardziej podstawowych zasad życia akademickiego. Do tego, żeby nasza praca była jak najwyższej jakości, a nie z pominiętym wstępem, żeby tę pracę wykonać terminowo, w ramach zasad, które są takie same dla wszystkich. Może nawet nie nadużywając swojej pozycji? Najwyraźniej w pedagogice  to wszystko nie liczy się jako 'anomia moralna', to najwyraźniej jest normalka. Władza mówi!

 

Ale żeby nie pisać znów tylko negatywnie, udzielę porady wszystkim zagubionym ważnym profesorom z pedagogiki i nie tylko, którzy nie radzą sobie z czasem referatu. Otóż proponuję zapoznanie się z wpisem profesora-lingwisty. Swoje (nieco złośliwe) dobre rady kończy jedną z najcenniejszych. Otóż prezentację w power poincie uruchamia się za pomocą wciśnięcia klawisza F5. Zawszeć to zaoszczędzona minuta (pięć?), którą przeznaczacie na próby jej włączenia, a przecież nikt się nie odważy wam krzyknąć z sali „F5!!”.

Rzetelna recenzja

Dzisiejszy wpis jest o postępowaniu, na które ponownie zwrócono mi uwagę mi na Twitterze (coraz pożyteczniejszy staje się Twitter, a już rozważałem wycofanie się). Zwrócono uwagę w szczególnie na recenzję nr 2 w postępowaniu, autorstwa prof. Natalii Letki-Garner. I rzeczywiście, czytając tę recenzję, miałem wrażenie, że mam do czynienia z bardzo profesjonalną, wyważoną i doskonale uargumentowaną oceną dorobku habilitantki. To recenzja bez ozdobników, bez zadęcia, po prostu waląca prosto z mostu: 

 

Recenzja dorobku [habilitantki] była trudna do napisania, ponieważ nie ma w nim interesujących tez, z którymi mozna by polemizować, nowatorskich metod, które można by chwalić…., nie ma też istotnych konkluzji, które można by podkreślać.

 

a dalej

 

ksiązka…jest napisana tak złym angielskim, że trudno zrozumieć, o co w niej chodzi.

 

Zachęcam do przeczytania całej recenzji nie dlatego, że jest tak negatywna, ale właśnie dlatego, że w swym negatywizmie jest niezwykle rzeczowa. To dokładne przeciwieństwo wszystkich recenzji kurtuazyjnych, nierzetelnych, czy negatywnych z pozytywną konkluzją. Warto dodać, że tezy zawarte w tej recenzji powtarzane są w równie negatywnej recenzji 3.

 

Po tej rzadkiej na tym blogu laurce, zakończę ten wpis cytatem z recenzji nr 1:

 

Habilitantka jest osobą bardzo aktywna i przedsiębiorczą, co sama podkreśla w Autoreferacie.

 

I w tym momencie dojrzałem już do wprowadzenia pojęcia 'recenzji parafrazującej'. Po raz kolejny czytam recenzję, która nie tyle recenzuje dorobek habilitanta, ale jego/jej stwierdzenia w autoreferacie. Mnie by się wydawało, że recenzent jest nie od tego, by przepisywać autoreferat, ale ocenić dorobek habilitanta i dokonać krytycznej refleksji nad autoreferatem. W przecwinym razie recenzja staje się parafrazą słów habilitanta, a to chyba jednak nie o to chodzi.

 

Na koniec dodam, że na Twitterze przeczytałem również, że habilitantka podejmuje kroki prawne przeciwko drugiej recezentce. Moim zdaniem, jest to skandal i mam nadzieję, że 'są jeszcze sądy w  Warszawie', które prof. Letki-Garner podziękują za rzetelność. Choć coś mi się zdaje, idąc tropem wczorajszej wypowiedzi trzy.14, że wielu recenzji habilitacyjnych do napisania już nie dostanie.

 

Uzupełnienie z 2 kwietnia. Rzeczywiście wobec recenzentki podjęto kroki prawne. Widziałem list do niej, a także odpowiedź, jednak zostałem poproszony o to, by nie komentować treści obu pism. Dodam również, że rada wydziału nie umorzyła postępowania już po nienadaniu stopnia. Sprawą zainteresował się też prof. Wroński, co mnie bardzo cieszy. Ta sprawa powinna zostać nagłośniona.

 

Dodam jeszcze komentarz ogólny. Uważam, że groźby wytoczenia procesu o zniesławienie wobec recenzentów negatywnie oceniających dorobek są żałosne. Każdy, kto składa wniosek habilitacyjny, musi się liczyć z negatywną oceną. I jeśli recenzja jest rzetelna, taką ocenę należy przyjąć, najlepiej z pokorą. Powinniśmy 'wszyscy' przeciwstwiać się takim praktykom (o ile pamiętam nie jest to pierwsza taka próba).

 

Jednak jest druga strona medalu. Gdyby wszystkie recenzje habilitacyjne były rzetelne, gdybyśmy wszyscy wierzyli w uczciwość procesu, groźby procesu o zniesławienie zostałyby przyjęte wybuchem śmiechu. Niestety, tak nie jest. Nierzetelność w postępowaniach habilitacyjnych ma się dobrze i 'środowisko' ją toleruje. A to z kolei powoduje, że na groźby wobec rzetelnej recenzentki nie reagujemy. No przecież 'kto wie, co tam się zdarzyło'.  Omawiane postępowanie habilitacyjne pokazuje moim zdaniem, że nierzetelność może wyprzeć rzetelność. I jeszcze trochę i rzetelnych recenzji negatywnych nie będzie się opłacało pisać.

Doktorat z zapewnień

Pan Stanisław Krawczyk, który dał mi wybór co do ujawnienia jego tożsamości, zwrócił mi uwagę na recenzje w ostatnim wysokomedialnym i oprotestowanym przez studentów doktoracie na SGH. Mam mieszane uczucia wobec doktoratów 'celebryckich'. Z jednej strony, uważam, że powinny być oceniane  tak samo jak inne prace, a jednak przyciągają uwagę, której nie poświęcilibyśmy doktoratowi nieznanego doktoranta. Z drugiej strony, te doktoraty dają celebrytom (pseudo-)naukowym dodatkową legitymizację.

 

Zajmuję się jednak 'od zawsze' na tym blogu praktykami recenzenckimi, więc postanowiłem napisać o wspomnianych recenzjach, szczególnie że są one momentami zaskakujące. W pierwszej recenzji recenzentka najpierw zwraca uwagę na niedosyt związany z cytowaną literaturą (ja powiedziałbym, że niedosyt wobec 23 artykułów naukowych cytowanych w całym doktoracie to matka wszystkich eufemizmów), po chwili jednak pisze, że przegląd literatury można uznać za przeprowadzony poprawnie. I rzeczywiście, jak wskazuje mój korespondent, można by się zastanowić, jaki musiałby być ten przegląd, by recenzentka uznała go za wadliwy. Biorąc pod uwagę powyższe, założenie, że doktorant posiada wiedzę wobec najnowszych trendów itd. jest nieco zaskakujące.

 

Rzeczywiście, dalej, zachwyt recenzencki, że doktorant przeprowadził badania w dwóch krajach, daleko od siebie położonych, zaskakuje. Doktorant nie musiał przecież nawet z domu wychodzić, bo zrobił ankiete internetową. Zaiste nie trzeba być specem od marketingu, żeby zrozumieć, ze to najprostsze, najtańsze i najmniej pracochłonne badania i wydawałoby się, że recenzentka również powinna sobie zdawać z tego sprawę. Co więcej, badania, które nie tylko na DNU krytykuje się za wielość ograniczeń i problemów metodologicznych.

 

Co do drugiej recenzji, p. Krawczyk zwraca mi uwagę na perełkę. Oto recenzent pisze:

 

W pracy nie zaprezentowano treści dotyczących ekwiwalencji […] w badaniach międzynarodowych, jednakże Autor zapewnił (s. 95), że miał świadomość wielu wymagań i rygorów, jakie te badania muszą spełniać.

 

Gdy to przeczytałem, moja szczęka postanowiła opuścić mnie i spaść na podłogę. Ten fragment daje zupełnie nowe możliwości dla potencjalnych doktorantów. Wszak, co prawda, nie zrobiłem przeglądu literatury, ale zapewniam, że wszystko przeczytałem. Ba, co prawda, przedstawiam tylko wnioski, ale szczerze obiecuję, ze badania zrobiłem i wszystko wyszło tak, jak napisałem. W przypadkach ultracelebryckich, rozważyłbym nawet obronę doktoratu na podstawie zapewnienia doktoranta, że rozprawę rzeczywiście ma, ale w domu. Jednak gorąco zapewnia, że to świetna rozprawa. Stopień sie należy jak psu buda, nie?

 

Nie mam zdania na temat recenzowanego doktoratu. Nie wiem i nie zastanawiam się nad tym, co powinna zrobić SGH. Jednak recenzje, które przeczytałem, wydają się urągać rzetelności recenzenckiej. No, ale, by zacytować klasyka, wstyd umarł.

 

Kocha, lubi, szanuje

Z rozważań nad kolejnym postem wyrwał mnie list, za który jak zawsze serdecznie dziękuję. Autor cytuje następującą  recenzję z tego postępowania.  Otóż na stronie 8 autor recenzji wskazuje, że habilitant nie ma w dorobku żadnej publikacji w czasopismach z listy JCR, dodając po chwili, że w związku z tym, nie ma sumarycznego IF. Ale tu następuje coś ciekawego. Otóż recenzent podaje, że habilitanta indeks Hirscha wg Web of Science wynosi 6.

 

I teraz mamy problem. Albo habilitant ma publikacje w czasopismach z JCR, albo nie ma indeksu Hirscha z WoS. Ale problem w rzeczywistości jest poważniejszy. Bo jeśli uznać, że recenzent nie jest wyjątkowo roztargniony, wszak recenzja to poważna sprawa, można przyjąć, że nie ma on zielonego pojęcia, o czym pisze. Faktory, dżejsiary, wosy, hirsze i gugle to wsio ryba, która mieszają się w barszczyku bibliometrii.

 

Wielokrotnie mówiliśmy tu recenzentach, których kompetencje nie pasują do ocenianego dorobku. Jednak do tej pory mówiliśmy o specjalności naukowej. Linkowana powyżej recenzja wskazuje, że brak kompetencji recenzenta może również odnosić się do podstaw formalnej oceny naukowej. Warto dodać, że bez względu na to, czy zgadzamy się z oceną bibliometryczną czy nie, dobrze by było, żeby recenzent rozumiał jej podstawy. A jeśli nie rozumie, to niech przynajmniej się nie wypowiada na ten temat.

 

W przeciwnym razie równie dobrze recenzentowi można by przysyłac paprotkę, której recenzent użyje do wyliczanek typu: zasługuje, dostaje, uwala….

 

 

Samo się nie robi

Nieczęsto zwracam uwagę na recenzje w przewodach doktorskich, jednak dostałem list w sprawie następującej recenzji. Jest to recenzja w postępowaniu doktorskim, w którym recenzenci nie zgodzili się co do jakości pracy doktorantki i cytowana recenzja miała sprawy rozstrzygnąć.

 

I rzeczywiście recenzja jest rozstrzygająca. Recenzentka bezlitośnie punktuje słabości doktoratu, często powtarzając opnie recenzentki negatywnej. Jednak 'superrecenzentka' nagle dokonuje wolty i konkluduje pozytywnie. O ile dobrze rozumiem, przeważyło to, że doktorantka zebrała dane. I choć rzeczywiście należy doktorantce pogratulować tego osiągnięcia, to nie jestem w pełni przekonany, że za to nadaje się stopień doktora.

 

Wracam do tego, co nie raz pisałem sam i pisali tu inni. Narzekamy i narzekamy na obniżający się poziom doktoratów, jednak on sam się nie obniża. Sami to 'robimy' (choć nie poczuwam się do wysokiej odpowiedzialności) zarówno pisząc, jak i przyjmując takie recenzje jak powyższa recenzja z psychologii. Co więcej, celowo zwracam uwagę na psychologię, zamiast po raz kolejny poironizować na temat ekstraklasy pedagogiki, którą wczoraj opublikował prof. Śliwerski, właśnie dlatego, że psychologię dzieli od pedagogiki kilka lat świetlnych, jednak to wcale nie znaczy, że to kraina miodem i rzetelnością płynąca.

 

Nie mam zdania, czy ten doktorat powinien był przejść, nie znam się, nie interesuje mnie to. Wiem jednak, że recenzja negatywna powinna się kończyć negatywną konkluzją. Tak dla porządku.